Ocena brak

Moje dziecko mnie nie slucha

Autor /bosa.vanessa Dodano /17.03.2011

Wymagany Adobe Flash Player wesja 10.0.0 lub nowsza.

praca w formacie pdf Moje dziecko mnie nie slucha

Transkrypt

Aby rozpocząć lekturę,
kliknij na taki przycisk

,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.
Jeśli chcesz połączyć się z Portem Wydawniczym
LITERATURA.NET.PL
kliknij na logo poniżej.

Andrzej Samson
MOJE DZIECKO MNIE NIE SŁUCHA

Projekt ok³adki
Lidia Motrenko-Makuch
Redaktor
El¿bieta Jasztal-Kowalska
Korekta
Roma Sachnowska

© Copyright by Wydawnictwo Ksi¹¿kowe „Twój Styl”
Wydanie II, Warszawa 1999

ISBN 83-7163-160-X

Typografia, sk³ad i ³amanie
WMC, s.c. Warszawa

4

Mojej córce Katarzynie

5

6

SPIS TREŒCI
Dla kogo napisa³em tê ksi¹¿kê? .

.

.

.

.

.



Czêœæ pierwsza
¯YCIE RODZINNE
Rozdzia³ I
Sielanka czy horror, czyli dwa wizerunki rodziny

.

#

Rozdzia³ II
Wszyscy ze wszystkimi o wszystko, czyli codzienna
wojna domowa . . . . . . . . . . . .

$

Rozdzia³ III
Wszystko da siê przewidzieæ, czyli sekwencje rodzinne . . . . . . . . . . . . . .

!&

Rozdzia³ IV
Kto z kim, czyli o strukturze rodziny .

.

.

"#

Rozdzia³ V
Zabójcza równowaga, czyli o patologii rodziny .

.

#

Rozdzia³ VI
Ewolucja rodziny, czyli od kryzysu do kryzysu .

.

$!

Rozdzia³ VII
Nie koñcz¹ca siê inwestycja, czyli kryzys wychowania . . . . . . . . . . . . . . .

%'

Rozdzia³ VIII
Kto w rodzinie zajmuje siê wychowaniem, czyli
o tym, ¿e dzieci te¿ wychowuj¹ rodziców . . . .

&"

7

.

.

Czêœæ druga
HEREZJE WYCHOWAWCZE
Rozdzia³ I
W³aœciwie wszystko wiadomo, czyli o stereotypach
w wychowaniu . . . . . . . . . . . .

'#

Rozdzia³ II
Z ¿abiej perspektywy, czyli o kucaniu do dziecka

.



Rozdzia³ III
IdŸ siê bawiæ, czyli o robieniu z dziecka g³upka .

.

"

Rozdzia³ IV
Nie idŸ, zostaw, nie ruszaj, stój spokojnie, czyli
o podwa¿aniu kompetencji dziecka . . . . .



Rozdzia³ V
Co chwila coœ nowego, czyli o tym, ¿e dziecko szybko siê nudzi . . . . . . . . . . . . .

#

Rozdzia³ VI
Poczekaj, a¿ bêdziemy sami, czyli o tym, czy mo¿na
k³óciæ siê przy dziecku . . . . . . . . .

 

Rozdzia³ VII
Czego Jaœ siê nie nauczy, tego Jan nie bêdzie umia³,
czyli o potrzebie wczesnego treningu . . . . .

 $

Rozdzia³ VIII
Moje dziecko mnie nie s³ucha, czyli o dyspozycyjnoœci dziecka, i co robiæ, aby nas ono s³ucha³o . . .

!$

Rozdzia³ IX
Chwili nie usiedzi spokojnie, czyli o dzieciach „nadpobudliwych” . . . . . . . . . . . .

#

Rozdzia³ X
I znowu katastrofa, czyli o moczeniu nocnym .

.

$$

Rozdzia³ XI
Nie bêdziesz mi tu rz¹dzi³, czyli o kryzysie dorastania . . . . . . . . . . . . . . .

%'

8

.

Rozdzia³ XII
Kij czy marchewka, czyli o karaniu i nagradzaniu .
Zakoñczenie

.

.

.

.

.

9

. .

.

.

.

.

.

'"


DLA KOGO NAPISA£EM TÊ KSI¥¯KÊ?
Ksi¹¿kê tê napisa³em przede wszystkim dla moich aktualnych i potencjalnych pacjentów, czyli dla rodziców,
którzy zg³aszaj¹ siê do mnie po pomoc w trudnych momentach, jakie powstaj¹ w procesie wychowywania dzieci. Przez dwadzieœcia lat mojej praktyki psychoterapeuty
i doradcy rodzinnego towarzyszê im w ich w¹tpliwoœciach, problemach i obawach zwi¹zanych z przebiegiem
tego najwa¿niejszego, najd³u¿ej trwaj¹cego i najtrudniejszego zadania. Wychowanie dziecka w rodzinie jest bowiem takim w³aœnie wieloletnim i niezwykle skomplikowanym procesem. Za jego przebieg i fina³ rodzice s¹ i czuj¹ siê w pe³ni odpowiedzialni, choæ w kierowaniu nim, z
regu³y, s¹ zdani jedynie na w³asne doœwiadczenia, pomys³y i rozwi¹zania. Nie ma w tym zreszt¹ nic z³ego, poniewa¿, o czym jestem dzisiaj najg³êbiej przekonany, rodzicielski rozum, serce i doœwiadczenie to na ogó³ najlepsi
doradcy. Czasami jednak, w konfrontacji ze z³o¿onymi,
czêsto zaskakuj¹cymi sytuacjami wychowawczymi, rozumowi owemu nie staje pewnoœci siebie, w sercu rodz¹ siê
lêk, z³oœæ i zw¹tpienie, a doœwiadczenie nie podpowiada
gotowych rozwi¹zañ. Dzieje siê tak dlatego, ¿e wychowanie, jak rzadko który proces spo³eczny, opanowane jest
przez rutynê i przes¹d, przez które tak zwany „zdrowy ro10

zum”, a nawet zgromadzona metodami naukowymi wiedza, przebijaj¹ siê z najwy¿szym trudem. Wtedy rodzicom
potrzebna jest pomoc.
Najczêœciej potrzebne okazuje siê uspokojenie, bêd¹ce wynikiem zrozumienia sensu i mechanizmu dziej¹cych
siê wydarzeñ, lub te¿ dobra rada podsuwaj¹ca pomys³ rozwi¹zania danego problemu. Znacznie rzadziej, jak uczy
doœwiadczenie, jest ni¹ bezpoœrednia, terapeutyczna interwencja specjalisty.
Ksi¹¿ka ta jest prób¹ uspokojenia przestraszonych rodziców poprzez pokazanie im podstawowych mechanizmów rz¹dz¹cych procesem wychowania w rodzinie i, co
za tym idzie, sensu wywo³uj¹cych ich zaniepokojenie
wydarzeñ. Jest tak¿e podstawowym zestawem porad u³atwiaj¹cych wybrniêcie z trudnych sytuacji wychowawczych.
Mechanizmów rz¹dz¹cych procesem wychowania w
rodzinie nie sposób do koñca zrozumieæ bez poznania prawid³owoœci zawiaduj¹cych funkcjonowaniem samej rodziny. W pierwszej czêœci ksi¹¿ki usi³ujê przystêpnie ukazaæ te prawid³owoœci. Druga czêœæ w ca³oœci poœwiêcona
jest analizie typowych, trudnych b¹dŸ budz¹cych rodzicielskie w¹tpliwoœci sytuacji wychowawczych. Wynikiem tej analizy s¹ skierowane do rodziców konkretne sugestie i rady.
Za wszystko, co czytelnik znajdzie w niniejszej ksi¹¿ce, ponoszê oczywiœcie osobist¹ odpowiedzialnoœæ, chocia¿ pisz¹c j¹, korzysta³em z kilku, co najmniej, teoretycznych koncepcji (jak np. „systemowa” teoria funkcjonowania rodziny), które nie s¹ mojego autorstwa. Nie uwa¿a³em jednak za stosowne opatrywanie tekstu licznymi przypisami i odnoœnikami. Czyniê tak tylko wtedy, kiedy cytujê konkretne badania i teoretyczne sformu³owania. To
nie jest w koñcu ksi¹¿ka naukowa.
11

Mam nadziejê, ¿e ta lektura pomo¿e rodzicom w lepszym wype³nieniu ich trudnej wychowawczej misji, a
dzieciom (oczywiœcie tym starszym), jeœli znajd¹ siê
wœród jej czytelników, u³atwi zrozumienie rodzicielskich
zachowañ i motywów dzia³ania. Im te¿ – rodzicom i dzieciom – moim pacjentom, chcê w pierwszej kolejnoœci podziêkowaæ za nauki, jakie wynios³em i nadal wynoszê z
kontaktów z nimi. Wiele przemyœleñ zawartych w tej
ksi¹¿ce jest ich rezultatem. Pragnê równie¿ gor¹co podziêkowaæ za pozornie niedostrzegalny wk³ad w jej powstanie mojej córce Katarzynie, która, na swój sposób,
cierpliwie uczy³a mnie i uczy – kim jest dziecko i jaki jest
sens wychowania. Szczególne podziêkowanie sk³adam
te¿ mojemu nauczycielowi i przyjacielowi, mieszkaj¹cemu obecnie w Stanach Zjednoczonych, doktorowi Kazimierzowi Jankowskiemu, bez którego ¿yczliwej, udzielonej mi swego czasu pomocy i opieki nie tylko napisanie tej
ksi¹¿ki, ale wiele innych przedsiêwziêæ mojego ¿ycia zawodowego nie by³oby mo¿liwe.
Andrzej Samson
Warszawa, styczeñ 1994 r.

12

Czêœæ pierwsza
¯YCIE RODZINNE
„Rodzina, rodzina
Nie cieszy, gdy jest,
Lecz kiedy jej nie ma,
Samotnyœ jak pies”.
(JEREMI PRZYBORA)

13

14

Rozdzia³ 1
SIELANKA CZY HORROR, CZYLI DWA
WIZERUNKI RODZINY
Niemal ka¿dy z nas przychodzi na œwiat w rodzinie, w
której wzrasta i dojrzewa, aby w odpowiednim czasie za³o¿yæ w³asn¹ rodzinê. Tym sposobem ca³e ¿ycie niemal
ka¿dego z nas up³ywa w rodzinie. Nie jest to bynajmniej
przypadek. Ju¿ Arystoteles nazwa³ cz³owieka „zwierzêciem spo³ecznym”, zwracaj¹c uwagê na prosty fakt, ¿e
jako przedstawiciel gatunku nigdy i nigdzie nie wystêpuje on pojedynczo. I rzeczywiœcie. Homo sapiens – co jednoznacznie potwierdza antropologia i archeologia – pojawi³ siê na arenie dziejów od razu w du¿ych grupach,
a ludzkoœæ jest nam znana jedynie jako t³um.
Z czasem dowiedziono, i¿ „spo³ecznoœæ” ludzkiego
zwierzêcia oznacza miêdzy innymi i to, ¿e jest ono organizmem, który do swego biologicznego prze¿ycia i prawid³owego rozwoju potrzebuje innych ludzi. Konstatacja ta
zapewne nie zaskoczy nikogo, kto chocia¿ raz widzia³
ma³e dziecko, a z pewnoœci¹ nie bêdzie niczym nowym
dla tych, którzy siê takim dzieckiem opiekowali. Wieloletnia niezdolnoœæ ma³ego dziecka do samodzielnego ¿ycia
15

wskazuje, ¿e stan niemal ca³kowitej zale¿noœci od innych
ludzi jest jego naturaln¹ sytuacj¹ ¿yciow¹, co w pewnym
sensie implikuje, ¿e cz³owiek zosta³ niejako „pomyœlany”
i stworzony do ¿ycia w spo³ecznoœci.
Jak dot¹d, teza ta wydaje siê bezwzglêdnie prawdziwa,
mimo istnienia opisów (w wiêkszoœci zreszt¹ ma³o wiarygodnych) tak zwanych wilczych, niedŸwiedzich czy w
ogóle „dzikich dzieci”, które prze¿y³y i rozwinê³y siê w
ca³kowitej, rzekomo, izolacji od innych ludzi. Opisy te, od
zupe³nie czasami fantastycznych a¿ do udokumentowanych historycznie (np. Kaspar Hauser) przedstawiaj¹ jednak istoty dziwaczne, najczêœciej kalekie fizycznie i upoœledzone psychicznie. Jeœli wiêc nawet mo¿na sobie wyobraziæ (znakomicie zrobi³ to Kipling w swojej „Ksiêdze
d¿ungli”) prze¿ycie i prawid³owy rozwój cz³owieczego
dziecka bez kontaktu z innymi ludŸmi, to w rzeczywistoœci pomys³ taki jest absolutnie nierealny.
Wspó³czesne badania naukowe, prowadzone na temat
dzieci wczeœnie od³¹czonych od rodziców i z ró¿nych powodów pozbawionych ciep³ego, pe³nego mi³oœci kontaktu z doros³ymi, udowodni³y ponad wszelk¹ w¹tpliwoœæ, ¿e
sytuacja taka powa¿nie zaburza nie tylko rozwój psychiczny, ale i fizyczny tych¿e dzieci. Oprócz tego, powiedzmy, biologiczno-rozwojowego aspektu „spo³ecznoœci” istoty ludzkiej, istnieje te¿ drugi, nie mniej wa¿ny.
Otó¿ cz³owiek do swojego dobrego samopoczucia i
sprawnego funkcjonowania potrzebuje obecnoœci innych
ludzi oraz zwi¹zków uczuciowych i wspólnoty intelektualnej z niektórymi z nich. Bez mi³oœci, przyjaŸni, wzajemnej bliskoœci, szacunku i innych tego rodzaju wiêzi emocjonalnych, umo¿liwiaj¹cych z kolei wymianê myœli i
poczucie przynale¿noœci do „braci w rozumie”, ¿ycie
ludzkie staje siê ja³ow¹, pust¹ udrêk¹ bez celu i sensu.
Warto pamiêtaæ, ¿e zadziwiaj¹co zaradny i, jak byœmy to
16

dzisiaj powiedzieli, przedsiêbiorczy Robinson Kruzoe
na swej bezludnej wyspie nieustannie cierpia³ z powodu
têsknoty za innymi ludŸmi. Izolacja spo³eczna jest we
wszystkich znanych kulturach kar¹ sro¿sz¹ nieraz od
kary œmierci.
Jak ³atwo zauwa¿yæ, swoje najwa¿niejsze potrzeby
spo³eczne, zarówno w ich aspekcie biologiczno-rozwojowym, jak i emocjonalno-intelektualnym, cz³owiek mo¿e
zaspokoiæ w rodzinie. Rodzina jest jedyn¹ grup¹ spo³eczn¹, której spoiwem s¹ g³êbokie wiêzi uczuciowo-intelektualne, a wzajemna bliskoœæ znajduje swoje apogeum i
spe³nienie w niczym nie skrêpowanym i akceptowanym
spo³ecznie wspó³¿yciu seksualnym. W rodzinie te¿ przychodz¹ce na œwiat dzieci otrzymuj¹ w najczystszej postaci ów niezbêdny im do normalnego rozwoju, pe³en ciep³a
i mi³oœci kontakt z doros³ymi, którym jest opieka rodzicielska. Nic wiêc dziwnego, ¿e rodzina jest tak stara jak
ludzkoœæ, oraz ¿e zawsze stanowi³a i stanowi ³atwo daj¹c¹ siê wyró¿niæ elementarn¹ cz¹stkê ka¿dego spo³eczeñstwa. By³a zawsze, jest i bêdzie tak d³ugo, jak d³ugo bêdzie istnia³ cz³owiek, albowiem jest ona jego najbli¿szym
œrodowiskiem spo³ecznym i najwa¿niejszym spo³ecznym
kontekstem nadaj¹cym sens ¿yciu i poczynaniom.
Ka¿da kultura stawia do zrealizowania podleg³ym sobie jednostkom ten sam ogólny „plan ¿yciowy” polegaj¹cy na znalezieniu sobie w odpowiednim czasie partnera i
za³o¿eniu rodziny. Wymagaj¹ tego od swoich cz³onków
zarówno spo³ecznoœci Eskimosów, jak i amerykañskich
WASP-ów, afrykañskich Buszmenów i angielskiej arystokracji, australijskich Aborygenów i Europejczyków, Hindusów, Rosjan, Japoñczyków i Brazylijczyków, krótko
mówi¹c – wszystkich znanych ras, grup etnicznych, grup
spo³ecznych i narodów. Ka¿da te¿ kultura wytworzy³a
specyficzne sankcje spadaj¹ce na tych, którzy owego
2 – Moje dziecko...

