Ocena brak

Literatura polska XV wieku

Autor /Saleta Dodano /18.09.2012

Rozkwit Akademii Krakowskiej. Początki humanizmu

Wiek XV to epoka największej potęgi państwa polskiego. Ślub Jagiełły z Jadwigą i ślub Litwy z Polską, zawarty przy końcu wieku XIV, teraz dopiero wydał owoce: dnia 15 lipca roku 1410 na polach Grunwaldu i Tannenberga połączone wojska polskie i litewskie zadały straszliwą klęskę śmiertelnemu wrogowi Polski i Litwy, zakonowi krzyżackiemu. Za Kazimierza Jagiellończyka wybuchła nowa wojna z Krzyżakami; w roku 1466 stanął pokój toruński, mocą którego Polska posiadła ujście Wisły i brzegi Bałtyku. Od tej chwili staje się Polska jednym z najpotężniejszych państw na świecie. Kraje sąsiednie ubiegają się o jej łaskę i przyjaźń, miasta niemieckie same błagają króla polskiego, by je w swoje poddaństwo przyjąć raczył; dynastia Jagiellonów, opromieniona bohaterską śmiercią króla Władysława pod Warną, zasiada na tronach czeskim i węgierskim; rozkwita gospodarstwo i handel zbożem (dzięki posiadaniu brzegów Morza Bałtyckiego), mnożą się bogactwa, wzrasta dobrobyt.

Jednocześnie zachodzą w wieku XV bardzo ważne zmiany w ustroju państwa polskiego. Niegdyś w Polsce książę miał władzę nieograniczoną, a później wielki wpływ na rządy wywierało duchowieństwo; teraz i stan świecki domaga się udziału w rządach. Już w XIV stuleciu, za panowania Ludwika Węgierskiego, szlachta wywalczyła sobie ważne przywileje (układ koszycki z roku 1374); po śmierci Ludwika możni panowie, korzystając z bezkrólewia, zaczęli sami rządzić państwem, a za panowania Jagiełły ich udział w rządach ciągle się wzmagał. Otóż za przykładem możnowładców poszła i szlachta, która uświadamiając sobie coraz to lepiej swoją potęgę domagała się od Kazimierza Jagiellończyka wciąż nowych przywilejów; król musiał spełniać jej żądania, bo wiedział, że inaczej szlachta nie pójdzie na wojnę z Krzyżakami. Tym sposobem Polska staje się w wieku XV państwem parlamentarnym: szlachta wybiera na sejmikach posłów i wysyła ich na sejm walny, który zaczyna rządzić państwem z coraz większym uszczerbkiem władzy królewskiej.

Wraz z rosnącą potęgą Polski i ze wzmagającym się udziałem szlachty w życiu publicznym rozwija się oświata: dawniej ludźmi wykształconymi byli tylko duchowni, teraz, w wieku XV, garną się do oświaty i świeccy, zwłaszcza mieszczanie i możni panowie. Dlatego też literatura w wieku XV jest o wiele bogatsza niż dawniej; po dawnemu posiada charakter jeszcze przeważnie kościelny, ale zdobywa się już na pierwsze utwory świeckie: obok najznakomitszego pisarza tego stulecia, księdza Jana Długosza, ukazuje się pierwszy znakomity pisarz świecki, magnat wielkopolski Jan Ostroróg. Obydwaj piszą po łacinie, bo język łaciński mu ciągle jeszcze przewagę nad polskim, ale i utworów polskich jest w wieku XV bez porównania więcej niż dawniej.

Głównym źródłem oświaty była w wieku XV Akademia Krakowska (dzisiaj mówimy: uniwersytet). O wznowieniu założonej przez Kazimierza Wielkiego, u upadającej po jego śmierci Szkoły Głównej pomyślała dopiero królowa Jadwiga, przeznaczając na ten cel własne klejnoty. Tym usiłowaniom zawdzięcza Polska swój przesławny uniwersytet, otworzony w rok po śmierci świętej królowej, dnia 22 lipca roku 1400 (przy ulicy Św. Anny). Był to już uniwersytet zupełny (bo i na wydział teologiczny zezwolił papież), to jest składający się z czterech wydziałów: każdy wstępujący do Akademii musiał najprzód zapisać się na wydział tztuk wyzwolonych (filozoficzny) i dopiero po jego ukończeniu obierał sobie jeden z trzech innych wydziałów: albo teologiczny, albo medyczny, albo prawny. Akademią zarządzała władza kościelna; kanclerzem, to jest zwierzchnikiem, był biskup krakowski; profesorami byli księża; uczniowie mieszkali razem w tak zwanych bursach (internatach), będących pod ścisłym dozorem zwierzchności.

