Ocena brak

Marcin Kromer

Autor /Saleta Dodano /20.09.2012

Kronika świata Bielskiego, zawierająca w sobie i kronikę Polski, umożliwiła ogółowi społeczeństwa poznanie przeszłości własnego kraju; ludziom średnio wykształconym wystarczała zupełnie, ale humanistów raziła zarówno swoją krótkością, jak naiwnością i prostotą. Obszernej i znakomitej kroniki Długosza, nie ogłoszonej drukiem, nie czytał prawie nikt; kronika Miechowity odstręczała lichym językiem łacińskim i w ogóle brakiem pięknej formy. Za panowania Zygmunta Starego jeden z humanistów, kanonik krakowski Bernard Wapowski napisał wprawdzie poprawną łaciną kronikę polską, lecz umarł nie ogłosiwszy jej drukiem. Tymczasem oświecone warstwy społeczeństwa pragnęły koniecznie mieć książkę, która by nie tylko była dokładnym obrazem przeszłości narodowej, ale nadto odznaczała się powabem i wdziękiem opowiadania; nie dosyć na tym: marzyły o tym, aby się i cudzoziemcy raz przecie dowiedzieli, jak wielka i sławna jest przeszłość Polski; rozumie się, że taką książkę trzeba było napisać po łacinie, inaczej bowiem czytaliby ją tylko Polacy. Otóż to marzenie humanistów polskich spełnił mieszczanin z Biecza (na podgórzu karpackim), biskup warmiński Marcin Kromer (1512—1589), człowiek rozległej wiedzy, którą zawdzięczał głównie uniwersytetom włoskim, znakomity humanista znający obydwa języki starożytne, mąż stanu, któremu Zygmunt August niejednokrotnie powierzał ważne sprawy państwowe. Był to gorliwy katolik, który reformację poczytywał za najgorszą plagę dla Polski i całego świata, toteż zwalczał naukę Lutra w czterech śliczną polszczyzną napisanych Rozmowach dworzanina z mnichem (1551—1554) i w całym szeregu uczonych pism łacińskich. Poczytując stan kapłański za święty, dumny był, że sam jest księdzem, ale też z bólem serca patrzył na zepsucie księży katolickich, podkopujące powagę Kościoła, i jak mógł, tak walczył z niemoralnością duchowieństwa nie tylko słowem i piórem/ale - jako biskup - i czynem. A jak w historii Kościoła polskiego, tak i w dziejach literatury i oświaty wsławił Kromer swe imię: jego księga De origine et rebusgestis Polonorum, 1555 (O pochodzeniu i czynach Polaków), doprowadzająca historię Polski do śmierci Aleksandra, to wprawdzie tylko przeróbka Długosza i Wapowskiego, ale jest pierwszą u nas kroniką napisaną pięknym językiem łacińskim, stylem ozdobnym i powabnym, poważnym i wymownym, i zarazem książką, z której się całe pokolenia uczyły historii ojczystej. (Na początku XVII wieku przetłumaczył ją na język polski Marcin Błażowski.)

Prawda, że nie wszyscy byli zadowoleni z tej kroniki. Duchowieństwo uwielbiało ją, bo Kromer na każdym kroku bronił stanu kapłańskiego i jego niezależności od władzy świeckiej. A i możnych panów chwycił autor za serce, bo gdzie tylko mógł, tam dowodził, że senat (z możnowładców złożony) najwięcej się przyczynił do szczęścia i potęgi Polski. Ale szlachta krzywiła się trochę na Kromera, że zaraz na początku kroniki zbijał ostro i przenikliwie pogląd dawnych kronikarzy, iż Słowianie pochodzą od mężnych Wandalów. Nade wszystko zaś sarkała, że Kromer powiedział jej w swej kronice niejedną gorzką prawdę, oskarżając ją, że nie szanuje władzy ani królewskiej, ani kościelnej, że wszczyna walkę z Kościołem, że się targa na uświęcone wiekami jego prawa i przywileje, że w ogóle «lekceważy boskie i ludzkie prawa» i wtrąca kraj w odmęt anarchii; posłów ziemskich nazywa Kromer «nadętymi dudkami», słowem, występuje wrogo przeciwko rządom szlacheckim. Oto jego słowa:

