Ocena brak

Lizzie BORDEN

Autor /Malina1243 Dodano /05.01.2013

Amatorzy telewizyjnych „kryminałów” pamiętają być może emitowany wiele lat temufilm o Lizzie Borden, której sprawa, nigdy nie wyjaśniona do końca, wzbudziła w swoimczasie wielkie zainteresowanie. Autorzy wspomnianego filmu nie mieli wątpliwości co dowiny Lizzie Borden, jednakże w annałach kryminologii sprawa ta figuruje jako nierozwiązana.

Na początek nakreślimy w kilku słowach postać głównej bohaterki. W chwili, gdy doszłodo zbrodni, Lizzie Borden miała 32 lata i była panną, a ponieważ rzecz działa się w 1892roku, możemy nazwać ją starą panną. Mieszkała w małym miasteczku w stanieMassachussets i przejawiała pewne talenty artystyczne: malowała ponoć piękne obrazki naporcelanie.

Ponadto interesowała się sztuką i odwiedzała galerie w Waszyngtonie. Udzielałasię też społecznie, nauczała w szkółce niedzielnej, była sekretarzem miejscowego stowarzyszenia chrześcijańskiego, członkinią klubu hodowców kwiatów i owoców, wreszcieprezeską Chrześcijańskiej Unii Abstynentek.Ojciec Lizzie, 69-letni bankier Andrew Jackson Borden, był człowiekiem dośćzamożnym, a przy tym bardzo oszczędnym. Zajmował skromny, piętrowy budynek przySecond Street w Fall River w Massachussets. Była to wąska kamieniczka, stojąca tuż przyulicy, w szeregu podobnych domów.

Rodzina Bordenów zajmowała ją od dwudziestu lat.Wraz z panem Borden mieszkała tam jego druga żona (pierwsza, matka Lizzie, zmarłaprzed kilku laty) oraz dwie córki. Pani Abby Borden miała 42 lata i była zaledwie rok starszaod jednej z córek swego męża, Emmy, zaś o dziesięć lat od Lizzie. Obie panny Borden niewyszły za mąż i mieszkały przez cały życie z ojcem. Gdy ten po śmierci ich matki sprowadziłdo domu nową żonę, natychmiast zaczęły się konflikty.Emma i Lizzie uwielbiały matkę, a ponowny ożenek ojca odczuły jako zdradę jejpamięci. Możemy zatem wyobrazić sobie, jaką niechęć żywiły do macochy, jeśli w sześć latpo tym, jak Abby Borden zamieszkała przy Second Street, córki jej męża z uporem zwracałysię do niej „pani Borden”.

3 sierpnia 1892 w domu przy Second Street zjawił się gość – brat pierwszej pani Borden,a więc wuj Emmy i Lizzie, niejaki John Vinnicum Morse. Miał on pozostać w Fall Riverprzez kilka miesięcy. „Dziewczęta” – jak nazywano Emmę i Lizzie siłą przyzwyczajenia –przyjęły go radośnie, lecz pan i pani domu nie byli nawet w stanie zejść do salonu napowitanie gościa. Oboje chorowali od kilku dni na żołądek, co objawiało się bólami iwymiotami. Później stwierdzono, że w końcu lipca Lizzie Borden zakupiła w aptece większąilość kwasu pruskiego, co mogło, choć nie musiało mieć związku z chorobą jej ojca imacochy.

O godzinie 9-ej rano dnia 4 sierpnia Lizzie samotnie zjadła śniadanie przy kuchennymstole, gdyż Emma pojechała do przyjaciół do oddalonego o 15 mil Fairhaven. Śniadanie byłozresztą wyjątkowo skromne, Lizzie poprosiła tylko o filiżankę kawy, tłumacząc służącej,Bridget Sullivan, że upał odbiera jej apetyt. (Lizzie jadała zazwyczaj bardzo obfite śniadania).Tego ranka pan Borden poczuł się znacznie lepiej, wyszedł więc z domu, by załatwić szeregspraw, zaniedbanych w czasie choroby. Wuj Morse po śniadaniu udał się na porannąprzechadzkę, zaś pani Borden, również czując się lepiej, zarządziła domowe porządki iwydała służącej Bridget Sullivan polecenie umycia okien.Dziewczyna posłusznie, choć zapewne niezbyt chętnie (tego dnia panował istotniewyjątkowy upał) zajęła się oknami. O 10.45 przerwała pracę, usłyszawszy dzwonek do drzwi.

