Ocena brak

Łukasz Górnicki (1527-1603)

Autor /Saleta Dodano /20.09.2012

Młodzież polska kształcąca się we Włoszech przywoziła z sobą do Polski nie tylko wiedzę, zwłaszcza znajomość literatury starożytnej, ale nadto obyczaje, ogładę towarzyską i w ogóle cywilizację włoską, którą się starała potem krzewić we własnym kraju. Otóż jednym z jej najgorliwszych wielbicieli i krzewicieli był Łukasz Górnicki (1527-1603). Czy był istotnie mieszczaninem (jak to niektórzy mniemają), nie jest rzeczą pewną; być może, iż pochodził z rodu szlacheckiego, ale w każdym razie niezamożnego. Pomimo to dzięki swemu wykształceniu, kulturze towarzyskiej i sprytowi życiowemu nie tylko żył w przyjaźni z najwyższymi dygnitarzami, ale cieszył się nawet względami Zygmunta Augusta i Stefana Batorego.

Był to niepospolity stylista, który przy całym swoim uwielbieniu dla literatury i języków starożytnych pisał wyłącznie po polsku, a władał mową ojczystą tak biegle, jak mało kto w XVI wieku. Jego język nie ma wprawdzie ani tej obrazowości i dosadności, co język Reja, ani tej żywiołowej siły, co język Orzechowskiego, ale posiada za to nie znaną przedtem w literaturze naszej szlachetną powagę, a nade wszystko dokładność w wyrażaniu myśli, będącą owocem sumiennej i uczciwej pracy człowieka, który się wręcz kochał w języku ojczystym i wziął sobie za punkt honoru patriotycznego dowieść, że w języku polskim można nie tylko zrozumiale, ale nawet i pięknie wyrazić wszystko, co pomyśli głowa, nie wyłączając myśli najgórniejszych i najgłębszych. Tej właśnie szlachetnej powadze, dokładności i piękności języka zawdzięcza głównie Górnicki swoje wysokie stanowisko w literaturze naszej XVI wieku; prześcignie go pod tym względem dopiero Skarga (z tą wszakże na korzyść Górnickiego różnicą, że Skarga o przedmiotach filozoficznych mówić nie będzie).

Nie miał Górnicki umysłu ani głębokiego, ani samodzielnego, ale jako człowiek rozsądny i bardzo wykształcony, rozumiał doskonale, jakim dobrodziejstwem jest dla narodu nauka i cywilizacja, a jaką szkodą nieuctwo i barbarzyństwo:«... z głupstwa wszytki nieprawości rostą; jeśli pirwej nie wypurguje człowiek oczu umysłu swego a nie będzie widział tej dobrej drogi, którą iść ma, nie jest rzecz można, aby kiedy sam z siebie przystojnie żyć mógł.» Otóż postanowił Górnicki oświecać Polaków, dając im do czytania książki pełne mądrości, w tym przekonaniu, że bez mądrości człowiek nigdy nie będzie prawdziwie cnotliwym. A ponieważ za najwyższą mądrość poczytywał tę, którą stworzyli starożytni oraz Włosi, więc z jednej strony przyswajał literaturze ojczystej pisma starożytnych Rzymian, a z drugiej - pisma Włochów. Mieszkając przez czas dłuższy we Włoszech, zwłaszcza w Padwie, gdzie odbywał nauki uniwersyteckie (na wydziale prawnym), polubił tamtejsze wykwintne obyczaje w życiu towarzyskim; toteż podobała się mu niezmiernie piękna książka pisarza włoskiego, Baltazara Castiglionego, pt. II cortegiano, to jest Dworzanin (1528), poświęcona właśnie pełnemu taktu i ogłady życiu dworskiemu, i postanowił ją spolszczyć, aby się i Polacy, których ogromna większość nie posiadała ogłady towarzyskiej, mogli w niej rozmiłować. I oto wcześniej jeszcze aniżeli Żywot człowieka poczciwego Reja ukazał się Dworzanin polski Górnickiego (1566), jedna z najpiękniejszych książek polskich XVI wieku, będąca po części przekładem, a po części przeróbką Dworzanina włoskiego.

Z zadania swojego wywiązał się Górnicki świetnie: jeżeli tłumaczy Castiglionego, to tłumaczy wiernie, jeśli go przerabia, to przerabia bardzo zręcznie, zawsze pamiętając o tym, że pisze dla Polaków. W oryginale włoskim rzecz dzieje się w Urbino, na dworze książęcym: w przeróbce polskiej - pod Krakowem, nad rzeczką Prądnik, w willi Samuela Maciejowskiego, biskupa krakowskiego i kanclerza koronnego; tutaj to schodzą się wykwintni dworzanie, przyjaciele biskupa, i rozmawiają o przymiotach i zachowaniu się prawdziwego dworzanina. W Dworzaninie włoskim udział w rozmowie biorą i kobiety; w Dworzaninie polskim - sami mężczyźni, bo jak mówi Górnicki, «ani nasze Polki są tak uczone jako Włoszki, ani drugie rzeczy, które owdzie są, cierpieć by ich uszy nie mogły». W ogóle pominął Górnicki to wszystko, co poczytywał dla Polaków za nieodpowiednie albo niepotrzebne; opuścił na przykład rzecz o malarstwie, «bo mi sie to widzi rzecz mało potrzebna, a też naszym Polakom, którzy delicatum palatum niedawno mieć poczęli, nie szłoby to w smak»; pomijał także z zasady to wszystko, co by, jego zdaniem, «poczciwe uszy obrazić mogło», na przykład tłuste anegdoty i rozmaite «lascywije»4. Natomiast dodał niejedno, czego w oryginale włoskim nie ma; a czerpał te dodatki nie tylko z pisarzów greckich i rzymskich (zwłaszcza z Cycerona), ale i z życia - z rzeczywistości polskiej, jak na przykład długi ustęp o grze w karty, kilka krótkich ustępów o przymiotach i zadaniach kobiety, o modach, a nade wszystko cały szereg dykteryjek, czyli facecyj.

Dworzanin polski składa się z czterech ksiąg. W pierwszej rozmowa toczy się na temat, jakie przymioty zdobić winny prawdziwego dworzanina. Dworzanin powinien być z urodzenia szlachcicem (bo tacy to już ludzie, że zawsze cenią wyżej szlachcica od nieszlachcica), z powołania rycerzem, pełnym męstwa i szlachetności, a nadto człowiekiem wykształconym, który by znał dobrze języki obce, starożytne i nowożytne, który by chętnie czytywał znakomitych poetów, mówców i historyków, umiał pisać dobrze listy, a nawet wiersze, który by wreszcie odczuwał piękność muzyki. Ale to nie wystarcza: idealny dworzanin powinien być człowiekiem fizycznie zdrowym (w myśl zasady starożytnej: «Zdrowa dusza w zdrowym ciele»),biegłym we wszystkich ćwiczeniach rycerskich, a co najważniejsza, powinien mieć «przystałość», to jest grację, która polega na doskonałej naturalności, na zupełnej swobodzie, na braku wszelkiego «wydwarzania» (to jest przesady) zarówno w ruchach, jak i w mowie.

