Ocena brak

Literatura wieku XVII - zanikanie mądrości i piękna, styl barokowy

Autor /Saleta Dodano /04.10.2012

Literatura nasza w wieku XVII nie utrzymała się na tym wysokim poziomie, na jaki się wzniosła w stuleciu XVI: posiada wprawdzie utwory tak piękne jak poe­zje łacińskie Sarbiewskięgo, Sielanki Szymonowicza, Roksolanki Szymona Zimorowicza i Psalmodia Kochowskiego, tak kunsztowne jak liryki Jędrzeja Morsz­tyna, tak niepospolite jak kazania Birkowskiego, Wojna okocimska Potockiego i Pamiętniki Paska - a jednak, na ogół biorąc, jest od literatury wieku złotego znacz­nie niższa, traci bowiem stopniowo to, co w stuleciu XVI było główną jej ozdobą i chwałą: mądrość i szlachetność treści oraz piękno formy.

Ten zaś upadek literatury tłumaczy się upadkiem oświaty. W wieku XVI oświata była nie tylko wysoka, ale i szeroka: nie tylko szlachta, ale i mieszczanie garnęli się do nauki, uczyli się nawet i chłopi, czego najpiękniejszym dowodem - Janicki. Teraz chłopi, coraz to silniej uciskani, nie biorą udziału wżyciu umysłowym Polski, a miasta, coraz to więcej upadające - o wiele mniejszy niż dawniej. Szlachta zaś uczy się wprawdzie, ale już nie tak jak dawniej i nie tyle za granicą, jak w XVI stuleciu, ile w domu; w domu zaś mnożyły się szkoły, lecz nie odpowiadały swemu zadaniu, bo ani nie rozwijały umysłu, ani nie kształciły charakteru.
Najgorliwiej krzątali się około oświaty jezuici, których sprowadził był do Polski Hozjusz (jeszcze za Zygmunta Augusta) - do walki z reformacją. Za naj­skuteczniejszą broń do tej walki poczytywali oświatę, zakładali więc szkoły w Ko­ronie i na Litwie i szybko umieli sobie zjednać zaufanie ogółu, i to nie tylko schle­bianiem szlachcie i podbijaniem bębenka magnatom, ale także rygorem szkolnym i systematycznością nauki. Czegóż jezuici uczyli? Głównie troszczyli się o to, aby uczniowie byli prawowiernymi katolikami: osiągali ten cel w zupełności, ale jednocześnie zatruwali serca duchem fanatyzmu, nietolerancji, nienawiści wzglę­dem wszystkiego, co niekatolickie; a i umysłów nie rozwijali, owszem, ogłupiali je raczej, bo poza religią i dewocją uczyli prawie wyłącznie łaciny: znajomość gra­matyki łacińskiej (według osławionego podręcznika jezuity hiszpańskiego Alwara) i kilku autorów rzymskich (mocno okrojonych), rozmowy i dysputy łacińskie, wy­głaszanie szumnych a głupich oracji łacińskich, zwłaszcza panegirycznych, to jest schlebiających komu się tylko dało, oraz deklamowanie poezji łacińskich, które musieli wysmażać sami uczniowie według gotowych recept - oto główny zakres nauki w szkołach jezuickich. Były wprawdzie jeszcze inne szkoły, zakonne i niezakonne, i one jednak nie krzewiły rzetelnej nauki, ponieważ pragnąc współza­wodniczyć ze szkołami jezuickimi, tak samo jak one dbały nade wszystko o prawo-wierność katolicką i naukę łaciny. Wychodziła tedy ze szkół młodzież z ciasnym  poglądem na Boga, świat i ludzi: wierzyła, że Bóg jest tak dobry, iż nie dopuści upadku Polski; nie rozumiała, że Bóg wtedy tylko ludziom pomaga, kiedy oni sobie sami pomagają; myślała, że kto mnie paplać po łacinie (a jaka to była łacina, Boże się zmiłuj!), ten już rozumy całego świata pojadł; wynosiła ze szkoły nienawiść różnowierców, a nadto przewrotny pogląd na tak zwaną równość szlachecką, gło­szący, że skoro szlachcic szlachcicowi równy, więc szlachcic nie ma obowiązku słuchać szlachcica, choćby ten był wojewodą: przecie szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie, a i królem dzięki zasadzie obieralności każdy szlachcic urodzony mo­że zostać! I jakże wobec tego szlachcic miał szanować władzę?
