Ocena brak

Martin DUMOLLARD

Autor /Malina1243 Dodano /05.01.2013

Młodo owdowiała, bezdzietna córka robotnika, Marie Pichon, nie miała po śmierci mężaśrodków do życia. Została służącą w domu zamożnych mieszczan pod Lyonem, lecz czy towynagrodzenie było za niskie, czy też chlebodawczyni zbyt wymagająca, dość że kobietanosiła się z zamiarem szukania innej posady. Dlatego też uznała zapewne za niezwykleszczęśliwy zbieg okoliczności fakt, że na moście w dzielnicy Guillotière zawarła znajomość zsympatycznym wieśniakiem, odzianym w niebieski kombinezon roboczy. Nowy znajomy nietylko sprawiał wrażenie człowieka solidnego, ale i w pierwszych zdaniach zdradził paniPichon, że poszukuje właśnie – na polecenie swego chlebodawcy, właściciela zamku wMontluel, gdzie jest ogrodnikiem – wykwalifikowanej pokojówki. Jak zapewniał, pracybędzie mało (na zamku aż roi się od pokojówek), a wynagrodzenie – wręcz królewskie.

Marie Pichon zdecydowała się bez wahania, nie chcąc przegapić tak wspaniałej okazji. Wtowarzystwie nowego znajomego, człowieka mniej więcej 45-letniego, zwalistej budowy, oprostym i ujmującym sposobie bycia, udała się do domu swego dotychczasowegochlebodawcy, spakowała pośpiesznie kuferek i wyruszyła na baśniowy zamek. Zaledwiegodzina upłynęła od ich spotkania na moście, a Marie Pichon i zamkowy ogrodnik wsiadalijuż do pociągu na dworcu Geneve.

O zmierzchu dotarli do Montluel. Ogrodnik okazał się rozmownym i opiekuńczymtowarzyszem podróży, a gdy wysiedli z pociągu, natychmiast odebrał jej kuferek, niepozwalając, by sama dźwigała taki ciężar. Poprowadził ją drogą przez pola, tłumacząc, żetędy jest znacznie bliżej. W pewnym momencie postawił kuferek w polu a gdy Marie Pichonchciała go zabrać, wyjaśnił, że znajdują się na terenach zamkowych, skąd nikt nie odważy sięnic ukraść i że on sam przyniesie jej rzeczy z pola następnego dnia. Kobieta zaczęła wtedypodejrzewać, że nie wszystko, co opowiedział jej sympatyczny ogrodnik, jest prawdą, a pokilku minutach zupełnie już straciła do niego zaufanie. Oto, idąc, jak twierdził, ciągle wkierunku zamku, po raz drugi przeszli przez tory kolejowe... Wokół nie było żywej duszy ipanowały ciemności, gdy kobieta powiedziała swemu towarzyszowi, że przejrzała jegooszustwa i nie ma zamiaru iść dalej. Na to „ogrodnik” odwrócił się ku niej, mówiąc:– Jesteśmy na miejscu... – po czym usiłował zarzucić jej na szyję pętlę ze sznura. Cofnęłasię gwałtownie. Wtedy on rzucił się na nią.

Marie Pichon miała szczęście. W panice, biegnąc na oślep w zupełnych ciemnościach,zdołała uciec. Natrafiła wreszcie na jakąś ścieżkę, która zaprowadziła ją do wioski o nazwieBalan. Drżąc i szlochając ze strachu i wyczerpania, zapukała do drzwi pierwszej z brzeguchałupy. Pozwolono jej spędzić tam noc, a gdy opowiedziała, co się jej przydarzyło, uczynnygospodarz poszedł z nią rano na posterunek policji.Jeszcze tego samego dnia, tym razem przed południem i w towarzystwie policjantów,Marie Pichon wyruszyła tą samą drogą od stacji kolejowej. Zdołała nawet odtworzyć drogę,jaką szła poprzedniego wieczoru, ale we wskazanym przez nią miejscu nie było ani śladu pozostawionego tam wczoraj kuferka z całym jej dobytkiem. Tegoż dnia, 27 maja 1861 roku,wszczęto śledztwo.

Policja dysponowała wprawdzie opisem sprawcy, ale szukanie go trwałoby pewnie długo,jako że mieszkał dość daleko od Montluel. Policjantom dopomogły jednakże plotki, którychpilnie wysłuchiwali, a które mówiły o dziwnych skłonnościach rolnika z dystryktu Dagneux,niejakiego Martina Dumollarda.Plotek nie wolno było lekceważyć. Policjanci udali się natychmiast do domu Dumollarda,a ujrzawszy go, zrozumieli, że oto znaleźli poszukiwanego człowieka. Na pierwszy rzut okadoskonale odpowiadał opisowi podanemu przez Marie Pichon.