W księdze drugiej mowa o tym, jak ma dworzanin używać tych wszystkich swoich przymiotów, to jest mowa o takcie towarzyskim. Jakie są ogólne przepisy zachowania taktu, tego Górnicki nie mówi - i słusznie, bo nauczyć się taktu niepodobna: jedynie dobre wychowanie i jakiś wrodzony instynkt mogą człowieka uczynić taktownym; mówi więc tylko Górnicki, że taktowny dworzanin ze wszystkich swoich przymiotów «uczyni jednę masę, tak iżby każda sprawa jego pachnęła wszystkimi cnotami», a potem udziela różnych drobnych wskazówek, jak się ma dworzanin zachowywać wobec kobiet, wobec przyjaciół, przy grze, jak się ma ubieraćr tp. Do taktu towarzyskiego należy umiejętność rozweselania towarzystwa za pomocą żartów, a więc za pomocą bądź uciesznych i wesołych dykteryjek i dowcipów, bądź psot i figlów (byleby niebolesnych i nieszkodliwych); tym to żartom poświęca Górnicki większą część księgi drugiej i przytacza za autorem włoskim całe mnóstwo dykteryjek, ale dodaje od siebie dykteryjki wzięte z innych źródeł, na przykład z Cycerona albo z powieści o Sowizdrzale, i coś czterdzieści dykteryjek polskich, na przykład o jakimś szlachcicu, zapalonym myśliwym, co łgał jak najęty, że «w szczuce nalazł jastrzębia, a on kuropatwę skubie», i że «miał kiedyś lecowego, który w wozie ciągnąc, kuropatw zawietrzył, a on nie będąc takim, wysiadł i pięćdziesiąt ich kobiercem przykryła Polską także jest dłuższa dykteryjka o Skotnickim i Pukarzewskim, arcydzieło prostoty i humoru. Od facecyj Reja różnią się dykteryjki w Dworzaninie tym, że nie «obrażają poczciwych uszów», a są nieraz prawdziwie dowcipne.

W księdze trzeciej toczy się dysputa o kobietę. Jedni uczestnicy rozmowy poczytują kobietę za najgorsze stworzenie pod słońcem, inni za najlepsze i najszlachetniejsze; obrońcy kobiety zbijają zwycięsko poglądy swych przeciwników i kreślą idealny obraz «dwornej pani». Jak dworzanina, tak i «dworną panią» powinny zdobić liczne przymioty, cnoty i nauki: «szlachcianką sie urodzić, strzec sie wydwarzania, mieć wdzięczność we wszystkim, co pocznie, mieć dobre obyczaje, umieć niemało rzeczy, mieć dowcip wielki, wielkie baczenie, nie być hardą, zawistną, kłótliwą, swarliwą, kłamliwą, sprosną ąi o kim źle nie mówić»; z tym wszystkim jednak powinna być inna niż dworzanin: nie wolno jej utracać swej kobiecości, «bo jako mężczyzna ma to w każdej sprawie pokazować, iż jest jako dąb, tak zasię w białej głowie ma być coś pieszczonego, w miarę przystojnego żeńskiej nieduźości, aby w staniu, w chodzeniu, w mowie i cokolwiek pocznie, nie było w niej znać nic mężczyńskiego»: słowem, powinna mieć kobieta swoją osobną grację i swój osobny takt - «mądrą powagę)), która jej nie pozwoli nic niestosownego powiedzieć ani uczynić. O względy takiej kobiety dworzanin powinien się ubiegać ze wszystkich sił swoich.

Księga czwarta powraca od dwornej pani do dworzanina. Jej główną treść stanowi rozmowa o celach, do jakich dążyć powinien dworzanin. Nie wolno mu chować dla siebie wszystkich swoich przymiotów; dworzanin jest najbliższym to-« warzyszem swego pana (króla) i jego to powinien uszlachetniać, bo tym sposobem przyczyni się do szczęścia całego państwa, które zawsze «szczęśliwsze jest, gdzie król cnotliwy rozkazuje». Nie dosyć na tym: prawdziwy dworzanin powinien nade wszystko ukochać najwyższe ideały ducha ludzkiego, a więc dobro i piękno, a ta miłość ideałów doprowadzi go do doskonałej miłości i poznania Boga, który jest najwyższą doskonałością i źródłem tych ideałów, do których dąży szlachetny i rozumny człowiek.

Oto ideał dworzanina polskiego, oto główne myśli, jakie Górnicki pragnął zaszczepić w swoim społeczeństwie. Ponieważ Dworzanin polski jest przekładem albo przeróbką z włoskiego, więc z wyjątkiem kilkunastu oryginalnych ustępów za źródło poznania obyczajów polskich uchodzić nie może: pod tym względem Żywot człowieka poczciwego Reja większą posiada wartość, bo pełno w nim rysów obyczajowych wziętych wprost z życia szlachcica polskiego; te zaś rysy świadczą, że ogół szlachty nie miał nawet pojęcia o takim życiu, jakie mu zalecał Górnicki: nie u-ganiał się za tak wysokim wykształceniem, nie dbał ani o grację, ani o subtelny takt towarzyski, a oddany gospodarstwu, nie miał zbyt wysokich dążeń duchowych. Żyć tak wykwintnie i szlachetnie, jak dworzanin Górnickiego, pragnęły co najwyżej najmędrsze i najszlachetniejsze jednostki. Toteż Dworzanin polski nie był wcale książką poczytną, co jednak nie przeszkadza, że w historii literatury naszej zajmuje stanowisko ważne, jako świadectwo dążności najukształceńszych ludzi XVI wieku do wysokiej kultury, a nade wszystko jako piękność języka polskiego.

WSTĘP (w skróceniu). Tuż u Krakowa jest rzeczka Prądnik, nad którą Samuel Maciejowski, biskup krakowski i kanclerz koronny, włoskim kstałtem dom piękny zmurować kazał, jako dla wiela inych dobrych przyczyn, tak też dlatego, aby w tak osobnym kraju, jaki jest około Krakowa, miał miejsce, gdzie by postronne ludzi a wielkich królów posły czcić mógł. Abowiem mając on na sobie wielkie sprawy, dla których w jego domu u wszytkich gmachów drzwi zawżdy otworem stały, snadniej mógł na stronie niż w mieście uczynić temu dosyć. A w tym nie szukał ani rozkoszy żadnej, ani swej własnej chłuby, którą sie przyrodzenie jego hydziło, ale pomniąc sie być mało nie pirwszym senatorem w Polszczę, pomniąc sie być urzędnikiem koronnym, ustawicznie to omyślał, skąd by Król J.M. cześć, a naród polski sławę u postronnych miał ludzi. Które chwalebne jego staranie iżby tym łatwiej szło ku zamierzonemu kresu, natura macochą jemu nie była, ale taką matką, iż co sobie człowiek jeden od niej żędać może...Ten tedy taki biskup, Sokrates drugi, miał zawżdy około siebie zacne, uczone i dzielne ludzi; na co kosztu ani starania nie litował, garnąc takie ku sobie i wielkimi jurgielty wzywając, tak iż dwór jego był jedną osobną szkołą rycerskich ludzi, z którymi żył nie jako pan z sługami, ale jako ociec z syny... A iż ustawicznie mieszkał u dworu, cisnął sie do tego czelniejszy z dworzan każdy, aby był w domu księdza Maciejowskiego nie gościem, gdzie i ł5yło zawżdy czego słuchać, i miał plac człowiek pokazać to, co umiał - w gromadzie onych osobnych ludzi, jakich tam pełno było...

