Ocena brak

Lord Jim streszczenie

Autor /Amelia Dodano /11.03.2011

Powieść składa się z czterdziestu pięciu rozdziałów. Tekst poprzedzony jest dedykacją: Państwu G. F. W. Hope z wdzięcznym przywiązaniem wieloletniej przyjaźni (5)5, a także mottem: Jest pewne, że moje przekonanie staje się nieskończenie silniejsze z chwilą, gdy uwierzy w nie inna dusza – Novalis (6) i przedmową autora. Pisarz odpowiada w niej na zarzuty krytyków stwierdzeniem, że możliwe jest snucie długich opowieści i pod tym względem rozległe partie narracyjne są jak najbardziej uzasadnione.

Powieść zaczyna się charakterystyką tytułowego bohatera: Brakowało mu cal – może dwa – do sześciu stóp wzrostu, byt potężnie zbudowany, a gdy szedł prosto na kogoś, patrząc nieruchomo spode łba, z pochylonymi nieco plecami i wysuniętą głową, przypominał nacierającego byka. Glos miał głęboki, donośny; z zachowania jego przebijała jakby uparta, pewność siebie: w której nie było nic agresywnego (11). Urodził się na plebani (13). [...] Probostwo należało do rodziny już od pokoleń; Jim byt jednym z pięciu synów, a gdy naczytał się lekkiej, wypoczynkowej literatury, ujawniło się jego powołanie do służby na morzu i wysłano go od razu nastatek szkolny dla oficerów marynarki handlowej”.

Nauczył się tam chodzenia po bramrejach i trochę trygonometrii. Lubiono go ogólnie. Był trzecim w nawigacji i wiosłował jako wzorowy w pierwszym kutrze. Nie podlegał zawrotom głowy, a że miał przy tym bardzo silny organizm, wykazał dużo zręczności w pracy na masztach. Jego stanowisko manewrowe było na marsie fokmasztu. Patrzył stamtąd często w dół z pogardą człowieka, który ma błysnąć odwagą wśród niebezpieczeństw (13-14). Jako syn pastora otrzymał odpowiednie wychowanie i wyposażony w system trwałych wartości wyruszył w świat z nadzieją na wspaniałe przygody i okazję, by sprawdzić się jako heroiczny, dzielny człowiek potwierdzający swoim życiem wagę otrzymanych nauk. Dalej można przeczytać wspomnienie zdarzenia na szkolnym statku, podczas praktyki, kiedy to jego koledzy brawurowo popłynęli ratować rozbitków w czasie burzy. On wtedy zawahał się i było za późno, by dołączyć do grupy śmiałków. Chociaż kapitan zrozumiał i zaakceptował jego postępowanie, a Jim lekceważąco odnosił się do przechwałek kolegów, wydarzenie to trwale zakorzeniło się w jego pamięci. Przed sobą samym tłumaczył, że jest stworzony do bardziej odpowiedzialnych i niebezpiecznych zadań. Po dwu latach, kiedy otrzymał dyplom, wyruszył na morze. Jego praca przebiegała zbyt spokojnie, by mógł realizować swoje górnolotne marzenia o odważnych czynach, zaś wypadek, po którym przebywał w szpitalu, związany był z uderzeniem belką podczas sztormu, nie z ofiarną akcją na morzu.

Zwrotnym momentem w życiu Jima stało się podjęcie służby na starym parowcu „Patna”, który przewoził ośmiuset pielgrzymów: kolorowych mężczyzn, kobiety i dzieci. Przybyli z samotnych chat stojących wśród puszczy, z ludnych kampungów, z nadmorskich wiosek. Na zew idei opuścili swe lasy, polanki, opiekę swych władców, swój dobrobyt, swą biedę, krainę swej młodości i groby ojców. Przybyli okryci pytem, potem, brudem, łachmanami – mężczyźni w sile wieku na czele rodzin, wychudli starcy dążący naprzód bez nadziei powrotu; młodzi chłopcy o nieulękłych oczach, rozglądający się ciekawie, trwożliwe dziewczątka o długich , poplątanych włosach, nieśmiałe, zakwefione kobiety, które cisnęły do piersi uśpione niemowlęta, okutane w luźne końce zbrukanych zasłon – nieświadomi pielgrzymi, posłuszni surowym wymaganiom swej wiary (22).