Lecz opłakany stan szkolnictwa to nie jedyna przyczyna upadku oświaty, a zatem i literatury; przecie i w XVI wieku szkoły krajowe nie stały wysoko, a jed­nak społeczeństwo było oświecone. Dlaczego? Dlatego, po pierwsze, że oświecać się miało ochotę, a po drugie, że sprzyjało temu samo życie, polityczne i religijne. W wieku XVII tymczasem ochota do nauki znikła, ale bo też inaczej, smutniej płynęło życie.
Dawniej rwała się szlachta do oświaty, rozumiejąc, że bez niej nie wywalczy sobie tego, do czego dążyła - wolności politycznej. Celu dopięła: złota wolność, okupiona niewolą chłopów, upadkiem miast, uszczupleniem władzy i powagi kró­lewskiej, stała się rzeczywistością; więc po co i na co wysilać sobie głowę nad na­prawą Rzeczypospolitej, kiedy lepiej już być nie może? Pozostaje jedno: dopilno­wać, aby wszystko zostało po staremu, aby złota wolność nie uciekła! Że ona wprost do niewoli prowadzi, tego nie rozumiała szlachta; że jest nierządem, rozumiała, ale wierzyła w potworną zasadę: «Nierządem stoi Polska.» Toteż dzieje wewnętrzne Polski XVII wieku to dzieje nierządu. Rokosz Zebrzydowskiego do reszty osłabił władzę i powagę królewską. Magnaci coraz to więcej «kurczyli miłość ojczyzny w swoich domach i pojedynkowych pożytkach»; kurczyli ją i ci, co za Zygmunta III prowadzili na własną rękę wojny z Moskwą i Wołoszą, i Jeremi Wiśniowiecki, który samowolnie zerwał rozejm z Kozakami, i stokroć gorsi od nich jawni zdrajcy: Hieronim Radziejowski, Krzysztof Opaliński, Janusz Radziwiłł, Jerzy Lubomirski. A głupia szlachta dała się za nos wodzić tym i innym «królikom», którzy bałamucili ją, przekładając, że największym wrogiem złotej wolności jest król. Toteż jak ognia bała się szlachta wszelkich pomysłów i zamiarów królewskich, a unicestwić je było nietrudno wobec zasady jednomyślności sejmowej; ta zaś w roku 1651 przybrała postać liberum veto, które wprawdzie nigdy nie było prawem, ale które się stało obowiązującym zwyczajem; a nadto było w mniemaniu szlachty najpewniejszą rękojmią złotej wolności; wobec tego o poprawie Rzeczypospolitej nie mogło być mowy: w drugiej połowie XVII wieku zerwano siedemnaście sejmów! Straszne ciosy godzące w Polskę-wojny kozackie, moskiewskie, szwedzkie - otrzeźwiły szlachtę, ale tylko na chwilę; zaczęła już myśleć o poprawie skołatanej ojczyzny, ale zamiary te unicestwił rokosz Lubomirskiego, rokosz, w którym brały udział całe stada szlacheckie - nie ze złej woli, lecz w przekonaniu, że walczą w obronie wolności. Nie mniej dobitnie świadczy o zupełnym ogłupieniu politycznym szlachty wyniesienie na tron takiej nicości, jaką był Michał Wiśniowiecki. Świetne zwycięstwa Sobieskiego-hetmana pod Chocimiem i Sobieskiego-króla pod Wiedniem nie oca­liły Polski od upadku: były to już ostatnie błyski zachodzącego słońca; Rzeczpospo­lita leciała w przepaść - nie dla braku męstwa, tylko dla nierządu.