Rychło tedy potem, kiedy Król J.M. po śmierci króla Zygmunta, świętej pamięci ojca swego, na regiment królestwa polskiego wstąpił i do Krakowa przyjechał, ksiądz Maciejowski, prze nie barzo sposobne zdrowie na Prądnik odjechawszy, siedm' albo ośmJ dni tam mieszkał. A gdy do niego często dworzanie: pan Kryski, pan Wapowski, pan Aleksander Myszkowski, pan Derśniak, pan Bojanowski i ini zacni przyjeżdżali, trefiło sie raz, iż ksiądz biskup, po obiedzie u stołu siedząc (gdzie też był i J.M. pan Stanisław Maciejowski, kasztelan lubelski), gdy ktoś karty wspomniał, powiedział: «Azaby sie nie mogła naleźć jaka ina krotochwila, nie ta ustawiczna - karty? Czemu by też kto nie wniósł owego obyczaju do nas, który jest we Włoszech, iż ślachta zacna, polerując rozumy swoje, wynajduje na biesiedzie gry rozumne i tych używa, w których sie nierówno więtsza pociecha i pożytek znajduje aniżeli w karciech? Zaprawdę W. Mciom by to przystało, którzy świeżo z Włoch przyjeżdżacie, nie zaniechywać tych dobrych zwyczajów, ale owszem, wieść do tego drugie, żeby sie ich imowali. Panie Kryski, do W. Mci ja mówię, któryś podobno lepiej niż kto iny włoskiej ziemie świadom: pokuś W. M. tego!... Niechajby sie takowe gry od W.M. poczęły! Masz oto W.M. równe towarzystwo: pana Wapowskiego, pana Myszkowskiego, pana Derśniaka, którzy tego W.Mci radzi pomogą; i Kostka mój, chocia miody, jednak w tej mierze może sie popisać niegrubie.»

Na to pan Kryski tak odpowiedział: «Jako wiele inych obyczajów dobrych jest we Włoszech, miłościwy księże, tak też ten, który ja barzo chwalę, iż ludzie zacniejszy mają tę zabawę pożyteczną ku obostrzeniu rozumu: gry rozmowne, i barzo bym ja temu rad, aby sie ich też u nas ludzie niesprosni jęli. Ale do wynalezienia i podania rzeczy ludziom trzeba człowieka wziętego, iżby to, co powie, szło w posłuch... A ja przed W.M., panem swym, nie chciałbym sie źle popisać: bo leda jako mówić zeszłoby sie gdzie indziej, mnie zwłaszcza, który mądrze mówić nie umiem, ale przed W.M. żadną miarą...»

Natenczas pan Andrzej Kostka tak powiedział: «Puściszli to, W.M. miłościwy księże, na one same, nierychło sie na to zgodzą, kto będzie miał z nich te gry począć; aleby lepiej, ażebyś to W.M. jednemu rozkazał, bo kiedy to będzie, już sie żaden nie wymówi...»

Powiedział zasię ksiądz biskup: «Dobrze, Kostka, gdyś tego sam podał, trudniej tobie będzie niż komu inemu z tego sie zedrzeć60. Tobie to rozkazuję, abyś począł a swoję grę wynalazł...»

Zatem pan Kostka rzekł: «Nagła to na mię, miłościwy księże; nie Iza, jedno mi sie do cudzej pomocy uciec, bo tak dobrej gry w swojej głowie nie najdę, jakąm raz we Włoszech słyszał.»

Ledwie tego domówił pan Kostka, kiedy przyszło pacholę, dając znać iż komornik z listy od króla J.M. przyjechał; które listy, gdy ksiądz biskup wziął i przeczedł, iż sie wielkie rzeczy... w nich zamykały, zaraz wstać a dla odprawy ich do kownaty (bo ta rozmowa na sali była) iść musiał, zostawiwszy na miejscu swym J.M. pana lubelskiego i przykazawszy, aby każdy był rozkazania jego posłuszen.

Po odeściu księdza biskupa rozkazał pan lubelski, aby pan Kostka, jako począł, mówił. Który w te słowa powiedział: «... Ja bym chciał, aby ta nasza gra była, iżby każdy powiedział, którą by osobliwie cnotą chciał mieć ozdobionego tego człowieka, którego by miłował»...

Pan lubelski... tak powiedział: «Mnie by sie ta gra barzo podobała, ale mi idzie o to, żeście sie W.Mciowie jeszcze nie wszyscy wyprawili... Pan Kryski... nie powiedział gry swojej. A jeśli ja dobrze znam postawę jego, widzi mi sie, że miał nam coś osobnego... powiedzieć... Weźmiesz to W.M. na się, panie Kryski, opisać i wymalować słowy doskonałego dworzanina; co tym ochotniej W.M. uczynisz, im to lepiej niż kto iny rozumiesz, jako wiele na posłuszeństwie należy, gdzie ma być porządek. A komu sie co inaczej, niż W.M. powiesz, będzie zdało, temu niech będzie wolno przeciwko W.M. mówić.

O GRACJI W MÓWIENIU I PISANIU. Pan Kryski rzekł: «Mój dworzanin... będzie miał we wszytkim gracyją, a zwłaszcza w mowie, jeśli sie strzec będzie wydwarzania, której wady pełno wszędzie, a podobno u nas w Polszczę więcej niż gdzie indziej. Abowiem nasz Polak, by jedno kęs z domu wyjechał, wnet nie chce inaczej mówić, jedno tym językiem, gdzie troszkę zmieszkał: jeśli był we Włoszech, to za każdym słowem signor, jeśli we Francy-jej, to per ma fot, jeśli w Hiszpanijej, to nos otros cavaglieros, a czasem drugi, chocia nie będzie w Czechach, jedno iż granicę śląską przejedzie, to już inaczej nie będzie chciał mówić, jedno po czesku, a czeszczyzna wie to Bóg jaka będzie! A jeśli mu rzeczesz, żeby swym językiem mówił, to powieda, iż zapomniał abo że mu sie przyrodzony język prawdziwie gruby widzi, czego dowodząc, wyrwie jakie staropolskie z Bogarodzice słowo, a z czeskim jakim gładkim słówkiem na sztych je wysadzi, aby swego języka grubość, a obcego piękność pokazał; na koniec i z tym na plac wyjedzie, że niemal każdy w języku polskim wymówca czeskich słów miasto polskich używa, jakoby to było na schwał dobrze,»

Tu pan Aleksander Myszkowski powiedział: «Tedy sie to W.M. nie podoba, kiedy Polak bierze w polszczyznę czeskie słowa ?»

Odpowiedział pan Kryski : «Niema sie co podobać, kiedy kto mając swe włosne polskie słowo, zarzuciwszy ono, pożycza na jego miejsce z cudzego języka. .. Prawda jest, gdzie by słowa polskiego nie było na tę rzecz, którą by Polak okrzcić miał, abo w przetłumaczeniu z jednego języka na drugi potrzebowałby cudzego słowa, nie telko tego nie ganię, kiedy tak z podobnego naszej mowie języka, jaki jest czeski, weźmie słowo, ale też i z łacińskiego, zwłaszcza jeśliby łatwe ku wyrozumieniu abo już nieco utarte słowo było, wziąć mu dozwalam. Takżeć podobno naszy wymówce polscy sławni czynili, czego nie rozumiejąc dzisiejszy, z onegoż wydwarzania, które tak barzo człowiekowi nie przystoi, przyszło im to, że jęli niewstydliwie w swój język kłaść dziwne słowa cudzoziemskie, a miasto słów wybornych polskich stawiać czeskie, dobrze niż nasze podlejsze; za tym to idzie, iż tych nowych Cyceronów mało rozumiemy, a tego prosto nic, co nam kiedy na piśmie podadzą. I mnimają oni, by to był najwiętszy rozum tak mówić abo tak pisać, jakoby abo mało ludzi, abo żaden nie rozumiał; w czym jako błądzą, znacie to W.M. dobrze sami.»