17

ogólnego „planu ¿yciowego” nie realizuj¹. Najmniej dolegliw¹ z nich jest chyba dezaprobata spo³eczna wyra¿aj¹ca siê np. w Polsce i wœród wielu innych narodów obdarzaniem takiej jednostki mianem „starej panny” lub „starego kawalera”, które to epitety s¹ synonimami nieprzystosowania, zdziwaczenia i generalnej klêski ¿yciowej.
„Wiesz, to stara panna” – mawia siê u nas i ju¿ wszystko
o omawianej damie wiadomo.
Najciê¿sz¹ z kolei sankcj¹ jest wykluczenie osób samotnych ze spo³ecznoœci lub skazanie ich na egzystencjê
ludzi gorszej kategorii. Dla przyk³adu – w niektórych plemionach po³udniowoamerykañskich Indian mê¿czyzna,
który siê nie o¿eni³, zostaje zmuszony do noszenia kobiecych ubrañ i pe³nienia roli kogoœ w rodzaju gosposi „na
przychodne” wobec innych kobiet. W Stanach Zjednoczonych samotni, jako osoby nie wzbudzaj¹ce dostatecznego
zaufania, z zasady nie otrzymuj¹ pewnych rodzajów pracy (np. akwizytora), maj¹ powa¿ne trudnoœci z awansem
na kierownicze stanowiska i praktycznie nie maj¹ szans na
uzyskanie stanowisk publicznych pochodz¹cych z wyboru.
Wszystko, co napisa³em powy¿ej, zalicza siê do sielankowego wizerunku rodziny. Rodzina bowiem, ogl¹dana z
pewnej perspektywy i przez pryzmat okreœlonych kategorii socjo-psychologicznych, rzeczywiœcie jest najbardziej
naturalnym i przyjaznym œrodowiskiem spo³ecznym cz³owieka. Czyli, jak chce socjologia, jest jego podstawow¹
grup¹ spo³eczn¹, gdzie wiêzi pomiêdzy cz³onkami s¹ osobiste i ciep³e, kontakty spontaniczne, bliskie i pe³ne zaanga¿owania uczuciowego, a postêpowanie wobec siebie
nawzajem solidarne i nastawione na osi¹ganie wspólnych
celów. Ponadto rodzina pe³ni wobec swych cz³onków
liczne funkcje – takie jak prokreacyjna, zarobkowa, us³ugowo-opiekuñcza, socjalizuj¹ca i psychohigieniczna, któ18

re zapewniaj¹ im wszechstronne zaspokojenie ich potrzeb
oraz optymalne warunki rozwoju*.
Jednym s³owem sielanka.
Horror zaczyna siê dopiero wtedy, kiedy zajrzymy niejako do wnêtrza rodziny i spróbujemy odpowiedzieæ sobie
na pytanie – jak ona naprawdê na co dzieñ funkcjonuje?
Literatura i film z dawien dawna z upodobaniem penetruj¹ wnêtrze rodziny, znajduj¹c tam nieustannie materia³
zarówno do wstrz¹saj¹cych dramatów, jak i do humorystycznej groteski. Wystarczy przypomnieæ tu takie dzie³a,
jak „Buddenbrookowie” Tomasza Manna, „Saga rodu
Forsytów” Galsworthy’ego, „Zmierzch bogów” i „Portret
rodziny we wnêtrzu” Viscontiego, „¯ycie rodzinne” Zanussiego, poczciw¹ „Rodzinê Po³anieckich” Sienkiewicza
czy wreszcie os³awion¹ telewizyjn¹ „Dynastiê”. Wszystkie one pokazuj¹, ¿e oprócz bycia najbardziej naturalnym
i przyjaznym œrodowiskiem spo³ecznym cz³owieka, rodzina bywa dla niego równie¿ piek³em na ziemi pe³nym cierpienia, bólu i strachu. Zreszt¹, ¿eby to stwierdziæ, nie trzeba czytaæ powieœci i chodziæ do kina. Wystarczy popatrzeæ na w³asn¹ rodzinê czy na rodzinê s¹siadów. Nie myœlê tu od razu o wielkich dramatach. W ka¿dej rodzinie
rozgrywaj¹ siê codziennie ma³e dramaty – zwyczajne nieporozumienia, konflikty, utarczki i awantury, do których
w³aœciwie przywykliœmy, co nie znaczy, i¿ nie przysparzaj¹ nam one cierpieñ, rozterek i „nerwów”.
Aby odpowiedzieæ sobie na pytanie, dlaczego tak siê
dzieje, zacznijmy od baczniejszego przyjrzenia siê rodzinie jako grupie. Otó¿ okaza³o siê, ¿e wœród ró¿nych grup
spo³ecznych rodzina jest grup¹ szczególn¹. Funkcjonuje
* Szerszy opis tych funkcji znajdzie zainteresowany Czytelnik w:
Maria Ziemska, „Rodzina i osobowoœæ”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1977.

19

ona bowiem jak system, w cybernetycznym znaczeniu
tego s³owa, czyli jak uk³ad elementów powi¹zanych wzajemnie sprzê¿eniami zwrotnymi.
Jednym z najprostszych przyk³adów systemu jest termostat w naszych lodówkach. Sk³ada siê on z dwóch elementów – czujnika temperatury i prze³¹cznika dop³ywu
pr¹du – po³¹czonych sprzê¿eniem zwrotnym. Sprzê¿enie
to dzia³a w ten sposób, ¿e ilekroæ nast¹pi zmiana w jednym z elementów, drugi tak¿e siê zmienia. Na przyk³ad,
je¿eli temperatura w lodówce wzroœnie powy¿ej -2 stopni
C, na któr¹ ustawiony jest czujnik, wyœle on sygna³ do
prze³¹cznika pr¹du, a ten z kolei w³¹czy zasilanie agregatu lodówki. W wyniku jego dzia³ania temperatura zacznie
spadaæ i gdy osi¹gnie -2 stopnie C, czujnik znów zareaguje, wysy³aj¹c do prze³¹cznika pr¹du sygna³ powoduj¹cy
wy³¹czenie zasilania. W ten sposób bêdziemy mieæ w lodówce sta³¹ temperaturê oko³o -2 stopni C.
Rodzinê mo¿emy sobie wyobraziæ jako znacznie bardziej skomplikowane urz¹dzenie, sk³adaj¹ce siê z kilku
elementów (cz³onków rodziny) powi¹zanych ze sob¹
sprzê¿eniami zwrotnymi w taki sposób, ¿e jakakolwiek
zmiana w jednym z tych elementów powoduje zmiany we
wszystkich pozosta³ych i tym samym zmianê w funkcjonowaniu ca³ego urz¹dzenia. Ka¿da zaœ zmiana w funkcjonowaniu ca³ego urz¹dzenia spowoduje zmianê dzia³ania
wszystkich jego poszczególnych elementów.
Najprostszy uk³ad rodzinny bêdzie w tym ujêciu wygl¹da³ nastêpuj¹co (ojciec – matka – dzieci):

20

WyobraŸmy sobie, ¿e znajduje siê on w stanie pewnej
równowagi. Oto, powiedzmy, rodzina odpoczywa po
obiedzie – ojciec ogl¹da telewizjê, matka czyta, a dziecko
bawi siê klockami. W pewnym momencie dziecko rzuca
klocki i z p³aczem chwyta siê za brzuch. Matka zrywa siê
i bierze je na rêce, pytaj¹c, co siê sta³o? Ojciec zaniepokojony wstaje od telewizora i wyra¿a przypuszczenie, ¿e
dziecko zatru³o siê niezbyt dziœ smacznym obiadem. Matka z oburzeniem protestuje przeciw obwinianiu jej o spowodowanie cierpieñ dziecka oraz przeciw tendencyjnej,
jej zdaniem, ocenie obiadu. Dziecko p³acze. Ojciec chwyta za telefon i usi³uje siê dodzwoniæ do pogotowia, mówi¹c, ¿e nie czas na sprzeczki. Matka wybucha p³aczem,
twierdz¹c, ¿e m¹¿ potrafi j¹ jedynie oskar¿aæ i krytykowaæ. Matka p³acze. Dziecko p³acze. Matka niesie je do
kuchni i poi ciep³¹ herbat¹. Ojciec wci¹¿ walczy z telefonem, wypowiadaj¹c jednoczeœnie opiniê, ¿e herbata nic tu
nie pomo¿e. Matka ¿¹da, ¿eby ojciec w takim razie sam
coœ zrobi³, skoro wszystko, co ona robi, jest niedobre.
Dziecko p³acze. Ojciec twierdzi, ¿e w³aœnie „coœ” robi,
telefonuj¹c na pogotowie. I tak dalej.
Jak widaæ, zmiana w zachowaniu siê dziecka wywo³a³a natychmiastowe zmiany w funkcjonowaniu rodziców.
Zmiana z kolei w zachowaniu siê ka¿dego z nich wywo³a³a zmianê w postêpowaniu tego drugiego. Zmieni³o siê
te¿ funkcjonowanie ca³ej rodziny – od spokojnego wypoczynku do gor¹czkowej aktywnoœci i niemal awantury.
Ale oto pod wp³ywem ko³ysania matki (a mo¿e ciep³ej
herbaty?) dziecko siê uspokaja. Ojciec biegnie odwo³aæ
wezwane pogotowie. Matka masuje dziecku brzuch. Ojciec przeprasza j¹ za to, ¿e siê uniós³. Ona odpowiada, ¿e
te¿ by³a zdenerwowana. Oboje zajmuj¹ siê zabawianiem
dziecka. Pod wp³ywem ich starañ dziecku wraca dobry
humor. Rodzice zastanawiaj¹ siê, czy by³a to jakaœ przej21

œciowa dolegliwoœæ, czy te¿ wezwaæ lekarza. Rodzina
osi¹ga znów stan pewnej równowagi. Za chwilê ojciec
w³¹czy telewizor, a matka wróci do lektury. I tak a¿ do
nastêpnej zmiany.
Ka¿da rodzina funkcjonuje w³aœnie tak, jak usi³owa³em
powy¿ej przedstawiæ; mo¿emy siê ³atwo przekonaæ o tym,
obserwuj¹c uwa¿niej w³asne ¿ycie rodzinne. Zobaczymy
wtedy, ¿e naprawdê jest to system. ¯e w rodzinie nie ma
spraw „moich” czy „twoich”, poniewa¿ ka¿da sprawa w
jakimœ stopniu dotyczy wszystkich. Je¿eli ojciec ma k³opoty, o których mo¿e nawet nie mówi rodzinie, na pewno
i matka, i dziecko to odczuj¹. Choæby siê on najbardziej
stara³, nie ustrze¿e siê pewnych, nawet niewielkich, zmian
w zachowaniu. Je¿eli dziecko dostanie pa³ê z geografii,
matka wie, ¿e coœ siê wydarzy³o, zanim jeszcze przekroczy ono próg mieszkania, wracaj¹c ze szko³y. Jeœli matka
jakiegoœ dnia nieco gorzej siê czuje, i ojciec, i dziecko ju¿
po chwili bêd¹ wiedzieli, ¿e coœ z ni¹ jest nie tak, choæby
stara³a siê swoje samopoczucie ukryæ. I tak dalej.
W rodzinie, tak naprawdê, niczego nie mo¿na ukryæ ani
niczego nie mo¿na udawaæ. Wszystkie sprawy s¹ w niej
wspólne, bowiem zachowanie ka¿dego z jej cz³onków
wp³ywa na zachowanie ka¿dego innego i samo, z kolei,
ulega modyfikacji pod wp³ywem zachowania siê tych innych.
Wiêc jeszcze raz podkreœlam, ¿e rodzina to system, w
którym wszystko ze wszystkim siê ³¹czy i wszyscy wp³ywaj¹ na wszystkich. W dodatku jest to system homeostatyczny, czyli – jak termostat w naszej lodówce – d¹¿¹cy
do utrzymania stanu pewnej równowagi poprzez kompensowanie zmian w jednych elementach za pomoc¹
zmian w innych. Oznacza to, ¿e ka¿da rodzina d¹¿y, mniej
lub bardziej œwiadomie, do utrzymania sta³oœci swojej sytuacji wewnêtrznej (np. równowagi si³ pomiêdzy domow22

nikami bêd¹cymi w konflikcie, podzia³u w³adzy, wp³ywów, obowi¹zków itp.) i w zasadzie jest oporna wobec
wszelkich prób zmiany tej sytuacji.
Przedstawiony powy¿ej sposób funkcjonowania systemu rodzinnego pozwala lepiej zrozumieæ, co to znaczy, ¿e
rodzina jest najwa¿niejszym kontekstem spo³ecznym w
zachowaniu siê jej cz³onków. Zilustrujê to znów na przyk³adzie ma³ego dziecka.
System rodzinny, ze wzglêdu na wspomnian¹ ju¿ bezradnoœæ i zale¿noœæ dziecka od innych ludzi, oddzia³uje na
nie ze szczególn¹ si³¹, powoduj¹c, ¿e zachowanie dziecka
jest niemal w stu procentach zdeterminowane przez rodzinê (szczególnie, oczywiœcie, przez rodziców). Z czasem,
co prawda, powiêksza siê iloœæ „niezale¿nych i samorz¹dnych” zachowañ potomka, ale i tak, a¿ do okresu dorastania (kiedy nabiera znaczenia rola grup rówieœniczych),
prawie ka¿dy jego postêpek jest warunkowany przez
uk³ad rodzinny. Oznacza to, ¿e nie mo¿na w pe³ni poznaæ
dziecka bez poznania jego rodziny oraz ¿e rozmaite niepokoj¹ce, niezrozumia³e czy dziwaczne jego zachowania
staj¹ siê zrozumia³e po osadzeniu ich w „rodzinnym kontekœcie”.
A oto wspomniany przyk³ad.
Jakiœ czas temu zg³osi³a siê do mnie m³oda kobieta,
uskar¿aj¹c siê, ¿e jej piêcioletni synek, odk¹d pojawi³o siê
w domu drugie dziecko, bardzo siê zmieni³. Zacz¹³ z powrotem moczyæ siê do ³ó¿ka, mimo ¿e od trzech lat nie
by³o ju¿ z tym problemów, sta³ siê z³oœliwy, niegrzeczny i
absorbuj¹cy, a ponadto, co najbardziej zaniepokoi³o rodziców, wielokrotnie w ci¹gu dnia g³oœno krzycza³ lub
d³ugo p³aka³ bez widocznego powodu, wypowiada³ sam
do siebie dziwaczne teksty (np. „wyrzuæ siê do kosza na
œmieci”), chowa³ siê w szafie lub innych ciemnych zakamarkach.
23

„A przecie¿ by³o to takie grzeczne dziecko i tak czeka³
na urodzenie siê braciszka” – zakoñczy³a swoj¹ opowieœæ
znêkana matka.
Co innego czekaæ na braciszka, a co innego mieæ go w
domu. Piêciolatek najwyraŸniej nie spodziewa³ siê, ¿e
przybycie wyczekiwanego niemowlaka spowoduje a¿ takie zmiany. Bo oto ten nowy poch³ania teraz prawie ca³¹
uwagê i troskliwoœæ matki, przeznaczon¹ dot¹d tylko dla
niego (tata siê tu mniej liczy, bo musi du¿o pracowaæ i niewiele bywa w domu). Ponadto matka, dot¹d przyzwalaj¹ca wobec syna i cierpliwa, sta³a siê bardziej wymagaj¹ca.
T³umaczy mu teraz, ¿e ju¿ jest du¿y i powinien byæ bardziej samodzielny. Skoñczy³y siê igraszki z mam¹ i czytanie bajek przed snem, bo teraz mama ka¿e siê bawiæ
wspólnie z tym nowym (ale przecie¿ co to z nim za zabawy?), a wieczorem jest zbyt zmêczona i po krótkim „dobranoc” gasi œwiat³o.
Konstatuj¹c wszystkie te zmiany, ch³opczyk prawdopodobnie doszed³ do smutnego wniosku, ¿e matka nie kocha go ju¿ tak jak dawniej, a jego zachowanie jest prób¹
zwrócenia na siebie uwagi i niejako przymuszeniem matki do powrotu w poprzedni uk³ad. Najprawdopodobniej
te¿ ch³opiec obwinia sam siebie za to, i¿ nie jest ju¿ tak
dobry, aby zas³u¿yæ na mi³oœæ mamy w uprzedniej formie
i intensywnoœci. St¹d jego samopotêpiaj¹ce wypowiedzi –
„wyrzuæ siê do kosza na œmieci”. Wszystko wskazuje
równie¿ na to, ¿e zacz¹³ siê moczyæ do ³ó¿ka, bo zaobserwowa³, i¿ zmoczenie siê brata wywo³uje wzmo¿on¹ uwagê matki i liczne jej zabiegi wokó³ ma³ego, do których on
sam têskni³. Do szafy chowa³ siê, bo pragn¹³, by matka go
poszukiwa³a, niepokoi³a siê o niego i cieszy³a z odnalezienia. I tak dalej.
Jak widaæ, wszystkie niepokoj¹ce, a nawet dziwaczne
na pierwszy rzut oka, zachowania ch³opca daj¹ siê wyt³u24

maczyæ i zrozumieæ po umieszczeniu ich w aktualnym
kontekœcie rodzinnym, od którego s¹ w pe³ni uzale¿nione.
Dodatkowym dowodem, ¿e tak jest w istocie, by³y zmiany w zachowaniu dziecka, jakie nast¹pi³y w wyniku zmiany postêpowania matki. Poradzi³em jej, ¿eby dwa razy
dziennie (najlepiej po nakarmieniu m³odszego dziecka)
poœwiêci³a pó³ godziny na „pobycie” ze starszym synem.
Owo „pobycie” mog³o przybraæ formê po prostu tak przez
dzieci lubianych pieszczot i „przewalanek” albo zabawy
„w ma³e dziecko”, podczas której matka pozwoli³aby
ch³opcu na „dziecinne zachowania”. Zasugerowa³em te¿,
aby nastêpne 15-20 minut przeznaczy³a na chwilê zabawy,
przeczytanie bajki lub po prostu na uko³ysanie syna do
snu, kiedy bêdzie ju¿ w ³ó¿ku.
Po trzech tygodniach nast¹pi³a radykalna poprawa w
zachowaniu ch³opca. I pomyœleæ – kosztem tylko 75 minut.
Oczywiœcie, zachowanie doros³ych czy m³odocianych
cz³onków rodziny tak¿e, choæ nie w tak wielkim stopniu
jak u ma³ego dziecka, jest uwarunkowane przez system
rodzinny. Bez znajomoœci prawide³ jego funkcjonowania
nie sposób do koñca zrozumieæ zachowañ ani dzieci, ani
rodziców.
IdŸmy wiêc dalej w poznawaniu tych prawide³ i zastanówmy siê – dlaczego system rodzinny jest homeostatyczny, czyli dlaczego rodzina nie lubi zmian?

