Ocena brak

Literatura XVIII wieku - Czasy saskie - Marcin Matuszewicz, Kasper Niesiecki, Benedykt Chmielowski, Wojciech Bystrzonowski, Józef Baka, Józef Andrzej Załuski, Wacław Rzewuski, Elżbieta Drużbacka, Stanisław Leszczyński

Autor /Saleta Dodano /08.10.2012

W całej historii Polski nie ma okropniejszej, bardziej upokarzającej epoki, jak czasy panowania dwóch Sasów, Augusta II i jego syna, Augusta III. Już w wieku XVII było źle, już triumfowała anarchia i złota wolność, ale przynajmniej gospo­darzami Polski byli Polacy, a jeśli chcieli gospodarować cudzoziemcy, to się naród zrywał i wyganiał ich z domu. W wieku XVIII-inaczej. Mniejsza o to, że na tronie polskim zasiadali dwaj cudzoziemcy: i Batory był cudzoziemcem, ale Batory pokochał Polskę i dbał o nią jak o rodzoną ojczyznę; tymczasem August II Polski nie kochał, August III zaś nie mógł jej kochać, jako istota bez serca i bez mózgu. Bądź co bądź byli to królowie polscy, nie obcy; stokroć gorszą jest rzeczą, że nie oni gospodarowali, tylko obcy królowie, którzy się rządzili w Polsce jak głodne gęsi w stodole, zwalczając wszelki opór podstępem, groźbą lub orężem. Karol XII, król szwedzki, złożył z tronu Augusta II i wprowadził nań Stanisława Leszczyńskiego, a Piotr Wielki, car rosyjski, złożył z tronu Leszczyńskiego i przy­wrócił go Augustowi; po śmierci Augusta II obrano Augusta III - pod naciskiem wojsk rosyjskich. Podobnej hańby nigdy jeszcze nie zaznała Polska, i ona, o której względy niegdyś ubiegała się Europa, teraz stała się jej pośmiewiskiem. O na­prawie zaś Rzeczypospolitej nawet mowy być nie mogło; przecie naprawić ją mogły tylko sejmy, a sejmy zrywano za pieniądze cudzoziemskie: za Augusta II zerwano sejmów siedemnaście, a za jego następcy nie doszedł do skutku ani jeden sejm zwyczajny! Zresztą o naprawie nie myślano; społeczeństwo miało wprawdzie oczy, ale nie widziało i po dawnemu twierdziło, że «Polska nierządem stoi», z tym jeszcze dodatkiem, że nie tylko nierząd, ale i słabość Polski jest jej siłą, bo słabej Polski potrzebują sąsiedzi, a tego, kogo się potrzebuje, oszczędza się przecie!... Ogłu­pienie polityczne szlachty doszło do szczytu! Jednostki tylko nie podzielały tych potwornych poglądów, tylko jednostki widziały, na co się zanosi, i chciały ratować Rzeczpospolitą, ale wobec ogłupienia ogółu i bezsilności sejmów na razie nic sprawić nie mogły; a kiedy wreszcie za panowania Stanisława Augusta mogły, kiedy ogół przejrzał, a sejmy odzyskiwały siłę - było już za późno: nie pozwolili na ratunek podli sąsiedzi.

Ogłupieniu politycznemu towarzyszył straszliwy upadek moralny społeczeń­stwa, nieodłączny od ciemnoty. Rozpusta i .zbytki doszły do zastraszających roz­miarów - «za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa»; miłość ojczyzny skurczyła się zupełnie w «domach i pojedynkowych pożytkach* (przed czym ostrzegał niegdyś Skarga); łapownictwo senatorów, posłów, sędziów, urzędników stało się chlebem powszednim; religijność, krzewiona po kościołach, szkołach i domach przez ciemne i niemoralne duchowieństwo, wyradzała się, schodziła coraz to wyłączniej na bez­duszną dewocję, na posty i dyscyplinowanie się, na pielgrzymki, na koronowa­nie cudownych obrazów Matki Boskiej, na uczęszczanie do kościoła nie dla praw­dziwego nabożeństwa, tylko dla zwyczaju lub ciekawości. Resztki tolerancji reli­gijnej zanikły; sprawdziły się obawy Wacława Potockiego: z arianami załatwiono się już w wieku XVII, teraz wzięto się do wszystkich w ogóle innowierców, których prześladowano, usuwano z izby poselskiej, nie dopuszczano do urzędów; nie posz­ła w las nauka jezuicka, nie darmo uczyli księża, że Bóg za to tylko Polskę karze, iż cierpi u siebie protestantów!

Co i jak się. działo w Polsce, o tym najlepsze dają pojęcie pamiętniki kasztela­na brzeskiego Marcina Matuszewicza (zmarłego w roku 1784), spisane za Augus­ta III (wydane dopiero w roku 1876); odsłaniają nam one w całej nagości okropną zgniliznę polityczną, umysłową, moralną i religijną społeczeństwa w pierwszej po­łowie XVIII wieku. Autor, sam człowiek nikczemny, bez Boga w sercu, do tego stopnia zatracił czy zapił sumienie i wszelki zmysł moralny, że o prywacie szlachty, o zrywaniu sejmów, o prżedajności sędziów, o rozpuście, o pijaństwie itd. opowia­da z takim spokojem, czasem nawet z uśmiechem, jakby o rzeczach nie tylko naj­zwyklejszych, ale zupełnie godziwych, które nikogo razić nie powinny. Ze zdzi­wieniem na przykład opowiada Matuszewicz, że mieszka w Polsce jeden szczegól­niejszy magnat (Jan Klemens Branicki), chyba niespełna rozumu, skoro... nie chce tykać pieniędzy zagranicznych!
Takie to były czasy! Próby ich obrony, podejmowane obecnie przez niektó­rych młodych historyków, na nic się nie przydadzą: nikt nie obali tego faktu, że Polska leciała w przepaść, że ogół społeczeństwa był zdemoralizowany i ogłupiały, że jednostki tylko zdawały sobie sprawę ze strasznego położenia ojczyzny i usiło­wały ją ratować.