W domu Bordenów panował zwyczaj starannego zamykania i ryglowania drzwi wejściowychnawet w dzień, służąca musiała zatem otworzyć swemu chlebodawcy. Pan Borden, osłabionyjeszcze po chorobie, był zgrzany i zmęczony, postanowił zatem położyć się na kanapie wsalonie na parterze, by nieco się zdrzemnąć. Bridget Sullivan, zamknąwszy drzwi za swympanem, powróciła do mycia okien. Zanim jednak wyszła z hallu, ujrzała u szczytu schodów

Lizzie Borden, która spojrzawszy na ojca zachichotała cicho. Pan Borden spytał o swą żonę,córka zaś poinformowała go, że Abby wyszła, otrzymawszy wiadomość o chorobieprzyjaciółki. Służącej wydało się to raczej dziwne, nie słyszała bowiem, by ktokolwiekwychodził z domu. Pobiegła jednak do swej pracy, nie zastanawiając się nad tym dłużej.

Na szczęście dom Bordenów nie miał wielu okien, a więc już o wpół do dwunastejBridget ukończyła mycie. W domu panowała cisza, a ponieważ sądziła, że jej pani wyszła, niegroziły jej chwilowo inne obowiązki. Postanowiła więc położyć się na pół godziny w swoimpokoiku na poddaszu. Zdążyła już zapaść w drzemkę, gdy o 11.45 obudził ją krzyk panny Lizzie:

– Bridget! Zejdź szybko na dół! Ktoś zabił ojca!

Lizzie wysłała służącą po doktora Bowena, mieszkającego po drugiej stronie ulicy.Lekarz był w domu i zgodził się przyjść natychmiast. Wraz z nim do domu Bordenówwbiegła sąsiadka, niejaka pani Churchill, którą Bridget spotkała po drodze. Ta właśniekobieta miała w ciągu paru minut odkryć drugie zwłoki. Ciało pani Borden znajdowało się wnie używanym pokoju gościnnym na piętrze.

Obojgu Bordenom zadano potworne ciosy w głowę przy pomocy narzędziaprzypominającego siekierę (nie znaleziono jej nigdy). Sądząc z ułożenia zwłok, oboje spaliprawdopodobnie w chwili, gdy padł pierwszy cios.Ich twarze zostały niemal posiekane na kawałki, rysów nie można było rozpoznać.Przeprowadzono staranne badanie zwłok, ówczesna wiedza medyczna, choć znacznieskromniejsza od obecnej, pozwoliła jednak na ustalenie, że zabójstw dokonano w odstępieokoło półtorej godziny. Nieszczęsny pan Borden był już zatem wdowcem, gdy powrócił dodomu tego przedpołudnia, pani Borden zginęła bowiem pierwsza.W sprawie tej było bardzo niewielu podejrzanych.

Już 11 sierpnia – a fakt, że upłynąłtydzień od zbrodni, można tłumaczyć niewiarą policji w możliwość tak strasznego czynu –Lizzie Borden została aresztowana pod zarzutem zabójstwa ojca i macochy. Za jej winąprzemawiało wiele obciążających okoliczności.Przede wszystkim znany był powszechnie wrogi stosunek Lizzie do rodziców. Nie byłobyto wystarczającą podstawą do aresztowania, lecz zeznania Lizzie, od pierwszego dniatraktowanej jako główna podejrzana, zawierały wiele sprzeczności i niejasności.

Przedewszystkim nie zdołano odnaleźć przyjaciółki pani Borden, która właśnie tego ranka miaławysłać liścik z prośbą o odwiedziny i opiekę w chorobie, bo tak się akurat złożyło, żewszystkie przyjaciółki zamordowanej były zupełnie zdrowe. Co więcej, przesłuchiwanakilkakrotnie Lizzie za każdym razom udzielała innej odpowiedzi na pytanie, gdzie znajdowałasię tuż przed odkryciem zwłok: „odpoczywałam w stodole”, „byłam w stodole przez półgodziny”, „byłam w stodole przez 10 minut”, „szukałam kawałka żelaza w stodole”,„szukałam ciężarka do wędki”, „byłam w stodole, kiedy usłyszałam dziwne odgłosy, jakbydrapanie”... Twierdziła dalej, że to właśnie owe odgłosy skłoniły ją do wejścia do domu, gdzie znalazła zwłoki ojca, choć poprzedniego dnia utrzymywała, że zbrodnię odkryłazupełnie przypadkowo.