25

Rozdzia³ II
WSZYSCY ZE WSZYSTKIMI O WSZYSTKO,
CZYLI CODZIENNA WOJNA DOMOWA
W ka¿dej rodzinie toczy siê nieustanna walka wszystkich ze wszystkimi o wszystko.
Zdajê sobie sprawê z tego, i¿ powy¿sze twierdzenie
u wielu Czytelników wywo³a niedowierzanie i sprzeciw.
„W mojej rodzinie nikt z nikim nie walczy. To dobra i
zgodna rodzina” – powiedz¹. I bêd¹ mieli czêœciowo racjê, bowiem tocz¹ca siê walka mo¿e nie przeszkadzaæ w
tym, ¿e rodzina jest generalnie zgodna i dobra. Ma³o tego
– mo¿na, myœlê, œmia³o zaryzykowaæ twierdzenie, ¿e
wiêkszoœæ rodzin jest generalnie zgodna i dobra, a mimo
to pomiêdzy jej przedstawicielami rozgrywa siê nieustannie codzienna wojna domowa. Popatrzmy uwa¿niej na
nasze rodziny, zadaj¹c sobie na razie pytanie raczej nie o
to, czy wojna w ogóle ma miejsce, ile: o co ona mo¿e siê
toczyæ. Ano, jak ka¿da wojna, toczy siê ona, po pierwsze,
o terytorium.
Œmiem twierdziæ, ¿e nie ma takiego domu, w którym
dzieci nie walczy³yby ze sob¹ o przestrzeñ do ¿ycia i zabawy nawet wtedy, kiedy maj¹ do dyspozycji du¿o miejsca. Z moich doœwiadczeñ wynika, ¿e sta³ym przedmiotem konfliktów miêdzy rodzeñstwem posiadaj¹cym od26

rêbne pokoje jest wzajemne naruszanie cudzego terytorium. Dzieci nieustannie wchodz¹ do czyjegoœ pokoju bez
zgody lub pod nieobecnoœæ w³aœciciela, „ruszaj¹” jego
rzeczy, przeszukuj¹ szafki i schowki, korzystaj¹ z urz¹dzeñ zastrze¿onych do wy³¹cznego u¿ytku w³aœciciela
pokoju (np. z magnetofonu siostry czy elektrycznej temperówki brata) itd.
Rodzice niekiedy kilka razy dziennie s³ysz¹ skargi wykrzykiwane na zmianê przez swoje pociechy: „Mamo, on
znów grzeba³ w moim biurku”, „Tato, ona znowu rusza³a
mój magnetofon”. I tak dalej. Bardzo czêsto zamiast skarg
padaj¹ powa¿ne ostrze¿enia: „Je¿eli jeszcze raz wejdziesz
do mojego pokoju, to popamiêtasz” – wrzeszczy do siebie
kochaj¹ce siê rodzeñstwo. I wreszcie nierzadko ostrze¿enia przeradzaj¹ siê w czyn, którego wynikiem s¹ wyrwane w³osy, podbite oczy oraz zgryzota rozdzielaj¹cych walcz¹ce strony rodziców.
Sytuacja jest o wiele gorsza, kiedy dzieci dziel¹ wspólne terytorium. K³ótnie, awantury i bójki s¹ wtedy w³aœciwie na porz¹dku dziennym. To zreszt¹ nie przeszkadza, ¿e
poza opisanymi zdarzeniami dzieci potrafi¹ siê zgodnie
bawiæ i prezentuj¹ liczne oznaki autentycznego do siebie
przywi¹zania.
Na tym jednak nie koniec. Dzieci bowiem, szczególnie
ma³e (w wieku 3 – 10 lat), oprócz wewnêtrznych niejako
walk toczonych o oddan¹ im do dyspozycji przestrzeñ,
wykazuj¹ zgodn¹ tendencjê do ekspansji na terytorium
rodziców. Do ich pokoju, a nawet do kuchni czy przedpokoju stopniowo przenoszone s¹ zabawki. Najlepiej te¿, jak
wiadomo, rysuje siê czy odrabia lekcje nie na w³asnym
biurku, ale na biurku taty lub na kuchennym stole. A najprzyjemniej jest np. jednoczeœnie wycinaæ i s³uchaæ,
o czym mama z tat¹ rozmawiaj¹.
Niejednokrotnie rodzice orientuj¹ siê w skali zjawiska
27

dopiero wtedy, gdy spostrzeg¹, ¿e wolna od dzieciêcych
rekwizytów i œladów dzia³alnoœci jest ju¿ tylko ³azienka
lub skrawek kuchni. Organizuj¹ zatem najczêœciej akcjê
„odwojowania” swojego terytorium.
Zabawki zostaj¹ pozbierane i usuniête do pokoju albo
k¹cika pociech, a sam pokój podlega „odgruzowaniu” i
uporz¹dkowaniu. Towarzyszy temu zazwyczaj skierowana do dzieci pedagogiczna pogadanka na temat tego, co
siê z nimi stanie, je¿eli znów bêd¹ „rozw³óczyæ zabawki
po ca³ym mieszkaniu i robiæ ba³agan w swoim pokoju”.
Po czym za dzieñ lub dwa wszystko zaczyna siê od nowa.
Walka o terytorium rozgrywa siê oczywiœcie nie tylko
pomiêdzy dzieæmi czy pomiêdzy dzieæmi i rodzicami.
Równie¿ rodzice walcz¹ o to pomiêdzy sob¹. Niemal w
ka¿dym domu jest jakieœ uprzywilejowane miejsce (np.
ulubiony fotel albo k¹cik kanapy), którego posiadanie jest
przedmiotem rodzicielskiej rywalizacji. To samo dotyczy
rozlokowania rzeczy w szafach, szafkach i pawlaczach –
czy pory i czasu u¿ytkowania ³azienki. Niekiedy rodzice
staraj¹ siê o jakieœ swoje ca³kowicie prywatne i niedostêpne reszcie rodziny schowki, co te¿ bywa powodem wzajemnych pretensji i sporów. Zreszt¹ jest to i tak daremny
trud, bowiem, zgodnie ze znanymi nam ju¿ czêœciowo
prawid³ami funkcjonowania rodziny jako systemu, nie da
siê w niej ukryæ nawet w³asnego bólu g³owy, a có¿ dopiero schowka. Najczêœciej wiêc o tym, ¿e ma œwietny schowek, jest przekonany tylko jego w³aœciciel, podczas kiedy
reszta rodziny swobodnie, choæ ostro¿nie, w nim buszuje.
W wojnie domowej o terytorium stosowane s¹ przewa¿nie trzy strategie. Dzieci w walkach pomiêdzy sob¹
najczêœciej pos³uguj¹ siê metod¹ „globalnej konfrontacji”,
a w walkach z rodzicami preferuj¹ strategiê „ma³ych kroków”. Rodzice natomiast najchêtniej u¿ywaj¹ sposobu
„desant na ty³y wroga”, wed³ug np. takiego scenariusza:
28

¯ona do mê¿a wracaj¹cego z kilkudniowej delegacji:
„Wiesz, dosz³am do wniosku, ¿e twój gabinet oddamy
Paw³owi. W koñcu ma ju¿ trzynaœcie lat i trudno, ¿eby
wci¹¿ mieszka³ z mam¹. W³aœnie przestawiliœmy meble i
wyobraŸ sobie – twoje biurko doskonale zmieœci³o siê
obok naszego tapczana”.
Po drugie – oprócz terytorium – codzienna wojna domowa toczy siê o wszelkie posiadane przez rodzinê dobra
materialne. Znów twierdzê, ¿e nie istnieje taka rodzina, w
której rodzeñstwo, w zbli¿onym do siebie wieku, nie walczy³oby o zabawki, ³akocie, ksi¹¿ki, kredki, pi³ki, kamyki
i wszystkie inne rzeczy bêd¹ce ich w³asnoœci¹. Pamiêtam,
ilustruj¹c¹ tê prawid³owoœæ, charakterystyczn¹ scenê zaobserwowan¹ kiedyœ w sklepie. Oto matka w otoczeniu
dwójki dzieci (ch³opiec oko³o 5, dziewczynka oko³o 7 lat)
na zakoñczenie zakupów funduje im dwa identyczne lizaki. Pociechy chwytaj¹ s³odycze, ogl¹daj¹ bacznie – i zaczyna siê:
„Ja chcê tamtego” – wykrzykuje ch³opiec, wskazuj¹c
lizaka siostry.
Ta oczywiœcie chowa swoj¹ zdobycz za plecy i ani myœli siê wymieniæ.
„Ale¿ one s¹ takie same” – t³umaczy za¿enowana matka.
„Ale ja chcê tamtego” – wrzeszczy ch³opiec na granicy
p³aczu.
„Wymieñ siê z nim, Kasiu. Przecie¿ one i tak s¹ identyczne” – prosi matka dziewczynkê. Teraz Kasia ma ³zy
w oczach.
„Nie chcê – wo³a, wciskaj¹c do kieszeni nieszczêsnego
lizaka – ja chcê mieæ swojego”.
„Ja chcê tamtego – ryczy ju¿ otwarcie ch³opiec. –
Niech ona mi da”.
Zawstydzona rozgrywaj¹c¹ siê na oczach innych klien29

tów sklepu scen¹, matka znajduje w koñcu salomonowe
rozwi¹zanie:
„Proszê mi oddaæ oba lizaki” – syczy wœciekle, zabieraj¹c dzieciom s³odycze. Rodzeñstwo opuszcza sklep,
zgodnie zanosz¹c siê od p³aczu.
Tak to jest. Do pewnego wieku wszystko to, co przypada bratu lub siostrze, wydaje siê lepsze, ³adniejsze, smaczniejsze. Jak tu wiêc nie próbowaæ tym zaw³adn¹æ?
Nieco inna sytuacja jest w tych mniej typowych rodzinach, gdzie istnieje du¿a rozpiêtoœæ wieku pomiêdzy rodzeñstwem (powiedzmy 8 – 10 lat). Tam walka o dobra
materialne pomiêdzy dzieæmi raczej nie przyjmuje postaci bezpoœredniej konfrontacji. Rozgrywa siê najczêœciej
za poœrednictwem rodziców, do których adresowane s¹
oskar¿enia obu stron o niesprawiedliw¹ dystrybucjê. Na
przyk³ad siedemnastoletni syn otrzymuje upragniony
komputer, na co jego siedmioletni brat reaguje wielogodzinnym rykiem i spazmami, domagaj¹c siê od rodziców
takiego samego. Kiedy indziej zaœ siedemnastolatek wo³a
z oburzeniem: „Dla mnie nie ma pieniêdzy na adidasy, ale
na kolejne klocki »Lego« dla tego gnojka zawsze siê znajd¹”. I tak dalej.
Z czasem walka o rzeczy powoli przemieszcza siê na
p³aszczyznê pomiêdzy dzieæmi i rodzicami. Jest to okres,
w którym córki zaczynaj¹ nosiæ ubrania o rozmiarach podobnych do rozmiarów matek i eksperymentowaæ z kosmetykami, a synowie pragn¹ przejechaæ siê ojcowskim
samochodem i zak³adaj¹ krawat (oczywiœcie nie swój) na
pierwsze powa¿ne prywatki. St¹d sta³e spory i utarczki o
bluzkê, rajstopy, spódnicê, krawat, kluczyki do samochodu i mnóstwo innych jeszcze rzeczy, o których rodzice
myœleli dot¹d, ¿e s¹ ich wy³¹czn¹ w³asnoœci¹, nie przypuszczaj¹c, i¿ we w³asnym potomstwie dochowali siê
konkurentów aspiruj¹cych do ich u¿ywania.
30

Przedmiotem wewn¹trzrodzinnej walki jest te¿ jedzenie. Mo¿e siê to wydaæ zaskakuj¹ce, ale zauwa¿my, ¿e w
ka¿dej rodzinie indywidualne wy¿eranie z lodówki czy
spi¿arni jest œcigane i têpione. Zazwyczaj w rodzinie jest
„szef organizacyjno-gospodarczy” (najczêœciej matka),
który decyduje co, kiedy i w jakiej iloœci domownicy bêd¹
spo¿ywali. Wy³amanie siê spod w³adzy „szefa” – mo¿e to
mieæ miejsce powiedzmy wtedy, kiedy jeden z cz³onków
rodziny zje parówki przeznaczone na wspóln¹ kolacjê –
powoduje represje ze strony tego¿ w postaci np. wykluczenia winowajcy z udzia³u w naprêdce organizowanym
zastêpczym posi³ku, skwapliwie wspierane przez resztê
pokrzywdzonych.
Po trzecie wreszcie, codzienna wojna domowa toczy
siê o tak zwane „dobra psychologiczne”. Nale¿¹ do nich
mi³oœæ, uwaga, zainteresowanie, presti¿, w³adza, autonomia itp. W ka¿dej rodzinie dzieci s¹ zazdrosne o siebie i
rywalizuj¹ pomiêdzy sob¹ o mi³oœæ, zainteresowanie i
uwagê rodziców, która zaspokaja ich potrzebê bezpieczeñstwa. Im m³odsze s¹ dzieci, tym rywalizacja ta jest
bardziej otwarta. Ma³e dzieci (do 10 roku ¿ycia) jawnie siê
np. przechwalaj¹, usi³uj¹c przy tym zdyskredytowaæ siostrê lub brata, otwarcie skar¿¹ i donosz¹ na siebie, zdradzaj¹ rodzicom powierzone im przez rodzeñstwo tajemnice, niszcz¹ najrozmaitsze wytwory rodzeñstwa, których
wykonaniem zas³u¿y³o sobie ono na aprobatê rodziców,
czy wreszcie wprost domagaj¹ siê od matki czy ojca czu³oœci i uwagi wiêkszej od tej, któr¹ obdarzyli pozosta³ych.
Przypomnijmy sobie, ile razy dziennie s³yszymy od
naszych dzieci: „Mamo, popatrz, ja ju¿ za³o¿y³em buty, a
Kasia jeszcze siê grzebie”, „Mamo, Jasiek powiedzia³, ¿e
ciocia Hela wystroi³a siê wczoraj jak szczur na otwarcie
kana³u”, „Mamo, Kaœka mi siê przyzna³a, ¿e zjad³a liœæ od
fikusa”, „Mamo, on podar³ ten portret kota, który dla cie31