Literatura czasów saskich jest wiernym obrazem społeczeństwa: społeczeń­stwo zdziczało, więc zdziczała i literatura, tracąc niemal już doszczętnie mądrą myśl i piękno formy. Książki poważniejsze ukazują się niezmiernie rzadko. Do tych wyją­tków należy olbrzymie dzieło jezuity Kaspra Niesieckiego (1684-1744) pt. Korona Polska, przy złotej wolności starożytnymi wszystkich katedr, prowincyj i rycerstwa klejnotami, heroicznym męstwem i odwagą, najwyższymi honorami, a najpierwej cno" tą, pobożnością i świątobliwością ozdobiona, potomnym zaś wiekom na zaszczyt i nie­śmiertelną sławę pamiętnych w tej ojczyźnie synów podana (1728). Jest to najobszer­niejszy w literaturze staropolskiej herbarz, zawierający w sobie starannie zebrane Wiadomości historyczne nie, tylko o rodach szlacheckich, ale i poszczególnych pa­miętnych w tej ojczyźnie synach», a przez to będący ważnym źródłem do ich biografii. Pożywi się tym dziełem i historyk literatury, nie zapomniał bowiem Niesiecki o wybitnych pisarzach. Oto na przykład biografia Lubomirskiego:

Stanisław Heraklijusz, marszałek wielki koronny, starosta spiski, syn Jerzego, marszałka wielkiego i hetmana polnego koronnego, z Ligęzanki, i w ojczyź­nie, i w cudzych krajach młodsze lata naukami wyzwolonymi polerując, tyle w nich postąpił, że sobie w dalszym życia swego wieku na mądrego marszałka imię zasłużył. Jakoż są w druku jego dowcipu i umiejętności ślady niektóre, wydał albowiem... Umiejętnością i wymowy gładkością gdy mu, natenczas podstolemu koronnemu, posłowi na walny sejm w roku 1670, laskę izby posel­skiej braterskie afekta konferowały, tak ją piastował, że lubo przed nim dwa sejmy albo się rozeszły bez żadnego skutku, albo nieszczęśliwym losem po­rwały się, on jednak swym przezorem tego dokazał, że publiczne obrady do pożądanego końca doprowadził. Król Jan, szacując w sobie w nim mądrą radę, najprzód mu laskę nadworną, a potem wielką oddał, Rzeczpospolita zaś dla zasług jego grunta wsi królewskiej Ujazdów na sejmie 1683 puściła, tak żeby mu na potem cała ta wieś dziedzicznym prawem hołdowała... Tam on pałac modną strukturą i wielkim nakładem wystawił; blisko zaś Ujazdowa, to jest w Czerniakowie, kościół na cześć św. Bonifacego i klasztor wymurował, przy którym ojców bernardynów osadził; sam tamże po śmierci, która przypadła na rok 1702, solennie złożony, z tą od siebie inskrypcyją nakazaną: Hic jacet peccator, huius loci fundator  Podoleckie także kollegijum ojców scholarum piaru corocznie kilką tysiącami prowidował. Na Spiżu, kościoły herety­kom odebrawszy, kapłanów katolickich przy nich osadził... W drodze raz będąc ten Stanisław marszałek za granicą polską, obaczył dwóch trupów nie pochowanych, przy kościele leżących; pyta się, czemu by ich nie grzebiono w ziemi; gdy mu doniesiono, że prawie nie masz za co pogrzebu im sprawić, on, jak był pobożnie miłosierny, rozkazał swemu podskarbiemu, aby nieodwłocznie, ile trzeba było, wyliczył na przystojne podług katolickich obrząd­ków ciał onych do grobu złożenie. W kilka czasów do domu swego powróci­wszy, gdy się po swoim eremitorium* sam jeden przechodzi (tam więc zwyczaj­nie od zgiełku interesów dla większego pokoju, z Bogiem złączenia i ksiąg czy­tania zwykł się był uchraniać), obaczył dwoje ludzi, męża i niewiastę, w bieli ku sobie idących. Gniewał się zrazu na ludzi swoich, że mu importunów do niego wpuszczono, potem jednak, zbliżywszy się ku nim, pyta się, co by zacz ludzie byli i czego by od niego chcieli. «Mysmy są - prawi - ci, którymeś ty na tym a na tym miejscu łaskę wyświadczył, gdyś na pochowanie ciał naszych szkatuły swojej nie żałował; przyszliśmy tu po to, abyśmy ci za tę uczynność podziękowali, a oraz upewnili cię o nieśmiertelności dusz ludzkich.» Co wy­mówiwszy zniknęli.