Jak życie polityczne, tak i religijne smutny przedstawia widok. Katolicyzm zwyciężył już w ostatniej ćwierci XVI stulecia, lecz jednym z objawów jego zwy  cięstwa staje się nietolerancja, która w XVII stuleciu święci swoje straszne triumfy w całej Europie zachodniej - jest to przecie wiek wojny trzydziestoletniej. Zyg­munt III nie uszanował konfederacji warszawskiej z roku 1573, zapewniającej dysydentom swobodę wyznania i równouprawnienie polityczne: na burzenie kościo­łów ewangelickich przez sfanatyzowane tłumy spoglądał przez palce i jak mógł, tak nie dopuszczał protestantów i kalwinów do urzędu. Ze szczególną jednak za|J wziętością zwrócono się przeciwko arianom; za Jana Kazimierza zapadła na sejmie uchwała (1658) wydalająca ich z granic Polski. Względem unitów i dyzunitów (to jest tych prawosławnych, którzy nie przyjęli unii brzeskiej z roku 1596) także nie było tolerancji, skoro na przykład ani biskupom unickim, ani archijerejom prawosławnym nie dano krzeseł w senacie; ta zaś nietolerancja w połączeniu z ucis­kiem ludu na Rusi doprowadziła do straszliwych wojen kozackich. Wreszcie nie­tolerancja doszła do tego, że szlachcicowi Łyszczyńskiemu wytoczono proces o ate*J izm i sejm skazał go na spalenie żywcem (1689). (W ostatniej dopiero chwili, kiedy skazańca po wyrwaniu mu języka i ucięciu prawej ręki miano wrzucić do ognia, ulitował się nad nim Sobieski i kazał go ściąć, tak że spalono już trupa.) Był to zresztą wypadek odosobniony; i w ogóle nietolerancja religijna w Polsce była sto­kroć mniejsza niż w Europie zachodniej, na przykład w Państwie Kościelnym albo w Hiszpanii.
Współcześnie z zanikiem tolerancji religijnej i z wzrastającym ogłupieniem politycznym szlachty nikła wolność myśli i słowa w ogóle: z jednej strony ducho­wieństwo tępiło pisma, które się sprzeciwiały nauce Kościoła i zasadom moral­ności, i wydawało tak zwane indeksy (spisy) książek zakazanych, a z drugiej - szlach­ta coraz to krzywiej patrzała na śmiałków, którzy się ważyli dowodzić, że złota wolność prowadzi Polskę do zguby. Krzywo patrzyli na takich śmiałków i jezuici, schlebiający szlachcie, czego jaskrawym dowodem jest na przykład to, że kiedy w roku 1610 Skarga wydawał na nowo swoje Kazania sejmowe, nie pozwolili mu na przedruk kazania o monarchii, w którym złotą wolność nazywa piekielną!
Tak więc w wieku XVII zanikły te dwa czynniki, które w XVI były tak j potężnymi pobudkami i dźwigniami oświaty. Zadowolona z siebie i złotej wolności, nie przeczuwająca nieszczęścia, przekonana, że «jakoś to będzie» - straciła szlachta ochotę do nauki: uczyła się wprawdzie, ale głównie dlatego, że taki był już zwyczaj, że tak wypadało... tego zaś, że postęp umysłowy jest jednym z głównych warunków potęgi narodu i państwa, już nie rozumiała. W wieku XVI uniwersytety zagraniczne  roiły się od Polaków; teraz młodzież szlachecka prawie nie myśli o kształceniu się i
za granicą; za granicę wyjeżdżają niemal wyłącznie magnaci, i to nie tyle dla nauki, ile raczej dla przetarcia się po świecie; ogół zaś szlachty, nieczuły na to, co się na szerokim świecie dzieje, najczęściej poprzestawał na tym, co dom dawał, a dom da­wał tak mało! Nieuniknionym zaś następstwem tego zadomowienia było zerwanie związku pomiędzy umysłowością zachodnioeuropejską a polską, które było dla kultury polskiej straszliwszą jeszcze klęską niż ciągłe wojny; Europa zachodnia, z Anglią i Francją na czele, szła naprzód, Polska stała w miejscu, a w drugiej poło­wie XVII wieku i w pierwszej XVIII cofała się nawet; po stu latach dopiero zaczęła Europę gonić, ale już nie dogoniła, podobna do owego lekkomyślnego zająca z bajki, co to spał spokojnie, a kiedy się ocknął, to nie dogonił nawet... żółwia.

 «Taki wieszcz, jaki słuchacz» - mówi Mickiewicz; taka literatura, jaka oświata. Społeczeństwo było ciemne i traciło upodobanie w książkach mądrych i poważnych, toteż ukazywało się ich coraz mniej. I teraz nie brakło wprawdzie ludzi, którzy zdając sobie sprawę, na co się zanosi, cięli szlachcie gorzką prawdę w oczy (na przy­kład Starowolski albo Opalińscy); ale w drugiej połowie XVII wieku takich lu­dzi było już mało, a nadto widząc, że ogół zatyka sobie uszy na słowa prawdy i że w ogóle nie lubi rzeczy poważnych, nie ogłaszali ci ludzie swoich pism drukiem; takim na przykład był Wacław Potocki. Otóż jest to niezmiernie ciekawy (a zara­zem smutny) objaw umysłowości polskiej XVII wieku, że najpiękniejsze utwory literatury często spoczywały w rękopismach; w druku ukazują się dopiero w XIX i w XX wieku dzięki gorliwości uczonych badaczów. Tak na przykład Zbigniew Morsztyn, arianin, napisał po wypędzeniu arian z Polski rzewną Pieśń w ucisku:

Obrońco uciśnionych, Boże litościwy!