Urząd poselski tak dalece za czasem wzwyczaił sie, że krom tych posłów ziemskich (tak ich abowieih zowią) ani żadnego sejmu sprawiedliwego by nie było, ani też pobór uchwalać, a zgoła ani prawo żadne stanowić by sie nie mogło... żadnej rzeczy walnej krom pozwolenia swego ustanawiać ani królowi, ani senatowi nieradzi by dopuścili i nadto króla samego we wszytkim poprawiać poważną jakąś gorliwością chcieliby. A na ostatek, im dalej, barziej przyrastawają w chciwości, też i o wierze krześcijańskiej, o obrzędach i ceremonijach kościelnych przeswarzać sie, a zgoła nie ustanowione przyjmować, ale wymyślone prawa na kościelne dostojeństwo stanowić i wznosić rzu-ciii sie. Odżywiali tedy i tak wielką znienagła wykochali w nich śmiałość częścią królowie pierwszy, wiele im dopuszczając, lub to dla podratowania wypróżnionego skarbu swego, lub też pokojowi swemu i wczesności zabiegając, a częścią zaś potężniejszy niektórzy i niespokojni senatorowie bez przestanku ich sobie zniewalać bankietami i tajnym datkiem na swą stronę zaciągać i, kędy sie im upodobywało, nawodzić, a zgoła właściwie jakoby dudki jakie (gdyż tak z nich niektórzy przeszydzać zwykli) nadymać ich poczęli-a to względem tego, żeby abo przysłużyć sie, abo też zaszka-dzać mogli królowi, abo też więcej dlatego, żeby abo potęgę swą zmocnili, przeciwniki przekonywali lub nad nimi zemścili sie, abo, na ostatek, żeby podnaprawiwszy ich, wszytkiego dokazali, o co jawnie sami przez się poku-szać sie nie śmieli abo więc dowieść nie mogli. Zdrować to, zaprawdę, i zbawienna rzecz jest w królestwie czułym być stróżem pospolitej wolności, a wszakże pilnie a pilnie przestrzegać tego potrzeba, aby co dla pożytku zdrowego Rzeczypospolitej dozorny porządek wynalazł, tego bezprawne używanie w zagubę koronną nie przewierzgnęło. Za czym obawiać sie potrzeba, aby niepomierna władza ona i na rozpustę zanosząca sie wolność, nie tak dalece zdrowia pospolitego przestrzegając, jako podobno jednej osoby jakiej prywacie lub też kilku pożądliwej chciwości... podeptawszy i z gruntu wywróciwszy dostojną zwierzchność królewską i zaraz powagę senatorską - wielkiego Rzeczypospolitej zamieszania nie wewlokła... abo też więc uciążliwym i okrutnym tyraństwem nie skończyła sie... Tak właśnie Rzeczpospolita rzymska, znamienita niekiedy i w ozdobie kwitnąca, wyuzdaną żarliwością trybunarzów tłuczona, naprzód w nieznośną rozpustę pospólstwa swawolnego wywarła sie była, a potem rozerwaniem i wojną domową nadkołatana, gdy pod władzą kilku osób i wnet zatem pod jednego tyrańskie panowanie zapadła, natychmiast szlachtę wygubiwszy, zwierzchność senatorską zrzuciwszy, a wolność pospolitą zatłumiwszy, wszelakimi kłopotami domowymi, równie jak i postronnymi utrektana, aż na ostatek, nawałnością srogich poganów z gruntu obwalona, upadła.