W wieku XV Akademia rozwijała się świetnie; na cały świat cywilizowany zasłynęła tak znakomitymi teologami, jak Mateusz z Krakowa i Jakub z Paradyża, oraz matematykami i astronomami, z których najznakomitszym był Wojciech z Brudzewa; na jego to wykłady uczęszczał przy końcu XV Wieku Mikołaj Kopernik, ta największa chwała Akademii. Nie dziw, że się w niej uczyli nie tylko Polacy, ule i cudzoziemcy: Niemcy, Czesi, Węgrzy, Szwajcarzy. Posługując się, jak wszystkie szkoły średniowieczne, językiem łacińskim zarówno w wykładach, jak i w pismach swoich profesorów, troszczyła się trochę Akademia o język ojczysty; jeden I jej rektorów, Jakub Parkosz, napisał rozprawę łacińską i wiersz polski o pisowni polskiej, którą usiłował ujednostajnić.

Oddana nade wszystko nauce, nie zapominała jednak Akademia o innych ważnych sprawach: profesorowie jej brali udział w obradach soborów powszechnych w Konstancji i Bazylei, gdzie zwrócili na siebie powszechną uwagę swoją uczonością; na soborze w Konstancji rektor Akademii, Paweł Włodkowic, bronił w swych pismach wymownie i skutecznie spraw polskich przeciwko podłym intrygom Krzyżaków, którzy po dawnemu rościli sobie prawo do nawracaniu Litwy.

Ze wszystkich nauk najgorliwiej uprawiała Akademia Krakowska scholastykę lak nazywa się nauka średniowieczna, której głównym zadaniem było uza-Htulnić za pomocą rozumowania prawdę Objawienia zawartego w Piśmie świętym i wszystkich w ogóle dogmatów, które nauka Kościoła z Pisma świętego wysnuła i w które Kościół kazał wierzyć: ideałem scholastyki było zupełne uzgodnienie wiary z wiedzą, z nauką. Stąd uczeni średniowieczni z niesłychanym zapałem wysilali się na stworzenie umiejętności rozumowania i dowodzenia różnych prawd, z niezmierną biegłością posługując się metodą Arystotelesa, który uchodził w wiekach średnich za najwyższą powagę naukową. Nigdy jeszcze ani przedtem, ani potem myśl ludzka nie zdobyła się na tak wielki wysiłek, żeby uzasadnić rozumowo prawdy religijne, ale bo też nigdy jeszcze ani przedtem, ani potem ludzie nie odczuwali tak głęboko potrzeby i doniosłości religii dla życia, nigdy tak jasno nie rozumieli tej prawdy, że religia jest i powinna być nie jakąś gałęzią życia, ale jego korzeniem i pniem. Lecz ideału swojego nie mogła scholastyka w zupełności osiągnąć, nie wszystkie bowiem dogmaty dało się uzasadnić za pomocą rozumowania. Największy myśliciel średniowieczny, zakonnik włoski, święty Tomasz z Akwinu (1225-1274) przy całym swoim genialnym umyśle wyznał, że nie wszystko, czego uczy Objawienie, da się udowodnić rozumowo, że na przykład rozum ludzki może udowodnić istnienie Boga, ale nigdy nie będzie wiedział dokładnie, jakim On jest, nigdy nie ogarnie Jego istoty. Z tego wszystkiego jednak bynajmniej nie wyprowadzała scholastyka wniosku, żeby dogmaty nie były prawdziwe: przeciwnie, uczyła, że są niewątpliwą i świętą prawdą, tylko że rozum ludzki jest bądź zbyt słaby na to, aby ją uzasadnić, bądź obiera sobie złą drogę rozumowania; tak czy inaczej, trzeba w prawdę dogmatów wierzyć, wiara bowiem jest czymś daleko wyższym od rozumu, i co za tym idzie, teologia, jako nauka wyprowadzająca prawdy religijne z Objawienia zawartego w Piśmie świętym (i w tradycji chrześcijańskiej), jest nauką wyższą aniżeli filozofia, posługująca się tylko słabym rozumem ludzkim; filozofia jest służebnicą teologii (philosophia theologiae ancilla).