Wyszło też na jaw, że Lizzie następnego dnia po tragedii spaliła jednąze swych sukien. Nasuwało się zatem przypuszczenie, że przebrała się przed i po dokonaniumorderstwa, a zaplamioną krwią odzież ukryła do chwili, gdy policja opuściła dom. Lekarzetwierdzili stanowczo, że ubranie zabójcy musiało być zalane krwią, ponieważ potworne ciosysprawiały, iż krew rozpryskiwała się na wszystkie strony.Na spokojnej, cichej uliczce bez trudu zauważa się obcego człowieka. Nikt z sąsiadów niewidział tego ranka, by ktoś obcy wchodził do domu Bordenów czy też go opuszczał. Choćczłowiek taki mógł, rzecz jasna, zostać przeoczony, stanowiło to jednak argument naniekorzyść Lizzie.

Najbardziej może obciążający był fakt, że na 24 godziny przed zbrodnią Lizzie Bordennagle odkryła w sobie zdolności jasnowidzenia. Oto poprzedniego dnia przy śniadaniuponurym głosem przepowiedziała straszny koniec dla całej swej rodziny. Policja uznała, żeprzepowiednia ta sprawdziła się zdecydowanie zbyt szybko.Proces Lizzie Borden rozpoczął się 1 czerwca 1883 roku w New Bedford w stanieMassachussets. Rozprawie przewodniczył Prezes Sądu Najwyższego Mason, co dowodzi, jakirozgłos zdobyła ta sprawa. W procesie uczestniczyło też wiele innych znakomitości, wśródnich George Robinson, były gubernator stanu, który bronił oskarżonej.

Robinson prowadził obronę ze swadą i sprytem. Zdołał wydobyć z Bridget Sullivaninformację, iż kuchenne wejście do domu mogło być otwarte owego fatalnego ranka i na tejpodstawie stworzył całkiem zgrabną teorię, iż zabójstwo popełnił jakiś włóczęga omorderczych skłonnościach. Ponadto Robinson opierał się na fakcie, iż w domu nieznaleziono siekiery, która mogłaby stanowić narzędzie zbrodni.

Było to, co prawda,niezupełnie ścisłe, jako że na półce przy kuchennym piecu odkryto osmalone ostrze siekiery,której drewniany trzonek został prawdopodobnie wypalony, jakby siekierę wrzucono do ogniaw całości, po czym wyjęto z pieca żelazną część. Cóż, z drugiej strony ostrze to mogło leżećtam od lat. Nie próbowano ustalić, czy ta właśnie siekiera mogła być narzędziem zbrodni. Niewiemy jednak, czy przy ówczesnym stanie wiedzy było to niemożliwe, czy też po prostuzaniedbano tej czynności. Robinson uzasadniał dziwne przepowiednie Lizzie Bordennastrojem, wywołanym – jak to się zwykło określać – „przypadłościami kobiecymi”. Wostatnich zdaniach swego przemówienia powiedział:

– Panowie przysięgli! Przyjmijmy na chwilę, że moja klientka istotnie popełniłaodrażający czyn, jaki jej się tu zarzuca. W takim razie musiałaby być diabłem wcielonym.Spójrzcie na nią, panowie! Czy ona wygląda jak szatan?

Z ławy oskarżonych wychylała się w stronę sędziów przysięgłych Lizzie Borden –niewysoka, pulchna, o wytwornych manierach, z pince-nez na nosie, o długich, zręcznychpalcach. 13 czerwca wydano wyrok uniewinniający i panna Lizzie została zwolniona.

Do końca życia mieszkała wraz z siostrą Emmą w tym samym domu przy Second Street.Obie kobiety odziedziczyły po ojcu około pół miliona dolarów, było to więc życie dostatnie.Lizzie Borden zmarła w 1944 roku w Fall River. Warto wspomnieć, że przez drugą połowężycia używała bardziej stosownego zdrobnienia, Lisbeth.

O zbrodni Lizzie Borden krążyły wierszyki i piosenki. Opinia publiczna przekonana byłao jej winie, choć niektórzy podejrzewali doktora Bowena, inni zaś wuja Morse, który tuż poodkryciu zbrodni miał z apetytem zajadać gruszki w ogrodzie, nie zwracając uwagi nastraszne sceny, jakie rozgrywały się w domu.

Podobne prace

Do góry