bie narysowa³am”, „Mamo, nie idŸ do tej wstrêtnej Kaœki,
posiedŸ jeszcze przy mnie”. I tak dalej. Ile¿ niek³amanej
mi³oœci i cierpliwej dyplomacji potrzeba nieraz, aby nie
wrzasn¹æ w koñcu: „A dajcie¿ wy mi œwiêty spokój!”.
Oczywiœcie, rywalizacja dzieci o nasze wzglêdy ma te¿
swoje dobre strony. Mo¿na j¹ mianowicie wykorzystaæ do
szybkiego osi¹gniêcia efektów (inna sprawa, czy bêd¹ to
efekty trwa³e), które na ogó³ wymagaj¹ ¿mudnej wychowawczej pracy. Któ¿ z nas rodziców opar³ siê pokusie, by
– zamiast systematycznie wdra¿aæ dzieci np. do punktualnoœci – u³atwiæ sobie ¿ycie, rzucaj¹c has³o do „pozytywnej rywalizacji”: „No, dzieci, liczê do dziesiêciu. Kto
pierwszy bêdzie ubrany, ten jest najdzielniejszy”.
W miarê dorastania te dzieciêce rywalizacje o nasz
miech, poca³unek, pochwa³ê czy po prostu o lepszy z
nami kontakt staj¹ siê mniej jawne. Wysubtelniaj¹ siê, nabieraj¹c czasami makiawelicznego wyrachowania i przebieg³oœci w snuciu skierowanych przeciwko sobie intryg.
No i ju¿ nie tak ³atwo podpuœciæ starsze pociechy do tej,
co to wy wiecie, a ja rozumiem, „pozytywnej rywalizacji”.
O mi³oœæ, zainteresowanie i uwagê rodziców dzieci
walcz¹ oczywiœcie nie tylko pomiêdzy sob¹. Przedmiotem
ich zazdroœci i rywalizacji s¹ tak¿e sami rodzice. Ka¿dy
syn czy córka rywalizuje z ojcem o uwagê i czu³oœæ matki, a z matk¹ o uznanie i zainteresowanie ojca. I znowu
przypomnijmy sobie te rozliczne sytuacje, kiedy niewinnie nawet ca³uj¹c lub obejmuj¹c mê¿a czy ¿onê, musieliœmy siê godziæ z obecnoœci¹ „przyzwoitki” w postaci
gwa³townie wpychaj¹cego siê pomiêdzy nas potomka.
Albo te urocze chwile, gdy nasze dziecko przerywa nam
interesuj¹c¹ rozmowê, wtr¹caj¹c swoje „trzy grosze” lub
¿¹daj¹c jeœæ, piæ, siusiu itd. Czy wreszcie te noce, kiedy
s³ychaæ – czasem w najbardziej nieodpowiednim momencie – tupot ukochanych ma³ych stópek i nasza pociecha
32

l¹duje z ulg¹ pomiêdzy nami w naszym ³ó¿ku. Dla niejednego ma³¿eñstwa taki wêdruj¹cy po nocy synek czy córeczka bywa – jak to okreœli³a jedna z moich pacjentek –
najbardziej naturalnym œrodkiem antykoncepcyjnym.
Aby zapobiec groŸnym, z punktu widzenia emocjonalnych interesów dzieci, chwilom bliskoœci pomiêdzy rodzicami i zwróciæ uwagê na siebie – dzieci pos³uguj¹ siê ca³¹
gam¹ œrodków i sposobów. Od normalnej przymilnoœci
poprzez szanta¿, symulacjê choroby, a¿ do najbardziej
bodaj¿e skutecznego robienia rozmaitych „numerów” i
niegrzecznego zachowania. Ka¿de ma³e dziecko dosyæ
szybko uczy siê, ¿e w zasadzie nie jest op³acalne „byæ
grzecznym”, czyli cicho i spokojnie zajmowaæ siê kulturaln¹ zabaw¹, czytaniem, nauk¹ lub czymkolwiek innym
tego rodzaju. Có¿ bowiem siê wtedy dzieje? Ano, uszczêœliwieni darem losu w postaci odrobiny spokoju, rodzice
rzucaj¹ siê w te pêdy do swoich spraw, przestaj¹c zwracaæ
uwagê na dziecko. A jeœli nie zwracaj¹ uwagi, to mo¿e
przestali kochaæ albo kochaj¹ mniej ni¿ wczoraj? ¯eby
przerwaæ tê drêcz¹c¹ niepewnoœæ, wystarczy wykonaæ
dowolny „numer” – coœ st³uc, wylaæ, przewróciæ, pobiæ
brata, biegaæ z krzykiem po mieszkaniu, ci¹gn¹æ psa za
ogon, zsikaæ siê w majtki itd. I ju¿ od razu rodzice porzucaj¹ swoje sprawy, biegn¹ zobaczyæ, co siê przewróci³o,
co st³uk³o, pocieszaj¹ psa, zmieniaj¹ majtki, no i oczywiœcie skupiaj¹ swoj¹ uwagê i zainteresowanie na dziecku.
A przecie¿ o to chodzi. Rzadko którym rodzicom przychodzi do g³owy zainteresowaæ siê potomkiem w³aœnie
wtedy, kiedy jest grzeczny – podejœæ, zagadn¹æ, pobyæ
chwilê razem, pos³uchaæ dziecka, popatrzeæ na to, co robi.
Dlatego nie op³aca siê byæ grzecznym. Grzeczni s¹ bowiem zazwyczaj samotni, opuszczeni i zapomniani, podczas gdy wokó³ niegrzecznych zawsze jest ruch, zainteresowanie i czujna uwaga rodziców.
3 – Moje dziecko...

33

O mi³oœæ, czu³oœæ, uwagê i zainteresowanie walcz¹ te¿
pomiêdzy sob¹ rodzice. Jedno chce zazwyczaj zmusiæ
drugie do œwiadczenia wyrazów czu³oœci, oddania i troski
oraz do podziwu i uznania wobec swoich dokonañ. Wyra¿a siê to najczêœciej w ró¿nych odmianach znanej gry w
„moje nieszczêœcie wiêksze ni¿ twoje”, kiedy powstaj¹
takie oto typowe ma³¿eñskie dialogi:
On: (atakuje) Mia³em dziœ fatalny dzieñ. Jestem koszmarnie zmêczony.
Ona: (odpiera atak i przechodzi do kontrnatarcia) A
myœlisz, ¿e ja to odpoczywa³am? Jeszcze w dodatku po
pracy musia³am jechaæ z Micha³em na basen, bo zostawi³
tam sweter.
On: (wyci¹ga ostatniego asa) Wiesz, chyba znów odzywa siê moje nadciœnienie. Dzisiaj mia³em krwotok z nosa.
Moi pracownicy bardzo siê przejêli.
Ona: (przebija superasem) Och! Mówi³am ci przecie¿,
¿ebyœ poszed³ do lekarza. Mój doktor ju¿ dawno ostrzeg³
mnie, ¿e przy stanie mojego serca powinnam zmniejszyæ
tempo.
On: (pozbawiony atutów toczy bój obronny) Bo¿e, napi³bym siê gor¹cej herbaty i poszed³ spaæ.
Ona: (uskrzydlona powodzeniem atakuje ze zdwojon¹
si³¹) Ja te¿. A w dodatku ten mój doktor mówi³, ¿e dobrze
zrobi³by mi codzienny masa¿ stóp przed snem, ¿eby zapobiec ich niedokrwieniu.
On: (poddaje siê i przegrywa) No dobrze, zaparzê herbatê, a potem zrobiê ci ten masa¿.
Ona: (kwituje wygran¹) Och! Jaki ty jesteœ kochany.
Zrób te¿ dla mnie herbatkê, ale tê zio³ow¹.
Na tego rodzaju stosunkowo niewinnych potyczkach
sprawa siê oczywiœcie nie koñczy, bowiem rodzice tocz¹
poza tym powa¿niejsze boje o znaczenie, presti¿ i, przede
wszystkim, o w³adzê w rodzinie. Walki te to jeden z new34

ralgicznych procesów w stosunkach ma³¿eñskich i rodzinnych, decyduj¹cych w znacznym stopniu o strukturze i
funkcjonowaniu rodziny. Ale o tym dok³adniej w nastêpnym rozdziale. Na razie odnotujmy tylko, ¿e – w ró¿nych
formach – zmagania o w³adzê pomiêdzy rodzicami obecne s¹ w ka¿dej rodzinie. Sakramentalne pytanie – kto tu
rz¹dzi? – pada w naszych rodzinach nieraz kilka razy
dziennie, poniewa¿ oboje ma³¿onkowie d¹¿¹ do monopolu na podejmowanie istotnych decyzji. Czasami dzieje siê
w tej sprawie tak jak w starym dowcipie, kiedy zdenerwowany domowym chaosem ojciec wali w koñcu piêœci¹ w
stó³, wo³aj¹c: „Kto tu rz¹dzi?”. I widz¹c wlepione w siebie kamienne spojrzenie ¿ony, dodaje: „Co? Zapytaæ nie
mo¿na?”. Wtedy sprawa jest jasna, a struktura w³adzy w
rodzinie jednoznaczna. Niestety, jednak znacznie czêœciej
na owo pytanie oboje rodzice odpowiadaj¹: „Ja!”. St¹d
zdarzaj¹ce siê niemal w ka¿dej rodzinie spory kompetencyjne pomiêdzy rodzicami, wzajemne uchylanie swoich
zarz¹dzeñ, wzajemne podwa¿anie autorytetu wobec dzieci itd., co nierzadko prowadzi do sytuacji, kiedy ostatecznym argumentem w rozgrywce „w³adców rodziny” staj¹
siê ró¿ne formy przemocy oraz odpornoœæ psychiczna,
pozwalaj¹ca tê przemoc zastosowaæ.
Oprócz rodziców do wspó³zawodnictwa o w³adzê
w rodzinie w³¹czaj¹ siê tak¿e dzieci. Dziêki odpowiedniemu
uk³adowi si³ pomiêdzy domownikami oraz dziêki pewnym zbiegom okolicznoœci dziecko mo¿e dokonaæ „zamachu stanu” i obj¹æ rzeczywist¹ w³adzê nas ca³ym systemem rodzinnym. Jak mo¿e do tego dojœæ, opowiem w rozdziale pi¹tym. Na razie zaœ skonstatujmy, ¿e trwaj¹ca ustawicznie w ka¿dej rodzinie codzienna wojna domowa
wszystkich ze wszystkimi o wszystko jest faktem. Jak
ka¿da wojna domowa, jest ona zazwyczaj wyj¹tkowo
krwawa i okrutna chocia¿by przez to, ¿e œcieraj¹ siê ze
35

sob¹ przeciwnicy doskonale znaj¹cy swoje s³abe punkty.
Nikt przecie¿ nie potrafi nas tak celnie ugodziæ i tak boleœnie zraniæ jak w³asna ¿ona, m¹¿ czy dziecko. Ponadto w
naszych domach, bêd¹cych przecie¿ azylami prywatnoœci,
nie obowi¹zuj¹ hamulce spo³eczne dzia³aj¹ce na zewn¹trz
rodziny. Tote¿ k³ótnie, awantury i starcia rodzinne bywaj¹ o wiele bardziej burzliwe i brutalne od tych, które mog¹
nam siê zdarzyæ na ulicy, w sklepie czy w miejscu pracy.
Potwierdzaj¹ to statystyki kryminalne, z których wynika,
¿e najwiêksza iloœæ bójek, pobiæ, uszkodzeñ cia³a, a nawet
zabójstw ma miejsce w³aœnie w rodzinach.
Wynikiem codziennej wojny domowej jest ukszta³towanie siê w rodzinie stanu dynamicznej równowagi. Z
czasem ka¿dy z cz³onków rodziny wywalcza sobie jakieœ
w³asne terytorium, uzyskuje niezaprzeczalne tytu³y w³asnoœci co do niektórych dóbr oraz osi¹ga pewn¹ pozycjê i
wp³ywy. Nastêpuje wzglêdne zrównowa¿enie si³, w którym interesy wszystkich s¹ w miarê zaspokojone, a przysz³oœæ jako tako przewidywalna. Pozostaje tylko sta³a
czujnoœæ i walki toczone w obronie osi¹gniêtych zdobyczy. Dlatego w³aœnie jest to równowaga dynamiczna, ¿e
walki o jej utrzymanie nie ustaj¹ praktycznie nigdy. Przypomina ona jak¹œ mistern¹ konstrukcjê, utrzymywan¹ w
swoim kszta³cie poprzez sta³¹ grê dzia³aj¹cych w niej,
wzajemnie siê równowa¿¹cych si³, obci¹¿eñ i naprê¿eñ.
Jakakolwiek zmiana w uk³adzie tych si³, nie kontrolowany wzrost obci¹¿enia czy nieprzewidziane naprê¿enia
materia³u mog¹ spowodowaæ natychmiastowy rozpad i
zniszczenie ca³ej konstrukcji. Dlatego te¿ ¿aden z cz³onków systemu rodzinnego nie chce dopuœciæ do zmian w
jego funkcjonowaniu, ka¿da bowiem zmiana grozi zburzeniem osi¹gniêtej równowagi i powrotem do wszechogarniaj¹cej wojny o now¹. Wynikiem tych d¹¿eñ jest
wspomniana ju¿ wczeœniej homeostaza rodzinna i wyni36

kaj¹ca z niej opornoœæ rodziny na wszelkie zmiany w jej
¿yciu. Powoduje ona, ¿e w wielu rodzinach, mimo zgodnej opinii wszystkich cz³onków na temat koniecznoœci
zmiany jakiejœ powtarzaj¹cej siê sytuacji lub czyjegoœ
sposobu zachowania siê, w istocie ¿adna zmiana nie nastêpuje, a nieskuteczne rozwi¹zania wychowawcze czy destrukcyjne sposoby roz³adowywania konfliktów, nawet
gdy wszyscy s¹ œwiadomi ich nieu¿ytecznoœci, powtarzaj¹ siê latami.
W nastêpnym rozdziale o tym, jak system rodzinny
podtrzymuje ustalon¹ równowagê.

37

Rozdzia³ III
WSZYSTKO DA SIÊ PRZEWIDZIEÆ,
CZYLI SEKWENCJE RODZINNE
Jedn¹ z gwarancji zachowania ustalonej w rodzinie
równowagi jest powtarzalnoœæ, a co za tym idzie, przewidywalnoœæ mog¹cych w niej zaistnieæ zdarzeñ i sytuacji.
Ka¿dy system rodzinny d¹¿y wiêc do ograniczenia liczby
tych zdarzeñ i sytuacji oraz przeciwdzia³a pojawianiu siê
nowych. Ka¿de bowiem nowe wydarzenie czy splot okolicznoœci mo¿e byæ t¹ zmian¹, która zburzy dotychczas panuj¹cy uk³ad si³. W praktyce oznacza to wywieranie przez
cz³onków rodziny rozmaitych wzajemnych nacisków, aby
sprowadziæ swoje funkcjonowanie i stosunki do œciœle
okreœlonego, powtarzaj¹cego siê repertuaru zachowañ i
sytuacji interpersonalnych. Celem tych zabiegów jest
uczynienie zachowania siê ka¿dego z domowników przewidywalnym i, w pewnych ramach, sta³ym, co gwarantuje, i¿ nie nast¹pi ¿adna nag³a zaskakuj¹ca zmiana, która
zagrozi ustalonej równowadze. Mówi¹c inaczej, ka¿dy
system rodzinny d¹¿y do pewnej rytualizacji swojego
funkcjonowania i zachowania siê swoich cz³onków.
Pierwszy stopieñ tej¿e rytualizacji stanowi¹ ogólne,
bêd¹ce dziedzictwem podkultury, z której wywodzi siê
rodzina (np. wiejskiej, œl¹skiej, kaszubskiej itp.), formy i
38

zasady zachowania panuj¹ce w danym domu. Chodzi tu
przede wszystkim o przepisy wewn¹trzrodzinnego savoir
vivre’u, a wiêc np. o formê zwracania siê do siebie, o u¿ywanie zwrotów grzecznoœciowych, o pozdrawianie siê,
witanie, ¿egnanie, o zachowanie siê przy goœciach i w goœciach, o to, co mo¿na powiedzieæ g³oœno, a co tylko po
cichu itd.
Na tê ogóln¹ matrycê nak³adaj¹ siê z czasem indywidualne upodobania i predyspozycje poszczególnych cz³onków rodziny, ich temperament, usposobienie i charakter.
Daje to w wyniku drugi stopieñ rytualizacji, czyli wytworzenie siê znanego wszystkim indywidualnego sposobu
zachowania siê ka¿dego z domowników. Sprawia on, ¿e w
naszych rodzinach na ogó³ wiemy z góry, jak kto zachowa
siê w danej sytuacji. Na przyk³ad ojciec, wchodz¹c do
domu po pracy, zawsze narzeka na ba³agan w przedpokoju. Wiadomo te¿, ¿e np. trzpiotowata Kasia, wracaj¹c ze
szko³y, wo³a na ca³y g³os: „Czeœæ”, jeszcze stoj¹c na klatce schodowej, a roztargnionego Marka trzeba przywo³ywaæ do porz¹dku sakramentalnym: „A dzieñ dobry to za
drzwiami?”. Wszyscy wiedz¹ równie¿, ¿e gdy przyjd¹
goœcie, Kasia bêdzie brylowaæ przy stole, a Marek zaszyje siê w swoim pokoju, ¿e Marek obra¿a siê o byle co, a
Kasia nie obra¿a siê nigdy, ¿e Marek je bardzo powoli, nie
roni¹c ani okruszka, a Kasia po³yka jedzenie b³yskawicznie, rozrzucaj¹c kawa³ki nawet po pod³odze – itd.
Wiadomo te¿ doskonale (szczególnie dzieciom bêd¹cym znakomitymi obserwatorami), jak w okreœlonych sytuacjach zachowuj¹ siê mama i tata. Rodzice wytwarzaj¹
poza tym pewne rytualne zachowania reguluj¹ce wy³¹cznie ich wzajemne stosunki i przeznaczone tylko dla siebie
nawzajem. „Kiedy moja ¿ona zaczyna siê gor¹czkowo
krz¹taæ po domu, wyrzekaj¹c na nieporz¹dki, wiem, ¿e ma
do mnie pretensje i ¿e w czymœ jej podpad³em” – stwier39