W historii umysłowości europejskiej filozofia średniowieczna odegrała rolę ogromną, a bardzo dobroczynną: nauczyła ludzi myśleć i rozumować. Nie dosyć na tym. Ona to uzasadniła i wpajała w ludzi wiarę w tę nieśmiertelną prawdę, żcgłów-nym zadaniem człowieka i całej ludzkości jest postępować moralnie, według nauki Chrystusa, że zatem kultura moralno-religijna jest słońcem, około którego obracać się powinna cała kultura: i umysłowa, i artystyczna, i materialna, i polityczna. Ten ideał średniowieczny odzwierciedlił się w dziele zakonnika niemieckiego XV wieku, Tomasza k Kempis, pt. De imitatione Jesu Christi (O naśladowaniu Jezusa Chrystusa). Wspaniała ta książka należy do największych arcydzieł literatury powszechnej.

Dzięki powstaniu Akademii Krakowskiej zawitała scholastyka do Polski; profesorowie krakowscy nie posunęli jej badań naprzód, studiowali ją tylko bardzo gorliwie i wykładali słuchaczom, dzięki czemu młode głowy polskie uczyły się myśleć, rozumować, badać, zastanawiać się nad Bogiem, światem i człowiekiem. Trafiła także nie tylko do głów, ale i do serc polskich nauka, że kultura moralno-religijna jest ośrodkiem całej kultury. Jednym z licznych tego dowodów są owe pisma Pawła Włodkowica; ich bowiem myślą przewodnią jest, że istnieje jedna tylko moralność, a nie dwie, to znaczy, że moralność obowiązywać powinna nie tylko życie prywatne, ale i polityczne, czyli - innymi słowy - że nie tylko życie prywatne, ale i polityka powinna się kierować miłością chrześcijańską: później będzie to ukochana myśl Modrzewskiego, Mickiewicza i Krasińskiego. A drugim także wspaniałym dowodem jest jeden z aktów unii horodelskiej, mianowicie akt, mocą którego panowie polscy przypuścili panów litewskich do swoich herbów. Początek tego aktu brzmi, juk następuje:

W imię Pańskie, amen. Na wieczną rzeczy pamiątkę. Ponieważ - jak wiadomo - nikt nie dostąpi łaski zbawienia, kogo nie wesprze cud miłości, która krzywą drogą nie chodzi, lecz która, jaśniejąc własną dobrocią, godzi niezgodnych, jednoczy kłótliwych, odmienia nienawiści, niszczy gniewy i wszystkich obdarza pokarmem pokoju, zbiera w jedno to, co rozproszone, wywodzi w górę to, co runęło, gładzi to, co szorstkie, prostuje to, co krzywe, wszystkim cnotom śpieszy z pomocą, nikogo nie obraża, kocha wszystkich, tak że każdy, kto się do niej ucieknie, znajdzie bezpieczeństwo i znikąd nie będzie się lękał napaści; ponieważ dalej miłością stoją prawa, rządzą się królestwa, zawiadują się państwa i oda rzeczpospolita osiąga wszystkie swoje cele; ponieważ wreszcie miłość góruje nad wszystkimi innymi cnotami do tego stopnia, że kto nią wzgardzi, ten ogołoci się ze wszystkiego, co dobre: przeto my, prałaci, panowie, szlachta i wielmoże królestwa polskiego, wszyscy wobec i każdy z osobna, oznajmiamy każdemu z osobna i wszystkim wobec, zarówno żyjącym, jak tym, którzy na ten świat przyjdą, że ponieważ naszym dusznym życzeniem jest, abyśmy statecznie spoczywali pod cieniem skrzydeł miłości, złączyliśmy i zjednoczyli... domy i rody nasze, herby i klejnoty nasze ze szlachtą i bojarami ziem litewskich... Niechaj ich połączy i zrówna z nami miłość, jak połączyła ich z nami ta sama religia, te same prawa, te same przywileje!...