Natenczas pan Myszkowski tak powiedział: «Dzierżę o tym, iż kto by tak mówił, iżby go trudno wyrozumieć, byłaby to siłna wada, ale pismu, widzi mi sie, że to przynosi powagę jakąś, kiedy kto węzłowacie, a nie tak zbytnie łatwie pisze.»

Powiedział zaś pan Kryski: «Nie wiem, czemu by inaksze pisanie być miało niż mowa, gdyż pisanie nic inego nie jest, jedno jakiś kstałt a wyobrażenie mowy, które zostaje, chociaż już człowiek wypowiedział, jakoby wizerunkiem tego, co sie rzekło; a prosto jest pisanie ta rzecz, która daje żywot słowom. Otóż ona trudność, która z słów cudzoziemskich roście, rychlej by sie jeszcze zeszła w mowie niż w pisaniu, bo gdy mówimy, ci, którzy nas słuchają, mogą spytać, jako sie co rozumieć ma, ale kiedy ja cudze pisanie czytam, tam (gdyż nie masz tego, kto pisał) trudno mam wiedzieć, co to jest, czego wyrozumieć nie mogę.

0 ŻARTACH (w skróceniu). Każda... rzecz, która ku śmiechu pobudza, uwesela nas i daje sercu ochłodę, a k temu nie dopuszcza, aby człowiek natenczas pomniał na owe frasunki a doległości teskliwe, którymi opływa nasz żywot. A przeto każdemu jest śmiech luby, i ten pochwały godzien, kto go na czas i dobrym kstałtem wskrzesić umie... Otóż jakiego kstałtu dworzanin w trefnowaniu i po który kres używać go ma, tyle ile mi pokaże moje błahe bącze-nie, postaram sie, abych tu, na tym miejscu, W. Miłościami powiedział. Bo ustawicznie trefnować nie przystoi dworzaninowi ani też tym kstałtem jako szaleni abo pijanice, abo błaznowie... Też około z uszczknieniem trefnowania trzeba być barzo ostrożnym, aby człowiek wiedział, kogo dojechać ma... Z takimi telko kunsztować i ich niedostatki strofować mamy, którzy ani są tak nędzni, żeby ku ulitowaniu serce poruszali, ani tak barzo niecnotliwi, żeby powroza byli godni, ani tak wieldzy, iżby najmniejszy ich gniew mógł nam uczynić wielgą szkodę...

Żart abo kuńsztowna posługa nic inego nie jest, jedno jakieś oszukanie przyjacielskie w rzeczy ani szkodliwej, ani obraźliwej, a jeśli co, tedy nie barzo. Otóż jako w trefnych powieściach, gdy kto co nad pomysł a mnimanie ludzkie wyrzecze, tak tu, gdy sie co komu nad nadzieję stanie, hnet sie temu ludzie śmieją. Ale te żarty najbarziej chwalą, w których jest najmniej sprosności i obrazy, a najwięcej misterstwa; i tychże dworzanin używać ma, bo ze szkodliwych żartów nieprzyjaźni i wielkie zaścia bywają. Żart tedy abo kuńsztowna posługa dwojaka jest... jedna jest, kiedy kto pięknym kstałtem a misternie podejdzie kogo i zbłaźni; druga jest, kiedy kto, nagotowawszy sidło, przynętą przywiedzie k niemu, iż sie sam człowiek ułowi... Pierwszej posługi ten przykład niechaj będzie.

Pan Giżycki stary, mając mieć jednego wielkiego pana, a snadź nieboszczyka pana krakowskiego Szydłowieckiego (z którym pospołu z Prus po dokończeniu wojny jechał) u siebie w domu, powiedział mu miedzy innymi rzeczami, o które go w drodze jadąc pytał, jako ma żonę, która barzo nie słyszy, «tak iż muszę - prawi - okrutnie na nię wołać, niż które słowo zrozumie; a przeto nierad bych, abyś ją W.M. widział a miał ten niewczas wołać na nię by na wilka». Pan krakowski, onego żałując a rozpytywając, z tymli sie urodziła czy jej to niedawno kiedy przyszło, żadną miarą inaczej nie chciał, jedno ją widzieć. Owa dla tej przyczyny samej powiedając Giżycki, iż «jeśli ja sam naprzód nie pojadę, tedy W.M. żony mej widzieć nie będziesz mógł» - dozwolił mu pan krakowski z ostatniego noclegu trzema godzinoma przed sobą wyjechać. Co gdy sie stało, przyjechawszy do domu Giżycki powiedział takież żenie, iż pan krakowski barzo mało co słyszy, «a dlatego musisz - prawi - dobrze wołać, chceszli, aby cie zrozumiał). Przyjechał zatem pan krakowski i przywitał silnym głosem panią, a pani też, rozumiejąc, iż pan krakowski nie słyszy, dobrze mu głośno podziękowała i szyrokimi słowy opowiedziała radość swoję. Gdy potem do siędzienia za stół przyszło, pan krakowski, aby ludzkość swą pokazał (k temu, że pan Giżycki u stołu nie siedział, ale to tam, to sam, goście częstując, chodził), ustawicznie z panią Giżycką chciał mówić, a pani, będąc wielkiemu panu w domu swym rada, ochotnie mu odpowiedała, iż we wszytkiej izbie nikogo barziej nie było słyszeć, jako ich dwoje. Owa tego cały obiad było. Po obiedzie pachołcy pana Giżyckiego, chocia mieli srogie zakazanie od pana, a wszakoż gdy sobie to ten, to ów podraził, jęli pytać sług pana krakowskiego, dawnoli to J.M. przyszło, iż nie słyszy. Odpowiedzieli służebnicy pana krakowskiego: «Pan nasz dobrze słyszy, ale wy głuszkę panią macie.» A gdy ci śmiać sie poczęli, obaczyli hnet służebnicy pana krakowskiego, iż pan Giżycki z pana dworuje, i hnet pana ostrzegli, tak że pan krakowski z przodku sie gniewał, ale potem barzo sie śmiać musiał...

Takowych żartów... u dworu siła bywa, ale to są najforemniejsze, które człowieka z przodku nakarmią strachu, a potem wszytko sie w śmiech a krotochwilę obróci, jako wzajem Skotnicki Lula z Pukarzewskim, zacni dworzanie króla starego, uczynili sobie, co oto tak było.

