Ocena brak

Mała Apokalipsa - streszczenie

Autor /Oliwka Dodano /11.03.2011

Bohater utworu, literat, który od kilku lat niczego nie napisał, budzi się w mroczny, pochmurny poranek z przeczuciem nadchodzącej śmierci. Pierwsze słowa tekstu brzmią: Oto nadchodzi koniec świata. Oto nadciąga, zbliża się czy raczej przypełza mój własny koniec świa­ta. Koniec mego osobistego świata. Ale zanim mój wszechświat rozpadnie się w gruzy, rozsypie na atomy, eksploduje w próżnię, czeka mnie jeszcze ostatni kilometr mojej Golgoty, ostatnie okrążenie w tym maratonie, ostatnich kilka szczebli w dół albo w górę po drabinie bez­sensu. (5).2 Myśl o czystym papierze w szafce prowokuje refleksję o różnych postawach pisarskich: Można tę biel bezbronną zbrukać złą krwią, wściekłym jadem, cuchnącą flegmą lub wysączyć [na nią] sło­dycz sztucznej zgody, [...] ckliwy syrop pochlebstwa (5). To dwie moż­liwości rozważane przez bohatera-narratora u kresu życia. Widok z okna na Pałac Kultury (dawniej Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Sta­lina) przypomina realia życia narodu podporządkowanego obcemu re­żimowi. Budowla ta budziła kiedyś strach, teraz, choć zniszczona i rozpadająca się, przypomina o zniewoleniu. Bohater zapala na czczo papierosa i rozmyśla o śmierci, która stała się jego obsesją. Chciałby godnie odejść, zwrócić na siebie uwagę innych, całego kosmosu. Te marzenia konfrontuje od razu z brutalną samoświadomością: Jestem dwunogiem spłodzonym nieopodal Wisły [...] widziałem wojnę, to zna­czy straszny amok ssaków, które mordują się wzajemnie (8). Pisarz do­strzega swoją przeciętność, zwyczajność.

Wokół roztaczają się obrazy zniszczenia, chaosu, degradacji, zepsucia. Objawia się to w kruszejących, zaniedbanych budynkach, zapomnia­nych śmietnikach. Z tym stanem rzeczy współgra polska rzeczywistość społeczna i polityczna, upadek moralności i sztuki. [...] truchlejący ze starości [...] nasz warszawski dom z epoki późnego stalinizmu, z ery dekadenckiego stalinizmu, z okresu spolszczonego i zeszmaconego stalini­zmu. [...] Ostatnia wojna zdruzgotała niechcąco i przypadkowo wielki pałac kultury europejskiej moralności, estetyki i obyczaju. [...] To mia­sto jest stolicą narodu, który wyparowuje w nicość (9). Koszmar wojny przesłoniła epoka stalinowska i obecny stan rzeczyuzależnienie kra­ju od rosyjskiej administracji, podporządkowanie się większości naro­du rządzącej partii, zniszczenie hierarchii wartości, pozwalającej odróż­nić dobro od zła. Bohater czuje się mimo wszystko wolny, ale samotny, anonimowy, ma poczucie zaprzepaszczenia swoich ambicji. Być może kilkuletnia przerwa w pisaniu ma związek z zerwaniem z ogólnie przy­jętymi zasadami tworzenia sztuki na użytek władzy. Tymczasem ona ma się dobrze, strzeżona systemem tajnej i oficjalnej milicji, która na­wet eskortuje pancerną chłodnię z żywnością dla partyjnych notabli (na wystawach sklepów dla zwykłych śmiertelników jest natomiast kiełbasa z trocin, mięso sprzedaje się „na kartki” i skąpo wydziela wszystkie inne, potrzebne do życia, towary).