Mądre te słowa, świadczące o niemałej przenikliwości umysłu Kromera, nie podobały się szlachcie raz dlatego, że prawda w oczy kole, a drugi raz, że dumna ze swoich posłów, ani nawet przeczuwała, że Kromer ma słuszność, że się jego smutne przewidywania sprawdzą. Co jeszcze gniewało szlachtę, to, że się Kromer, którego matka była wprawdzie szlachcianką, ale ojciec mieszczaninem, odzywa w swej kronice ze współczuciem, czasem nawet z uznaniem, o mieszczanach i chłopach, których szlachta coraz to silniej dusiła. Nie szczędzono więc Kromerowi przycinków, a jednak czytywano go chciwie: mogła się szlachta nie wiedzieć jak oburzać na Kromera, ale za jedno musiała mu być i rzeczywiście była szczerze wdzięczna: oto ten mieszczanin, wróg rządów szlacheckich, napisał dzieło, które czytali i cudzoziemcy (przetłumaczono je nawet na język niemiecki), a to schlebiało dumie narodowej szlachty. Kromer - mówi współczesny mu Stanisław Orzechowski -«objawił nas światu; co za lud jesteśmy, ludziom obcym ukazał: mniemali przedtem postronni ludzie, aby Polonia była miasto jakieś, tak jako jest Bolonia we Włoszech miasto jedno... Oświecił nas Pan Bóg Kromerowym piórem, zalecił nas obcym krajom, tak że nas dziś ludzie nie mają za sprosne i niewyćwiczone, jako przedtem nas mieli, ale nas kładą miedzy ludźmi wybornymi rozumy, obyczajmi i naukami w Kościele bożym.» A wyrazem wdzięczności za te zasługi było publiczne podziękowanie wyrażone Kromerowi (za powodem króla Stefana) przez cały sejm, to jest nie tylko przez możnowładców, ale i przez posłów ziemskich: zapomniano o wszystkim, to tylko mając we wdzięcznej pamięci, że kronika jego szerzyła po świecie sławę imienia państwa polskiego.

Uzupełnieniem kroniki, «kluczem do pełniejszego i trafniejszego zrozumienia historii» (jak mówi Kromer), jest Polonia, sive de situ, populis, moribus, magistratibus et republica regni Polonici, 1577 (Polska, czyli o położeniu, narodach, obyczajach, urzędach i rzeczy pospolitej królestwa polskiego). Dziełko to, równie jak kronika napisane po łacinie, jest niezmiernie cenne i ciekawe: ziemia polska i jej natura (klimat, zwierzęta, rośliny, bogactwa kopalne), mieszkańcy wsi i miast, ich zajęcia, obyczaje, cywilizacja, charakter; ustrój Rzeczypospolitej: król, senat, urzędy koronne, ziemskie i nadworne; sądownictwo, podatki i wojsko; sejmy, duchowieństwo - oto przedmiot tej krótkiej encyklopedii wiadomości, niezbędnej dla każdego, kto chciał wyrobić sobie pojęcie o ziemi polskiej i o państwie polskim XVI wieku. Zwłaszcza cudzoziemcy, rzeczy polskich nieświadomi, wiele się z tej książki nauczyć mogli: toteż kiedy wjeżdżał do Polski Henryk Walezjusz, wręczono mu na prośbę Kromera rękopis Polsku A dowodem zaciekawienia się tą książką są jej przekłady na język niemiecki i hiszpański. Na język polski przełożył Polskę Syrokomla, ale bardzo niedokładnie.

POLOWANIE NA ŻUBRA.

Warto wiedzieć, jak to u nas polują na żubry, kiedy odłączywszy się od stada, bujają samopas po równinach Podola. Konni myśliwcy, zbrojni w łuki i strzały, ustawią się wkoło; jeden po drugim podjeżdża do zwierza, wypuści z łuku strzałę i co koń wyskoczy umyka, a za nim pędzi oszalały z bólu, ranny żubr. Tymczasem strzela drugi. Żubr porzuca pierwszego, pędzi za drugim i tak ciągle, dopóki zwierz nie padnie od znużenia i ran. W puszczach polują z naganką: chłopi całe stado napędzą w upatrzone miejsce, zrobią zasiek i oto żubry są ogrodzone niby płotem - żywa noga nie ujdzie. Już zawczasu wzniesiono z balów rusztowanie i narzucono na wierzch tarcic, aby się król ze świtą i z paniami mógł bezpiecznie z wysokiego miejsca przypatrywać łowom. Myśliwi z oszczepami rozchodzą się na stanowiska. Po chwili rozlega się szczekanie psów i tętent koni: żubr wypłoszony z zarośli pędzi na środek ostępu, a tam za drzewami czają się myśliwi; zza drzewa wypada oszczep i rani zwierza; zwierz rozjuszony rzuca się z rogami na drzewo, a jeśli drzewo za cienkie na to, by obydwa rogi uderzyły, wali łbem, prze cielskiem, a rogi groźnie wystają. Tego tylko czekał myśliwiec: przypada, chwyta za oszczep tkwiący w ciele żubra i z całej siły wbija mu go aż w jelita; żubr targa się, tańczy naokoło drzewa, a wraz z nim tańczy w kółko i myśliwy, wciąż za oszczep trzymając; psy, co większe, gryzą, aż wreszcie żubr, zdyszany i zziajany, pada bez ducha. Biada myśliwcowi, jeśli źle trafi albo zgoła chybi: zwierz porwie go na rogi, rzyci o ziemię i nuż tratować; lecz sąsiad, co najbliższy, pędzi na pomoc, machając płachtą czerwoną, co we wściekłość wprawia żubra: porzuca więc tamtego i pędzi za tym, a ten umyka, dopada do swego drzewa, razi i dobija.