Zarówno Dumollardowi, jak i jego żonie, cichej kobiecinie o posępnym wyrazie twarzy,zadano obowiązkowe pytanie: jak przebiegał wieczór 26 maja? I oto już podczas pierwszejrozmowy, która nie była nawet formalnym przesłuchaniem, okazało się, że zeznania Dumollarda i jego żony znacznie się różnią. Oboje wprawdzie usiłowali udowodnić, żeDumollard posiada alibi na ten właśnie wieczór, nie uzgodnili jednakże wcześniej, na czymma ono polegać. Zostali aresztowani i przewiezieni do Trevoux.W jednym z pomieszczeń komisariatu policji miała miejsce wstrząsająca scena.Dumollarda wprowadzono do pokoju, gdzie oczekiwała Marie Pichon. Nieszczęsna kobietadoznała szoku i uciekła krzycząc przeraźliwie, a gdy uspokoiła się nieco, złożyła zeznanie, iżnie ma żadnych wątpliwości: rozpoznaje napastnika.Zeznanie to poparli także inni świadkowie, a znalazło się wielu, którzy widzieli MariePichon w towarzystwie Dumollarda – czy to w Lyonie, czy też w pociągu. Mimo toDumollard zaprzeczał wszystkiemu, choć musiał już zdawać sobie sprawę, że jego alibizostało bez trudu obalone.

Policja, nie mając już żadnych wątpliwości, przeszukała gospodarstwo Dumollarda,licząc na odnalezienie kuferka Marie Pichon. To, co znaleziono, przeszło jednak najśmielszeoczekiwania. Zamiast jednego znaleziono dziesięć kufrów, wypełnionych po brzegi damskąodzieżą i bielizną. Niektóre ubrania nosiły ślady nieudolnego usuwania plam krwi.Rozpoczęło się żmudne gromadzenia dowodów przeciwko Dumollardowi. Policja badałaokoliczności wszystkich tajemniczych zaginięć oraz napadów na kobiety, jakie miały miejscew ostatnich latach. Oto niektóre wybrane szczegóły; jako że wszystkie wypadki były niemalidentyczne, więc nie warto opisywać ich dokładniej.28 lutego 1855 roku (a więc sześć lat przed przygodą Marie Pichon) grupa myśliwychnatknęła się wczesnym rankiem na nagie, zakrwawione zwłoki młodej dziewczyny. Było to wlesie Montaverne w Tramoyes. Stwierdzono, że śmierć nastąpiła pod wpływem ran głowyzadanych ostro zakończonym narzędziem. Z trudem zdołano w końcu zidentyfikować zwłoki:była to Marie Baday, służąca z Lyonu.

Inna służąca, Marie Curt, przeżyła to samo, co Marie Pichon i również zdołała sięuratować z rąk napastnika. Nie zeznawała jednak w sądzie, gdyż pod wpływem szoku straciłazmysły i została umieszczona w zakładzie dla psychicznie chorych.Dwie pokojówki, Josephe Charlety i Jeanne-Marie Bourgois, zeznawały w sądzieprzeciwko Dumollardowi. Zeznawała też Julie Farjat, która, zaatakowana, zaczęła krzyczeć,sprowadzając na miejsce przestępstwa jakichś spóźnionych przechodniów. Podobnie jakMarie Pichon, rozpoznała ona w Dumollardzie napastnika.Wreszcie właściciel gospody w jednej z okolicznych wiosek, którego opowieściprzyczyniły się zresztą do tego, że policja zainteresowała się Dumollardem, zeznał, że wlutym 1860 roku oskarżony spędził kilka dni w jego gospodzie z młodą dziewczyną, którąprzedstawił jako siostrzenicę. Dziewczyna nosiła sukienkę w kratkę, której wzór właścicielgospody zapamiętał i odnalazł później tę suknię w jednym z kufrów zgromadzonych u Dumollarda, o obejrzenie których prosiła go policja. Owej dziewczyny, której zresztą nieudało się zidentyfikować, podobnie jak kilku innych, nigdy już więcej nie widziano wokolicy.