Po wielu monotonnych dobach rejsu, wypełnianych czasem marzeniami Jima o okazjach do wielkich czynów, dno statku zostało uszkodzone. Wypadek groził zatonięciem. Jim przypomniał sobie w tym momencie wszystkie słabości parowca – od przerdzewiałej grodzi po małą liczbę szalup ratunkowych – i zdał sobie sprawę ze śmiertelnego zagrożenia wszystkich podróżujących. Odtąd wypadki następowały po sobie bardzo szybko. Kapitan Niemiec-renegat z Nowej Południowej Walii (22) oraz pozostali biali członkowie załogi bez skrupułów opuścili statek i gwałtownie zachęcali Jima, by również wskoczył do spuszczonej na wodę łodzi.

O zdarzeniach tej nocy czytelnik dowiaduje się z relacji Marlowa, świadka w procesie, podczas którego osądzono i skazano Jima, oraz z bezpośrednio przytoczonych słów samego bohatera, wypowiedzianych podczas rozmowy w restauracji hotelowej (Marlow zaprosił go, by bliżej poznać okoliczności sprawy i zrozumieć motywy działania tego wzbudzającego zaufanie młodzieńca).

Jim postanawia pomóc pielgrzymom uwalnia z umocnienia pozostałe lodzie, ale równocześnie zastanawia się nad reakcją ludzi, dla których braknie w nich miejsca. – Nie mogłem uciekać – zaczął Jim. Kapitan uciekł, niech mu tam. Ja nie mogłem i nie chciałem. Wszyscy oni wykręcili się z tego tak czy owak, ale mnie to nie przystoi (80). Jest w sytuacji niezwykle trudnej, zdaje sobie sprawę, że nie będzie w stanie uratować wszystkich podróżnych. Zapewnił mnie, że nie chciał się ratować. Jedna tylko wyraźna myśl to przychodziła mu do głowy, to znikała: ośmiuset ludzi i siedem łodzi; ośmiuset ludzi i siedem łodzi.

Ktoś mówił głośno w mojej głowie powiedział trochę nieprzytomnie. – Ośmiuset ludzi i siedem łodzi, i ani chwili czasu!

Niech pan się tylko zastanowi. Pochylił się ku mnie nad małym stolikiem, a ja usiłowałem uniknąć jego wzroku. – Czy pan myśli, że balem się śmierci? – zapytał bardzo cicho i zapalczywie. Opuścił na stolik otwartą dłoń z taką silą, że filiżanki od kawy podskoczyły. – Przysięgam, że nie... Nie, na Boga! – Wyprostował się i skrzyżował ramiona; głowa mu opadła na piersi (95-96).

Wywołany w umyśle obraz ludzi topiących się wzajemnie w oszalałych próbach ratunku, gwałtowne okrzyki zachęcające do ratowania własnego życia, moment słabości i przerażenia decydują o opuszczeniu przez oficera tonącego statku. Zaraz po skoku zdaje sobie sprawę z potwornego czynu – opuścił bez udzielenia pomocy powierzonych jego opiece, nieświadomych sytuacji pielgrzymów. Może i nie bał się śmierci, ale wiecie, co wam powiem? – bał się krytycznej sytuacji. Przeklęta wyobraźnia roztaczała przed nim całą okropność panicznego popłochu: gwałtowny pęd ludzi tratujących wszystko po drodze, żałosne krzyki, tonące łodzie – straszliwe okoliczności towarzyszące wszelkim katastrofom na morzu, o jakich kiedykolwiek słyszał. Może i pogodził się z myślą o śmierci, ale podejrzewam, że chciał umierać bez tej strasznej grozy, spokojnie, jak gdyby ich m transie (96-97).

Jim naruszył prawo morskie i wystąpił przeciwko podstawowym zasadom etyki i honoru. Nie może przestać myśleć o tym co zrobił, jest niespokojny, nie chce więcej uciekać, sam domaga się kary, chociaż pozostali członkowie załogi nie stawili się na procesie. W towarzystwie Marlowa na nowo rozpamiętuje kolejne sekundy od nagłego szarpnięcia statkiem do opuszczenia go i ucieczki. Czuje się jak łotr, dla którego nie ma usprawiedliwienia, ale jednocześnie pragnie, by ktoś go wysłuchał i zrozumiał. Wszystko polega na tym, żeby człowiek był w pogotowiu. Ja nie byłem; nie byłem – wtedy. Nie chcę się usprawiedliwiać; ale tak bym chciał wytłumaczyć, tak bym chciał, żeby ktoś zrozumiał, ktokolwiek, choćby tylko jeden człowiek! Pan! Dlaczegóżby nie pan? (90).