Usłysz krzyk sierot Twoich, usłysz płacz rzewliwy!
Ciężka krzywda, o Boże!
Ty na Twojej ziemi Wszystkich cierpisz;
Twe słońce promieńmi jasnemi
Złych i dobrych oświeca,
Twój deszcz kropi ziemię
Złych i dobrych pospołu: a tu ludzkie plemię,
Samo na się zajadłe ciężko, następuje
Na swych bliźnich i z Twojej ziemie ich ruguje,
Którąś przestronną stworzył, a my nie możemy
W niej żyć, choć że i dla nas stworzona jest, wiemy.
Ty, zdawszy rządy królom, wielowładny Panie,
Nad sercem i sumnieniem ludzkim panowanie
Sameś sobie zostawił, aleć się wdzierają
W Twe prawa i gwałtem je ludzie odbierają...

Jedna to z najdrogocenniejszych perełek liryki staropolskiej, ale drukiem ogłoszono ją dopiero za naszych czasów - w wieku XVII szlachta ryknęłaby z pew­nością na heretyka, który śmiał się za heretykami ujmować. I takich przykładów można by przytoczyć mnóstwo; a tak szlachetne uczucia i mądre myśli musiały się ukrywać i tym sposobem nie mogły oddziaływać na opinię publiczną.

Coraz częściej za to ukazywały się stare powieści średniowieczne, o Aleksan­drze Wielkim, o siedmiu mędrcach, o pięknej Meluzynie itp., oraz powieści nowe, fantastyczne, tak zwane romanie, po większej części przerabiane lub tłumaczone z literatury obcej, wierszem i prozą, nieraz plotące troje niewidy, pełne dziwacznych pomysłów i banialuk, na przykład o królewnie Banialuce albo o «Strasznym bo-haterze», który bywał na bankietach u «Neptuna, boga morskiego» i u «Marsa, boga wojennego», śniadanie jadał u «pana Słońca», z którym był «w bardzo dobrej przy­jaźni i konfidencyjej wielkiej», a raz nawet «na chrzcinach Jowiszowych kumem Saturna został».
Ukazywało się równie co niemiara panegiryków, to jest wierszydeł i mów pochwalnych, polskich i łacińskich, wygłaszanych przez księży i nieksięży na chrzci­nach i pogrzebach, na zaręczynach i weselach, przy uroczystych wjazdach króla i dostojników do miast, słowem, przy każdej sposobności; wynoszono pod nie­biosa nieboszczyków, choćby ci żadnej zasługi nie położyli, wielbiono ich cnoty, choćby nawet byli wierutnymi łotrami; palono kadzidła na cześć żywych i odurzała się nimi szlachta i magnaci, coraz to więcej z siebie zadowoleni, tym więcej sprag­nieni pochwał i pochlebstwa, im mniej na nie zasługiwali. Ten głupi zwyczaj wtargnął nawet do wymowy sejmowej: pochlebiano sobie nawzajem zamiast ra­dzić o ratowaniu ojczyzny. Wprawdzie panegiryki istniały już w wieku XVI, ale było ich stosunkowo mało; w XVII tymczasem zachwaściły literaturę.