dzi³ kiedyœ jeden z moich pacjentów. A inna pacjentka
wyzna³a: „Zawsze poznajê, czy bêdziemy mieli z mê¿em
seks, po tym, jak on wieczorem myje zêby”.
Krótko mówi¹c, w ka¿dej rodzinie wszyscy nawzajem
potrafi¹ przewidzieæ swoje zachowanie w wiêkszoœci zdarzaj¹cych siê i mo¿liwych do przewidzenia sytuacji.
Wraz z dalszym up³ywem czasu ka¿dy system rodzinny osi¹ga trzeci stopieñ rytualizacji, czyli wytworzenie siê
oryginalnego, charakterystycznego dla danej rodziny stylu ¿ycia. Sk³adaj¹ siê nañ wci¹¿ powtarzaj¹ce siê ci¹gi
powi¹zanych ze sob¹ sytuacji, zachowañ i reakcji domowników, zwane „sekwencjami rodzinnymi”. Nierzadko towarzyszy im specjalny „wewnêtrzny jêzyk” odezwañ siê,
cytatów i znaczeñ, stworzony przez rodzinê i zrozumia³y
tylko dla jej cz³onków. Nawi¹zuje on do wspólnych rodzinnych doœwiadczeñ, rodzinnej tradycji, znacz¹cych
zdarzeñ z ¿ycia rodziny i charakterystycznych wypowiedzi tworz¹cych j¹ osób.
Aby dok³adniej zrozumieæ, czym w istocie s¹ sekwencje rodzinne, przyjrzyjmy siê „sekwencji porannego wstawania w niedzielny poranek”, funkcjonuj¹cej w rodzinie
jednego z moich pacjentów.
„W ka¿d¹ niedzielê – wspomina³ on – moja matka jak
zwykle wstawa³a pierwsza i zaczyna³a siê krz¹taæ wokó³
œniadania. Po pewnym czasie, ju¿ ubrana, wchodzi³a do
pokoju, który dzieli³em z m³odsz¹ siostr¹, i wo³a³a: »Pobudka, wstawaæ, dziœ niedziela«. Oznacza³o to, ¿e mo¿emy z siostr¹ jeszcze pole¿eæ. W drodze powrotnej do
kuchni budzi³a ojca zawsze w ten sam sposób: »Maryœ
(ojciec ma na imiê Marian), kawa« (kiedy byli w dobrych
stosunkach) albo »kawa gotowa« (kiedy byli pok³óceni).
Ojciec niezmiennie pyta³ wtedy, która godzina, a matka
podawa³a mu dok³adny czas i wraca³a do przygotowywania œniadania. Bardzo zawsze uwa¿aliœmy z siostr¹ na
40

pierwsze s³owa wypowiadane przez ojca po wstaniu z ³ó¿ka. Jeœli mówi³ ze œmiesznym, lwowskim akcentem:
W imiê Ojca i Syna,
Znowu dzieñ siê zaczyna,
Bogu niech bêd¹ dziêki,
Skoñczy³y siê nocne lêki.
– znaczy³o to, ¿e ma dobry humor. Ta zabawna niby-modlitwa by³a podobno autorstwa naszej nie¿yj¹cej ju¿
babci ze strony mamy. Jeœli zaœ ojciec wola³ do nas: »Co
to, przyroœliœcie do ³ó¿ek?«, albo gdy nic nie mówi³, oznacza³o to raczej pod³y nastrój. Nastêpnie ojciec szed³ do
³azienki, gdzie my³ siê i goli³. Matka w tym czasie przychodzi³a do naszego pokoju, aby przygotowaæ nam ubrania. I znów – jeœli pyta³a nas, w co siê chcemy ubraæ, oznacza³o to jej dobry nastrój, je¿eli zaœ przygotowywa³a je w
milczeniu – lepiej by³o nie wchodziæ jej w drogê. W ³ó¿kach wolno nam by³o pozostaæ a¿ do momentu wyjœcia
ojca z ³azienki. Wtedy by³a moja kolej na mycie siê. Ostatnia my³a siê siostra, w czym pomaga³a jej matka. Nastêpnie matka czesa³a siostrê. W tym czasie ojciec pi³ w kuchni kawê, a ja mu towarzyszy³em. By³y to bardzo fajne
chwile. Gadaliœmy sobie powa¿nie o ró¿nych rzeczach,
podczas gdy z pokoju dochodzi³y wrzaski siostry i zdenerwowany g³os strofuj¹cej j¹ matki. Potem wszyscy siadaliœmy do sto³u w kuchni, przy czym my z siostr¹ i ojciec w
pi¿amach. By³ to nasz niedzielny przywilej. Œniadanie
trwa³o zazwyczaj d³ugo. Jedliœmy powoli, rozmawiaj¹c o
zdarzeniach z ca³ego tygodnia i ¿artuj¹c. Ja i siostra szczególnie dobrze czuliœmy siê, jeœli rodzice byli zgodni, weseli i odprê¿eni. Strasznie zreszt¹ te œniadania lubiliœmy.
Koñczy³a je zawsze matka, wstaj¹c od sto³u ze s³owami:
»No, ludzie, czas zacz¹æ ¿yæ«. Wtedy szliœmy siê ubieraæ.
41

Jak daleko siêgam pamiêci¹ w dzieciñstwo i wczesn¹ m³odoœæ, wszystkie lub prawie wszystkie niedzielne poranki
w moim domu mia³y taki przebieg”.
Na podstawie tego opisu mo¿emy dok³adniej zdefiniowaæ sekwencje rodzinne jako ci¹gi zawsze takich samych
lub bardzo podobnych zdarzeñ i sytuacji interpersonalnych, powi¹zanych ze sob¹ i nastêpuj¹cych w œciœle okreœlonej kolejnoœci. Ró¿ne zdarzenia i ró¿ne sytuacje uk³adaj¹ siê w ró¿ne ci¹gi. Dlatego te¿ w ka¿dej rodzinie istnieje wiele ró¿nych sekwencji. Oprócz „sekwencji wstawania w niedzielny poranek” bêdzie to np. „sekwencja
porannego wstawania w dzieñ powszedni”, „sekwencja
rodzinnego obiadu”, „sekwencja rodzinnej k³ótni”, „sekwencja sprz¹tania mieszkania”, „sekwencja uk³adania
siê do snu”, „sekwencja odwiedzin znajomych”, „sekwencja powrotu rodziców z wywiadówki” i wiele jeszcze innych. Obok spotykanych w wiêkszoœci rodzin (choæ zawsze odmiennych od siebie i oryginalnych) sekwencji
zwi¹zanych z rozk³adem dnia (wstawanie, obiad, uk³adanie siê do snu itp.) jest te¿ oczywiœcie mnóstwo sekwencji
wybitnie oryginalnych, charakterystycznych tylko dla
jednej jedynej rodziny, jak choæby ta, opisana przez moj¹
nastoletni¹ pacjentkê – „sekwencja wizyty cioci Heli”.
„Ciocia Hela, starsza siostra mojego taty, wpada do nas
zawsze bez uprzedzenia, najczêœciej oko³o 16.00 – 17.00.
Ju¿ od drzwi obwieszcza, ¿e zostanie tylko chwilê, bo
w³aœnie by³a niedaleko naszego domu za³atwiaæ takie czy
inne sprawy i pomyœla³a, ¿e dobrze by³oby zobaczyæ braciszka. Taty najczêœciej jeszcze wtedy nie ma w domu, co
nie przeszkadza cioci rozsi¹œæ siê w pokoju. Mama zawsze pyta j¹, czy mo¿e coœ zje albo wypije. Ciocia gwa³townie dziêkuje: »Ale¿ daj spokój, jestem ju¿ po obiedzie,
no, chyba ¿e macie coœ dobrego« – po czym wys³uchuje
sprawozdania mamy na temat tego, co by³o na obiad. Za42

wsze te¿ coœ jej przypada do gustu i wtedy mówi np.: »O!
Pierogi z serem. Dawno nie jad³am. To mo¿e zjem kilka«.
Mama z oczami wzniesionymi do góry, co u niej oznacza:
Bo¿e! Daj mi cierpliwoœæ, podaje talerz pierogów, które
ciocia pa³aszuje w przyzwoitym tempie, dogaduj¹c przy
tym, ot tak sobie, do nikogo, np.: »Twardawe te pierogi. I
ser ma³o s³odki. Pewnie kupione w garma¿erii. A pierogi
to najlepiej zrobiæ samemu. Te gotowe nigdy nie smakuj¹
jak domowe...« itd. Podobne uwagi odnosz¹ siê zreszt¹ do
kurczaka (coœ za suchy), do kotletów schabowych (za
du¿o panieru), do w¹tróbki (trochê gumiasta). Po jedzeniu
ciocia zapala papierosa, rozgl¹da siê nieodmiennie i
mówi: »Kiedy wy siê weŸmiecie za remont tego mieszkania. Przecie¿ to nora«. Mama nieodmiennie b¹ka coœ o
braku pieniêdzy. Ciocia: »Jak to nie macie pieniêdzy?
Przecie¿ oboje pracujecie, a Marek (czyli tata) nieŸle zarabia. To jak wy siê gospodarzycie?«. I tu nastêpuje zawsze ta sama opowieœæ o tym, jak to ciociê, mimo ¿e ma
mniej pieniêdzy od nas, staæ na wszystko (w tym i na remont mieszkania), bo siê dobrze gospodarzy. Mama, aby
skoñczyæ te znane nam na pamiêæ wywody, proponuje
kawê. Ciocia oczywiœcie odmawia, bo przecie¿ wpad³a
tylko na chwilê, ale w koñcu daje siê namówiæ. Przy kawie zawsze zabiera siê do mnie. Krytykuje mój strój,
uczesanie, szko³ê, któr¹ wybra³am itp. Przestrzega te¿
mamê, ¿eby mnie krótko trzyma³a, bo teraz dziewczêta siê
zupe³nie nie szanuj¹. Po wypiciu kawy jest jeszcze druga
kawa, a¿ wreszcie ciocia stwierdza, ¿e nie bêdzie ju¿ czekaæ na tatê i wpadnie innym razem. Wychodz¹c (po 3 lub
4 godzinach od przyjœcia), zawsze mówi: »No, to do mi³ego zobaczenia«. Po jej wyjœciu mama albo klnie (i to jest
lepiej), albo p³acze. Jeszcze nigdy wizyta cioci Heli nie
przebieg³a inaczej. A tata po wys³uchaniu naszej opowieœci o tych uroczych odwiedzinach nieodmiennie mówi:
43

»No, mo¿e nie ma ona naj³atwiejszego charakteru, ale
musicie zrozumieæ« – i tu w³¹cza siê mama: »Tak, tak,
wiem – mówi – to przecie¿ twoja jedyna siostra«”.
Jak pamiêtamy, sekwencje rodzinne s¹ przejawem homeostazy i s³u¿¹ utrzymaniu ustalonej równowagi. Za ich
pomoc¹ system rodzinny ogranicza zawsze nios¹c¹ ryzyko zmiany spontanicznoœæ zachowania siê swoich cz³onków – na rzecz bezpiecznego rytua³u i rutyny. Oczywiœcie, nie nale¿y wyobra¿aæ sobie w tym miejscu homeostazy rodzinnej jako ciemnej, abstrakcyjnej si³y, t³amsz¹cej swobodê podleg³ych jej niewolników. To sami cz³onkowie rodziny zainteresowani s¹ sprawnym i niezak³óconym przebiegiem sekwencji rodzinnych, bowiem zabezpiecza to ich interesy w ramach wywalczonej w codziennej wojnie domowej równowagi si³. Sami te¿ cz³onkowie
rodziny zwalczaj¹ i dyscyplinuj¹ tych spoœród siebie, którzy zak³ócaj¹ sekwencje rodzinne nieprzewidzianymi wyskokami. Zachowania któregokolwiek z nich, znacznie
odbiegaj¹ce od postêpowania przewidzianego przez sekwencje rodzinne, budz¹ w rodzinie niepokój i najczêœciej
interpretowane s¹ jako dziwaczne lub nienormalne. Homeostaza rodzinna nie znosi bowiem zbytniej oryginalnoœci. Chyba ¿e ktoœ jest w danej rodzinie „zawodowym orygina³em”, a przejawy jego oryginalnoœci mieszcz¹ siê w
ramach sekwencji: „szokuj¹ce popisy rodzinnego enfant
terrible na u¿ytek tych, którzy ich jeszcze nie znaj¹”.
W nastêpnym rozdziale s³ów kilka o strukturze rodziny.

44

Rozdzia³ IV
KTO Z KIM, CZYLI O STRUKTURZE RODZINY
Ka¿dy system rodzinny sk³ada siê z dwu podsystemów
– rodzicielskiego i dzieciêcego. W sk³ad podsystemu rodzicielskiego wchodz¹, jak sama nazwa wskazuje – rodzice, a w sk³ad podsystemu dzieciêcego (zwanego te¿ pod-

systemem rodzeñstwa) – dzieci. Jest to podstawowa, a
przy tym prawid³owa struktura normalnie funkcjonuj¹cej
rodziny, któr¹ graficznie mo¿emy przedstawiæ tak (matka
– ojciec; syn – córka):
Przy czym strza³ki nie oznaczaj¹ tu sprzê¿eñ zwrotnych (te istniej¹ zawsze pomiêdzy wszystkimi cz³onkami
rodziny), ale – jeœli tak mo¿na powiedzieæ – „nici porozumienia i wspó³dzia³ania”.
45

Tym, co powoduje wyodrêbnienie siê owych podsystemów, jest wspólnota interesów dwu tworz¹cych rodzinê
generacji. Rodzice musz¹ ze sob¹ wspó³dzia³aæ i wspieraæ
siê wzajemnie, aby z jednej strony podo³aæ spoczywaj¹cym na nich obowi¹zkom – opiece nad dzieæmi i ich wychowaniu, utrzymaniu domu, zapewnieniu warunków do
zaspokojenia przez cz³onków rodziny swoich potrzeb itd.
– a z drugiej strony, by stworzyæ w rodzinie pewn¹ „przestrzeñ ¿yciow¹” dla ich wzajemnej mi³oœci, ¿ycia intymnego, odpoczynku czy zainteresowañ i pasji. Dzieci, z kolei,
zbli¿aj¹ do siebie wspólne potrzeby rozwojowe oraz opór
stawiany wychowawczym usi³owaniom rodziców.
Niemal od momentu przyjœcia na œwiat niektóre interesy rodziców i dzieci s¹, mo¿na powiedzieæ, strukturalnie
sprzeczne. Prawid³owoœci i potrzeby rozwojowe popychaj¹ ma³e dzieci do ogromnej aktywnoœci, ruchliwoœci i
ciekawoœci. Pragn¹ one intensywnie badaæ i poznawaæ
otaczaj¹cy je œwiat wszystkimi zmys³ami (dla nich oczywiste jest badanie np. smaku piasku czy poznawanie dotykiem konsystencji i przydatnoœci do zabawy – b³ota), aby
zdobywaæ nowe i urozmaicone doœwiadczenia. Zmêczeni
zaœ rodzice najczêœciej pragn¹ odrobiny spokoju i nade
wszystko boj¹ siê, ¿e nieposkromiona ciekawoœæ i aktywnoœæ narazi niedoœwiadczonego potomka na liczne niebezpieczeñstwa. St¹d tendencja do hamowania jego ¿ywotnoœci i d¹¿enie do tego, aby by³ „grzeczny”, czyli nie
absorbuj¹cy uwagi i pozwalaj¹cy rodzicom zaj¹æ siê choæ
trochê swoimi sprawami. Szkopu³ w tym, ¿e, jak ju¿ wiemy, na grzeczne dziecko rodzice nie zwracaj¹ specjalnej
uwagi, wiêc dzieciom nie op³aca siê byæ grzecznymi.
Okres dorastania z kolei popycha m³ode pokolenie do
buntu przeciw rodzicielskiemu autorytetowi oraz do walki o samodzielnoœæ i autonomiê, w której to walce m³odzi
ludzie s¹ dla siebie nawzajem sojusznikami. Rodziców
46