Kapitana, oficera i dwóch mechaników z tonącej „Patny” ocaliła załoga „Avondale”, zaś uszkodzony statek z kilkusetosobową grupą pasażerów doholował do brzegu okręt francuski. Wypadek zakończył się uratowaniem tych ludzi, co w żadnym razie nie zwalnia Jima od odpowiedzialności. Czuje do siebie wielką niechęć i obrzydzenie, sam nie może pojąć jak mógł zareagować w ten sposób, dlaczego opuścił zagrożonych śmiercią ludzi, którzy zawierzyli fachowości i etyce białych. Swoim czynem zrównał się z pogardzanymi przez siebie członkami załogi – ludźmi skłonnymi do opilstwa i jakichś ciemnych interesów.

Według prawa Jim ponosi odpowiedzialność za porzucenie na morzu tonących. Wzbudza jednak sympatię składu orzekającego. Sędzia Brierly dyskretnie sugeruje Marlowowi, by skłonił go do ucieczki, jednak propozycja ta zostaje natychmiast odrzucona – Jim postanawia odbyć karę (przynajmniej tyle może teraz zrobić, by ratować nadwątlony honor). Sąd pozbawia oskarżonego dyplomu oficerskiego, ale to nie uspokaja jego sumienia. Jim odsłania przed Marlowem swoje myśli, rozterki, komentarze. Można dostrzec wielką złożoność psychiki ludzkiej nie poddającej się tak łatwym osądom i wyrokom, jakie zapadają na salach sądowych, gdzie rozważa się tylko konkretne, widoczne, udowodnione fakty.

Poruszony skruchą Jima i honorowym stawieniem się na procesie Marlow postanawia pomóc pozbawionemu możliwości wykonywania zawodu, surowemu wobec siebie skazanemu. Nie będzie mógł wrócić do rodzinnego domu – z takim obciążeniem winą nie może pokazać się ojcu, zacnemu, szanowanemu człowiekowi o nieposzlakowanej opinii. W tym stanie psychicznym, roztrząsając ciągle elementy tamtych zdarzeń, Jim mógłby – obawia się Marlow – całkowicie się załamać. Dzięki listowi polecającemu do przyjaciela Marlow pomaga Jimowi znaleźć pracę, którą porzuca jednak po kilku miesiącach, gdy nieoczekiwane spotkanie drugiego mechanika z „Patny” na nowo rozjątrza ranę. Kolejne miejsce zatrudnienia (akwizytor w firmie dostawców okrętowych Egströma i Blake' a) z podobnych powodów jest tylko tymczasowym wytchnieniem od wspomnień. Kolejne porty, nowi ludzie i te same myśli, które na skutek rożnych bodźców wracają jak bumerang, zmuszają Jima do nowych zmian i podroży. Marlow nadal interesuje się losem byłego oficera z „Patny”. Po kolejnym spotkaniu z nim postanawia udać się po radę do przyjaciela Steina, który zarządza siecią handlową posiadającą swoje placówki w różnych portach, mając nadzieję, że jako człowiek wrażliwy, kolekcjoner chrabąszczy, idealista i marzyciel, z pewnością zrozumie trudną sytuację Jima. Niedługo potem Jim otrzymuje propozycję objęcia posady dyrektora stacji handlowej, którą dotąd zarządzał człowiek o nie najlepszej opinii – Portugalczyk Cornelius. Nowym miejscem jest Patusan, egzotyczna wyspa położona w Archipelagu Malajskim, zamieszkiwana przez dzikie plemię Bugisów. Wyposażony w oficjalny list do Corneliusa odwołujący go ze stanowiska oraz srebrny pierścień (rodzaj poręczenia) dla Doramina (naczelnika plemienia) Jim z nowymi nadziejami i marzeniami wyrusza w podróż do tajemniczej krainy.