W miarę gromadzenia się tak przytłaczających dowodów jego winy Dumollardpostanowił przyznać się do udziału w zabójstwach.. Twierdził mianowicie, że zostałzmuszony do uczestniczenia w zbrodniczej działalności bliżej nie określonego gangu, i żewyznaczono mu tylko zadanie zwabiania dziewcząt w odludne miejsca. Zabójstw mielidokonywać inni członkowie gangu, których nazwisk nikt nie znał.Nie wiadomo, jak długo Dumollard upierałby się przy tej wersji, gdyby nie zeznania jegożony. Pani Dumollard w pewnym momencie załamała się i złożyła obszerne wyjaśnienia. Jaktwierdziła, nie brała udziału w zabójstwach.

Po plecach przesłuchujących ją policjantówprzebiegał dreszcz, gdy wyjaśniła cichym, ponurym głosem, co było jej wiadomo opoczynaniach męża.Otóż Martin przychodził czasami po prostu później do domu i oznajmiaj: „Zabiłemdziewczynę w lasach Montluel (czy gdzie indziej). Muszę teraz pójść ją zakopać”. Następnieznów wychodził z domu, niosąc łopatę, a gdy wracał, dźwigał zwykle ze sobą kuferekzamordowanej, pieniądze (jeśli miała je przy sobie) i zakrwawioną odzież, zdjętą ze zwłok.Zadaniem żony było wypranie tych ubrań.

Pani Dumollard nie wiedziała, gdzie mąż zakopywał zwłoki. Tylko raz, po powrocie,opisał jej dokładnie miejsce, gdzie ukrył swą kolejną ofiarę. Kobieta zdołała zaprowadzić tampolicjantów. Po przekopaniu skrawka ziemi na polanie odnaleźli oni istotnie szkielet młodejdziewczyny, zmarłej prawdopodobnie na skutek silnego uderzenia w głowę.

Poinformowany o zeznaniach żony Dumollard przyznał się wreszcie do zabójstw, choćnie był w stanie podać dokładnie, ile dziewcząt padło jego ofiarą. Wskazał miejsca, gdziezakopał dalsze trzy ciała, twierdząc, że pozostałe wrzucał do rzeki (w okolicy przepływaRhone). Usiłując ustalić rzeczywistą liczbę ofiar, dokładnie przejrzano zawartość kufrów.

Zawierały one odzież co najmniej dziesięciu różnych osób, przyjęto więc, że taka właśnie (lubwiększa) była liczba ofiar Dumollarda. Dziewięciu dziewczętom udało się ujść z życiem,zatem Dumollard miał na sumieniu co najmniej 19 napadów. Proces obojga Dumollardów stałsię sensacją na skalę całego kraju. Gdy wydawano wyrok śmierci na mordercę, ogromny tłumprzed gmachem sądu domagał się okrzykami wydania Dumollarda, by dokonać na nim linczu.Pani Dumollard skazana została na 20 lat ciężkich robót.

Szkoda, że w czasach, gdy Dumollard popełniał swe zbrodnie, nie prowadzono jeszczebadań osobowości przestępców. Na podstawie akt sprawy wydaje się prawdopodobne, że Dumollard był psychopatą o sadystycznych skłonnościach. Dowodem na to może być fakt, żejedną ze swych ofiar, której zwłoki następnie znaleziono, zakopał żywcem, nie zadając sobienawet trudu ogłuszenia jej. Wprawdzie okradał swe ofiary, lecz zdarza się to niekiedy także iu innych wampirów. Nie wiemy, czy Dumollard gwałcił swe ofiary. Zawsze natomiast jerozbierał przed zakopaniem zwłok, co zresztą nie dowodzi bynajmniej, że czerpał z tegoseksualną przyjemność. Być może żal mu było zakopywać odzież w dobrym stanie, któramogła się przecież jeszcze przydać. Nie sposób stwierdzić dzisiaj, do jakiego stopniaDumollard kierował się chęcią zysku, mordując swe ofiary. Kronikarze zwracają uwagę najego niebywałe skąpstwo i pazerność. Stojąc na szafocie, spojrzał na żonę, którąprzyprowadzono, by patrzyła na jego śmierć i zamiast pożegnania przypomniał jej, że sąsiadjest im winien parę groszy, które należy odzyskać...

Niejasna jest też rola pani Dumollard. Być może namawiała go do zabójstw, równieżpragnąć pomnażać majątek. Bardziej prawdopodobne wydaje się jednak, że pomagała mutylko w zacieraniu śladów i ze stoickim spokojem akceptowała jego dziwne upodobania.

Po egzekucji głowę Dumollarda przesłano do pewnego instytutu naukowego. Frenolog,który ją badał, stwierdził jednoznacznie, że sądząc po kształcie czaszki, Dumollard byłczłowiekiem o kryształowym charakterze...

Podobne prace

Do góry