Bohatera odwiedzają dwaj znajomi z kręgów opozycji politycznej, Hubert i Rysio. Są odświętnie ubrani i prawdopodobnie przynoszą z sobą kłopoty: każda ich wizyta oznaczała radykalne zmiany w moim życiu (13). Zazwyczaj oczekiwali podpisania jakiejś petycji lub prote­stu, co z kolei prowadziło do przykrości i szykan ze strony władz. Na ekranie telewizora widać kompanię honorową i delegację cywilów oczekujących na lotnisku na jakiegoś szczególnego gościa – później okazuje się, że przybywa sekretarz partii sowieckiej, zaś polscy dostoj­nicy, artyści i „naród” składają mu hołdy. Poczęstowani alkoholem go­ście wyjawiają cel wizyty. Otóż w imieniu jakiejś nieokreślonej zbio­rowości informują bohatera, że został wybrany do spełnienia szczegól­nej narodowej misji: ma pod koniec zjazdu partii dokonać samospalenia przed gmachem Komitetu Centralnego, by wstrząsnąć ludźmi w kraju i za granicą (uda się to dzięki nieustannemu filmowaniu prze­mówień i uroczystości). Jak się okazuje, wybór był starannie przemy­ślany – znany pisarz w podeszłym wieku, który wypalił się artystycz­nie, a przy tym nie reprezentuje najwyższej miary (naród wiele nie straci, a może zyskać odnowę moralną wywołaną wstrząsem). Wybra­no szczególny moment, kiedy Polska ma być przyłączona do Związku Radzieckiego, zaś społeczeństwo straciło instynkt samozachowawczy i pokornie przystaje na decyzje rządzących. Zaskoczony bohater nie szczędzi jednak słów krytyki wobec opozycji, która również w grun­cie rzeczy aprobuje taką sytuację, oraz pod adresem artystów – skoło­wali tę naszą biedną sztukę, zadeptali w niej resztki sumienia (21). Ter­min spalenia ustalono na godzinę ósmą wieczorem, kiedy skończą się obrady zjazdu partii i delegaci z całego kraju wyjdą przed gmach (21). Bohater został wybrany, ponieważ żyje obsesją śmierci. Hubertowi robi się słabo, ale mobilizuje siły, żeby poinformować go­spodarza domu, że pomysł spalenia nie jest żartem i udziela wska­zówki, by o godzinie jedenastej stawił się w mieszkaniu przy ulicy Wiślanej 63, gdzie będą czekały Nadieżda i Halinaspecjalistki od techniki samospalenia (24). Tymczasem przychodzi podchmielony gość, by poinformować o wyłączeniu wody (pękła rura). Rysio radzi, by bohater oszczędzał najcelniejsze słowa na wieczór: Musisz tam krzyczeć z całych sil. Samymi złotymi myślami. Ludzie to zapiszą i przechowają jak wersety Biblii. Twoje arcydzieło literackie (25). Przybyli starają się na wszelkie sposoby rozwiać wątpliwości czy warto i jakie skutki może odnieść spektakl samospalenia. Tylko on może odmienić marne życie przeciętnego literata. Bohater przypomi­na sobie pierwsze spotkanie z Rysiem, który w pijackim amoku usi­łował zaspokoić swoje żądze w towarzystwie przypadkowej dziew­czyny, zaś efektem jego starań było pobrudzenie kieszeni płaszcza to­warzysza owej nocy. Teraz pisarz zastanawia się, kim jest Rysio: [...] pisze amorficzną prozę bez znaków przestankowych, adiutantuje Hu­bertowi i jest czcigodną postacią świata literackiego (27). Hubert zaś, po brutalnych przesłuchaniach w latach sześćdziesiątych podjął nie­skuteczną próbę samobójczą – powiesił się swego czasu w szafie (27). Są to więc opozycjoniści z przeszłością, nie zawsze chwalebną.

Po wyjściu gości literata odwiedza wysłannik gazowni z zamiarem odcięcia gazu (już po raz trzeci). Radzi jednak przemówić do ręki kie­rownika. Gospodarza nie interesuje jednak takie załatwienie sprawy, bowiem postanowił przyjąć wyrok. Oddaje nawet staruszkowi swój wełniany płaszcz. Już w samotności rozważa decyzję o spaleniu się – czy istotnie będzie miała wpływ na sytuację w kraju?, czy naród obu­dzi się z niewoli? Tymczasem w telewizji pokazują uściski i pocałun­ki obu sekretarzy na tle dźwięków Międzynarodówki, która jest teraz polskim hymnem narodowym.