Kiedy przybył, społeczność Bugisów była w niezmiernie ciężkiej sytuacji. – Bali się wszyscy – opowiadał mi Jim – każdy się bal o swoją skórę; a ja widziałem jak na dłoni, że muszą natychmiast coś zrobić, jeśli nie chcą zmarnieć jeden za drugim, między radżą i tym włóczęgą Szarifem. – Ale zrozumieć położenie to było jeszcze mało. Kiedy już powziął swój projekt, musiał go wbijać w oporne umysły, przezwyciężając zapory strachu i samolubstwa. Udało mu się wreszcie. To też było mało. Trzeba było obmyślić sposób działania. Jim ułożył plan bardzo śmiały; a i wówczas jeszcze zadanie było rozwiązane dopiero w połowie. Musiał natchnąć swoją wiarą wielu ludzi, którzy mieli ukryte lub bezsensowne powody do trzymania się na boku; musiał załagodzić niedorzeczne zawiści i wyperswadować głupie wątpliwości wszelkiego rodzaju. Nie byłoby mu się udało, gdyby nie powaga, jaką się cieszył Doramin, i gdyby nie ognisty zapał jego syna (277-278).

Patusan okazuje się wyspą targaną różnymi niepokojami i walkami. Doramin nie potrafi ujarzmić radży Tunku Allanga, wyjątkowo chciwego i niegodziwego człowieka, który stale zagraża bezpieczeństwu tubylców. Uwięziony Jim postanawia uciec i przedostaje się do Doramina. Pierścień ułatwia mu zdobycie zaufania najważniejszej osoby na wyspie. Innym problemem Patusanu jest agresja ze strony Szarifa Alego (pół-Araba) – bandyty i rabusia. Jim wraz z nowym przyjacielem Dainem Warisem, synem Doramina, doprowadza do pokonania i podporządkowania Tunku Allanga i opanowania opryszków Alego. Oni dwaj, a także pozbawiony stanowiska Cornelius, są odtąd wrogami Jima (próbują go zgładzić). Tymczasem jednak, zmuszeni do ustąpienia, czekają na dogodną okazję, by się odegrać na przybyszu.

Jim poznaje warunki życia i kulturę plemienia Bugisów, którzy wraz z Doraminem traktują go jak swego przywódcę, otaczają szacunkiem i wdzięcznością za wybawienie z nieszczęść. Nowy tuan (lord) staje się gwarantem ich bezpieczeństwa. Wyczuwają jego życzliwość i liczą na opiekę, której spodziewali się po mądrym, wykształconym, cywilizowanym białym człowieku. Pokojowa polityka sprawia, że Jim zyskuje wielki autorytet, a kraj staje się miejscem bezpiecznym i dobrze się rozwija. Marlow, który po dwu latach odwiedza Jima w Patusanie, jest pod wrażeniem jego nowej pozycji. Ponadto niedawny bankrut moralny i samotnik, stał się przyjacielem Daina Warisa, wybitnego młodego człowieka, syna naczelnika plemienia, oraz ukochanym delikatnej, pięknej i mądrej dziewczyny, wychowanicy Corneliusa, którą osierociła jej matka (żona tego okrutnego człowieka). Jim nazwał ją Klejnotem, by oddać w tym imieniu jak jest mu droga. Dziewczyna żyła w tak bezwzględnym zapatrzeniu się w niego, że przejęła coś z zewnętrznego wyglądu Jima, cos, co przypominało go w ruchach, w sposobie wyciągania ręki, oglądania się, rzucania spojrzeń. Niezmierne natężenie jej czujnej miłości sprawiało, że można było prawie wyczuć tę miłość zmysłami; zdawała się naprawdę istnieć w przestrzeni naokoło Jima, otaczając go jak szczególny aromat, trwając w słońcu niby drżąca, stłumiona, namiętna nuta (300). Wydawałoby się, że nic nie może zakłócić szczęścia kochanków ani naruszyć spokoju malajskiej krainy.