Lecz nie dzieło Niesieckiego jest miarą umysłowości czasów saskich; najle
piej charakteryzuje ich ciemnotę czterotomowa księga księdza Benedykta Chmielowskiego (zmarłego w roku 1763) pod następującym wdzięcznym i króciutkim tytułem: Nowe Ateny albo Akademija wszelkich scyjencyj pełna, na różne tytuły, jak na classes1 podzielona, mądrym dla memoryjalu, idyjotom dla nauki, politykom dla prak­tyki, melankolikom dla rozrywki erygowana (1756). Co Zawiera w sobie ta księga, o tym poucza ciąg dalszy tytułu: O Bogu, bożków mnóstwie, słów pięknych wyborze, kwestyj cudnych wiele, o Sybillów zbiorze, o zwierzach, rybach, ptakach, o matema­tyce, o cudach świata, ludzi rządach, polityce, o językach i drzewach, o żywiołach, wierze, hieroglifikach, gadkach, narodów manierze, co kraj który ma w sobie dziwnych ciekawości, cały świat opisany z gruntu, w słów krótkości. Co wszystko stało się wielką pracą i własnym kosztem autora, tu aenigmatice wyłożonego: imię wiosna Swaczyna5, Wielkiej Nocy blisko, głowę w piwie i w miodzie zawraca nazwisko.
Jest to encyklopedia - zbiór wiadomości z zakresu teologii, historii, geografii, polityki, matematyki, zoologii, botaniki, mineralogii itd. Pomiędzy innymi autor odsłania czytelnikowi różne «osobliwe sekrety», na przykład skuteczne lekarstwo na ból zębów: «Kość wyjąć z uda żaby, tą kością zębów się dotykać, przestaną boleć.» «Oko jaskółcze włożywszy do pościeli czyjej, sen mu odbierzesz... dobry spo­sób na śpiochów.» Jak grad odwrócić? «Chmurze gradowej pokazać wielkie zwier­ciadło i przeciwko niej wystawić - kędy inędy obróci się.» Ciekawe są również wska­zówki dla szlachcica wybierającego się za granicę: powinien się on, jeśli nie chce «z ojczyzny swej wyjechać ciołkiem, a powrócić wołem», przypatrywać bacznie temu wszystkiemu, co się w obcych krajach dzieje, a więc pomiędzy innymi zwiedzać rozmaite osobliwości, zwłaszcza kościoły i kaplice, aby wiedzieć, «których tam świę­tych deponowano relikwije, jakie obrazy, cuda»; a jest tego za granicą co niemiara: w jednym na przykład mieście włoskim «jest wielkiego waloru skarb, to jest pierś­cień Królowej nieba i ziemi, którym św. Józefowi zaślubiona była»; gdzie indziej znów «jest za szkłem sukienka Mada Najświętszej, kominek, na którym Chrystusowi Panu, sobie i Józefowi św. jeść gotowała, jest i miseczka gliniana, z której karmiła». Zanim się z domu wyruszy, trzeba przystąpić do spowiedzi i «wziąć sobie za prze­wodniczkę Matkę Najświętszą idącą do Egiptu, św. Rafała, św. Trzech Królów, św. Ekspedita za patronów». W ogóle dzieło Chmielowskiego jest przesiąknięte du­chem bigoterii i fanatyzmu: autor radzi na przykład Polakom, aby «tak z innymi uczynić heretykami, jako z aryjanami uczynili, a jeśli nie można, tedy pod jarzmem praw duchownych i świeckich ich utrzymać należy». Bardzo znamienne są poglądy polityczne Chmielowskiego: «brylant nieoszacowany Korony polskiej - wolność złota; «drugi diamentowy fundament wolności polskiej - libera regum electioh; «trzeci fundament - liberum veto, gdyż to wolne mówienie na sejmikach i sejmach jest matką i duchem wolności, jest nie konającej ojczyzny znak, gdy jeszcze gada». I o języku ojczystym nie zapomniał uczony autor: jego zdaniem, szanujący się pi­sarz, a zwłaszcza mówca, powinien gęsto przetykać mowę rodzinną makaronizmami  i w ogóle wyrazami cudzoziemskimi, bo te są od polskich «polityczniejsze»; nie­polityczne na przykład będą takie wyrazy, jak: przeciwnik, donosiciel, uczeń, pros­tak, widok; polityczne natomiast: adwersarz, delator, dyscypuł, symplak, theatrum. «Czyliź to jest gładko: Zalecam się WPana baczności? Ładniej podobno: Rekomen­duję mię WPana respektowi. A tak pod każdym względem Nowe Ateny Chmielow­skiego są książką wysoce znamienną, dają bowiem wyborne pojęcie o upadku zarów­no zdrowej myśli, jak poczucia piękna.
Lecz pisać i mówić uczono się nie z Nowych Aten Chmielowskiego, tylko z róż­nych specjalnych podręczników. Najpopularniejszy napisał jezuita Wojciech Bystrzonowski: Polak, sensat w liście, humanista w dyskursie, w mowach statysta, na przykład dany szkolnej młodzi (1730). W książce tej, która w ciągu lat dwudziestu siedmiu miała trzynaście wydań, podaje autor wzory różnego rodzaju listów, dys­put i mów, zarówno prywatnych, jak politycznych. Wszystkie te wzory są niena­turalne, napuszone, naszpikowane makaronizmami i barbaryzmami, a do tego naj­częściej bezsensowne. Oto na przykład początek listu, w którym Pan młody za­prasza krewnych na wesele:

Już dalej in labyrintho afektów błąkać się przestaje Tezeusz, gdym znalazł (a rozumiem, że ex filo boskich predestynacyj) Aryjadnę; i stanąłem tandem in meta votortim konkurencyi mojej, albowiem mam zaślubione słowo Jej Mci panny N.N., które tylko publico zostaje potwierdzić Sacramento... Nie chcąc zaś to dożywotnie vinculum adstringere, tylko przy prezencyi kolligacyi. mojej, upraszam W.M.W.M. Pana, aby jako się nexu sanguinis zjednoczył i mnie znasz się być bliskim, tak się i prezencyją swoją w tej okoliczności nie oddalał, lecz wesela tego chciał cumulare solatia osobą swoją...  

A oto jeszcze początek Powitania gościa:

Gospodarz: «Wielkie numen intra domesticos lares, osobę W. M. Pana, jako z najniższą witam weneracyją, debitum jemu oddając cultuni, że braterskie progi godną prezencyi swojej chciał consecrare bytnością.* G o ś ć: «I owszem^ mam to sobie za szczęście, że mi się dostaje inter Penates domu tego godne numenu Gospodarza nie tylko oglądać, ale cum omni sensu powinnej adoracyi oddać honor, który sam in persona składam w progach jego.»