zaœ obawa o szeroko rozumiane bezpieczeñstwo zrewoltowanego potomstwa, a tak¿e sprzeciw wobec nag³ej utraty
wp³ywu na jego postêpowanie, popycha w kierunku
wspó³dzia³ania we wzmo¿eniu kontroli i nadzoru nad
dzieæmi. To staje siê znów zarzewiem „konfliktu pokoleñ”
(o którym szerzej w drugiej czêœci ksi¹¿ki).
Jak wiêc widaæ, niemal permanentna rozbie¿noœæ interesów dzieci i rodziców w sposób naturalny czyni z jednych i drugich dwie najbardziej stabilne „koalicje” (lub,
jak to wczeœniej powiedzieliœmy – podsystemy) w systemie rodzinnym. Nie s¹ to, oczywiœcie, koalicje jedyne.
Tocz¹ca siê w ka¿dej rodzinie codzienna wojna domowa,
której poœwiêciliœmy ju¿ wczeœniej nieco uwagi, w swojej
„taktyce” opiera siê w³aœnie na sojuszach (koalicjach) i
zdradzie. Mamy tu do czynienia z sojuszami doraŸnymi,
sytuacyjnymi, a co za tym idzie – zmiennymi i ma³o stabilnymi. Nikt nie lubi walczyæ samotnie, tote¿ ka¿dy z nas
– maj¹c do „przepchniêcia” jak¹œ sprawê na forum rodziny – pilnie rozgl¹da siê za sojusznikiem. Najbardziej po¿¹dany jest, rzecz jasna, sprzymierzeniec z naszego w³asnego podsystemu (drugi rodzic, gdy jesteœmy rodzicem)
lub z podsystemu rodziców (gdy jesteœmy dzieckiem). Ale
jeœli nie da siê takiego sojusznika pozyskaæ, to w zasadzie
dobry jest ka¿dy inny „koalicjant”, choæby to by³o, w
przypadku rodzica, dziecko, a nawet pies. Znana mi jest
rodzina, w której bardzo silne „lobby” stanowi pan domu
oraz nale¿¹cy do niego i okazuj¹cy mu szczególn¹ admiracjê ogromny rottweiler.
Maj¹c sojusznika, raŸniej przystêpujemy do naszej rozgrywki, osi¹gamy to, o co nam chodzi, i sprzymierzeniec
staje siê zbêdny. Jednoczeœnie pojawia siê do „przewalczenia” inna sprawa, w której bardziej po¿¹dany by³by
inny „koalicjant”. Có¿ wiêc robimy? Ano bez mrugniêcia
okiem zdradzamy dotychczasowego wspólnika i puszcza47

j¹c go w tr¹bê, zawi¹zujemy now¹ koalicjê. W praktyce
wygl¹da to w sposób np. taki:
W okreœlonej sprawie (powiedzmy dotycz¹cej zakupu
nowych mebli do pokoju córki) nastoletnia córka i matka
wystêpuj¹ przeciwko ojcu, który uwa¿a, ¿e nie jest to najpilniejszy wydatek w ich rodzinie. Córka, czuj¹c wsparcie
„koalicjantki” (matki), poczyna sobie dzielnie i atakuje
ojca coraz ostrzej. Budzi to w pewnym momencie zaniepokojenie matki, która przewiduje, ¿e w przysz³oœci ona
sama mo¿e staæ siê obiektem takiego ataku. Zdradza wiêc
córkê i przechodzi na stronê ojca, mówi¹c:
„No dobrze, meble meblami, ale ty sobie tak w stosunku do ojca nie pozwalaj”.
Skonsternowanej zdrad¹ matki córce opada przys³owiowa szczêka i zaprzestaje ataku. Daje to ojcu czas na
zebranie myœli i dostrze¿enie szansy odegrania siê na ¿onie za jej skierowany przeciwko sobie sojusz z córk¹.
Zdradza wiêc chwilow¹ koalicjê z matk¹ i przechodzi na
stronê córki, mówi¹c do ¿ony:
„Czego ty od niej chcesz. Przecie¿ ona tylko naœladuje
w swoich wypowiedziach mamusiê”.
Matka, wobec takiej zdrady, b³yskawicznie wraca do
sojuszu z córk¹ i znów atakuje mê¿a:
„Co by nie mówiæ, jest faktem, ¿e ty nigdy nie dostrzegasz jej potrzeb. Zawsze ci siê wydaje, ¿e dziecko obejdzie siê byle czym”.
Teraz z kolei córka dostrzega okazjê do zemsty na matce za pope³nion¹ przed chwil¹ zdradê. Zdradza wiêc chwilow¹ wspólniczkê i przechodzi na stronê ojca, zwracaj¹c
siê do matki:
„To nieprawda! Tata zawsze stara siê jak mo¿e, tylko ty
nie pozwalasz mu nic zrobiæ po swojemu, bo wszystko
musi siê odbywaæ po twojej myœli”.
Gwa³townoœæ ataku na matkê ze strony córki wywo³u48

je zaniepokojenie ojca, czy nie posun¹³ siê za daleko i czy
sam w przysz³oœci nie padnie ofiar¹ bezkarnej napastliwoœci córki. Zdradza wiêc j¹ i przechodzi na stronê matki,
zwracaj¹c córce uwagê:
„No! No! Jesteœ jeszcze zbyt smarkata, ¿eby tak mówiæ
do matki”.
Daje to szansê matce... I tak dalej. I tym podobnie. Têtni ¿ycie rodzinne.
Warto przy tym zauwa¿yæ, ¿e sytuacyjne sojusze i
zdrady zawi¹zywane s¹ i dokonywane bez specjalnych
skrupu³ów i poczucia winy którejkolwiek ze stron. Wszyscy w rodzinie uwa¿aj¹ je zazwyczaj za coœ normalnego i
oczywistego, tote¿ nikt siê za nie nie wstydzi, nie obra¿a
ani na d³u¿sz¹ metê nie ma ich nikomu za z³e. Najczêœciej
zreszt¹ s¹ one, to znaczy sojusze i zdrady, dodatkowo
„oswojone” poprzez w³¹czenie ich w przebieg sekwencji
rodzinnych (z góry wiadomo kto, kogo, w jakiej sprawie i
jak poprze), dziêki czemu staj¹ siê one paradoksalnie
czynnikiem sprzyjaj¹cym utrzymaniu ustalonej w rodzinie równowagi.
O nieco innej strukturze rodziny i paru jeszcze sprawach w nastêpnym rozdziale.

4 – Moje dziecko...

49

Rozdzia³ V
ZABÓJCZA RÓWNOWAGA,
CZYLI O PATOLOGII RODZINY
W swoim d¹¿eniu do równowagi system rodzinny, za
pomoc¹ sekwencji rodzinnych oraz uk³adu trwa³ych koalicji i doraŸnych sojuszy, zmierza zawsze do wyeliminowania z postêpowania swoich cz³onków zachowañ nieprzewidywalnych i przypadkowych. Je¿eli wiêc jakieœ
zachowania wystêpuj¹ w rodzinie, to mo¿na œmia³o zaryzykowaæ twierdzenie, ¿e s¹ one koniecznym elementem
panuj¹cej w niej równowagi, a nawet wrêcz, ¿e zosta³y
wytworzone specjalnie w celu jej podtrzymania. Dotyczy
to równie¿, a mo¿e przede wszystkim, zachowañ pozornie
„nienormalnych”, patologicznych, zwanych symptomami
lub objawami. Nale¿¹ do nich wszelkie objawy nerwicowe i psychosomatyczne (np. lêki, bezsennoœæ, migreny,
ko³atania serca, owrzodzenia dwunastnicy, ³ysienie plackowate itp.), szczególnie czêste u dzieci objawy tzw. zaburzeñ zachowania (np. tzw. trudnoœci wychowawcze,
nadmierna agresywnoœæ, czyny aspo³eczne i przestêpcze,
nawyki patologiczne – np. ogryzanie paznokci czy onanizm, tiki itp.) oraz najciê¿sze objawy psychotyczne, takie
jak np. urojenia czy halucynacje.
Twierdzenie, ¿e objaw mo¿e zostaæ niejako „wyprodu50

kowany” przez system rodzinny i s³u¿yæ podtrzymaniu
jego równowagi, wydaje siê na pierwszy rzut oka zaskakuj¹ce, a nawet absurdalne. Trudno bowiem zrazu uwierzyæ, ¿e rodzina sama tworzy swoich chorych czy k³opotliwych cz³onków, przysparzaj¹cych jej przecie¿ niepokoju, napiêcia i autentycznych cierpieñ. Niestety, wszystko
wskazuje na to, ¿e tak w³aœnie siê dzieje.
Aby to lepiej zrozumieæ, zastanówmy siê najpierw,
czym jest w istocie objaw? Otó¿ dzisiaj wiadomo ju¿ na
pewno, ¿e nie jest on przypadkowym, bezsensownym
z³ym czynnikiem zak³ócaj¹cym funkcjonowanie cz³owieka. Wrêcz przeciwnie. Ka¿dy objaw ma swój g³êboki
sens, poniewa¿ w istocie jest on sposobem przystosowania siê jednostki do jej œrodowiska i szeroko rozumianej
sytuacji ¿yciowej. Dla przyk³adu gor¹czka nie jest bezsensownym, przypadkowym „z³em” powoduj¹cym os³abienie i gorsze samopoczucie. Jest ona przejawem tocz¹cego
siê w organizmie procesu zapalnego, który to proces jest
z kolei przystosowaniem siê tego¿ organizmu do maj¹cej
w nim miejsce infekcji bakteryjnej lub wirusowej. Krótko
mówi¹c, gor¹czka jest przejawem walki organizmu o
przetrwanie w sytuacji zagro¿enia z zewn¹trz. W przypadku objawów dotycz¹cych sfery psychicznej mechanizm ich powstawania jest o wiele bardziej skomplikowany, bo te¿ s¹ one sposobem przystosowania siê cz³owieka do sytuacji nieskoñczenie bardziej z³o¿onych ni¿
zara¿enie siê angin¹. A jedn¹ z najbardziej z³o¿onych
sytuacji ¿yciowych ka¿dego z nas jest nasza sytuacja rodzinna. Skoro wiêc objawy s¹ sposobem przystosowania
siê jednostki do jej sytuacji ¿yciowej, to aby zrozumieæ
mechanizmy ich powstawania, trzeba znaleŸæ odpowiedŸ na pytania, które na pozór brzmi¹ paradoksalnie.
Na przyk³ad:
Do czego potrzebna jest panu X jego migrena?
51

Jak¹ funkcjê w ¿yciu pana Y pe³ni¹ jego lêki przed samotnym wyjœciem na ulicê?
Do czego przystosowuje siê szeœcioletnia Kasia swoimi napadami z³oœci? – I tak dalej. Jeœli zaœ popatrzymy na
Kasiê jak na element systemu rodzinnego, to do pytañ
tych dojd¹ dalsze, jeszcze bardziej z pozoru paradoksalne.
Na przyk³ad:
Do czego potrzebne s¹ rodzicom Kasi jej napady z³oœci? Jaki stan równowagi w rodzinie pana X podtrzymuj¹
jego migreny? Co ka¿dy z cz³onków rodziny ma z tego, ¿e
dwunastoletni Karol sprawia ustawiczne k³opoty swoim
z³ym zachowaniem siê w szkole i s³abymi postêpami w
nauce?
Niestety, nie s¹ to bynajmniej pytania paradoksalne.
Dotycz¹ one bowiem spraw jak najbardziej realnych i
konkretnych.
W ka¿dej rodzinie na pewnym etapie jej ewolucji mo¿e
ukszta³towaæ siê stan równowagi w postaci permanentnego, pe³nego napiêæ kryzysu (o takich sytuacjach piszê szerzej w jednym z dalszych rozdzia³ów). W ka¿dym te¿ systemie rodzinnym jest zawsze najs³abszy, najmniej odporny na te napiêcia element (bardzo czêsto jest to dziecko),
który naj³atwiej i najszybciej reaguje na nie objawami.
Fakt „za³amania siê” owego s³abeusza, czyli wyst¹pienie
u niego symptomów i pojawienie siê koniecznoœci jego
szeroko rozumianego leczenia, jest z regu³y zdarzeniem
pozwalaj¹cym reszcie cz³onków rodziny uciec od wspomnianej, nabrzmia³ej, kryzysowej sytuacji i skupiæ siê na
jego chorobie lub problemie. Dziêki temu w rodzinie ustala siê nowy stan równowagi, w którym spodziewane bolesne konsekwencje roz³adowania istniej¹cych w niej napiêæ
zostaj¹ co najmniej odsuniête w czasie. Powiemy wtedy,
¿e w rodzinie zadzia³a³ homeostatyczny mechanizm – objaw choroby jednego z jej cz³onków umo¿liwi³ podtrzy52

manie istniej¹cej w niej równowagi bez ryzyka poniesienia groŸnych konsekwencji jej zachwiania. Nic wiêc
dziwnego, ¿e ten objaw choroby staje siê potrzebny
wszystkim domownikom, bowiem póki on istnieje, nic siê
nie zmieni. Nie bêdzie bolesnych przesileñ kryzysu i wyczerpuj¹cej walki o now¹ równowagê. Wszystko pozostanie tak, jak jest, a wiêc w miarê znajome i bezpieczne. Aby
tak siê sta³o, rodzina zmobilizuje si³y, aby „leczyæ” dotkniêtego objawem choroby cz³onka i tym samym utwierdzaæ go w roli „chorego” lub „problemowego”, nic jednoczeœnie nie zmieniaj¹c w swojej wewnêtrznej sytuacji,
która przecie¿ objaw wywo³a³a. Dziêki temu „leczenie”
jest z regu³y d³ugie i na ogó³ bezskuteczne, a inni domownicy nawet chêtnie godz¹ siê wzi¹æ w nim udzia³ i lepiej
dopilnowaæ, by „pacjent” przypadkiem nie wyzdrowia³.
Oczywiœcie, ogromna czêœæ opisanych tu dzia³añ
cz³onków systemu rodzinnego nie ma nic wspólnego ze
œwiadomie podejmowanymi decyzjami i na zimno wykalkulowanym postêpowaniem. Wynika ono w wiêkszoœci
przypadków z wypartych, pozaœwiadomych, osobistych
motywów. Na poziomie œwiadomoœci wszyscy s¹ przekonani, ¿e jedynym celem ich dzia³ania jest niesienie ulgi i
pomocy nêkanemu przez objaw nieszczêœnikowi. Opisany powy¿ej ci¹g zdarzeñ pozwoli nam bardziej konkretnie
wyobraziæ sobie nastêpuj¹ca historia:
Kilka miesiêcy temu zg³osili siê do mnie zdesperowani
rodzice oœmioletniej Oli, usilnie prosz¹c o pomoc dla ich
jedynego dziecka. Dziewczynkê od ponad dwu lat leczono z powodu ³ysienia plackowatego, a w czasie owej
pierwszej wizyty by³a ona niemal ca³kowicie ³ysa, co robi³o na otoczeniu, w tym i na mnie, doœæ szokuj¹ce wra¿enie.
Z odpowiedzi rodziców na zadawane im pytania wy³oni³y siê takie oto fakty:
53

W rodzinie Oli od ponad dwu lat trwa kryzys spowodowany zdrad¹ mê¿a, który nie mo¿e siê zdecydowaæ na porzucenie ¿ony ani na zerwanie z „kochank¹”. ¯ona bardzo
Ÿle znosi tê sytuacjê, ale równie¿ nie potrafi ani odejœæ od
mê¿a, ani przymkn¹æ oczu na jego romans. Powtarzaj¹ siê
brutalne czasami awantury. Sytuacja w domu staje siê coraz bardziej napiêta. Ma³¿onkowie prawie nie komunikuj¹ siê ze sob¹ inaczej ni¿ za pomoc¹ wzajemnych oskar¿eñ, ataków i z³oœliwoœci. Rozwód „wisi” w powietrzu. I
wtedy nagle ich niespe³na siedmioletnia, urocza, choæ bardzo nerwowa i k³opotliwa córeczka zapada na dziwn¹ i
niepokoj¹c¹ chorobê. Zaczyna gwa³townie ³ysieæ. Jej d³ugie, œliczne w³osy wypadaj¹ ca³ymi pasmami, pozostawiaj¹c odra¿aj¹ce ³yse placki. Przera¿eni rodzice natychmiast
podejmuj¹ czêœciowe zawieszenie broni. Zaczynaj¹ normalnie rozmawiaæ o chorobie córki oraz zgodnie wspó³dzia³aæ w opiece nad ni¹ i w jej leczeniu. Odwiedzaj¹ niezliczonych lekarzy. Biegaj¹ za trudnymi do zdobycia lekarstwami. Wykonuj¹ zlecone im skomplikowane zabiegi
wokó³ g³owy i w³osów Oli. Awantury w³aœciwie zanikaj¹.
O rozwodzie przestaje siê mówiæ. O „kochance” te¿, choæ
m¹¿ od czasu do czasu siê z ni¹ widuje. Czêœæ lekarzy
twierdzi, ¿e choroba dziecka ma pod³o¿e psychiczne, ale
rodzice nie s¹ o tym przekonani. Wynajduj¹ coraz to nowych dermatologów, sprowadzaj¹ z zagranicy drogie specyfiki, kosztem licznych ograniczeñ wyje¿d¿aj¹ na konsultacje do znanego szwedzkiego profesora. W tym samym czasie m¹¿ naciskany przez „kochankê” w kierunku
podjêcia jakiejœ decyzji mówi jej stale: „Nie widzisz, ¿e
mam chore dziecko? Poczekaj”. ¯ona zaœ na napomknienia mê¿a o koniecznoœci uregulowania ich spraw odpowiada: „Nie teraz. Poczekaj, a¿ ma³a wyzdrowieje”. I tak
dalej.
Do psychiatry, a potem do psychologa (czyli do mnie)
54