Zabrawszy z sobą dowód osobisty i przekonawszy się, że skrzynka na listy jest pusta, pisarz wychodzi na miasto pełne odświętnych de­koracji i haseł. Na estradzie pod Pałacem Kultury występują ludowi artyści, zaś wodzirej śpiewa po rosyjsku Krakowiak wot kak ja! (31). Zewsząd, z gigantofonów, rozbrzmiewa muzyka. Literat mija po dro­dze swojego sąsiada, dygnitarza, który mieszka w bloku, podczas gdy inni politycy i ministrowie dorobili się zamczystej willi w rządowej dzielnicy (32). Uwagę bohatera przykuwają flagi, w których stopniowo maleje obszar bieli, zaś powiększa się czerwień. W wielu znaka­ch i detalach widać uzależnienie Polski od Związku Radzieckiego.

Co pewien czas w książce pojawiają się dygresje na temat czasu. Ha­sła na transparentach głoszą, że jest czterdziesta, pięćdziesiąta lub sześćdziesiąta rocznica Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, zaś w ga­zetach daty są nieczytelne, „rozgniecione”. Na domiar złego nie moż­na się nawet zorientować, jaka jest pora roku – w ogólnym bałaganie „zastrajkowała” natura (anomalie pogodowe, słońce, śnieg, grad, na­głe zmiany temperatury). Trudno ustalić aktualną datę w oparciu o ka­lendarze, bo te – umieszczone w różnych miejscach – wskazują wska­zują różne dane. Sukcesem jest kupienie gazety, czytelnicy korzysta­ją jednak tylko z ogłoszeń, resztę wypełniają depesze i przemówienia, których nikt nie czyta.

Podczas legitymowania bohatera przez milicję nadchodzi Kolka Nachałow (syn generała KGB, doradcy bezpieki w Szczecinie), który pytaniem po rosyjsku o numery służbowe płoszy młodych stróżów porządku. Następnie oferuje „dobrą, stalinowską” cegłę z rozbieranej właśnie Huty „Warszawa” oraz prezerwatywy. Po odejściu Kolki pi­sarz spotyka chłopca z prowincji recytującego znajome teksty. Jego wygląd wywołuje wspomnienia z okresu wojny – jest podobny do młodych konspiratorów z AK.

W kolejce do kasy w barze mlecznym („Familijny”) bohater pozna­je dawnego znajomego, brata Rysia, filozofa marksistę, który obecnie zajmuje się dokształcaniem docentów ze sfer rządowych. Prowadzi również wykłady „w cenzurze” na temat aluzji, którą należy odpowiednio docenić, bowiem z czasem staje się dla odbiorcy ważniejsza od prawdy wyrażonej wprost. Przy okazji wyraża krytyczną opinię o Rysiu i opozycji – To są tacy sami aparatczycy jak państwowi. Etato­wi, zrutynizowani, dożywotni. Reżym się do nich przyzwyczaił, a oni do reżymu (39). Zachęca przy tym, aby pisarz tworzył dla cenzury, bo jedynie ona docenia zręczną aluzję. Brat Rysia, który wcześniej związany był ze środowiskiem inteligencji katolickiej, uważa, że należy uratować się biologicznie wobec zalewu łajna ze wschodu (40). We­dług niego Rosja jako kraj o chorym systemie ekonomicznym i upadającej kulturze, zniszczona przez komunizm, jest dla nas nadzieją na ocalenie i dlatego pokora wobec niej jest jak najbardziej na miejscu. Po wyjściu z baru pisarza legitymuje tajny agent.