Wygłaszać tak napuszone i głupie mowy uczono już w XVII wieku, ale za czasów saskich zwyczaj ten doszedł do szczytu zwyrodnienia; zwłaszcza w panegiryzmie przebierano wszelką już miarę, nie dziw tedy, że panegiryki należały do ulu­bionej lektury.
Ukazywało się także mnóstwo pism religijnych albo raczej dewocyjnych, jak na przykład książeczki o cudownych uzdrowieniach, o koronacji cudownych obra­zów itp. W kazaniach bezmyślność walczy często o lepsze z dzikością smaku estety­cznego. Jako przykład mogą służyć kazania jezuity Franciszka Kowalickiego, któ­ry (jak to było powszechnym wówczas zwyczajem) raz po raz przeplata nauki moral­ne dykteryjkami i historyjkami ubliżającymi powadze kazalnicy; prawi na przykład, że «w Monachijum na weselu książęcia bawarskiego pasztet dano, w pasztecie karła, który po odkrytym pasztecie z szpadą wyskoczył, między półmiskami tańcował z uśmiechem gości zgromadzonych*. Dla zbudowania słuchaczów opowiadał im raz Kowalicki, że «na błoniach poznańskich pokazały się dwie Przenajświętsze Hostyje w jasności na powietrzu (od Żydów pokłute tam wyrzucone były); gromadne byd­ląt trzody na kolana padły, głowami o ziemię biły i swoje Te Deum mruczliwym ry­kiem śpiewały». Inny jezuita opowiadał kiedyś we Lwowie na kazaniu o tym, jak Lucyper latał ponad ziemią, itp.
Ulubionymi książkami do czytania były dalej kalendarze, bez których się szlachcic obejść nie mógł i którym zawdzięczał często całą niemal swoją wiedzę, do­wiadując się z nich nie tylko o tym, co się dzieje na świecie i w Polsce, kto jaki urząd piastuje, gdzie i kiedy będzie jarmark itd., ale i o tym jeszcze, jaki wpływ wywierają planety na życie ludzkie, które dni będą feralne, które pogodne, a które pochmurne i dżdżyste, «jak daleko jest do piekła», «z której strony świat jest okrąglejszy», cze­mu podziemne ludzie, do nas nogami chodzący, nie patrzą na niebo» itp.
Jak proza, tak i poezja czasów saskich jest obrazem nędzy i rozpaczy. Roz­wlekłe wiersze historyczne (polskie i łacińskie) oraz powieści fantastyczne są po większej części tak samo niezdarne jak poezja religijna, na przykład wierszowane legendy i żywoty świętych. Jak bardzo zdziczała poezja, o tym dać może pojęcie książeczka pt. Uwagi o śmierci niechybnej, wszytkim pospolitej, wierszem wyrażone, a sumptem Jmci pana Ksawerego Stephaniego, obywatela miasta J.K.M. Wilna, do druku na pożytek duchowny podane roku 1766. Czy istotnie autorem tego dzi­woląga jest ksiądz Józef Baka, jezuita, nie wiadomo na pewno, bo na karcie tytuło­wej pierwodruku nazwisko to nie figuruje; wymienił je dopiero Rajmund Korsak (poeta-humorysta) na karcie tytułowej sporządzonego przez siebie przedruku (1807). Dosyć, że nazwisko Baki przeszło w przysłowie: wiersze a la Baka ozna­czają głupie wiersze, i słusznie, jak pokazuje choćby następujący urywek Uwag.

MŁODYM UWAGA

Cny młodziku, Migdaliku,
Czerstwy rydzu, Ślepowidzu!
Kwiat mdleje, Więdnieje...
Śliczny Jasiu, Mowny szpasiu,
Mój słowiku, będzie zyku!
Szpaczkujesz,Nie czujesz:
Śmierć jak kot, Wpadnie w lot!
Aza nie wiesz. Że śmierć jak jeż
Ma swe głogi, W szpilkach rogi?
Ukoli Do woli,
Aż jękniesz i pękniesz...
Czy ty głuszec, czy ty wrona, 
Dusznych sępów chwyci szpona,
Twa główka Makówka
W swawoli Nie boli;
Tobie w głowie skoki, tany,
Charty, żarty na przemiany:
Śmierć kroczy, Utroczy,
Jak ptaszka -
Nie fraszka!
W ślepą mamkę gdy śmierć skacze,
O, czy jeden młodzik płacze?

Na szczęście wśród tych straszliwych ciemności zaczynają już za Sasów migotać światełka. Zwłaszcza niektórzy magnaci, górujący oświatą i ogładą ponad ciemnym motłochem szlacheckim, posiadający mniejszą lub większą znajomość tego, co się działo za granicą, zdawali sobie sprawę z upadku oświaty i ze zdziczenia literatury w Polsce. Takim był przede wszystkim biskup kijowski Józef Andrzej Załuski (1701-1774), nieudolny wprawdzie, a nawet śmieszny jako wierszopis, ale jako krzewiciel światła mąż ogromnej zasługi: rozkochany do namiętności w dziejach literatury ojczystej i w książkach, zgromadził olbrzymią, składającą się przeszło z dwustu tysięcy tomów i z mnóstwa rękopisów bibliotekę (której katalog ułożył - wierszem!); w roku 1748 oddał ją na własność Rzeczypospolitej. Ten księgozbiór, wywieziony po roku 1794 do Petersburga, powrócił obecnie do kraju, chociaż nie w całości. Załuskiemu zawdzięcza literatura polska pomiędzy innymi pierwsze satyry wzorowane na satyrach francuskich; mistrzem był mu Boileau.
Inny magnat, hetman polny koronny Wacław Rzewuski (1706-1779), człowiek prawy i zacny, znał także literaturę francuską i naśladował jej utwory: napisał dwie tragedie historyczne (1758-1760) na wzór Corneille'a i Racine,a i dwie komedie (1759-1760) na wzór Moliera. Wywieziony wraz z Sołtykiem i Załuskim do Kaługi z rozkazu Repnina (1767), pisał Rzewuski na wygnaniu Psalmy pokutne, poprzedzone przedmową - Do ukochanej ojczyzny:

W okropnych czasach, pośrzodku dni smutnych,
Bierz się, ojczyzno, do psalmów pokutnych,
A gdy cię gniewny Bóg chłosta swym biczem,
Płacz, jęcz, upadaj przed Jego obliczem!
Wszak Bóg jak ociec, gdy dziecię swe omie,
Cieszy je potem i głaszcze stokrotnie:
Po srogich klęskach, po morze, po bitwie
Da Bóg szczęśliwy los Polszczę i Litwie.
Mnie w pięcioletniej przeciągu niewoli
Nie ma niedola, ale twoja boli;
Niech mój surowszy los będzie - twój miększy!
Niech me nieszczęście - twe szczęście się zwiększy!