Lecz lwią część literatury XVII wieku stanowią pisma religijne i ascety­czne: żywoty świętych, modlitewniki, pobożne ćwiczenia duchowne i rozmy­ślania, wiersze na cześć Matki Boskiej i świętych oraz całe stosy kazań, które często bywały albo tak mądre, że słuchacze ich nie rozumieli, albo tak głupie, że zamiast budować słuchaczów bawiły ich tylko, a czasem nawet gorszyły. Ulatywał z kaznodziejstwa XVII wieku mądry i szlachetny duch obywatelski, który oży­wiał kazania Skargi; kaznodzieje oburzają się wprawdzie po dawnemu na zepsucie obyczajów, na pijaństwo i zbytki, na ucisk ludu wiejskiego, ale jednocześnie schle­biają często szlachcie i uczą ją, że ze wszystkich narodów Pan Bóg najbardziej umiłował, sobie Polskę, że Najświętsza Panna opiekuje się szczególnie Polską, jako jej królowa, której się można najlepiej przypodobać bijąc Turków i here­tyków, bo oni Przenajświętszej Panience dyzgusta czynią». A naród wierzył tym bredniom, wierzył, że jest narodem wybranym, że rząd polski jest najlepszym na całym świecie. I jak nie miał wierzyć, kiedy w tym przekonaniu utwierdzali go i pisarze świeccy, taki Fredro na przykład, który dowodził, że Polska poty będzie potężna, póki istnieje liberum veto! Otóż obniżanie się poziomu myśli, zanikanie mądrości i ducha obywatelskiego to pierwsza główna cecha literatury naszej XVII stulecia, cecha treści.
A drugą, cechą formy, jest zanikanie piękna, czyli zepsucie smaku estetycz­nego. Uwydatniło Się ono pomiędzy innymi w tym, że bardzo często zatracano poczucie różnicy pomiędzy prozą a poezją. Niektórzy na przykład pisarze, nie rozumiejąc, że nie każdy przedmiot nadaje się do poezji, pisali rozprawy polity­czne i moralne oraz dzieła historyczne albo opisy podróży - wierszem, w tym miłym złudzeniu, że to poezja. Inni, zwłaszcza mało wykształceni, zatracili poczucie między mową potoczną a stylem literackim; ponieważ zaś mowa potoczna szlachty zarówno, jak mieszczaństwa polskiego w XVII wieku nie grzeszyła ele­gancją, więc i w piśmie nie stronili bynajmniej od wyrażeń nadto pospolitych, często rubasznych, jeszcze rubaszniejszych od wyrażeń Reja. Ogromna jednak większość pisarzów XVII wieku, bardziej wykształconych, im dalej w czas, tym głębiej wpadała w drugą ostateczność: zarówno poeci, jak prozaicy coraz mniej rozumieli tę prawdę, że najwyższe nawet piękno nie unika, tylko, przeciwnie, szuka prostoty i naturalności. Najwspanialszym dowodem tej prawdy jest poezja Mickiewicza i proza Sienkiewicza; a i w XVI wieku świadczy o tym bardzo wy­mownie oprócz poezji Kochanowskiego proza Orzechowskiego, Górnickiego, Bazylika, a nade wszystko Skargi. Tymczasem w wieku XVII niemal większość pisarzów, w słusznym przekonaniu, że się język literacki powinien szlachetnością i ozdobnością różnić od mowy potocznej, przesadzała w ozdobności, przez co wpadała w nadmierną sztuczność stylu, która dzisiaj wydaje się nam to niesmaczną, to śmieszną, ale która wówczas bardzo się ludziom podobała - wi­docznie znudziła się im prostota. I właśnie nadmierna sztuczność stylu jest naj­ważniejszym objawem zepsucia smaku estetycznego i znamienną cechą literatury naszej w XVII wieku: panuje w niej tak zwany styl barokowy.
Pierwsze jego ślady są już w wieku XVI, i to nawet u bardzo znakomitych pisarzów: poezja Szarzyńskiego przy całej swojej piękności nie ma już tego wdzięku prostoty, którą jaśnieje poezja Kochanowskiego. Nawet w pismach Skargi trafiają się wyrażenia przeładowane ozdobnością, na przykład: «Bez miłosierdzia cnoty inne są jako dom bez jednej ściany, ptak bez jednego skrzydła, potrawa bez soli, mowa bez prawdy, wiara bez uczynków»; są i takie sztuczne metafory jak: «niech się zatrzęsie ziemia serca mego, na Mękę Twoje [Chrystusa] patrząc», albo: «ruszyć się sam nie mogę z tego dołu upadku grzechów moich, jeśli... na konia łaski Twej [Chrystusa] wsadzony nie będę»; jest i taka przestroga, żeby na «oziębłość, nikczemność i ziewanie flegmatyckie katolików niektórych* częściej używać «musztardy Królestwa Bożego»(!!).