Pukarzewski prosił na wieczerzą Skotnickiego i był mu tak rad, że go i od rozumu odpoił, tak że kiedy już na nogach stać nie mógł, sługi jego jedne od gospody odprawił, drugie pozamykał, a pana tak śpiącego kazał sługom swym nieść do jednego sklepu już na to nagotowanego i tam kazał go wsadzić w łańcuch i w pęta i zamknąć kilkiem kłotek, straż u drzwi przystawiwszy. Skotnicki, iż był okrutnie pijan, jeszcze k temu na wiatr wyniesiony, kęs jeden onego nie czuł. Owa przespawszy kilka godzin jako umarły, ocknie się nade dniem i woła: «Cóż sie dzieje, ki mie diabeł tak wsadził? Przebóg, gdzieżem? A jest tu kto, ozwi sie, proszę!» Gdy na pirwsze wołanie nic mu nie odpowiedziano, pocznie znowu wielkim głosem wołać: «Jest tu kto? przebóg cie proszę, ozwi mi sie!» Dopiero sie straż nauczona odezwała mówiąc: «Awom ja sam z drugimi, a czego chcesz?» Rzecze zasię Skotnicki: «A ty ktoś, miły bracie?»Odpowie mu: «Straż nad tobą, abyś sie nie wyłamał.» Zaś Skotnicki powie: «A prze cie Pana Boga proszę, któż mie to i prze którą przyczynę w te żelaza wsadził?» Odpowie straż: «A wierę nie wiesz? dowiesz sie, gdy cie we dnie na plac wywiodą.» Tu Skotnicki: «Czas panny Maryjej» - i pomilczawszy trochę, rzecze zaś: «Ale, mój najmilszy bracie, prze cie boskie miłosierdzie proszę, wdy mi powiedz, com uczynił, bo ja, na Bóg ci to żywy przysięgam, nie wiem ani pomnię, abym co namniej przeciwko komu wystąpił.» Straż zasię tak powiedziała: «Aza nie pomnisz, żeś poczciwą dzieweczkę zgwałcił i oj-caś jej, gdyć jej wziąć bronił, zabił?» Skotnicki dopiero krzyknie: «A nieste-tyż, narodziwszy sie mnie na ten świat, a bezecne pijaństwo, do czegożeś ty to mnie przywiodło, iż oto marnie a sromotnie garło dać muszę. Czemużeś ty radniej, miły Panie, w onych potrzebach, gdziem bywał, zginąć nie dał, iżbych był nigdy na katowskie ręce nie przychodził? Ha, Pukarzewski, przyjacielu, przesiędzieć mi twego wina, aby cie było pirwej w sztuki zsiekano, niżem ja do twej gospody iść pomyślił!...» Owa tego lamentu było z pół godziny, na koniec jął pytać straży: «A, moi mili braciszkowie, wiele was tu mnie strzeże?» Odpowiedział mu iny już z onej straży, anie ten, co pirwej: «Sześć nas tu» - prawi. A Skotnicki zaś: «Kiedy by jeden z was chciał uczynić to miłosierdzie nade mną, a iść po którego mego sługę.» Odpowiedziano mu: «A co mnimasz, aby ci wolni byli ? W takowymżeć więzieniu są jako i ty.» A Skotnicki znowu: «A, nieszczęsny ja człowiek, czegożem ja to doczekał!» Tak że po długim siebie przeklinaniu uprosił wdy jednego z nich, iż szedł, gdy dnieć poczęło, po pana Kaspra Maciejowskiego, który o wszytkim wiedział i był pogotowiu; a ten dopiero kiedy przyszedł z drugimi towarzyszami, poprawił tak dobrze, iż nieborak Skotnicki ledwe nie umarł od strachu. Aż wdy na koniec zlitowali się nad nim, a w rzeczy to do tego, to do owego pana śląc o przyczynę, przywiedli rzecz k temu, iż na ślubie z więzienia wyszedł a przejedny-wać miał stronę, na oczy królewskie - aż przejednawszy - nie przychodząc; a jeśliby sie strona jednać nie chciała, tedy do takowegoż zaś więzienia wrócić sie miał. Wtem gdy za łaskawe staranie panu Maciejowskiemu dziękować począł, strzymać dalej śmiechu drudzy nie mogli; rzecz sie wszytka odkryła. Skotnicki mimo strach, którym go dobrze było nakarmiono, jeszcze sie długo wstydzić musiał, gdy to ten, to ów łańcuch a pęta wspominał. Więc iż go tym często drażniono, często też i on o tym myślił, jakoby ten żart Pukarzewskiemu oddał.

Owa raz, w rok podobno potem, obaczył Pukarzewskiego podpiłego i uprosił go do swej gospody, a tam dognawszy go do upaści, iż i ręką, i nogą władać nie mógł, i pacholę jego (bo telko to natenczas Pukarzewski miał przy sobie) po sługi do gospody posławszy, barwierza hnet, któremu ufał, przyzwał i rozkazał mu, aby Pukarzewskiemu śpiącemu pół gęby zalawty zaprawił. Bar-wierz posłuszny wnet to sprawił, zalawty wargi spoił, plastr przyłożył, chustami obwinął głowę i przeniósł go na iną, lepszą pościel, którą tamże w izbie Skotnicki posłać był rozkazał. Przydą potem słudzy z pacholęciem nierychło (bo daleko gospoda była), widzą, iż pan z zawitą głową leży, a barwierz instrumenta zbiera a maści chowa, pytają, co by sie to działo; powiedzą im drudzy (bo sam Skotnicki, żałując w rzeczy przygody onej, płakał w głowach u Pukarzewskiego siedząc), iż ten a ten (który tamże był, niż chłopię po sługi odeszło) pana im przez twarz ranił. Słudzy, acz sie mścić onego chcieli, ale iż nie było wiedzieć, gdzie by sie winowajca schował, sam też Skotnicki powiedział, aby dali pokój, ponieważ pana ich jest z to, że sie sam, wyzdrowiawszy, pomścić może, zaniechali wszytkiego. I tak jedni zostali przy panie, drudzy odeszli do gospody. Potem w nocy ocuci sie Pukarzewski, obaczy łeb zawity i rzecze półgębkiem: «Ki dyjabeł, cóż mi sie stało ? Chłopiec, jesteś tu ? rozświeć!» Hnet sie chłopiec porwie, idzie do pana i pyta: «Co W.M. raczysz? abo W.M. źle leżeć?» Odpowie Pukarzewski: «Ba, dobrze mi leżeć, ale mi to ki dyjabeł w gębę?» Chłopiec odpowie: «Aza W.M. nie pomnisz, iż W.M. wczora ten a ten ranił?>> Zaś pan: «Ja tego kęs jeden nie pomnię ani czuję, aby mie bolało.» Wtem rzecze chłopiec: «Prze Pana Boga, nie racz W.M. wiele mówić, bo nam barwierz rozkazał, abyśmy z tego W.M. upominali.» Tak że gdy przydzie dzień, pyta, jako sie co stało; powiedzą mu rzecz wszytkę zmyśloną, a chłopiec jego włosny onegoż potwirdza, bojąc sie, aby go pan nie bił, gdzie by powiedział, że natenczas odszedł był od niego. Przydzie barwierz do oprawowania, odwinie mu głowę, a Pukarzewski rzecze: «Miły barwierzu, na-mniej mnie ta rana nie boli, co sie to dzieje ?» Odpowiedział barwierz: «Tak to, widzi W.M., zmartwiało ciało od razu, ale po trzecim abo czwartym dniu poczujesz W.M.» Zaś powiedział Pukarzewski: «A bodajże go zabito, mógł ci wżdy gdzie indziej trefiać niż przez gębę. A toć ja mężatek nie miłuję, a wdy mie Pan Bóg takową raną nawiedziła Barwierz, poszypławszy1 trochę, wpuś-ścił knot2 między zalawty, przyłożył znowu plastr, zawinął i rzekł, aby mu dał od wczorajszej pirwszej oprawy. A Pukarzewski hnet parę czyrwonych złotych dać mu rozkazał i prosił, aby go rychło wygoił. Odpowiedział barwierz: «Dali Bóg, W.M. rychło zdrów będziesz, jedno by, panie, mówić nie trzeba. I z tym odszedł. Przydzie czas obiadu, mięsa jeść nie śmie, aby żwaniem nie poruszył haftów3, także się trochę kontuzu napije i położy. Po obiedzie przy-dą towarzysze nawiedzać, którym już był Skotnicki o wszytkim powiedział, pytają go na zdrowie, przemówi półgębkiem, prosząc, aby za złe nie mieli, iż mówić nie śmie, «bo mi - prawi - zakazał barwierz». Wyrwie ten to, ów owo pytać, a on jedno przyzwala głową a milczy. Owa tego tak długo było, iż sie żadną miarą strzymać drudzy nie mogli, poczną sie śmiać, a Pukarzewski, domyśliwszy sie, iż to już Skotnickiego sprawa, zawój on uderzył o ziemię, a zalawty, rozparzywszy dragant, odjąć sobie kazał. Śmiechu było dosyć, a temu zwłaszcza, że on więcej barwierzowi wierzył niż sobie, czując to, że go kęs jeden nie bolało. Powiedają drudzy, iżby tam nie było zalawtu żadnego, ale skóra telko była lina w rosole uwarzonego, którą nie telko pół gęby, ale i obie oczy kazał mu był Skotnicki zalepić.