Wychowanie na dworach magnackich było bez porównania staranniejsze niż we dworkach szlacheckich; nauki pobierali nie tylko chłopcy, ale i dziewczęta: prócz gospodarstwa uczono je historii, geografii, muzyki, rysunków, tańca, a nadto języków obcych, zwłaszcza francuskiego (czasem nawet łaciny). Otóż pod wpływem tej oświaty rozszerzał się nieco widnokrąg umysłowy kobiet z domów wielkopańskich, a jednocześnie budziła się w nich ochota do pióra; stąd literatura czasów saskich posiada kilka autorek, a z tych najznakomitszą jest Elżbieta Drużbacka z Wielkopolski (urodzona około roku 1695, zmarła 1765), uboga szlachcianka, która jednak przez czas dłuższy przebywała na różnych dworach wielkopańskich i dzięki temu poduczyła się trochę i przetarła między ludźmi. Jako poetka cieszyła się niemałym uznaniem współczesnych; cenił ją wysoko sam Krasicki, który chwalił jej «moc i dzielność umysłu», «żywość imaginacyi i wdzięk wyrazów»; inni posuwali się jeszcze dalej, nazywając ją Minerwą i «dziesiątą Muzą» (może za przykładem Francuzów, którzy dziesiątą Muzą nazywali panią Deshoulieres, tak byli za­chwyceni jej sielankami).
Minerwą Drużbacka nie była; posiadała wprawdzie jak na owe opłakane czasy dosyć znaczne wykształcenie: znała Pismo, święte, umiała trochę historii i mitologii; rozsądku miała tyle, że nie wierzyła już ani w upiory, ani w opętanych przez diabła; rozumiała, że ciemnota jest dla narodu klęską, a oświata dobrodziej­stwem, toteż wielbiła biskupa Załuskiego jako założyciela biblioteki publicznej; ale gruntownie nie umiała nic, a wyjątkowym rozumem ani bystrością umysłu nie grzeszyła wcale, owszem, jaśniała naiwnością do tego stopnia, że była zapaloną wielbicielką Nowych Ateny świadczy o tym jej ośmiowiersz, który popełniła na pochwałę ich autora: «Znać, że godny Chmielowski nie podchmielą głowy,-gdy go iw nocy budzą sławnych Aten sowy; - chętnie bym podsunęła głowę za wez­głowie, - żeby część swej mądrości podarował wdowie; - przeczytałam dwa tomy prac jego nakładem, - trzeci czytać zaczynam, ale trudnym śladem-nie pójdę ani myślę webrnąć w bystrą rzekę:-za Chmielowskim Drużbacka niechaj nosi tekę!»
Nie była też wielbicielka Nowych Aten ani dziesiątą, ani w ogóle żadną Muzą: pewien przyrodzony talent miała niewątpliwie, ale wskutek braku gruntowniej-szego wykształcenia nie mogła go rozwinąć i uszlachetnić; jej fantazja, chociaż ciągle coś roiła, nie była wcale bujna, a i poczucie piękna, urobione nie na poetach wieku złotego, tylko na poezji wieku XVII, także nie było zbyt wielkie, czego dowodzą prócz wyrażeń rubasznych i trywialnych same już tytuły jej poematów, na przykład: Forteca od Boga wystawiona, piąci bram zamknięta, to jest dusza ludzka z piącią zmysłami. Pochwały więc współczesnych są przesadne, ale stwierdzają prawdę przysłowia: «Kiedy nie ma ryb, dobry i grzyb.>> Rzeczywiście: w porównaniu z dziwolągami wierszowanymi czasów saskich wiersze Drużbackiej posia­dają pewien wdzięk, a to głównie dzięki szczerości autorki, która wprawdzie ule­gając powszechnemu zepsuciu smaku pisała często nienaturalnie, ale się umyślnie na nienaturalność nie sadziła; stąd jej styl nie jest wprawdzie wykwintny, ale tei nie napuszony, a często nawet posiada miłą prostotę; słusznie powiedział jeden z pisarzów XVIII wieku, że Drużbacka «przyczynila się do ożywienia gustu w poezji», i ha tym właśnie polega jej stanowisko w historii literatury; jej wiersze są już zapowiedzią lepszych czasów. Ujmuje w niej także skromność, poczciwość, dobra wola i miłość ojczyzny; jeżeli pisała wiersze, to głównie dlatego, że pragnęła, aby pne, jak sama mówi, «zawstydzily - mylne mniemania o tych, co w Polszczę mieszkają, - że damy tylko kądziel, męże woły znaja». O rozgłos nie chodziło jej zupełnie, toteż sama nie ogłaszała swych utworów drukiem; wyręczył ją biskup Załuski, który wybrał z jej poezyj co lepsze i wydał pt. Zbiór rytmów duchownych, panegirycznych, moralnych i Światowych (1752).
Owocem pobożności Drużbackiej (która pod koniec życia zamieszkała w klasztorze) są wiersze i poematy religijne, na przykład o królu Dawidzie, o Marii Magdalenie, o diabłach szturmujących do owej «fortecy», «piaci bram zamknietej», itd. Utwory te nie posiadają wartości.
O wiele lepsze są wierszowane powieści fantastyczne, czyli romanie, zwłaszcza Fabuła o książęciu Adolfie, dziedzicu Roksolanii, którego Czas przez trzysta lat szukając znaleźć nie mógł; przypadkiem, powracając z wyspy szczęśliwości, od tegoż Czasu złapany, śmierci prawom zadosyćuczynić musiał, które dla wszystkich najdłużej żyjących ludzi postanowione. Jest to parafraza (przeróbka) wierszowana przekładu polskiego nowelki francuskiej pani d'Aulnoy. Adolf jest dziedzicem Roksolanii (tak nazywa Druźbacka Białą Ruś); kraj to dziki i barbarzyński, co nie przeszkadza, że młody książę jest tak wykształcony, iż «akademija w nim miała mieszkanie*; pragnie więc wyszukać sobie równie cywilizowaną małżonkę. Los mu sprzyja: raz na polowaniu zabłąkał się w puszczy i podczas burzy natrafił na jakąś jaskinię, która jak się okazało, była stolicą Eola, boga wiatrów. Jeden z wiatrów, Zefir, opowiada Adolfowi, że istnieje gdzieś na świecie jakaś wyspa szczęśliwości, gdzie panuje cudownej piękności bogini. Na prośbę Adolfa zanosi go Zefir na ową wyspę; roślinność tu wspaniała: cytryny, pomarańcze, kasztany, cyprysy, rozmaryny, róże, fiołki. Paw wskazuje Adolfowi drogę do pałacu «przepysznej struktury»: «...gdzie ma być kamień, tam dyjament siedzi, - szmaragd z rubinem w tafie układane, - nie widać nigdzie żelaza ni miedzi, - wszystko na szczerym złocie osadzane; - okna z kryształów, co je w skałach kopią, - drzwi hebanowe, jak zwierciadła czyste... na koniec, kto by chciał opisać piórem - tę doskonałość, co zamyka w sobie, - z zdumienia stać by się musiał marmurem.» Z okna pałacu wychyla się przez okno «jakaś młodziuchna panna» i spuszcza na ziemię koszyk, w który «ładna ogrodniczka* nakłada kwiatów; Adolf, otulony w «plaszcz nie­widomy*, wskoczył na koszyk kwiatami usłany*; ciągnie kosz dama, sznurowany wstęgą, - ciężar niezwykły z fatygą winduje*. Dostał się więc Adolf do pałacu i pojął za małżonkę jego właścicielkę, cudownej piękności boginię. Po trzystu latach szczęśliwego pożycia (które mu się wydały trzema tygodniami), zatęskniwszy do ojczyzny, zanosi prośbę do bogini, by mu pozwoliła odwiedzić kraj rodzinny; bogini, wydąsawszy się, zezwala. Wyjechał Adolf, ale po drodze spotkał jakiegoś starca (imieniem Czas), który go udusił. Stąd płynie sens moralny, że <nikt, póki żywy, nie bywa niezmiennie szczęśliwy*, taką to już bowiem naturę ma czło­wiek, że nie chce na swym szczęściu poprzestać i chociaż mu dobrze, «polepszenia szuka*.
W ogóle prawie wszystkie utwory Drużbackiej mają na celu zbudowanie czytelnika i ze wszystkich sama autorka wyprowadza naukę moralną. Ten cel pouczający widoczny jest na przykład w pisanym sestynami poemacie opisowym pt. Opisanie czterech części roku, który należy do najudatniejszych utworów Druż­backiej; tutaj to właśnie, jak mówi Krasicki, «osobliwie wydaje się żywość imaginacyi* poetki «i wdzięk wyrazów*. Myśl przewodnią poematu zawierają dwie pierwsze strofy:

Bogdajżeś przepadł w piekło z ateistą,
Ty, który mówisz, że Bóg nie jest Panem
Ni Stwórcą rzeczy! A któż oczywistą
Machinę świata oblał oceanem?
Kto słońce, miesiąc, planety w swym biegu
Komenderował, kto gwiazdy w szeregu?

Powiedz: kto słońcu wschód raimy naznaczył?
Kto czas wieczorny w zachodzie zamierzył?
Kto księżyc pełny w części przeinaczył?
Kto osiom mile gwiazdecznym wymierzył?
Kto Mleczną Drogę, kto czystą jutrzenkę,
Kto w świetną przybrał firmament sukienkę?

Tak więc prawidłowość «machiny świata* oraz piękność stworzenia przekonywa człowieka, że jest Bóg, który to wszystko stworzył: i tę właśnie wiarę pragnie wpoić autorka w serca swoich czytelników. W tym celu opisuje kolejno piękności natury na wiosnę, w lecie, na jesieni, w zimie, a przy sposobności - i zajęcia ludzkie w ka­żdej porze roku. Utwór ten jest nowością w poezji naszej jako pierwszy poemat opisowy, miejscami nie pozbawiony wdzięku, na przykład w opisie wiosny:

O, złoty wieku w postaci dziecinnej,
Wiosno wesoła! toć się pięknie śmiejesz.
Wszystko twej ujdzie płochości niewinnej,
Czy chłodem dmuchasz, czyli ciepłem grzejesz;
Wolnoć, jak dziecku dla swojej zabawki,
Dziś urodzone straszyć śniegiem trawki.

Przecie, choć straszysz, nie uczynisz szkody
Ni skrzepłym zimnem, ni przykrym gorącem:
Przyjemna pora, czas miły, czas młody,
Ma swą umowę z powietrzem i słońcem;
Wie, kiedy zagrzać, wie, kiedy ochłodzić,
Ma sposób starość orzeźwić, odmłodzić.

Zielone lasy w cieniach rozmaitych
Z pięknych kolorów liberyje mają:
Insze na brzozach, insze w gajach krytych,
Insze na drzewkach niskich gust wydają,
Insze na buku, grabinie i sośnie,
Insze na dębie, który sto lat rośnie...

Ptasząt rozlicznych głosy słychać w gajach,
Te gniazdo ścielą, te miejsca szukają,
Te już spokojne, co siedzą na jajach,  
Te zaś, choć ślepe, z domków wyglądają:
Temu miód niesie, muszkę, temu mrówkę,
To pyszczkiem prosi, to nachyla główkę...

Tu słowik wdzięczne przemiany w swym głosie
Posyła echu, które chętnie niesie 
Przyjemny koncert porankowej rosie:
Słychać go w łozach, słychać w ciemnym lesie;
A gdzie strumyczek szemrząc płynie wąski,
Pieszczę skrzydełka, skoczywszy z gałązki.