CHARAKTER, OBYCZAJE, WYCHOWANIE I OŚWIATA POLAKÓW. Otwarty i czysty charakter ma Polak-łatwiej ty go oszukasz niżli on ciebie; drażliwy nie jest: przejednać go nietrudno; a już zaciętości albo uporu nie ma nic, owszem, łatwo go uchodzić, byleby się tylko zabrać do niego zgrabnie i łagodnie; zwłaszcza przykładami łatwo umysł Polaka wzruszyć; królowi i władzy jest umiarkowanie posłuszny; do uczynności, do ludzkości bardzo skory, a dobrotliwy i gościnny tak, że nieznajomych i cudzoziemców nie tylko rad w swym domu gości, ale ich nawet do siebie zaprasza i gotów im świadczyć wszelkie usługi; w ogóle w pożyciu łatwy, do przyjaźni jedyny, a do trybu życia i obyczajów tych, z którymi żyje, osobliwie cudzoziemców, nagina się z łatwością. Wychowanie młodzieży jest za mało systematyczne i nieco zaniedbane, ale to nic, bo zdolności duże. Zresztą chętnie posyłają Polacy chłopców do szkół i mistrzów, aby się od najmłodszych lat uczyli łaciny, a ćwiczą się w niej wszyscy, zarówno ubodzy, jak bogaci, zarówno szlachta, jak pospólstwo, zwłaszcza miejskie; niejeden trzyma nauczyciela domowego; toteż nawet we Włoszech nie znajdzie tylu, co tutaj, ludzi z gminu, z którymi się po łacinie rozmówić można. Nawet dziewczęta, czy szlachcianki, czy mieszczanki, czy to w domu, czy w klasztorze, uczą się czytać i pisać nie tylko po polsku, ale i po łacinie. Dziewczęta dorastające zaprawiają się nadto do gospodarstwa: uczą się gotować, chodzą około bydła, przędą wełnę i len, tkają, haftują. Młodzieńcy zaś poświęcają się rolnictwu albo rzemiosłu, albo handlowi, albo też w pogoni za karierą odbywają służbę na dworach dostojników, możnych panów lub zamożniejszych duchownych; lecz wielu też siedzi z rodzicami w domu i pomaga im do gospodarstwa, a po śmierci obejmują dziedzictwo i sami już gospodarują. Wielu też chętnie wyjeżdża za granicę, nieczuli na uszczuplenie majątku, znosząc nawet niedostatek i inne niewygody, jakie pociągają za sobą podróże, bo przekładają to, co cudze, nad to, co swoje. Uczą się więc chciwie i łatwo języków tych narodów, u których goszczą; nie dosyć na tym: przejmują za granicą różne nowomodne zwyczaje czy to w jedzeniu, czy w stroju i za powrotem szukają chluby z tej swojej wytworności; ta zaś pochopność do wszelkich nowinek rozciągnęła się nawet na poglądy religijne. A mają Polacy umysły pojętne i dające sobie radę ze wszystkim, czego się tylko tkną, tylko że wolą przyswajać sobie cudze wynalazki niż samemu coś wymyślić i zasłynąć jakimś nowym odkryciem; a płynie to czy stąd, że się niechętnie poświęcają jednej jakiejś specjalności, lecz pragną umieć wiele, czy też stąd, że nie umieją przezwyciężyć swej opieszałości, lenistwa i właściwego sobie pod wielu względami lęku do systematycznej pracy... czy wreszcie stąd, że bogatsi wolą używać wczasów i oddawać się rozkoszom, pozostawiając biedniejszym kształcenie umysłu i przemyślności.

Podobne prace

Do góry