Co sie zasię wtórego żartu abo kuńsztownej posługi dotyczę, gdzie człowiek sam ułowić sie ma, nie wiem, jaki może być lepszy przykład... jako jeden dworzanin króla starego, znając w towarzyszu swym ten defekt rozumu, iż miał wielką chęć ku czarnoksięstwu i siła o nim dzierżał, zmówił sie z babą, która pod zamkiem krakowskim... garce iłżeckie przedawała, i zapłacił jej wszytki, aby je do jednego, kij wziąwszy, potłukła wtenczas, kiedy by on, na zamku w oknie stojąc, znak pewny uczynił. I ukazał jej okno, w którym stać chciał, a znak ten miał być chustka rozpostrzona i wisająca z ręki. Gdy to tedy sprawił, szedł na zamek i chodził sobie po wielkiej sieni, czyhając już na tego swego towarzysza, który rychło potem przyszedł, tak że skoro po daniu dobrego dnia jeden drugiemu, począł pytać ten, co później przyszedł, czemu by on tak chodził, a do izby wniść nie chciał, a ten mu odpowiedział: «Nie masz - prawi -po co, bo król J.M. jeszcze w kownacie, ani tak prędko z niej wynidzie; ale oto chodźmy tu sobie radniej abo pódźmy do okna» - i zaraz wszedł w ono naznaczone okno. A towarzysz też widząc, iż nie miał co w izbie sam czynić, szedł z nim pospołu, tak że mówiąc to to, tc owo przyszli w rozmowie do czar-noksięstwa. I jął ów, komu to czarnoksięstwo tak barzo smakowało, wychwalać tę naukę, powiedając, iż na świecie nie masz nad nię, a żałując tego, że sie natenczas nie urodził, kiedy jej w krakowskich szkołach jawnie uczono. A ten słuchając powiedział: «Co byś dał, kiedy by sie kto obrał, a chciał cie jej nau-czyć?» A ów zasię rzekł: «Dałbych - prawi —sto i drugie złotych, ba, i dalej by mię wyciągnął!» Odpowiedział ten: «Kiedy byś to ziścić chciał, a był tajemnym, powiedziałbym ja tobie o jednym, który sie u Twardowskiego uczył i tak wiele, jak on umiał, umie; i jest go z to, że cie nauczyć może.» Hnet ów na Bóg żywy przysiągł i dał rękę, obiecując poczciwym słowem nikomu na świecie o tym nie powiedzieć ani takiego człowieka wydać. «A to ja - prawi , uczeń Twardowskiego: więcej, niż mnimasz, nauczyć cie mogę, jedno mi zdzierż słowo, jakoś obiecał.» - «A umiesz ty - odpowiedział zatem ów - zabitą śmierć: nie tak byś sie ty miał, gdybyś co rozumiał w tej nauce!» Rzecze ten zasię: «Nie trzeba wiele, hnet sie to pokaże, jeśli co umiem; atoli rozkaż mi co dziwnego uczynić - uźrzysz, prawdęli mówię abo kłamam; a chceszli, uczynię to: widzisz onę niewiastę, co garce przedaje? - i ukazał ją z góry - ta, gdy ja kilka koniuracyj zmówię, potłucze hnet te wszytki garki kijem.» Począł ów dopiero tym więcej bić na to i spór dzierżeć, powiedając, żeby tego nigdy dowieść nie miał. Owa sie założyli i sadzili po 30 czerwonych złotych. Zatem ten, obróciwszy sie kilkakroć wkoło, pocznie mruczeć w rzeczy koniuracyje, a i tedy, i owędy słowo jakie niezwykłe głośniej wyrzecze, aby ów mnimał, że dyjabłów wzywa. Aż dobył kartki jakiejś pergaminowej, na której kilka liter potwornie wymalowanych było, a raz w tę jak w tęczę, drugi raz w ziemię pilniuchno patrząc rzekł tak: «Patrzże teraz!» I spuścił z ręki onę chustę nieznacznie, aby wisiała. A baba, widząc znak, zaraz kij porwała i poczęła tłuc ony garęe, tak iż je do jednego potłukła. Zdumiał sie ów, co na to patrzał, a nic nie żałując przegranych pieniędzy, uczniem jego być i dać, co na-mienił, obiecał. Tegoż dnia królowi ten, co wygrał, wszytkę rzecz powiedział. Nazajutrz król uczynił sobie rzecz o czarnoksięstwie z onym dworzaninem, który zakładu przegrał, i dał mu to znać, iżby rad miał takiego człowieka, który by sie z tym rozumiał. Wnet dobry pan, zapomniawszy przysięgi swej, a rozumiejąc, że sie miał tym królowi barzo przysłużyć, na onego dworzanina, towarzysza swego, jako jest osobny w tej nauce, wskazał i onę wszytkę o garcach historyją wypowiedział. Król hnet onego do siebie kazał zawołać i rzekł mu, w oknie stojąc a na onę babę patrząc, która sie znowu na garki była zdobyła: «Słysz! A kiedy by znowu co takiego trefnego z czarnoksięskiej nauki uczynić, a chociaż to, aby ta baba zasię garki potłukła?»A ten odpowiedział: «Miłościwy królu, musiałbych sie znowu z nią zmówić!» Słysząc to ów, który przegrał, i rozumiejąc po śmiechu, iż król wie o wszystkim, barzo sie sro-mać musiał, a od tych czasów czarnoksięstwu dał pokój, bojąc sie, aby co gorszego nań nie przyszło.

0 PIĘKNOŚCI (w skróceniu). Z Boga piękność sie rodzi, a jest nie oddzielona od dobroci, jako gorącość od ognia, Cudność tedy zwierzchnia prawdziwy znak jest a piątno wnętrznej dobroci, jako piękny kwiat na drzewie znakiem jest dobrego owocu; a my przez to, co widzimy, dochodzimy tego, czego widzieć nie możem, to jest umysłu - przez ciało. Stądźe to jest, iż owi fizyjognomowie z twarzy a z położenia członków nie tełko obyczaje, ale i myśli czasem człowiecze wiedzą. I myśliwiec pożrzawszy na psa, na ptaka już hnet wie, co w nim wre, jeśli rączy, jeśli łuczny, jeśli łowny abo gniewliwy, bo duch każdego źwirzęcia na ciele swym wyraża, jako nabarziej może, siebie. Patrzmy na lwa, na konia, na orła, jako w oczu jednego znać gniew, w drugiego oczu bystrość, w trzeciego nadętość jakąś; pódźmyż zaś do owce, do gołębia: tam szczyrą a prostą widzimy niewinność, a w liszce, wilku - złość pokrytą. I tak niemal we wszystkich źwirzętach: co żadne, to i złe, a co piękne, to i dobre...