Podczas podróży zatłoczonym autobusem bohater rozmyśla o chao­tycznej organizacji życia społecznego – nic normalnie nie funkcjonu­je, wszystko się rozpada, magazyny są puste, za to działa sieć sklepów dolarowych, ludzie nędznie wegetuj, gazety kłamią, nastąpiło znacz­ne skażenie środowiska naturalnego itd. Za literatem podąża stale Ta­dzio Skórko, chłopak z prowincji, ze Starogardu, który z pamięci przytacza znane skądś zdania. Autobus psuje się, ale do ulicy Wiśla­nej jest już blisko. Po drodze widać zniszczone budynki i zdewasto­wane tereny zielone, tymczasem święto trwa nadal (skandowanie na przemian Polska, Polsza – 48, salut armatni, tłumy manifestantów z transparentami itp.). Przekroczenie ulicy w niedozwolonym miejscu staje się pretekstem do kolejnej kontroli dokumentów pisarza.

We wskazanym mieszkaniu na literata czeka już Halina, która zao­patruje go w odpowiednie broszury dotyczące techniki samospalenia. W telewizji nadal pokazują partyjne uroczystości. Znajomy dygnitarz, towarzysz Kobiałka, podarł maszynopis przemówienia i krzyknąwszy Towarzysze zdrajcy! Towarzyszki świnie! (52) zaczął się rozbierać. Po wyłączeniu fonii na ekranie ukazała się plansza z dwoma czerwony­mi, całującymi się gołąbkami, z których jeden miał biały ogonek. Bo­hater wdał się w rozmowę z mężczyzną leżącym na łóżku – był więźniem ze względu na przynależność AK. Próbowano go złamać i skłonić do zeznań, straszono, że żona i córka nie żyją, ale to utwier­dziło go w przekonaniu, że nie należy się poddawać. Jego wspomnie­nia przetłumaczono na trzynaście języków. Rozmowa ta umacnia bo­hatera w postanowieniu, że powinien się spalić.

Halina informuje literata, że zmieniono miejsce spalenia – ma ono nastąpić przed Salą Kongresową, gdzie odbywa się zjazd, następnie wychodzi, by kupić środek łatwopalny. Bohater poznaje Nadieżde, której babcia była kochanką Lenina. Oboje przypadają sobie do ser­ca. Próbę zbliżenia przerywa jednak telefon od Haliny, która pozostawia literatowi wybór koloru kanistra (niebieski). Zaopatrzony w roz­puszczalnik z Nowej Zelandii pisarz wyrusza na miasto. Spotyka Sachera, który kiedyś wyrzucił go z partii. Teraz jest mu za to wdzięcz­ny. Dalszą wędrówkę urozmaicają dość szczególne wydarzenia: ury­wa się kawał mostu Poniatowskiego, Tadzio Skórko opowiada o so­bie i wraz z psem podąża za swoim idolem, Halina dogania literata z wiadomością, że Hubert zasłabł, razem jadą do niego do kina „Wołga”, tam pod szyldem filmu radzieckiego odbywa się pokaz polskie­go – Transfuzjaodważnego w swojej wymowie, którego reżyserem jest Władysław Bułat, hołubiony przez władzę.

Bohater zastanawia się, co też mógłby zostawić w testamencie po­tomnym i dochodzi do wniosku, że oprócz zwłok dla Akademii Me­dycznej będą to dwie recepty: na łupież i na zaparcia (szczegółowo prezentuje skład leków) oraz przepis na powodzenie w grze karcianej „oko” (83) – ma jednak wątpliwości czy wypada doradzać oszustwo.

W hallu kina były minister kultury podejmuje swoich gości z okazji otwarcia wystawy jego obrazów o motywach erotycznych. Wśród przybyłych są dostojnicy, którzy po odejściu ze stanowisk oddali się pasjom artystycznym. Reżym ma już własną sztukę. Jest samowystarczalny. Sam tworzy rzeczywistość i sam ją odzwierciedla w sztuce (85). Tymczasem Hubert oczekuje na lekarza. Udaje się sprowadzić pogoto­wie (dzięki ostrzeżeniu, że na widowni siedzi radziecki attache). Hu­bert prosi o spotkanie z Bułatem, chwali jego odwagę. Z sali kinowej dobiegają mocne słowa, zapowiadające rozliczenie z postaw i sympatii politycznych. Widzowie reagują brawami na tekst o „zgwałconej Polsce”. Hubert pogardliwie przyjmuje opory literata przed spaleniem. Zostaje odwieziony do zwykłego szpitala. Klinika rządowa jest tylko dla wybranych. Bohater ogląda symboliczne zakończenie filmu Buła­ta: desperacki skok człowieka z parapetu i śmierć – z własnego wybo­ru. Reżyser przypomina swoją drogę twórczą: od szkalowania AK, po­przez kino psychologiczne do krytyki elity intelektualnej. Doszedł do wniosku, ze cały czas realizował „linię partii” i postanowił wyjechać do Ameryki Południowej. Wyłączenie prądu w kinie sprawia, że Halina, Tadzio i pies poszukują literata w ciemnościach. Przed wyjściem podpity malarz, były minister, zaprasza bohatera na wypad pod War­szawę – „na dziewczynki”.