Po upływie roku od wyjazdu Marlowa z Patusanu nagle odmienia się sytuacja Jima i oblicze kraju. Dzieje się tak za sprawą grupy białych bandytów, którym przewodzi Brown. Skradzionym hiszpańskim szkunerem docierają oni do wybrzeży Patusanu, podczas gdy Jim znajduje się w głębi lądu. Obronę przed atakiem łupieżców przygotowuje tymczasem Dain Waris, jednak zgodnie z wolą Bugisów czeka na powrót tuana. Sytuację tę wykorzystuje Cornelius, który stara się skłonić Browna do zabicia Jima. Wtóruje mu w tym człowiek Tunku Allanga Kassim. Brown jednak sam liczy na pomoc Jima w opanowaniu wyspy (zdaje sobie sprawę, że jego ludzie, nieliczni i wygłodniali, nie pokonają tubylców). Brown przekonuje się jednak, że tego rodzaju ugoda nie wchodzi w rachubę. Sprytnie podchodzi Jima, zadaje pytania, budzi wątpliwości – z relacji Marlowa wynika, że aluzje do jakichś wspólnych przeżyć i podobnych wspomnień poruszyły tuana do głębi i uśpiły jego czujność. Ufając słowom przybysza (człowieka o rzekomo podobnej psychice), że pragnie z towarzyszami zaspokoić głód, pozostawia mu broń i puszcza wolno. Przekonuje do swojej decyzji ufających mu Bugisów. – Puśćcie ich, tak będzie najlepiej według mojego zdania, które jeszcze nigdy was nie zawiodło – nalegał Jim. Wszyscy zamilkli. Wśród mroku dziedzińca słychać było stłumiony gwar i dreptanie tłumu. Doramin podniósł ciężką głowę i wyrzekł, że wprawdzie czytać w sercach jest równie trudno jak dotknąć ręką nieba, ale... zgadza się. Inni wypowiadali kolejno swe zdanie.To najlepszy sposób” – „Puścić ich wolno– i tak dalej. Ale większość obecnych rzekła po prostu, że „ufają tuanowi Jimowi” (416).

Tymczasem inicjatywę przejmuje Cornelius, który od dawna czekał na taką okazję. Zdradza Brownowi tajemne przejście i kieruje go na oddział Daina Warisa. Syn Doramina ginie wraz z innymi mieszkańcami Patusanu. Jim nie może sobie darować swojej naiwności i łatwowierności. Naraził na śmierć wielu ludzi, a wśród nich najwierniejszego przyjaciela. W rozpaczy i poczuciu bezsilności wobec nieodwracalnych zdarzeń postanawia udać się do Doramina. Ukochana Jewel (Klejnot) wraz z wiernym sługą Tamb’ Itamem starają się odwieść go od tej decyzji; zdają sobie sprawę z tego, że tuana czeka tam śmierć. Jim oczywiście również rozumie ból Doramina i właśnie dlatego chce swoim życiem zapłacić za zabicie Daina. Nie mam odwagi powtórzyć, co mi mówiła o chwilach, które spędziła na mocowaniu się z Jimem o swoje szczęście. Ciągnęło się to z godzinę lub dłużej. Niepodobna przeniknąć, czy miał jeszcze jakąś nadzieję, czego oczekiwał, co sobie wyobrażał. Był nieugięty; a im bardziej się czuł osamotniony w swoim uporze, tym wyżej jego duch zdawał się wznosić ponad gruzy walącego się życia.Walcz” – krzyczała do niego. Nie mogła zrozumieć! Nie było już o co walczyć. Jim chciał dowieść swej siły w inny sposób – pokonać sam złowrogi los (433). Nie pomagają prośby kochających go osób, nie powstrzymuje miłość do Klejnotu. Tym razem Jim nie może się cofnąć. Z godnością i odwagą, a także z poczuciem winy staje przed naczelnikiem plemienia. Z chwilą kiedy Doramin podniósł broń, tłum stojący za Jimem rozpierzchnął się, a po strzale rzucił się naprzód zgiełkliwie. Mówią, że biały cisnął w prawo i lewo – na wszystkich tych ludzi – dumne, nieugięte spojrzenie. Potem, z ręką na ustach, padł na twarz martwy (439). Narrator sugeruje w komentarzu, że Jim odszedł nie uzyskawszy przebaczenia, otoczony mglistą tajemnicą, nieprzenikniony, zapomniany – i niezwykle romantyczny. Nawet w najszaleńczych dniach swych chłopięcych rojeń nie mógł wymarzyć tak czarownej wizji, tak tryumfalnego wyniku! (439). Powieść kończy się stwierdzeniem, że Jewel zamieszkała w domu Steina i prowadzi głuche, martwe życie (440), podczas gdy on sam odczuwa upływ czasu, mówi, że niedługo trzeba będzie to wszystko... opuścić (440).

 

Podobne prace

Do góry