trafiaj¹ w koñcu po dwu latach, kiedy dziewczynka jest ju¿
niemal ca³kowicie ³ysa i niewiarygodnie rozpieszczona.
Prawda, ¿e trudno o tych rodzicach powiedzieæ, i¿ nie
chcieli wyleczyæ swojego dziecka? Na pewno bardzo chcieli. I na pewno nie zdawali sobie sprawy z tego, ¿e dziêki
chorobie dziecka przez dwa lata mogli unikaæ jakiegokolwiek rozwi¹zania swojego dylematu, który rysowa³ siê im
jako dwie, w gruncie rzeczy nie do przyjêcia, mo¿liwoœci –
rozwód lub pozostanie razem bez ¿adnych zmian.
Z czasem rodzice ujawnili dalsze fakty. Okaza³o siê, ¿e
ich ma³¿eñstwo od pocz¹tku uk³ada³o siê nie najlepiej,
mimo i¿ byli ze sob¹ bardzo zwi¹zani uczuciowo. Spowodowane to by³o g³ównie niedopasowaniem seksualnym
(du¿e zapotrzebowanie mê¿a w tej dziedzinie przy minimalnych potrzebach nie rozbudzonej seksualnie ¿ony)
oraz pewnymi postawami ma³¿onków wobec siebie.
¯ona, mianowicie, prezentowa³a wobec mê¿a dziecinne,
roszczeniowe zachowania, domagaj¹c siê od niego sta³ego zajmowania siê ni¹, opieki, wyrêczania w ró¿nych zajêciach itd. Niezmiernie rzadko by³a przy tym zadowolona z tego, co robi³ partner, mno¿¹c ¿¹dania i nieustannie
zasypuj¹c go pretensjami (taki model „bycia ¿on¹” wynios³a ze swojego domu rodzinnego i z obserwacji swojej
matki). Jednoczeœnie uskar¿a³a siê na mnóstwo rozmaitych mniej lub bardziej sprecyzowanych dolegliwoœci (ze
sta³ym uczuciem zmêczenia na czele), które by³y czêstym
pretekstem do unikania kontaktów seksualnych. Urodzenie dziecka znacznie zaostrzy³o te postawy, co wyra¿a³o
siê wzrostem liczby wymagañ, pretensji i dolegliwoœci.
Postawa mê¿a wobec ¿ony by³a, w gruncie rzeczy, taka
sama jak ¿ony wobec niego. On te¿ domaga³ siê sta³ego zainteresowania swoj¹ osob¹, opieki i uznania, zasypuj¹c
wspó³ma³¿onkê pretensjami o niedba³e prowadzenie domu,
egoistyczne zapatrzenie w siebie, unikanie wspó³¿ycia itp.
55

W ten sposób obydwoje nie dostawali tego, czego od
siebie oczekiwali, poniewa¿ ka¿de z nich chcia³o g³ównie
braæ od drugiego, samemu nic w³aœciwie nie daj¹c. Powodowa³o to znaczne miêdzy nimi napiêcia i wynikaj¹ce z
niego nieprzeliczone scysje. Urodzenie siê córki zaostrzy³o jeszcze sytuacjê, gdy¿ ¿ona skupi³a siê ca³kowicie na
dziecku, usi³uj¹c sprowadziæ mê¿a do roli „obs³ugi technicznej” obu pañ.
W tym czasie m¹¿ nawi¹za³ intymn¹ znajomoœæ ze
swoj¹ kole¿ank¹ z pracy. By³a to kobieta doœwiadczona, o
kilka lat od niego starsza, rozwiedziona matka dziesiêcioletniego syna i, wed³ug jego relacji, te¿ maj¹ca „ciê¿ki
charakter”. Ale za to du¿y temperament seksualny i brak
zahamowañ w tym zakresie. Ów „ciê¿ki charakter” polega³ na apodyktycznoœci, wybuchowoœci i zaborczoœci nowej partnerki, która równie¿ stawia³a ró¿ne wymagania
(np. ¿¹da³a, aby zorganizowa³ wakacje jej synowi, skoro
nie mogli ich spêdziæ razem), domaga³a siê wy³¹cznoœci i
zdecydowanie par³a do ujednoznacznienia ich zwi¹zku
poprzez rozwód partnera i zamieszkanie razem.
M¹¿ wzbrania³ siê przed takim rozwi¹zaniem, poniewa¿,
jak twierdzi³, kocha ¿onê i córkê, czuje siê za nie odpowiedzialny, a jako katolik nie wyobra¿a sobie rozwodu.
¯ona z kolei czu³a siê upokorzona i skrzywdzona, ale
jednoczeœnie twierdzi³a, ¿e kocha mê¿a i nie wyobra¿a
sobie ¿ycia bez niego. Podkreœla³a te¿, ¿e je¿eli zerwie on
z „t¹ kobiet¹”, to ona jest gotowa wszystko mu wybaczyæ
i kontynuowaæ zwi¹zek. Na to m¹¿ z oburzeniem argumentowa³, i¿ to w³aœnie ¿ona jest w pewnym sensie winna ca³ej sprawie i ¿e gdyby nie jej postêpowanie – on nie
by³by zmuszony do „szukania gdzie indziej tego, co mia³by pod rêk¹”. I tak dalej.
Popatrzmy teraz na ca³¹ tê sytuacjê z punktu widzenia
Oli. Ka¿de ma³e dziecko reaguje silnym napiêciem psy56

chicznym na rozdŸwiêki pomiêdzy rodzicami, poniewa¿
jego poczucie bezpieczeñstwa (potrzeba czucia siê bezpiecznym jest jedn¹ z kardynalnych potrzeb psychicznych
dziecka i nie tylko dziecka) jest ca³kowicie uzale¿nione od
atmosfery domowej, tworzonej przez rodziców. Napiêcie
to, w zale¿noœci od jego si³y i czasu trwania, manifestuje
siê ró¿nymi objawami. Od takich, które zaliczamy jeszcze
do wzglêdnej normy (np. przejœciowy brak apetytu, trudnoœci z zasypianiem, wzrost agresywnoœci, ogólne rozdra¿nienie i rozgrymaszenie itp.), a¿ do takich, które norm¹ ju¿ na pewno nie s¹ (np. zaburzenia mowy, tiki, moczenie nocne, natrêctwa, ³ysienie plackowate, niektóre
postacie astmy itp.). Siedmioletnia (a wiêc jeszcze ma³a)
Ola by³a, jak pamiêtamy, dzieckiem nerwowym i k³opotliwym. Okaza³o siê, ¿e owa nerwowoœæ i k³opotliwoœæ polega³a na tym, ¿e dziewczynka systematycznie moczy³a
siê w nocy do ³ó¿ka, „zrywa³a siê”, czyli budzi³a siê kilka
razy w ci¹gu nocy z krzykiem i objawami lêku, ogryza³a
paznokcie, zdarza³o siê jej onanizowaæ, by³a na przemian
rozdra¿niona i agresywna lub p³aczliwa i apatyczna.
Wszystko to wskazuje, ¿e prze¿ywa³a ona permanentne
stany silnego napiêcia psychicznego i lêku. Z bardzo du¿ym prawdopodobieñstwem mo¿na za³o¿yæ, ¿e by³y one
zwi¹zane z napiêt¹ atmosfer¹ w domu, wynikaj¹c¹ z konfliktów pomiêdzy rodzicami. Apogeum tych konfliktów i
napiêæ nast¹pi³o dwa lata temu, kiedy rodzina stanê³a w
obliczu rozpadu. I wtedy w³aœnie wyst¹pi³y u dziewczynki objawy ³ysienia. Mo¿na œmia³o powiedzieæ, ¿e spad³y
one rodzicom jak z nieba. ¯onie pozwoli³y wycofaæ siê „z
twarz¹” z ¿¹dañ rozwodowych stawianych przede wszystkim pod wp³ywem ura¿onej godnoœci i dumy, podczas
gdy w rzeczywistoœci czu³a siê ona uzale¿niona od mê¿a,
ba³a siê zwi¹zanych z samotnoœci¹ k³opotów ¿yciowych i
po swojemu go kocha³a. Dziêki chorobie córki mog³a po57

zostaæ z mê¿em (czego w istocie pragnê³a) bez uszczerbku na honorze, jakim by³oby zapewne przyznanie siê do
pope³nianych wobec niego b³êdów lub dalsze ¿ycie z nim
mimo jego kontaktów z „kochank¹”. Przy okazji unika³a
te¿ wiêkszych zmian w swoim dotychczasowym funkcjonowaniu, co zawsze jest trudne i budzi lêk. Mê¿owi z kolei objawy choroby córki pozwoli³y unikn¹æ g³êbszego
zaanga¿owania siê w zwi¹zek z nie akceptowan¹ do koñca now¹ partnerk¹, którego siê obawia³ i któremu nie czu³
siê na si³ach sprostaæ, umo¿liwiaj¹c jednoczeœnie zachowanie satysfakcjonuj¹cego go uk³adu seksualnego. Poza
tym on tak¿e móg³ unikn¹æ koniecznoœci g³êbszych zmian
swojego zachowania siê i pozostaæ z ¿on¹ bez upokarzaj¹cych procedur zwi¹zanych z powrotem „marnotrawnego mê¿a” na wzgardzone niegdyœ ³ono rodziny (i ¿ony).
A co zyska³a Ola – zapytacie – oprócz oszpecenia i
zwi¹zanego z tym cierpienia? Proszê bardzo! Po pierwsze,
zapobieg³a rozpadowi rodziny oraz, czyni¹c z siebie jej
„g³ówny problem”, pogodzi³a ze sob¹ rodziców poprzez
zintegrowanie ich myœlenia i dzia³ania wokó³ spraw swojego leczenia. Tym samym odzyska³a w znacznym stopniu
poczucie bezpieczeñstwa (wed³ug relacji rodziców w
okresie ³ysienia nieco „wygrzecznia³a”, przesta³a „zrywaæ
siê” w nocy i moczyæ do ³ó¿ka). Po drugie, zyska³a pewn¹ (wcale nie ma³¹) w³adzê nad rodzicami, zmuszaj¹c ich,
z pozycji chorej, biednej i tak straszliwie pokrzywdzonej
przez los, do podporz¹dkowania siê wiêkszoœci jej zachcianek i ¿¹dañ. Rodzice pod wp³ywem prze¿ywanego
poczucia winy i wspó³czucia nie byli w stanie niczego jej
w³aœciwie odmówiæ ani wykazaæ odrobiny wychowawczej stanowczoœci. St¹d zapewne wynika³o jej zupe³ne
rozpieszczenie i brak jakiegokolwiek liczenia siê z matk¹
i ojcem, które obserwowa³em w czasie pierwszych u mnie
wizyt. Po trzecie wreszcie, sta³a siê centrum uwagi, wokó³
58

którego krêci³o siê mnóstwo zaaferowanych doros³ych, z
rodzicami na czele, daj¹c jej odczuæ, jak jest kochana,
wa¿na, dzielna i wspania³a – czyli traktuj¹c j¹ z bardzo
przez dzieci po¿¹dan¹ pe³n¹ akceptacj¹, bez ¿adnych
ograniczaj¹cych j¹ warunków.
Historia Oli pokazuje wyraŸnie, ¿e odpowiedzi na nasze postawione wczeœniej, pozornie „paradoksalne” pytania, s¹ jak najbardziej mo¿liwe i konkretne. Choroba
dziewczynki przynios³a niebagatelne korzyœci wszystkim,
³¹cznie z ni¹ sam¹, cz³onkom rodziny, równowa¿¹c w sumie cierpienie zwi¹zane z wyst¹pieniem objawu. Z powodu tych¿e w³aœnie korzyœci rodzice podœwiadomie tak d³ugo trzymali siê rozmaitych sposobów leczenia, które ewidentnie nie dawa³y rezultatów, i odrzucali sugestie niektórych lekarzy nak³aniaj¹ce ich do szukania pomocy u psychologa. Nale¿a³o siê te¿ spodziewaæ (i tak by³o), ¿e nie³atwo bêdzie ich tych korzyœci pozbawiæ i zachêciæ do
zmian w dotychczasowym funkcjonowaniu. Tym bardziej
¿e posiadanie chorego (a szczególnie tak „tajemniczo”
chorego) dziecka przynosi zawsze jeszcze jedn¹, tym razem spo³eczn¹ korzyœæ w postaci powszechnego wspó³czucia i uznania dla ich dzielnoœci i hartu w znoszeniu nieszczêœcia.
W miejsce ³ysiej¹cej Oli mo¿na oczywiœcie wstawiæ
Karola Ÿle siê zachowuj¹cego w szkole i maj¹cego s³abe
wyniki w nauce, mimo wysokiej inteligencji, Kasiê maj¹c¹ bulwersuj¹ce otoczenie napady z³oœci, pana X. z jego
migrenami itd. Mechanizm jest zawsze ten sam. Objaw
przynosi okreœlone korzyœci wszystkim cz³onkom rodziny, pozwalaj¹c tym samym systemowi rodzinnemu na zachowanie ustalonej w nim równowagi. Ten sposób rozumowania prowadzi do niezwykle wa¿nego wniosku. A
mianowicie – skoro rodzina w istocie „produkuje” u swoich cz³onków rozmaite patologiczne zachowania (obja59

wy), potrzebne jej do utrzymania status quo, to wyeliminowanie tych¿e zachowañ jest mo¿liwe tylko wtedy, jeœli
systemowi rodzinnemu uda siê zmieniæ swoje funkcjonowanie tak, aby objaw przesta³ mu byæ potrzebny do utrzymania osi¹gniêtej równowagi. W praktyce oznacza to tyle,
¿e najczêœciej usuniêcie trudnoœci wychowawczych z
dzieckiem wymaga np. zajêcia siê sposobami rozgrywania
konfliktów pomiêdzy jego rodzicami. Dla rodziców tego
rodzaju konstatacja bywa z regu³y du¿ym zaskoczeniem,
bowiem niezwykle trudno pogodziæ im siê z faktem, i¿
dziwaczne i k³opotliwe zachowania ich dzieci s¹, w gruncie rzeczy, wynikiem ca³okszta³tu wewn¹trzrodzinnych
napiêæ, konfliktów i rozgrywek. Równie trudna do przyjêcia jest logiczna konsekwencja tej zale¿noœci, mówi¹ca,
¿e poradzenie sobie z k³opotami, jakie sprawia dziecko,
wymaga skupienia uwagi nie tyle na samym dziecku, ile
na funkcjonowaniu ca³ego systemu rodzinnego i na wprowadzeniu do niego zmian usuwaj¹cych „zapotrzebowanie” na patologiczne zachowania siê potomka.
I jeszcze jedna sprawa. Kryzysowe sytuacje pojawiaj¹ce siê w ¿yciu ka¿dego systemu rodzinnego (i bêd¹ce najzupe³niej normalnym przejawem jego ewolucji – o czym
w nastêpnym rozdziale) powoduj¹ czêsto ukszta³towanie
siê innej od opisanej w poprzednim rozdziale, normalnej
struktury rodziny. Graficznie strukturê tê mo¿na przedstawiæ nastêpuj¹co:

60

Jak widaæ, zamiast dwu podstawowych podsystemów
– rodzicielskiego i dzieciêcego – wystêpuj¹ w niej tzw.
koalicje miêdzypokoleniowe, czyli trwa³e sojusze jednego z rodziców z dzieæmi (lub z dzieckiem), skierowane
przeciwko drugiemu rodzicowi. Powstaj¹ one zawsze
wtedy, kiedy wiêŸ uczuciowa ³¹cz¹ca rodziców ulega nadw¹tleniu lub wrêcz zerwaniu. Jako przyk³ad mo¿e tu pos³u¿yæ np. koalicja z synem skierowana przeciw nie daj¹cemu ¿onie oparcia emocjonalnego brutalnemu i oziêb³emu ojcu. Syn zaczyna w tej sytuacji pe³niæ wobec matki
rolê Ÿród³a gratyfikacji uczuciowych, których nie dostaje
ona od mê¿a. Przejawiaj¹c wobec niej mi³oœæ, podziw, respekt i czu³¹ akceptacjê, ma³y ch³opiec staje siê dla matki
kimœ znacznie wa¿niejszym od pozbawionego podobnych
uczuæ mê¿a. Kszta³tuj¹cy siê na tej bazie œcis³y zwi¹zek
matki z synem bywa zazwyczaj punktem wyjœcia do ustalenia siê w rodzinie nowej, patologicznej równowagi. Na
przyk³ad syn zaczyna chorowaæ na astmê, co usprawiedliwia pewne formy szczególnej nad nim opieki ze strony
matki oraz zmusza ojca do zmiany zachowania siê w kierunku uleg³oœci wobec ¿ony. Ojciec, przestraszony chorob¹ syna, przyjmuje narzucone mu przez matkê standardy
zachowania (np. b¹dŸ spokojny, mów cicho i ³agodnie,
pokazuj, ¿e wszystko miêdzy nami jest w porz¹dku, bo
tego wymaga od nas nasze chore dziecko) i tym samym
godzi siê, aby jego ma³y syn (przy wsparciu matki) obj¹³
w³adzê w rodzinie i narzuci³ jej odpowiadaj¹cy mu sposób
funkcjonowania.
Podsumowuj¹c, mo¿emy powiedzieæ, ¿e z patologi¹
rodziny mamy do czynienia wtedy, kiedy do sprawnego
dzia³ania w ustalonej równowadze potrzebuje ona patologicznych (chorobliwych, nienormalnych, k³opotliwych)
zachowañ co najmniej jednego ze swoich cz³onków – i
takie zachowania generuje. Okolicznoœci¹ wybitnie
61

sprzyjaj¹c¹ ukszta³towaniu siê takiej równowagi jest powstawanie, pod wp³ywem trudnych, kryzysowych sytuacji, nieprawid³owej struktury rodziny charakteryzuj¹cej
siê obecnoœci¹ koalicji miêdzypokoleniowych.
A teraz nieco wiêcej o owych trudnych, kryzysowych
sytuacjach w rodzinie.