Lecz najlepszymi utworami Drużbackiej są satyry, bądź rozproszone po powieściach fantastycznych, w których Drużbacka na wzór romansów Potockiego przeplata opowiadanie różnymi uwagami, bądź stanowiące utwory samoistne. W satyrach gniewa się autorka na zbyt światowe życie zamożnego duchowieństwa, na młodzież polującą na posagi, lecz nade wszystko napada na różne wady i zdroż-ności dworów wielkopańskich, którym się własnymi oczami przyglądała, jako to na nieszczerość i przesadną grzeczność, na plotkarstwo i obmowy, a zwłaszcza na rozluźnienie obyczajów. Najudatniejszą jest satyra pt. Skargi kilku dam w spólnej kompanii będących, dla jakich racyj z mężami swoimi żyć nie chcą, będąca ciekawym świadectwem obyczajowym, a wymierzona przeciwko rozwodom, w dawnej Polsce rzadkim, lecz w XVIII wieku coraz to częstszym.

W pewnym ogrodzie, pomiędzy szpalery
W czas raimy chodząc, szeptałam pacierze;
Słucham ciekawie, że jakieś afery
Sekretne mają damy przy kwaterze;
Siedząc na darniu w figurę kanapy,
Coraz z tabakier zażywają rapy.

Nadstawiam ucha przez grabiny gęste,
Liście mnie swoim zasłoniło cieniem;
Widzę łzy z oczu, a wzdychania częste
Uważam i mam litość nad stworzeniem
Płci mojej: ledwie wraz z nimi nie kwilę,
Nie wiedząc, że to płaczą krokodyle.

Pierwsza zaczyna żal do męża prawić,
Że «jak smok siedzi na łańcuchu w domu;
Nic nie dba, bym się czym miała zabawić,
Sługi nie pytaj, zagrać nie masz komu
Ani takiego, żeby mnie zrozumiał,
W mądrych dyskursach rezonować umiał.

Jakże tu mieszkać z takim domatorem,
Co tylko wołom karmnym krzyżów maca,
Zboże na targi wyprawuje worem?
Prostych to osób z taką zrzędą praca!
Kafy1 w mym domu nie znajdzie trzech ziarnek:
Piwa mi z serem zagrzać każe garnek!»

Druga głos bierze: «Ach, miła sąsiadko!
Więcej ja cierpię z moim skąpcem męki;
Kaszki na wieczór nagotuję rzadko,
Kluczy zza pasa nie da mi do ręki.
Muszek, wstąg, szpilek z marsem kiedy kupi -
Jak z nim żyć, kiedy i skąpy, i głupi ?»

Od trzeciej skarga zachodzi osoby,
Mówiąc: «Fraszka to, godna śmiechu sprawa!
Mnie by zapłakać, gdy nie znam, co roby,
Sejmów nie widzę, nie wiem, gdzie Warszawa:
Choćby mi boków nastursano w ciżbie,
Byłem z raz była w senatorskiej izbie!

Nie wiem, co jest bal, asamble, reduty:
Mój mnie jegomość osadził przy kurach;
Paź do ogona ma łatane buty,
O blondynowych nie chce garniturach
Wiedzieć, żebym je mieć mogła na modę.
Otóż z tych racyj z gapiem się rozwiodę!»
....

Ostatnia mówi: «Ja się w wachlarzy ku
Pięknym kochała, gdzie minijatura
Postać Kupida niby w ołtarzyku
Wstawiła, co mu dać mogła natura,
Wszystko wyraźne w tak subtelnej sztuce
Było... A resztę dla żalu ukrócę!

Mój Satyr, wziąwszy wachlarz w grube ręce,
Jak jął wachlować, niby kowal miechem,
Nie uważając na członki chłopięce,
Rozumiał, że to z pachołkiem Wojciechem
Za pasy chodzi - złamał kość słoniową.
Rura!... Za rurę osądził wołową!

Ja, pełna będąc cholery i żalu,
Odjeżdżam z domu, porzuciwszy dzieci;
Na pożegnaniu powiem mu: „Brutalu!
Już z tobą żyję rok dziesiąty trzeci -
Dłużej nie myślę, intencji nie kryję:
Wiedz, w jakiej cenie są galanteryje!"»
.......

Milczałam dotąd, chcąc sekret zachować
Dla wstydu, żem też i ja białogłową;
Odtąd zaczynam mężatki rachować
Zamiast pięć panien głupich, co je zową
W Ewangelii, że w lampach nie miały
Oleju, od drzwi precz odejść musiały.
....

Jeśli dla racyj wyżej wyrażonych,
Kochane panie! szukacie rozwodu,
Nie miejcie za złe, że was, rozpuszczonych
W swywoli, sądzę: polskiemu narodu
Krzywdę czynicie, z siebie - śmiechy, żarty;
Honor wasz płacze, że goły, wytarty!
Czy słuszna, żeby Rzym, nuncyjaturę,
Konsystorz kłócić niegodziwą sprawą?
Bóg dobry, iże piorunową chmurę
Nie ześle, w piekło nie wyprawi nawą;
Przyjdzie kres, kiedy z życiem was rozwiedzie:
Będzie wiedziała każda, dokąd jedzie!...