Owa kto sie temu chce przypatrzyć, tedy tak najdzie, iż cokolwiek jest dobrego a użytecznego, to każda rzecz ta ma i piękność w sobie. A to nad świat ten, tę tak wielką machinę, którą Pan Bóg ku pożytku a zachowaniu w dobrej mierze wszytkich rzeczy stworzył, i możeż być co cudniejszego? Niebo okrągłe, ozdobione tak wielem jasnych pochodni; w pośrodku ziemia, żywioły ogarniona i niczym nie podparta, stoi; słonce, które obchodząc ten krąg wszytko oświeca, zimie do najniższego na niebie znaku schodzi, a zaś znienagła odchodzi a przychodzi lecie ku najwyższemu znakowi. Nuż miesiąc! Ten bierze od słońca światłość podług tego, jako blisko od niego abo daleko chodzi, i drugie pięć gwiazd, z których każda, inaczej a inaczej postępując, tenże bieg w krąg z nieba odprawuje: to te wszytki rzeczy, jako z swej zamierzonej miary nigdy nie wychodzą (bo gdzie by sie co namniej odmieniło, nie telko by dobre nasze zginęło, ale świat bez pochyby upaść musiał), też zasię mają taką piękność w sobie i ozdobę, iż rozum człowieczy nic piękniejszego wymyślić sobie nie może.

Pódźmyż do wyobrażenia naszego, bo człowiek może być nazwan małym światem! Cokolwiek ma w sobie, wszytko w nim jest mądrze uczyniono, a pewnie nieprzygodnie tak sam stanął; abowiem... najcieńsza żyłka, najliższa kosteczka jest mu potrzebna; a ten kstałt wszytek człowieczy przedsię jest barzó piękny, i nie wiem, jeśli pożytek więtszy czyli ozdoba ciału jest ze wszytkich tych członków, których używamy. To sie też o inych źwirzętach powiedzieć może. Owo pierze u ptaków, liście i różdżki na drzewie, co natura dała obojgu temu ku potrzebie i zachowaniu swojej istriości, a wdy i to ma wielką cudność w sobie.

Ale nie patrzmy na przyrodzenie, patrzmy na to, co człowiek rozumem i ręką urobi! W okręcie a co jest potrzebniejszego, jako maszty, jako żagle, jako powrozy, co to trzymają? A wdy te rzeczy mają tyle ozdoby w sobie, iż kto na to patrzy, mnima, aby tak wiele dla pożytku, jako dla napasienia oczu to było uczyniono. Filary kstałtowne trzymają na sobie w kościele wysokie sklepy i nie mniejsza z tego jest oczom uciecha niż pożytek kościołowi... A tak piękność wszędzie tam ma miejsce, gdzie ma być co dobrego; i dlatego odtąd więc zawdy chwalić poczynamy mówiąc: piękny dzień, piękne niebo, piękna ziemia, piękna rzeka, piękny kraj, piękny las, piękna łąka, piękny sad, piękne drzewo, piękne miasto, piękny kościół, piękny dom, piękny poczet, piękne wojsko i dalej. Owa sie każda rzecz pięknością zdobi i jest, jakom pirwej powiedział, nie oddzielona od dobroci, zwłaszcza w człowieczym ciele; bo takowej cudności ina przyczyna nie jest, jedno piękność duszna, a taż jest istotną dobrocią; bo dusza mając cząstkę jednę prawdziwej cudności, to jest tej, która od Boga płynie, rozświeca i czyni każdą rzecz piękną, której sie jedno dotknie, zwłaszcza jeśli ciało to, w którym mieszka, nie jest z tak grubej a podłej materyjej, iżby dusza na nim wyrazić swego wzoru nie mogła. Przeto cudność jest znak zwycięstwa dusznego, jako owa chorągiew, co ją wytkną z wieże po wzięciu miasta: bo przez takową cudność, jako przez chorągiew, już dusza daje znać, iż opanowała ciało, a swoją światłością jasne uczyniła cielesne ciemności.

Jeśliż tedy ta piękność, którą oczyma śmiertelnymi tu, na ludziech, widamy... zapala serca nasze i przynosi taką uciechę, iż więc drugi nic nad to milszego nie ma, cóż tamta niebieska, na którą patrząc aniołowie są błogosławieni?... Wiem pewnie, iż jako tej piękności żaden rozum ogarnąć, żaden język wysłowić nie może, tak też ani rozkoszy, którą te szczęśliwe dusze mają, co ku widzeniu onej do nieba przyszły, nikt wypowiedzieć nie umie. Abowiem ta piękność początkiem jest i studnią, z której wszytcy czerpają, a jej przedsię nie ubywa ani przybywa, ale w swej mierze ustawicznie stojąc, wszytkim na świecie pięknym rzeczam swej piękności użycza, bo przez się sama i od siebie piękność ma nieprzyrównaną, wieczną, szczyrą a nieodmienną. Taż to jest piękność od najwyższej dobroci nie oddzielona, która swą światłością wzywa i ciągnie ku sobie wszytki rzeczy...

Obróćmyż tedy myśli wszytki i siły duszne nasze ku tej najświętszej światłości, która nam drogę do nieba pokazuje, a z tą (zewlekszy z siebie żądze i chciwości cielesne, w któreśmy sie tu na ziemi oblekli) po tej drabinie, która na spodnim szczeblu ma cień jakiś piękności, idźmy aż do onego najwyższego gmachu, gdzie niebieska, pożądana a istotna Piękność mieszka, która w tajemnym zamknieniu u Boga najwyższego jest dlatego, iżby telko święte oczy patrzać na nię mogły! A tu dopiero ostatni i błogosławiony kres i koniec najdziem naszym żądościam; tu odpoczynie każdy z prac ziemskich; tu wytchnie z nędz, w których opływa człowieczy żywot; tu sie uleczą cielesne choroby; tu będzie najpewniejszy port nam wszytkim, którzy na świecie, jako na rozgniewanym a niebezpiecznym morzu, mieszkamy. Ale któż może miłość niebieską tę, która z piękności, z dobroci, z mądrości boskiej sie wznieca, doskonale chwalić? Ona wszytki części świata spaja; ona przyczyną jest, iż niebieska zwierzchność ziemską sprawuje; ona odwraca umysły ludzkie od bezeceństwa, a przywraca je Bogu, jako tej studni, z której wyszły; ona żywioły jednoczy, naturę spa-sabia k temu, iż wypuszcza wszytko z siebie i zachowuje każdy rodzaj w istności swojej; ona rzeczy rozproszone zgromadza; niedoskonałym doskonałość, ziemi owoc, morzu uspokojenie, niebu światłość ożywiającą daje; z nie-sprzyjaźliwych sobie rzeczy sprzyjaźliwe, a z niepodobnych do siebie podobne czyni; ona jest matką rozkoszy, pokoju, cichości, dobrotliwości, a wielkim nieprzyjacielem nieludzkości i obrzydliwej gnuśności. Owa jest i początkiem, i końcem wszytkiego dobrego.