Co w XVI wieku było tylko wyjątkiem, to w XVII stało się regułą, którą już w szkołach, zwłaszcza jezuickich, wbijano w młode głowy: pamiętajcie, oślęta, że głównym celem wymowy, poezji i w ogóle literatury jest przemawiać nie tyle do umysłu i do serca, ile do wyobraźni, nie wzruszać, tylko zadziwiać, olśniewać czymś nie­zwykłym. Otóż cel ten osiągano za pomocą sztucznego stylu. W imię tej reguły, zamiast nazywać rzeczy po imieniu uciekano się do omówień, czyli peryfraz: za­miast na przykład «człowiek cnotliwy» pisano «ekonom Męki Jezusowej» albo ((nie­bieskiej sławy faktor»; zamiast «oczy» -«okna ciała, przez które dusza łzami się po-kazuje»; zamiast człowieka dawno śmierć zabrała» - «człowiekowi śmierć przed laty dotrzęsła zegarka»; zamiast «głowa» - «przybytek miłego dowcipu»; zamiast «grzmią działa» - «odlewani z miedzi ryczą smocy». Ulubionym środkipm omó­wień była mitologia; chwytali go się już wprawdzie pisarze XVI stulecia, i to nie tylko taki Stryjkowski albo Klonowicz, ale i sam Kochanowski; lecz w wieku XVII przebierano wszelką miarę; pisano na przykład: «Sarmackiego Marsa krwawe dzieje» (zamiast: wojny polskie); «otchnął Mars popędliwy i wściekłe Gorgony-pod się padalcorode wtuliły ogony» (zamiast: pokój zakrólował); «na nogi wstanie długie swoje Oryjon i zapieje kur spod strzechy» (zamiast: słońce wstało); «namdlały koła Tytanowe» (zamiast: upał zelżał). Lecz głównym polem, na którym się popisywa­no szumnymi peryfrazami, były tytuły książek, na przykład: Trąby żałości (mowa pogrzebowa); Prowijant duchowy na drogi kalwaryjskie (rozmyślania wielkopostne); Purpura zbawienna kaznodziejskim stylem ufryzowana (kazania o zbawieniu); Ogród, ale nie plewiony, bróg, ale co krok to inszego zboża, kram rozlicznego gatunku (wier­sze różne) itp.
Lubowano się także w jaskrawych przeciwieństwach (antytezach), w wy­olbrzymionych przesadniach (hiperbolach) i zbyt dalekich przenośniach (meta­forach): «Bez ciebie mi mrok padnie, choć w samo południe,'- a z tobą o północy słońce wstaje cudnie», mówi pewien poeta do swej kochanki; zapewnia ją, że kona od jej śmiechu, a zmartwychwstaje od płaczu, wyrzuca jej, że «piołunem ma serce, a nektarem usta»; inny poeta skarży się, że miłość rozżarzyła w jego sercu tak wielki ogień, że na jego zagaszenie nie wystarczy całego oceanu. Jeszcze inny, mówiąc o miłosierdziu bożym i o tęczy po potopie, posługuje się taką metaforą, że Pan Bóg «ujął gniew sprawiedliwy przez niebo popręgiem [to jest, że niby osiodłał konia swego gniewu] i wiecznie malowaną zawiązał obręczą swój arsenał». Sadzono się na tak dziwaczne pomysły (koncepty), jak ten na przykład, że kaznodzieja ofiaruje pobożnym słuchaczom na gwiazdkę różne kokoszki, albo ten, że zakochany poeta podobny jest do smolnego łuczywa. Często unikano naturalnego szyku wyrazów i posługiwano się przekładniami, nieraz tak zawikłanymi, że aby zrozumieć, o co chodzi, trzeba sobie nasamprzód «zrobić konstrukcję»; oto jeden na przykład po­eta skarży się, że po śmierci żony i dzieci nic mu nie pozostaje, tylko «żebym pisał nagrobki w moim domu pustem - rzewnych łez, które z oczu płyną, inkaustem)); in­ny tak buduje zdanie: «Noc tę miała - spokojniejszą nad inne i aż do dnia spała -smaczno bardzo białego.» Lubiono także dla wyrażenia najprostszej myśli posłu­giwać się całym arsenałem wyrazów i obrazów; oto na przykład jak pewien poeta (Jędrzej Morsztyn) opisuje swój Stan opłakany (to jest miłość bez wzajemności): «moje życie» jest «żałości pełne, ciemnością nakryte, - głodne pokoju i w troski uwite, - skąpane we łzach, stałe w złym humorze, - przykrsze niżli noc, burzliwsze niż morze, - ognia gorętsze, chłodniejsze niż mrozy, - słabsze niż plewy, krętsze niż powrozy, - biedniejsze niż ptak, jako żółw leniwe, - spokojne jak wiatr albo srebro żywe». Ta gadanina zaraziła nie tylko poezję, ale i prozę: i w niej na poparcie jakiejś myśli przytaczano całe mnóstwo przykładów i sentencji, żeby olśnić czytelnika uczonością.