Jak poezje Rzewuskiego i Drużbackiej są jakby zapowiedzią odradzania się piękna, tak ukazują się już pod koniec panowania Augusta II pisma prozą, będące już nie tylko zapowiedzią, ale objawem i dowodem odradzania się mądrości myśli. Tak na przykład wojewoda ruski Jan Stanisław Jabłonowski ogłosił pisemko pt. Skrupuł bez skrupułu w Polszczę albo oświecenie grzechów narodowi naszemu polskiemu zwyczajniej szych, a za grzechy nie miony ch. Traktat po prostu te grzechy roztrząsający, na rozdziały podzielony, przez pewnego Polaka tymiż grzechami grzesznego, ale żałującego, na poprawę swoje i ludzką podany (1730). Odsłania tutaj autor i piętnuje bez żadnego skrupułu różne grzechy, jakich się Polacy bez skru­pułu dopuszczają, jako to: kłamstwo i plotkarstwo, kradzież grosza publicznego, przekupstwa, nadużywanie liberum veto, próżniactwo, brak miłości ojczyzny i godności w wojsku itd. Słowem, jest ta książeczka bolesnym, ale zasłużonym rachunkiem sumienia narodowego.
Inny pisarz, bezimienny (jak się zdaje, Jan Lipski, podkanclerzy koronny), wydał broszurę pt. Wolność polska rozmową Polaka z Francuzem roztrząśniona (1732): Francuz usiłuje przekonać Polaka, że liberum veto jest szkodliwe i że iron dziedziczny jest lepszy od obieralnego. Tak więc nie brakło już ludzi, którzy zda­wali sobie jasno sprawę z tego, co się w Polsce dzieje.
A niebawem znaleźli się i tacy, którzy nie tylko widzieli złe, ale myśleli już o środkach zapobiegawczych, o lekarstwach. Takim lekarzem był pomiędzy innymi człowiek małej energii, ale dużego rozumu i rozległej wiedzy, znacznego doświad­czenia i złotego serca, szlachetny i mądry patriota, król Stanisław Leszczyński (1677-1766), który się, pozbawiony tronu polskiego, długo tułał po świecie, mieszkał w Luneville jako książę Lotaryngii, to we Francji jako teść króla Ludwika XV, a nigdzie i nigdzie o kraju rodzinnym nie zapomniał. Za granicą poznał urządzenia państwowe różnych krajów, przestawał też wiele z uczonymi ludźmi, znającymi się na sprawach państwa i piszącymi o nich, i coraz jaśniej rozumiał, że się w porów­naniu z innymi państwami w Polsce dzieje źle; więc pragnął ratować ojczyznę, pragnął wskazać jej drogę do naprawy i w tym to celu napisał najznakomitsze swe dzieło pt. Glos wolny, wolność ubezpieczający, które naprzód obiegło Polskę w od­pisach, a potem ukazało się (za granicą) w druku (1749).
Tego, że Polskę trzeba gruntownie przekształcić, zaprowadzić w niej tron dziedziczny, znieść liberum veto itd., nie rozumiał Leszczyński; a zresztą może i rozumiał, tylko nie chciał umyślnie swoich poglądów otwarcie wypowiadać, bo znając swój naród, bojący się jak ognia wszelkich nowości, wiedział, że projekty gruntownych zmian żadnego nie odniosą skutku: przecie szlachcicowi polskiemu nie tak łatwo było ćwieka z twardego łba wybić, że liberum veto jest nieodzownym warunkiem istnienia Polski. Oto dlaczego Leszczyński jest w swych projektach nieśmiały, a raczej ostrożny. Tak na przykład nie mówi, że trzeba znieść ze szczętem liberum veto, tylko radzi je, o ile możności, ograniczyć: jeżeli na przykład na sejmie zapadła jaka uchwała, to choćby potem sejm zerwano, uchwała powinna już obowiązywać. O zniesieniu wolnej elekcji nie myśli nawet Leszczyński: owszem, kocha ją i podziwia jako największy przywilej na świecie; ale, po pierwsze, doradza, by króla obierał nić ody naród szlachecki, tylko sejm - spośród kandydatów obra­nych na sejmikach, a po drugie, domaga się, aby cudzoziemców na tron nie powo­ływać.
Najwięcej jednak światła na rozum i szlachetność Leszczyńskiego rzuca to, co mówi o chłopach. Chociaż chłopi są wzgardą powszechną okryci, nie godzi się i nie wolno ich lekceważyć: przecie oni są karmicielami i podporą całego państwa, «oni ciężar podatków znoszą, oni wojska rekrutują, oni nas na ostatek we wszystkich pracach zastępują, tak dalece że gdyby chłopstwa nie było, musielibyśmy się sami stać rolnikami, i jeżeli kogo wynosząc mówiemy : pan z panów, słuszniej by mówić: pan z chłopów!». A za to wszystko jakąż mają chłopi nagrodę ? Taką, że jęczą w nie­woli u panów, co jest bezprawiem i pogwałceniem prawa bożego: «Nie wiem, jakim sumnieniem w państwie chrześcijańskim lud pospolity traktujemy jako niewolników, nie kontentując się tym, że są poddani... Pan Bóg człowiekowi sine distinctione1 kondycyi dał wolność: jakim prawem mu ją może kto odbierać ?» Nie dosyć na tym; niewola chłopów jest niepowetowaną szkodą dla państwa, bo niewola tłumi chęć do pracy i zmniejsza jej wydajność: «Jako wolność excitat generositatem animi, tak niewola generat gnuśną nikczemność, która się wydaje w pro­stocie naszego pospólstwa, nie myśli bowiem przy swej biedzie sposobić się do żadnej industryi w ekonomii ani do żadnych kunsztów w rzemiosłach; pracując ustawicznie pod kijem, nie robi nic z ochotą, będąc zwłaszcza pewien, że i to, co by zarobił, nie jego; i choćby który miał z natury jakie talenta, nie ma ani serca, ani czasu zażyć ich... w każdej akcyi przy wolności znajduje się ochota, przy ochocie emulacyja6, przy emulacyi doskonałość; dlatego też nie mamy ani manufaktur bogacących państwo, ani rzemiosł rozmaitych do powszechnego zażywania i wy­gody życia; trzeba to wszystko z cudzych krajów sprowadzić, siebie ubożąc.» Z tego zaś wyprowadza Leszczyński wniosek, że nie znosząc poddaństwa chłopów trzeba przynajmniej znieść ich niewolę, to jest znieść prawo o przykuciu chłopa do ziemi, dać mu na własność kawałek gruntu, z którego pan będzie czynsz pobierał, oraz pozwolić mu się odwoływać od sądu pańskiego do sądów wyższych. Jeden to z naj­mędrszych i najszlachetniejszych pomysłów całej literatury europejskiej w pierw­szej połowie XVIII wieku. Prawda, że już dawno domagał się tego samego Modrze­wski, ale wielka myśl jego poszła w zapomnienie, toteż niemałą jest zasługą Lesz­czyńskiego, że ją przypomniał.

Podobne prace

Do góry