Z Włoch przywiózł Górnicki z sobą do Polski nie tylko ogładę towarzyską, ale i poglądy polityczne, ten przede wszystkim, że takie tylko państwo może być szczęśliwe i potężne, które obok praw sprawiedliwych posiada silny rząd, czuwający nad wypełnianiem praw. Takie szczęśliwe państwo oglądał Górnicki we Włoszech -mianowicie Wenecję; kiedy porównywał z nią Polskę, widział jasno, że jego ojczyzna nie posiada ani praw sprawiedliwych, ani silnego rządu. Zresztą o złym prawodawstwie wiedział już Modrzewski, ale żądanie, aby wzmocnić rząd, aby rozszerzyć władzę królewską, wypowiedział dopiero Górnicki. Przyczyną zaś słabości rządu była złota wolność, a raczej swawola i samowola szlachecka. Wprawdzie Batory umiał ją trzymać na wodzy, ale po jego śmierci od razu się pokazało, jakie to owoce wydaje złota wolność: część szlachty obrała na króla Zygmunta szwedzkiego, a część Maksymiliana austriackiego; na polu elekcyjnym pod Warszawą dobyto broni, żeby zaś osadzić na tronie Zygmunta, musiał Zamoyski toczyć wojnę z Maksymilianem i jego stronnikami. Otóż pod wrażeniem tej elekcji powstało znakomite pismo polityczne Górnickiego pt. Rozmowa Polaka z Włochem o wolnościach i prawach polskich (1587).

Polak i Włoch rozmawiają o Polsce. Polak twierdzi, że w Polsce jest tak dobrze, jak nie może być lepiej: «Cóż ty mówisz, Włochu? a prawda, że nigdzie takiej wolności nie masz jak w Polszczę? Oto wolnie obieramy sobie pana: nie rodzi sie nam pan, jako we Włoszech, w Iszpanijej, we Francyjej! Do elekcyjej każdy tu należy, a waży głos najuboższego szlachcica tak, jako najwiętszego pana. Powiedzże mi, gdzie taka na świecie wolność ?... Nie masz u nas nic z łaski bożej, czego by nie chwalić: i wolność dobra... i prawo tak dobre, jakiego nie ma żadne królestwo!»Na pytanie Włocha, co pojmuje przez wolność, Polak odpowiada: «Wolność to jest móc żyć, jak kto chce»; a głównymi warunkami tej «prawdziwej» wolności są, zdaniem Polaka, elekcja viritim oraz słynne prawo Neminem captivabimus nisijure victum (nikogo nie będziemy więzić, póki go nie przekonamy prawem). Włoch bardzo mądrze zwalcza to wszystko, co mówi Polak, dowodzi mu, że elekcja viritim jest zgubna, że prawa polskie są niesprawiedliwe, skoro szlachcie tylko folgują, a chłopów i mieszczan krzywdzą; że sądy polskie są złe, skoro się tak łatwo krzywoprzysięstwem od zasłużonej kary wykręcić; że granice polskie stoją nieprzyjacielowi otworem, bo nie ma fortec ani zamków obronnych - słowem, Włoch surowo krytykuje rządy szlacheckie: anarchię i złotą wolność. Ale Polak nie da się zbić z tropu i na każdy zarzut Włocha ma zawsze odpowiedź w kieszeni, a jedna od drugiej głupsza. Tak na przykład, kiedy się Włoch skarży na niewolę chłopów, Polak odpowiada: «Tak jest, iż plebs u nas nie zażywa wolności, ale tej chłopstwu nie trzeba, bo wolność byłaby ku ich skazie: kto dusze swej używać nie umie, temu lepiej, żeby tej nie miał, a był umarłym niż żywym, a jeśli tego potrzeba, iżby taki człowiek był żyw, tedy lepiej, żeby był niewolnikiem niż wolnym człowiekiem. I dziecięciu wolności nie dajemy, bo go chciwości sprawują, nie rozum: także też wolności ten nie godzien, kogo ciało, a nie dusza sprawuje.» Kiedy Włoch dowodzi, że prawo Neminem captwa-bimus jest złe, Polak odpowiada: «Włochu, Włochu, już byśmy naszej wolności zadzwonić ku pogrzebowi mogli, gdyby szlachcica było poimać wolno.» Na zarzut, że nie ma twierdz na granicach, Polak daje odpowiedź: «Co nam po tych miastach abo po murach ? Lacedemonijanie mieć ich nie chcieli, ukazując na ludzi, na których męstwie a sile, nie w murach, zdrowie każdej rzeczypospolitej i każdego królestwa zawisło; więtszą skazę przynoszą miasta niż naprawę... I Tatarowie tym mocni są, i nikt ich nie zwalczył, iż miast nie budują.» A kiedy Włoch łapie Polaka za słowo, pytając, czemuż więc własną piersią granic ojczyzny nie broni, ten odpowiada: «Byłaby to wielka niewola, żeby mie kto z mej ojczyzny zegnać miał i kazał mi, jako na kraj świata, pod Tatary», itd. Jednym słowem, jest Polak głęboko przekonany, że «Polska nierządem stoi».

W ogóle odpowiedzi Polaka są tak głupie, że się czasem zdaje, iż Górnicki wpada w przesadę; na nieszczęście, żadnej przesady tu nie ma: takich Polaków jak ten, który z Włochem rozmawia, było wielu, bardzo wielu; ogół szlachty nie rozumiał albo też nie chciał słuchać i rozumieć głosu ludzi mądrych, którzy ostrzegali, że złota wolność prowadzi Pplskę do upadku. Otóż Rozmowa Górnickiego jest wybornym odzwierciedleniem opinii publicznej dwóch stronnictw, które istniały w Polsce aż do samego jej upadku: głupiej większości, zadowolonej ze wszystkiego, co jest, nie pragnącej żadnych reform, wierzącej w potworną zasadę: «Polska nierządem stoi»-i mądrej mniejszości, domagającej się reform. Przedstawicielem tej większości jest Polak, a mniejszości - Włoch. W jego to usta wkłada Górnicki smutną przepowiednię: «Podobno ani ja, ani ty nie doczekamy tego, żeby Polacy kiedy o radzie pomyślić chcieli. Sądy boże pędzą was, jako wiatry na morzu okręt, a co wiedzieć, jeśli ku portowi czy ku zginieniu? W czym sami sobie będziecie winni. Dobrze mówią ludzie oni dawni mądrzy: ani księstwa, ani królestwa, ani monarchijej nieprzyjaciel nie skazi, ale samo to siebie każdy, gdy czas skazy przyjdzie, zepsuje. A czas skazy wtenczas przychodzi, gdy Rzeczpospolita abo królestwo tak wiele popełni grzechów, iż Bóg ich dalej cierpieć nie może, abowiem nie jednoć te tylko są grzechy, które człowiek każdy z osobna popełni, ale są i te grzechy, a daleko cięższe, które popełni Rzeczpospolita.

Jedno jeszcze dzieło Górnickiego, napisane w ostatnim dziesięcioleciu XVI wieku, zasługuje na uwagę: Dzieje w Koronie Polskiej - opowiadanie o wypadkach za panowania Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta. Są to raczej pamiętniki aniżeli dzieje, autor bowiem to tylko opowiada, co sam na własne oczy widział albo co sam słyszał; pomija więc często rzeczy ważne, na przykład imię lubelską, a długo i szeroko rozpisuje się o wypadkach, może bardzo ciekawych (zwłaszcza że opowiedzianych niezmiernie zajmująco), ale nie najważniejszych, jak na przykład o przygodach nieszczęśliwej Halszki Ostrogskiej, wydanej przemocą za mąż za Dymitra Sanguszkę, a po jego śmierci za Łukasza Górkę. Jako źródło historyczne Roczniki Orzechowskiego mają wyższość nad Dziejami Górnickiego, ale jako utwór literatury pięknej posiadają Dzieje wartość niepospolitą przez prostotę i wdzięk opowiadania.

 

Podobne prace

Do góry