Halina kupuje w sklepie walutowym szwedzkie zapałki. Opowiada bohaterowi o Nadieżdzie i jej kilku mężach. On jednak przekonany jest, że był jej pierwszym mężczyzną. Gazeciarze rozrzucają dodatki nadzwyczajne „Trybuny Ludu”. Polskę ogłoszono Pierwszym Kandy­datem do wstąpienia w skład Związku Socjalistycznych Republik Ra­dzieckich! (108). Wszędzie pełno agentów Urzędu Bezpieczeństwa, manifestantów i transparentów. Zostawiwszy u szatniarza kanister i pieska, bohater zamierza posilić się w restauracji „Paradyz” (kiedyś „Paradis”). Zaproszony przez nieznajomego na rozmowę zostaje zrewidowany i pobity podczas swoistego przesłuchania, orz i Zenek opowiadają mu o tajemniczych wizytach w jego domu (rewizje upo­zorowane na włamania), wstrzykują substancję wzmagającą ból, która ma ułatwić przesłuchanie. Żorż nazywa pisarza opozycjonistą negatywnym w przeciwieństwie do siebie, człowieka od praktycz­nych zadań. Na ekranie telewizora artyści, m.in. Bułat, składają hołd obcemu przywódcy.

Po „rozmowie” literat trafia do innego pomieszczenia, w którym to­warzysz Kobiałka czeka na odwiezienie do szpitala psychiatrycznego. Wyraża nadzieję, że nastąpi schyłek komunizmu. Z tego pomieszcze­nia pisarza uwalnia Zenek i zwraca mu zabrane wcześniej zapałki oraz prosi o autograf. Kobiałka zdradza, że również nie zna aktualnej daty. Takie dane posiadają tylko sam minister albo ścisłe kolegium (126), które ma dostęp do importowanego kalendarza umieszczonego w potężnym sejfie. Z nadzieją oczekuje na pobyt w szpitalu psychia­trycznym, gdzie ma już wielu kolegów ze sfer rządowych. Po wyjściu z tego pokoju zatrzymuje bohatera „babcia klozetowa” – Zosia – żą­dając pieniędzy. Jest studentką archeologii na praktyce, dzięki której będzie zwolniona z egzaminu z propedeutyki filozofii. Nie ma wol­nych stolików, więc literat przysiada się do Kolki Nachałowa, spędza­jącego czas w towarzystwie pulchnej blondynki, Gosi, producentki filmów, m.in. Transfuzji. Kolka i Gosia odwiedzają szefa kuchni. W tym czasie do bohatera przysiada się Rysio Szmidt proponując wód­kę z kartofli importowanych (137), mówi o beznadziejnym stanie Hu­berta i z ochotą zabiera resztę bonów na mięso (arogancki kelner wy­cina sobie tylko jeden kupon za zamówione ragoűt). Halina przedsta­wia pisarza uznanemu w kręgach podziemia literatowi, Cabanowi. Ten przyjmuje wyniosły ton i zwalnia go z decyzji o spaleniu. Boha­ter jednak unosi się dumą i chce sam zdecydować o własnej śmierci.