Wszystkie te znamiona stylu można sprowadzić do wspólnego mianownika: jest nim brak prostoty i naturalności. I bardzo ciekawą jest rzeczą, że prosta i na­turalna poezja Kochanowskiego przestała ludziom smakować; w pierwszej ćwier­ci XVII wieku ukazały się jeszcze trzy wydania zbiorowe jego poezyj, ale w drugiej -już tylko dwa; wydanie z roku 1639 było ostatnim w XVII wieku; na nowe wy­danie trzeba było czekać... aż do czasów Stanisława Augusta!

Autorów rzymskich czytuje się po dawnemu w szkołach, językiem wykła­dowym jest po dawnemu łacina, więc jej znajomość jest wśród szlachty równie pow­szechna, a nawet powszechniejsza niż dawniej; cóż z tego, kiedy w miarę zanika­nia ochoty do nauki mija i ten zapał do starożytności, jakim się odznaczali nasi hu­maniści XVI wieku; toteż znajomość literatury rzymskiej staje się coraz powierz-chowniejsza, a greckiej nie zna już prawie nikt! Na początku XVII wieku byli jesz­cze prawdziwi humaniści, którzy znali wybornie literaturę starożytną i kształcili sobie na niej poczucie piękna (takim był nade wszystko Szymonowicz), ale później już ich nie ma. Nie dosyć na tym; kiedy humaniści XVI wieku zachwycali się naj­znakomitszymi pisarzami rzymskimi: Wirgiliuszem, Horacym, Cyceronem, Ce­zarem, pisarze nasi XVII wieku woleli od nich takich autorów, jak Lukan, Marcja-lis, Seneka (filozof), Kwintylian, to jest autorów z epoki, w której się smak estetycz­ny zaczął już psuć; wpływ tych autorów przyczynił się w niemałej mierze do zepsu­cia smaku u nas.
Inną zaś przyczyną był przykład literatury włoskiej, która zaczęła się psuć już w drugiej połowie XVI stulecia, a którą znali i naśladowali pisarze z możnych rodów często bawiący za granicą, po części zaś i pisarze ze szlachty przebywający na dworach możnowładców. Ukochanym poetą włoskim był u nas Marino (1569-1625), autor poematu Adonis (o Wenerze i Adonisie) i wielu poezji lirycznych.
Jak styl, tak i język uległ w XVII wieku zepsuciu: już w wieku XVI zaczął się zwyczaj przeplatania mowy polskiej wyrazami i całymi zdaniami łacińskimi; w XVII wieku tak zwane makaronizmy utrwaliły się i zagęściły niepomiernie zarówno w mowie potocznej, jak i w niektórych gałęziach prozy (w panegirykach i w ogóle w wymowie świeckiej, w broszurach politycznych, w listach, w pamiętnikach); poezja i wymowa kościelna są po większej części od niej wolne. Oprócz makaro­nizmów szpecono mowę ojczystą innymi jeszcze wyrazami cudzoziemskimi, zwłasz­cza włoskimi. W ogóle język literacki XVII wieku, chociaż nieraz przewyższa język wieku XVI dosadnością zwrotów i bogactwem słownika, nie może się z nim, na ogół biorąc, nawet równać pod względem czystości i szlachetności.
Lecz nie o same tylko straty przyprawił naszą literaturę XVII wieku styl barokowy; pomimo zepsucia smaku estetycznego poczyniła literatura nowe zdo­bycze, i to w dziedzinie nie tylko formy, ale i treści.