62

Rozdzia³ VI
EWOLUCJA RODZINY,
CZYLI OD KRYZYSU DO KRYZYSU
Zdecydowana wiêkszoœæ d³ugotrwa³ych procesów spo³ecznych i psychologicznych ma przebieg ewolucyjny i
fazowy. Okresy utajenia i spokoju, kiedy pozornie nic siê
nie dzieje, oddzielone s¹ w nich mniej lub bardziej burzliwymi przesileniami, podczas których dochodzi do zmian
w dotychczasowym stanie rzeczy. Przesilenia te okreœla
siê mianem kryzysów.
Rodzina jako ¿ywy organizm spo³eczny, którego egzystencja jest jednoczeœnie d³ugotrwa³ym procesem spo³ecznych i psychologicznych przemian, podlega równie¿ ewolucji. Okresy wzglêdnej stabilizacji i spokoju przedzielone
s¹ w jej ¿yciu gwa³townymi przesileniami, kiedy dochodzi
do zburzenia wczeœniej ukszta³towanej równowagi i powrotu do codziennej wojny domowej o now¹ jej odmianê.
Kryzys, jak mówi definicja s³ownikowa, jest to „moment rozstrzygaj¹cy, punkt zwrotny, okres prze³omu”
b¹dŸ te¿ „stan destabilizacji poprzednio istniej¹cej równowagi, po którym mo¿e nast¹piæ zarówno poprawa, jak
i pogorszenie”*.
* S³ownik wyrazów obcych, PWN, Warszawa 1972.

63

Momenty prze³omu i destabilizacji wczeœniej ustalonej
równowagi mo¿emy obserwowaæ zarówno w rozwoju
psychicznym i spo³ecznym jednostki (np. moment pójœcia
do szko³y, okres dorastania, podjêcie samodzielnego ¿ycia
itd.), jak i w procesie powstawania i rozwoju systemu rodzinnego. Daj¹ siê te¿ one obserwowaæ w przebiegu prawie ka¿dego d³ugotrwa³ego kontaktu miêdzyludzkiego.
Z pojêciem kryzysu ³¹czy siê nierozerwalnie pojêcie
konfliktu. Konflikt na nasz u¿ytek bêdziemy definiowaæ
jako sprzecznoœæ ludzkich interesów, pogl¹dów i postaw,
manifestuj¹c¹ siê w postaci sporów, zatargów lub otwartej konfrontacji. Przedmiotem naszego szczególnego zainteresowania bêdzie jeden z rodzajów konfliktu miêdzyludzkiego (w odró¿nieniu np. od wewn¹trzpsychicznego
konfliktu motywów czy potrzeb, który ma miejsce w klasycznej sytuacji typu: chcia³bym i bojê siê), w którym zachodzi konkretna sprzecznoœæ interesów pomiêdzy ludŸmi pozostaj¹cymi ze sob¹ w sta³ym zwi¹zku uczuciowym
i dziel¹cymi wspólne terytorium. Kryzys rodzinny bêdzie
wiêc polega³, w naszym pojêciu, na mniej lub bardziej
gwa³townym ujawnieniu siê tak rozumianego konfliktu.
Zazwyczaj mówi¹c o konflikcie, koncentrujemy siê na
jego treœci, czyli na przedmiocie sprzecznoœci. Rzadko
natomiast zwracamy uwagê na przebieg konfliktu w czasie i na fakt, ¿e mo¿e on istnieæ przez d³ugi okres, nie
ujawniaj¹c siê na zewn¹trz. W ka¿dej rodzinie istnieje
wiele sprzecznych interesów, np. dzieci i rodziców (ju¿ o
tym wczeœniej wspomina³em), które przez d³ugi czas nie
daj¹ znaæ o sobie. Dopiero w okresie dorastania, je¿eli rodzice nie uwzglêdni¹ w porê zmian zachodz¹cych w ich
dzieciach, konflikt mo¿e ujawniæ siê w postaci kryzysu.
Sprzecznoœci interesów pomiêdzy zwi¹zanymi ze sob¹
uczuciowo i ¿yj¹cymi razem ludŸmi s¹, jak wskazuj¹ niezliczone doœwiadczenia, zjawiskiem nieuniknionym. Za64

tem równie¿ od kryzysów nie ma ucieczki. A kryzys, jak
pamiêtamy, mo¿e zawsze staæ siê punktem wyjœcia zabójczej patologicznej równowagi kszta³tuj¹cej siê w danym
systemie rodzinnym. Jednak¿e ka¿dy kryzys, w zale¿noœci od tego, jak zosta³ rozwi¹zany, mo¿e prowadziæ do
ró¿nych skutków. Je¿eli zosta³ on rozwi¹zany konstruktywnie, to znaczy, jeœli konfrontacja koñczy siê kompromisem uwzglêdniaj¹cym interesy skonfliktowanych
stron, wówczas nie ma osób wygrywaj¹cych ani pokonanych. Ustala siê najczêœciej nowa równowaga, która w
sposób pe³niejszy zaspokaja potrzeby i oczekiwania
wszystkich uczestników kryzysu.
Dorastaj¹ca córka zaczyna znikaæ z domu i póŸno do
niego wracaæ. Okazuje siê te¿, ¿e ma swoje tajemnice oraz
zwiêkszone potrzeby finansowe. Rodzice zaniepokojeni,
¿e dziecko „wymyka im siê z r¹k”, reaguj¹ na ten stan rzeczy mno¿eniem rozmaitych zakazów i nakazów, które córka przewa¿nie ignoruje lub po prostu ³amie. Dochodzi do
ostrego starcia. W wyniku spowodowanych tym rozmów
i dyskusji do rodziców dociera informacja, ¿e potrzeby ich
córki uleg³y zmianie. Zaczynaj¹ dostrzegaæ, ¿e nie jest
ona ju¿ ma³ym dzieckiem, które wymaga³o sta³ego nadzoru i opieki, ale dorastaj¹c¹ m³od¹ kobiet¹, potrzebuj¹c¹ do
dalszego prawid³owego rozwoju wiêkszej autonomii i
swobody. Cofaj¹ wiêc niektóre zakazy i rozluŸniaj¹ nadzór. Równie¿ do córki dociera w koñcu informacja, ¿e –
mimo bardzo œwie¿ej daty doros³oœci – dla rodziców pozosta³a nadal dzieckiem, o które siê po prostu i po rodzicielsku boj¹, i ¿e chcieliby j¹ ustrzec od wszelkich mo¿liwych z³ych zdarzeñ. Uwzglêdniaj¹c to, zgadza siê podporz¹dkowaæ niektórym zakazom, a tak¿e szerzej informowaæ rodziców o swoim nowym trybie ¿ycia i zwi¹zanych
z nim sprawach. W ten sposób kryzys zosta³ rozwi¹zany
konstruktywnie. Rozpoczyna siê nowy okres „pokojowej
5 – Moje dziecko...

65

koegzystencji” stron, w którym rodzice ju¿ nie tyle pilnuj¹ i nadzoruj¹, ile towarzysz¹ córce zdobywaj¹cej nowe,
niezbêdne w dalszym ¿yciu doœwiadczenia. Nikt nie przegra³. Mo¿na nawet zaryzykowaæ twierdzenie, ¿e wszyscy
coœ wygrali.
Ten sam kryzys mo¿e jednak zostaæ rozwi¹zany destrukcyjnie. Na przyk³ad w wyniku wspomnianego wy¿ej
ostrego starcia córka zostaje zmuszona przez rodziców do
bezwzglêdnego podporz¹dkowania siê ich zakazom. W
rezultacie dziewczyna zamyka siê w sobie i w ogóle
przestaje rozmawiaæ z nimi o swoich sprawach. Doprowadza to szybko do nowego konfliktu, bowiem rodzice wymagaj¹ od córki „normalnego” zachowania siê i pe³nych informacji o tym, co robi, co planuje i co siê z ni¹ dzieje. Aby to
osi¹gn¹æ, wzmagaj¹ jeszcze nadzór, pragn¹c t¹ drog¹ doprowadziæ buntowniczkê do ca³kowitej uleg³oœci. W kilka
dni póŸniej córka dokonuje powa¿nej próby samobójczej.
Ten z³owieszczy scenariusz nie jest bynajmniej produktem mojej wybuja³ej wyobraŸni, a raczej syntez¹ dziesi¹tków obserwowanych przeze mnie destrukcyjnie rozwi¹zywanych kryzysów pomiêdzy dorastaj¹cymi dzieæmi
i ich rodzicami. W rozwi¹zaniach takich zawsze pojawia
siê podzia³ na stronê wygrywaj¹c¹ (rodzice) i pokonan¹
(córka). Tyle tylko, ¿e zarówno wygrana, w tym przypadku rodziców, jak i przegrana córki s¹ wysoce problematyczne. Sytuacja obu stron nadaje siê bowiem jak ula³ na
ilustracjê znanego wierszyka Tuwima o rycerzu Krzykalskim, który „z³apa³ Tatarzyna, a Tatarzyn za ³eb trzyma”.
Nie jest wykluczone, ¿e w nastêpnej rundzie (a zwykle do
niej dochodzi) córka z kolei zmusi wystraszonych jej postêpkiem rodziców do uleg³oœci i wywalczy sobie ca³kowit¹ swobodê postêpowania, w wyniku czego np. zgnêbiony ojciec dozna zawa³u serca. I tak dalej. Nietrudno
sobie wyobraziæ, ¿e fina³ takiego ci¹gu kryzysów prze66

wa¿nie bywa bardzo smutny, a nieraz i tragiczny, dla
wszystkich jego uczestników.
Skoro wiêc konflikty s¹ nieuniknione, a nasze ¿ycie tak
czy inaczej musi zawieraæ sytuacje kryzysowe, warto poznaæ bli¿ej niektóre typowe kryzysy i rz¹dz¹ce nimi prawid³owoœci. Wiedza ta powinna zwiêkszyæ prawdopodobieñstwo, ¿e prze¿ywaj¹c je czêœciej, bêdziemy wybieraæ
konstruktywne rozwi¹zania.
¯ycie w ka¿dej rodzinie przebiega od kryzysu do kryzysu. Takie s¹ prawid³owoœci rz¹dz¹ce jej ewolucj¹, w
zwi¹zku z czym momenty kryzysowe w wiêkszoœci rodzin uwa¿ane s¹ za normalne przejawy ¿ycia, a ich cz³onkowie nie dostrzegaj¹ w nich zazwyczaj niczego, ¿e tak
powiem, specjalnego. Dotyczy to g³ównie tzw. „kryzysów
strukturalnych”, czyli przesileñ zwi¹zanych z samym faktem istnienia rodziny i przechodzenia przez ni¹ ewolucyjnych faz rozwoju. Wystêpuj¹ one w ka¿dym systemie rodzinnym, poniewa¿ zwi¹zane s¹ z sytuacjami i wydarzeniami, które w ka¿dej rodzinie musz¹ siê rozegraæ, aby
mog³a ona spe³niæ swe podstawowe zadania i w ogóle nazwaæ siê rodzin¹.
A oto owe kryzysy.
Kryzys œlubu
Zawarcie zwi¹zku ma³¿eñskiego i podjêcie ¿ycia we
dwoje na wspólnym terytorium jest pierwszym kryzysem
w ¿yciu za³o¿onej w³aœnie rodziny. Teza ta na pozór wydaje siê zaskakuj¹ca. Ale tylko na pozór. W istocie bowiem œlub jest zdarzeniem destabilizuj¹cym dotychczasow¹ równowagê ukszta³towan¹ w poprzedzaj¹cym go
okresie narzeczeñstwa. Jest ona, mówi¹c nieco poetycko,
gwa³townym przeskokiem od kolorowego œwiata narzeczeñstwa do szarej, na ogó³, codziennoœci ma³¿eñstwa.
Narzeczeni, celebruj¹c swoj¹ mi³oœæ, najczêœciej odrucho67

wo, pozaœwiadomie prezentuj¹ siê sobie od jak najlepszej
strony. Ich spotkania (w³aœnie spotkania, a nie wspólne
¿ycie) s¹ zazwyczaj wyczekiwanymi, œwi¹tecznymi wydarzeniami, w których uczucie uskrzydla i dodaje blasku
urodzie. W czasie ich trwania on jest nienaganny w manierach, rycerski, opiekuñczy, gotów na ka¿de skinienie i
do ka¿dego wysi³ku na rzecz ukochanej. Ona odwzajemnia mu siê podziwem, „zapatrzeniem”, „zas³uchaniem”,
delikatnoœci¹ i oddaniem. Je¿eli nawet narzeczeni posiadaj¹ wady, z których zdaj¹ sobie sprawê, to z regu³y i najczêœciej nie do koñca œwiadomie staraj¹ siê ich raczej nie
eksponowaæ partnerowi, tym bardziej ¿e w œwi¹tecznej
atmosferze spotkañ i randek po prostu nie ma okazji do ich
ujawnienia. Nie ma te¿ zazwyczaj powodu do poruszania
tak zwanych powa¿nych, ¿yciowych tematów. A jeœli ju¿,
to raczej w postaci snucia barwnych fantazji i planów na
temat wspólnej przysz³oœci.
Œlub i zamieszkanie na wspólnym terytorium destabilizuj¹ tak ukszta³towany stan „równowagi narzeczeñskiej”.
Oba te zdarzenia (z regu³y zreszt¹ nierozdzielne) s¹ niejako oficjalnym przypieczêtowaniem dokonanych wyborów i faktu nale¿enia do siebie. Najczêœciej powoduje to
wycofanie siê (ju¿) ma³¿onków z wielu poch³aniaj¹cych
czas i energiê zachowañ obliczonych na zdobycie mi³oœci
i uznania partnera. Skoro bowiem zosta³ on ju¿ oficjalnie
zdobyty, nie ma sensu traciæ si³ i œrodków na dalsze zdobywanie. On przestaje wiêc byæ rycerski i okazuje siê mi³uj¹cym w³asn¹ wygodê egoist¹, a ona, zamiast „zapatrzenia” i uleg³oœci, przejawia tendencje do apodyktycznej
dominacji. Ale to nie wszystko. KoniecznoϾ dzielenia
wspólnego terytorium powoduje ujawnienie siê wielu dotychczas nie znanych ma³¿onkom nawyków i upodobañ
partnera. Okazuje siê, ¿e np. on, dot¹d „nieskazitelny dandys”, chrapie w nocy, ma sk³onnoœæ do u¿ywania cudzej
68

szczoteczki do zêbów i ustawicznie zapomina zmieniæ
skarpetki. Ona zaœ, dot¹d subtelna, do przesady elegancka i delikatna, okazuje siê lubiæ chodzenie po domu w starych dziurawych majtkach, miewa czkawkê w najbardziej
nieodpowiednich momentach i myje w³osy „od wielkiego
dzwonu”. Nie wspominam tutaj o takich sprawach, jak
niejako klasyczne ujawnienie siê po œlubie nadmiernego
zami³owania do alkoholu czy sk³onnoœci do niezbyt powa¿nego traktowania przyrzeczenia ma³¿eñskiego w jego
fragmencie dotycz¹cym wiernoœci. Ponadto mo¿e siê jeszcze okazaæ, ¿e ma³¿onkowie znacznie ró¿ni¹ siê w swoich
opiniach na wspomniane ju¿ „powa¿ne ¿yciowe tematy”,
takie jak standard wspólnego ¿ycia, podzia³ obowi¹zków
domowych, zarabianie i wydawanie pieniêdzy itp.
Wszystko to powoduje, ¿e dla ka¿dej pary ma³¿eñskiej
okres tu¿ po œlubie jest autentycznym i czêsto bardzo
burzliwym kryzysem, jaki przychodzi im prze¿yæ w nowo
powsta³ej rodzinie. Je¿eli zostanie on rozwi¹zany destrukcyjnie, czyli je¿eli jedno z ma³¿onków zmusi drugie do
uleg³oœci, nie uwzglêdniaj¹c jego interesów i potrzeb, dochodzi albo do rozpadu ma³¿eñstwa, albo do ustalenia siê

Podobne prace

Do góry