Szef kuchni zabiera restauracyjnych gości do podziemnych pomie­szczeń, gdzie z wielkim rozmachem przygotowano bankiet na cześć radzieckiego sekretarza. Mimo zakazów, trudno się oprzeć pokusie. Wygłodniały tłum narusza misternie ułożone, wykwintne dania i trun­ki, dewastuje wnętrza. Spotykają się dwaj delegaci wybrani do zała­twienia sprawy sprzedaży województwa zielonogórskiego: docent Edward Szmidt (brat Rysia) i Niemiec doktor Hans Jürgen Gonsiorek. Edek wyjaśnia, że Rysio żyje z książeczki napisanej w czasach, gdy był partyjnym aktywistą. Teraz służy ona do indoktrynacji dzieci i za­pewnia autorowi możliwość bezkarnego angażowania się w „opozy­cyjne” akcje. Rysio również pomawia Edka o dwulicowość: codzien­nie leży krzyżem [...] / zbiera siły do następnych łajdactw (164). Perkusista z zespołu inwalidów mdleje, ale nikt nie stara się go ratować. Kolka Nachałow chce podpalić restaurację. Rysio bije go z wyrzutem, że jego ojciec sprowadził do Polski socjalizm. Literat wywołany z sa­li przez Zosię, odbiera psa i kanister od szatniarza-majora i wychodzi. Przyszła po niego Nadieżda, która oburza się jego postawą (włóczy się po knajpach, jest pijany). Zresztą niedługo nastąpi pora korzysta­nia z lokalu przez Arabów.

W sklepie spożywczym ekspedientki montują nowy herb: małego orła wśród wielkich snopów zboża. Bohater i Nadieżda wchodzą do zniszczonego budynku, gdzie mieściła się niegdyś redakcja satyrycz­nego pisma „Szpilki”. Okazuje się, że oboje śnili ostatniej nocy Anty­chrysta. Rozmawiają o zniewoleniu kraju, o śmierci i wspólnym spo­tkaniu. Ogarnia ich nagła namiętność, co wiąże się z opłatą – 10 tysię­cy złotych – za zbliżenie miłosne w gmachu publicznym (175). Nadież­da deklaruje spalenie się z bohaterem, jednak on się na to nie zgadza.

Literat postanawia załatwić ostatnie sprawy. Demaskuje Tadzia jako agenta, który skierował go sprytnie na przesłuchanie u orzą, bije go. Tadzio wyznaje, że ma 33 lata (dalej narrator określa go jako czter­dziestoletniego mężczyznę) i trafił do tajnych służb, bo tam docenio­no jego poezję. Teraz pisze różne wierszyki, dzięki którym reżim ba­da reakcje tłumu. Mówi również, że właśnie się wycofał, co okazuje się kłamstwem.

Zbuntowany motorniczy decyduje się podwieźć pasażerów, jednak nie może spełnić obietnicy, bo wyłączają prąd. Wokół bohatera wszę­dzie są ruiny, awarie, otaczają go ludzie o wypaczonych poglądach. Zatrzymuje się karetka. Kobiałka, uszczęśliwiony z powodu uzyska­nia miejsca w szpitalu dla wariatów, chce się pożegnać z dawnym są­siadem. Wznosi okrzyk: Niech żyje wolna, niezawisła Polska Repu­blika Radziecka! (188). Pisarz udaje się do innego szpitala, by oddać hołd umierającemu Hubertowi i prosi lekarza, by odłączył aparaturę godzinę później niż planował, czyli o ósmej (jest to wyznaczona pora spalenia przed Salą Kongresową). Chce, by śmierć ich obu nastąpiła w tej samej chwili.

Sacher planuje powierzyć bohaterowi manuskrypt, w którym zawarł swoje spostrzeżenia o totalitarnym państwie, partii i Bogu. Kolejnymi rozmówcami literata są chuligani z tzw. partyzantki miejskiej. Ich za­miary ostudza gwałtowna propozycja literata, by razem z nim się pod­palili. Napastnicy uciekają. Milicjant oferuje mu podwiezienie gazi­kiem (wiezie pijanego orzą) za opłatą pieniężną lub rzeczową. Boha­ter rezygnuje z okazji i kontynuuje wędrówkę pieszo w towarzystwie Tadzia i pieska Pikusia.