Żeby olśnić czytelnika, pisarze tego stulecia często wprawdzie przebierają miarę w ozdobach stylowych, tak że forma ich utworów (inaczej niż w XVI wieku) ma nieraz przytłaczającą przewagę nad treścią, jak na przykład w przytoczonym wierszyku Jędrzeja Morsztyna; jednak dzięki pogoni za ozdobnością stylu udosko­nalały się sposoby wyrażania pomysłów, czyli, innymi słowy, rozwijała się tak zwana technika pisarska; tak na przykład w dziedzinie poezji przybyło całe mnóstwo nie znanych poetom XVI wieku strof; w poezji Szymona Zimorowicza ich bogactwo jest wręcz olśniewające. Nie dosyć na tym: styl staje się w XVII wieku bardziej malowniczym niż w XVI. Opisy natury są i częstsze, i o wiele bogatsze w wyrazy oznaczające barwy, światła i cienie; a prócz opisów natury są w poematach his­torycznych i powieściach fantastycznych opisy błyszczących gmachów tudzież różnych jaśniejących przepychem uroczystości, a także krwawych i wrzaskliwych bitew, których opis wymagał wyrazów oznaczających dźwięki i ruchy. Słowem, styl bardzo się wzbogacił; z czasem (ale dopiero w XVIII i XIX wieku) zepsucie stylu zniknie, lecz nowe jego nabytki pozostaną już na zawsze. Pozostaną i nowe nabytki treści. Literatura jest w XVII wieku wierniejszym zwierciadłem życia społeczeństwa aniżeli w wieku XVI, kiedy to pisarze kreślili wprawdzie obrazki wprost z życia wzięte (zwłaszcza Rej), ale daleko częściej, przejęci szlachetnym du­chem obywatelskim, uczyli, jakim życie być powinno. Wprawdzie i wśród pisarzów wieku XVII nie braknie takich nauczycieli (na przykład Starowolski), ale o wiele więcej niż dawniej jest pisarzów takich, którzy opisują życie narodowe nie, jakim ono być powinno, ale jakim rzeczywiście było. Epika historyczna jest bez porówna­nia bogatsza; w wieku XVI nawet Kochanowski, chociaż tak gorąco pragnął wy­śpiewać życie narodu, nie zdobył się jednak na większy poemat epicki; teraz zaś ukazuje się mnóstwo drobnych wierszy i ogromnych poematów o wypadkach dziejowych, zwłaszcza o wojnach z Turkami, Kozakami, Szwedami i Moskwą. Ta epika, której najpiękniejszą ozdobą jest Wojna okocimska Potockiego, stanowi główną chwałę poezji XVII wieku. Bujnie także zakwitła poezja obyczajowa (i to nie tylko szlachecka, ale i mieszczańska) tudzież satyra i sielanka. Epika religijna, w XVI wieku bardzo jeszcze uboga, w XVII rozwinęła się bujnie; składają się na nią nie tylko utwory drobne (w rodzaju Zuzanny Kochanowskiego), ale i wielkie poematy, opiewające na podstawie Pisma świętego życie Pana Jezusa, czyli tak zwane mesjady; najlepszą napisał ksiądz Walenty Odymalski (któremu przypisano także autorstwo udatnego miejscami poematu Oblężenie Jasnej Góry).
W ogóle literatura XVII wieku, mądrością i pięknem od literatury wieku zło­tego bez porównania niższa, jest od niej różnorodniejsza, bogatsza nie tylko w rodza­je literackie, ale i w treść. Odbiło się w niej życie owoczesnej Polski zarówno publicz­ne, jak domowe ze wszystkimi swymi wadami i zaletami; nade wszystko odzwier­ciedlił się w niej duch pobożności, często niestety skażony bigoterią i nietoleran­cją, oraz wspaniały duch rycerski, który mimo wszystko wstępował w naród, ile­kroć ojczyzna była w niebezpieczeństwie: jest wprawdzie w historii naszej XVII wieku hańba piławiecka, ale są także dwie wojny chocimskie, jest śmierć Żółkiew­skiego pod Cecora, jest Częstochowa i Wiedeń.
Nie dosyć na tym. Coraz większą rolę odgrywa w literaturze pierwiastek osobisty: o sobie, o swoich własnych uczuciach i przygodach ludzie piszą teraz da­leko więcej niż dawniej, a stąd, z jednej strony, rozwija się pamiętnikarstwo, na którego czele stoją pamiętniki Paska, a z drugiej — poezja liryczna, zwłaszcza mi­łosna, patriotyczna i religijna; tak szczegółowej spowiedzi poety ze swego życia, ze swoich myśli i uczuć, jaką jest Psalmodia Kochowskiego, a po części także liryka religijna Lubomirskiego, nie znała poezja XVI wieku.

Podobne prace

Do góry