Wielką chlubą Akademii Krakowskiej w wieku XV jest jej uczeń, najznakomitszy pisarz polski tego stulecia i jeden z najznakomitszych kronikarzy w całej ówczesnej Europie, kanonik krakowski, Małopolanin Jan Długosz (1415-1480), wierny sługa i przyjaciel Zbigniewa Oleśnickiego, nauczyciel i wychowawca synów Kazimierza Jagiellończyka, pod koniec życia mianowany arcybiskupem lwowskim. Z Akademii Krakowskiej wyniósł gorące przywiązanie do Kościoła katolickiego i głęboki szacunek dla jego potęgi i władzy; a pod wpływem potężnego biskupa krakowskiego Zbigniewa Oleśnickiego, którego był sekretarzem i którego olbrzymimi majątkami zarządzał, nabrał przekonania, że wszyscy ludzie, najmniejsi i najwięksi, nie wyjmując króla, powinni być pokornymi sługami Kościoła. Oprócz religijności znamionowała go rzadka w wiekach średnich bardzo żywa i mocna miłość ojczyzny i ona to sprawiła, że kiedy Oleśnicki naęnawiał go do napisania dziejów Polski, Długosz z niesłychanym zapałem i nadzwyczajną pilnością zabrał się do pracy i - jak sam powiada - «postanowił spisać kronikę dziejów Polski i innych narodów z Polską graniczących i wyłuszczyć sprawy dokonane w pokoju i wojnie, aby cnych ludzi pamięć z martwych i długowieczną pomroką okrytych wydobyć popiołów, a wszystkim czytelnikom i słuchaczom dzieje ich obwieścić). Pragnął więc Długosz przekazać pamięci potomnych sławne czyny narodu polskiego. Lecz obok tego celu miał jeszcze inny: pragnął pouczyć współczesnych i potomnych, jak rządzić państwem, był bowiem przekonany, że żadna inna nauka nie przyczyni się w tym stopniu «do rządnego sprawowania Rzeczypospolitej)), jak «wydanie dziejów dawnych i rozważanie zarówno naszych, jak dawnych spraw przodków», że w ogóle historia jest «mistrzynią życia» i «matką cnoty». Oto dwa główne cele, które skłoniły Długosza do podjęcia ciężkiej, niemal nadludzkiej pracy, do której wykonania szukał sił i pomocy w modlitwie, a której owocem jest olbrzymia Kronika Polski, ukończona tuż przed śmiercią. Opowiedział w niej autor szeroko i szczegółowo dzieje swej ukochanej ojczyzny od najdawniejszych czasów aż do roku swej śmierci, a poprzedził je geografią kraju ojczystego.

Do wykonania tego pomnikowego dzieła zgromadził wszystkie możliwe źródła: zbadał dawne roczniki i żywoty świętych oraz kroniki polskie, czeskie, ruskie i niemieckie; nie poprzestając na tym, sięgnął do źródeł pierwszej ręki, to jest do dokumentów: przestudiował akty państwowe, nadania, przywileje, bulle, jednym słowem, jak sam sobie świadczy, wszystko, co po kościołach, składach pism i różnych miejscach było rozproszone, starał się pozbierać i jakkolwiek związawszy, wciągnąć» do swego dzieła. Nikt w całej Europie średniowiecznej nie dorównał mu w pilnym gromadzeniu źródeł.