Na terenie ogródków działkowych pali się ognisko, przy którym ko­biety, związane przed laty z pisarzem, wspominają swoją młodość. On obawia się, że wyjdą na jaw jego sprawki. Łatwo porzucał jedną dla drugiej. Lucyna, Kasia, Rysia, Hania przypominają mu jego młodość. Jedna z nich wyznaje, że nadal go kocha. Literat jednak myśli już tylko o Nadieżdzie, którą nazywa Nadzieją. Tadzio Skórko, zau­roczony Lucyną, postanawia nie wyjeżdżać do Starogardu.

Kolka Nachałow wraz z podejrzanie wyglądającym księdzem i zgro­madzonymi ludźmi wybiera się na pielgrzymkę do Częstochowy, nie po to, aby się modlić, ale by skorzystać z okazji i zrobić interes – ma­ją tam rozbierać hutę.

Ważnym etapem wędrówki bohatera są odwiedziny u Jana – starsze­go, schorowanego mężczyzny, który nadużywał alkoholu, ale zawsze był wielkim autorytetem wśród działaczy opozycji. Odbiera przynie­sioną przez listonosza rentę („dla zasłużonych”), bowiem Jan nie chce wyjść z łazienki. Znajduje go w wannie, bardzo osłabionego. Nie otrzymuje jednoznacznej rady, a tylko zapewnienie, że historia oceni jego czyny. Odnosi wrażenie, że plan spalenia zyskuje aprobatę mi­strza. Dzwoni telefon – amerykański dziennikarz chce się dowiedzieć, co słychać w Warszawie. Po ogólnikowej odpowiedzi – Małe świą­teczne zamieszki (224) – kolejny raz dzwoni telefon. Okazuje się, że był na podsłuchu, a rozmówca domaga się odpowiedzi, z jakim nume­rem nastąpiło połączenie i grozi wyłączeniem aparatu.

Po wyjściu z mieszkania Jana bohater postanawia cegłą zabić Tadzia. Ten cytuje mu myśl Aramejczyka sprzed dwu tysięcy lat: „Miast za­bijać na ofiarę jagnię, sąsiada albo swojego brata, złóż ofiarę z same­go siebie.” (227) i powstrzymuje literata przed zabójstwem. Spotykają panią Gosię, która postanowiła udać się na pielgrzymkę, by odku­pić w Częstochowie swoje grzechy (została „zbezczeszczona”). Pi­sarz wskazuje jej miejsce spotkania pielgrzymów i prosi o modlitwę za jego duszę. Znowu nachodzą go wątpliwości i żal, że tak późno spotkał Nadieżdę. Wie jednak, że zmiana decyzji wywołałaby jej po­gardę. Na placu Defilad, wśród tłumu, zebrali się jego znajomi. Ka­mery czekają na wyjście delegacji. Marek, zastępujący aresztowaną po południu Halinę, robi literatowi zastrzyk przeciwbólowy. Nadieżda jeszcze raz deklaruje chęć pójścia z kochanym człowiekiem na śmierć. Tymczasem w podniosłym momencie zasłabł nagle polski se­kretarz. Rysio usprawiedliwia przed pisarzem napisanie książeczki, dzięki której cieszy się swoją wolnością. Bohater przypomina sobie słowa wiersza zmarłego przyjaciela, Antoniego S.:

 

 

Po mego życia trudach, jeśli

Na jakieś względy zasłużyłem,

Nie chcę, by moją trumnę nieśli

Ci właśnie, których nie znosiłem

 

(233)

 

 

Następuje ostatnie pożegnanie z Nadieżdą, refleksja, że to ludzie stworzyli Boga, by ich uchronił, i bohater odbywa ostatni odcinek drogi ku platformie. Ludzie, dodajcie mi sił. Ludzie, dodajcie sił każ­demu na świecie, kto o tej porze idzie ze mną na całopalenie. Ludzie, dodajcie sił. Ludzie... (235) – tymi słowami, kierowanymi przez pisa­rza do wszystkich ludzi, kończy się utwór.

 

Podobne prace

Do góry