Te zaś źródła starał się opracować krytycznie, to jest sprawdzać ich wiaro-godność; «usuwał więc na bok i odrzucał niektóre podania... które zdają się trącić baśniami i podobniejsze są do marzeń poetyckich niż do historycznych powieści». Rozumie się, że ten krytycyzm jest jeszcze bardzo słaby: Długosz, jak wszyscy ludzie średniowieczni, jest łatwowierny; więc nie odrzucił różnych baśni, na przykład o Popielu, Krakusie, Wandzie itd.; wierzył, że planety wywierają wpływ na życie człowieka i narodu, że komety są zapowiedzią nieszczęść; wierzył, że za panowania Bolesława Wstydliwego «w okolicy Krakowa zjawił się dziw rozgłośny, nad którym się wielu zdumiewało: nowo narodzone dziecię płci męskiej już w chwili przyjścia na świat miało zęby i mówiło dobrze i wyraźnie, co oboje, to jest zęby i mowa, zostały mu aż do chrztu; ale kiedy tylko je ochrzczono, zaraz utraciło zęby i postradało mowę» itp. W ogóle nie zawsze umiał Długosz odróżniać prawdę od nieprawdy, podanie lub pogłoskę od faktu; dlatego też nie brak w jego kronice opowiadań z prawdą niezgodnych, tym więcej że nieraz nie mówi on prawdy naumyślnie, przemilczając różne zdarzenia, o których istnieniu doskonale wiedział, a nawet przekręcając je: tłumaczy się to jego miłością Kościoła katolickiego i Polski; tak na przykład o tym, że na Litwie już przed rokiem 1386 krzewiono chrześcijaństwo według obrządku wschodniego, że Olgierd był już chrześcijaninem, Długosz z pewnością wiedział, a jednak milczy o tym w kronice - aby cała zasługa zaprowadzenia wiary chrześcijańskiej na Litwie przypadła w udziale Kościołowi katolickiemu i Polsce. Często również powodował się osobistą miłością albo niechęcią względem ludzi: wynosi na przykład pod niebiosa Zbigniewa Oleśnickiego, bo kochał go całym sercem, a o Kazimierzu Jagiellończyku wydaje często sąd zbyt surowy, bo nie darował mu tego, że nie chciał być pokornym sługą Kościoła; kiedy jednak Kazimierz Jagiellończyk zwyciężył Krzyżaków, nie szczędzi mu pochwał, ciesząc się serdecznie, że się jego ukochana ojczyzna okryła nową chwałą. W ogóle Długosz jest pisarzem tendencyjnym: przy każdej sposobności opromienia Polskę i Kościół katolicki blaskiem chwały; jego kronika to pierwszy potężny wyraz patriotyzmu polskiego.

Pomimo jednak tendencyjności kroniki Długosza śmiało można powiedzieć, że jak na wiek XV, jest ona dziełem krytycznym.

Oprócz krytycyzmu jest w niej już pewien pragmatyzm. Nie poprzestaje bowiem Długosz na opowieści o wypadkach historycznych, ale usiłuje wyjaśnić ich przyczyny, zwłaszcza pobudki, z których wypłynęły te lub owe czyny ludzkie. W tym celu, idąc za przykładem historyków rzymskich oraz Kadłubka, wkłada mowy (często przydługie) w usta postaci historycznych w których ci, co je wygłaszają, wyjaśniają swoim słuchaczom, dlaczego mają takie, a nie inne zamiary. Nic dosyć na tym. Rozumiał Długosz, że dzieje narodu to jeden wielki łańcuch przyczyn i skutków, a ponieważ jednocześnie mocno wierzył, że Bóg rządzi światem i że jest sprawiedliwy, więc łańcuch dziejów Polski przedstawił tak, że główną przyczyną jej wszystkich nieszczęść były grzechy, za które Pan Bóg zawsze karze, a główną przyczyną jej wszystkich pomyślności - cnoty, za które Pan Bóg zawsze nagradza. I ten swój pogląd na świat wyraża Długosz w swej kronice z ogromną konsekwencją.

W ogóle jego kronika jest dziełem olbrzymiej wartości i wielkiego znaczenia: przez obszerność swoją i szczegółowość jest najcenniejszym i najbogatszym źródłem znajomości średniowiecznej historii ojczystej; a przez obfitość nagromadzonych i zużytkowanych źródeł i przez dążenie autora do krytycyzmu i pragmatyzmu jest dziełem przerastającym poziom kronik średniowiecznych i zbliżającym się do poziomu historii. Dopiero w wieku XVIII wydała Polska historyka, który dorównał Długoszowi zasługą i przewyższył go zarówno w krytycyzmie, jak w pragmatyzmie - był nim Naruszewicz.

Styl kroniki Długosza bywa często rozwlekły, nieraz zbyt uroczysty, ale często bardzo żywy; a język łaciński jest bez porównania lepszy niż w dawniejszych kronikach. Ale bo też wzorował się Długosz na swoim ukochanym Liwiuszu, który wszystkich historyków rzymskich przewyższa talentem epickim.

POGLĄD NA DZIEJE POLSKI.

Mężobójca Popiel, wraz z synami swymi zjedzony od myszy, z woli Boga słusznej uległ zatracie... Piast za cnotę ludzkości i gościnności otrzymał tę łaskę, że go nawiedzili aniołowie, a potomstwo jego na tronie Polski szczęśliwie zasiadło... Bolesław Chrobry, rzadki nawet u panujących wzór cnoty, przez koronację wywyższony został nad wszystkich książąt słowiańskiego rodu... Bolesław Śmiały, kiedy... targnie się zuchwale na męża bożego i dopełniwszy na nim morderstwa, śmie nadto usprawiedliwiać swą zbrodnię, wtedy okazuje się drugim dla Polaków Popielem i cokolwiek Polska za dawniejszych królów i książąt pozyskała chwały i zaszczytu, to wszystko niweczy... Od czasu dokonania zabójstwa na mężu świętym Stanisławie, biskupie krakowskim, ręką nie-zbożną Bolesława, króla polskiego, i jego rycerstwa straciła Polska godność królewską, a rozdrobniona na mnogie dzielnice... przestaje być ciałem jednym i potężnym, zszedłszy do stanu niedoli i podległości... Przeróżne klęski spadają na Polskę, a najgorszą z nich - napad Tatarów w roku 1241... Przez długi czas zaniedbana kanonizacja św. Stanisława przyszła nareszcie do skutku w roku 1253... I oto łaskawość Baranka Niebieskiego, który w niezbadanych wyrokach Opatrzności swojej nad wszystkim czuwa i wszystkim rozumem swym rządzi, ulitowała się nad wielorakim poszarpaniem królestwa polskiego, dała się przebłagać za zbrodnię... i postanowiła potargane ciało królestwa polskiego... zjednoczyć na nowo i wrócić mu dawną chwałę i świetność: wlał Bóg ducha w męża dzielnego, Przemysława, który ku temu wszystkie swoje starania zwrócił i zabiegi, aby ocalić szczątki ojczyzny swojej, nazbyt utrapionej i nieszczęśliwej, podnieść ją do godności królestwa i w jedno połączyć państwo... Za przyczyną św. Stanisława odnosi Łokietek walne zwycięstwo pod Płowcami nad zakonem krzyżackim... Kazimierz Wielki za zbrodnię gwałtu, popełnioną, kiedy jeszcze bawił na dworze węgierskim, ulega karze: świetne były jego rządy, ale potomstwo jego pomsta boża wygubiła... Później zaś za inny postępek nieprawy, z obrazą religii chrześcijańskiej popełniony przez panów polskich, którzy katolickiego wyznawcę, Wilhelma, księcia Austrii, odepchnąwszy sromotnie od prawej małżonki, mimo jej opór i wzbranianie się, połączyli ją z Jagiełłą, człowiekiem dzikim i w pogaństwie wychowanym-karał potemJBóg sprawiedliwy Polaków niezdarnym rządem i królami więcej Litwinom niż Polsce sprzyjającymi.

BITWA POD GRUNWALDEM (w skróceniu).

We wtorek, w dzień Rozesłania Apostołów, 15 lipca, król Władysław postanowił przed świtem wysłuchać mszy Św.; ale dla silnego i gwałtownie wiejącego wiatru nie można było tak śpiesznie, jak nakazano, zatknąć i rozwinąć namiotu, w którym zwykle odprawiano nabożeństwo, bo co rozwinięto płótna, to je wiatr zrywał. Już wreszcie i dzień nastał, a wiatr począł się wzmagać gwałtowny. Gdy więc dla ciągłej zawiei niepodobna było kaplicy królewskiej mocno ustawić, za radą wielkiego książęcia Aleksandra ruszył król obozem; a uszedłszy przestrzeń dwumilową, w której widzieć można było płonące dokoła włości nieprzyjaciół, stanął na polach wsi Rudy i Grunwaldu, mających się wsławić przyszłą w dniu tym bitwą, i pomiędzy gajami i gąszczami, które zewsząd to miejsce zakrywały, kazał rozbić namioty, a kaplicę obozową ponad jeziorem Lubnem na wyniosłym ustawić pagórku, aby przez ten czas, gdy wojsko rozmieszczać się miało na swoich stanowiskach, mógł wysłuchać nabożeństwa. Już mistrz pruski Ulryk Jungingen ściągnął do wsi Grunwaldu, którą miał swoją upamiętnić klęską, i z bliska stanął ze swoim wojskiem, a czaty królewskie jeszcze go nie dostrzegły. Po rozwinięciu więc kaplicy obozowej, kiedy król śpieszył do niej na nabożeństwo, przybiegł Hanek, szlachcic ziemi chełmskiej, herbu Ostoja, z oznajmieniem, że nieprzyjaciela widział już o kilkanaście kroków od obozu. A gdy król zapytał, jak liczne było jego wojsko, Hanek odpowiedział, że jedną tylko ujrzał chorągiew i natychmiast z doniesieniem o niej pośpieszył. Ledwo te słowa domawiał, kiedy przybył Der-sław Włostowski, szlachcic herbu Oksza, i oznajmił, że widział nadchodzące chorągwie nieprzyjaciół. Jeszcze i ten mówić nie skończył, a już nadbiegł trzeci, po nim czwarty, piąty i szósty, którzy zgodnie powtarzali, że nieprzyjaciel tuż pod obozem stał w gotowości do boju. Król Władysław, tak nagłym i niespodzianym nadejściem nieprzyjaciela niezmieszany, za najważniejszą rzecz osądził, aby wprzódy oddać powinność Bogu, nimby do wojny przystąpił. Zarazem udawszy się do kaplicy obozowej wysłuchał z wielkim nabożeństwem dwóch mszy, a prosząc Boga o pomoc, z większą niż zwykle modlił się gorącością ducha i żadne prośby i zaklęcia nie zdołały go oderwać od nabożeństwa, póki go do ostatka nie skończył...

Wreszcie skończył król modlitwy, a przywdziawszy zbroję, świetnym od głowy aż do nóg okrył się rynsztunkiem. A chociaż rycerstwo uszykowane w porządne hufce wystąpiło już do boju i nieprzyjaciel z przeciwnej strony stał w gotowości i z orężem w ręku, tak że oba wojska zaledwo na rzut strzały były od siebie oddalone i już nawet pojedyncze między nimi zagrały harce, uważano przecież za rzecz przyzwoitą, aby czekać, aż król sam wyda hasło do spotkania. Za czym król Władysław, w pełnej zbroi siadłszy na konia, a wszystkie oznaki królewskie zostawiwszy na boku, dla obaczenia nieprzyjaciela podjechał na wyniosłe wzgórze i stanął na pagórku, między dwoma gajami szeroko rozłożonym, skąd łatwy i dokładny podawał się widok na wojska nieprzyjacielskie. Napatrzywszy się do woli zastępom nieprzyjaciół, zjechał na równinę i wielu z towarzyszów pasem rycerskim ozdobił; dla dodania zaś swoim serca krótką, ale silną zagrzał ich przemową, a sam z konia, tak jak na nim ubrany siedział, ponowił jeszcze spowiedź. Gdy wytrąbiono hasło bojowe, wszystko wojsko królewskie zaśpiewało pieśń ojczystą Bogurodzica, a potem z podniesionymi kopiami pobiegło do bitwy. W tej samej chwili obadwa wojska z głośnym, jak zwykle przed walką, okrzykiem zwarły się z sobą w nizinie, która je przedzielała. Krzyżacy, dwakroć uderzywszy z dział, silnym natarciem na próżno usiłowali przełamać i zmieszać swych przeciwników szyki, lubo wojsko pruskie z głośniejszym krzykiem i z wyższego pagórka ruszyło do walki. Było w miejscu spotkania sześć wysokich dębów, na które powłaziło wiele ludzi czy królewskich* czy krzyżackich dla przypatrzenia się z góry pierwszemu na siebie nieprzyjaciół natarciu i obu wojsk powodzeniu. Tak straszny za ich spotkaniem z wzajemnego uderzenia kopij, chrzęstu ścierających się zbroi i szczęku mieczów powstał huk i łomot, że go na kilka mil w okolicy słychać było. Mąż na męża napierał, kruszyły się z trzaskiem oręże, godziły w twarz wymierzone wzajem groty. W tym zamieszaniu i zgiełku trudno rozróżnić było dzielniejszych od niewieściuchów; wszyscy bowiem jakby w jednym zawiśli tłumie. I nie cofali się wcale z miejsca ani jeden drugiemu ustępował pola, aż gdy nieprzyjaciel, zwalony z konia albo zabity, rum11 otwierał zwycięzcy. Gdy na koniec połamano kopie, zwarły się z sobą tak silnie obu stron szyki i oręże, że już tylko topory i groty na drzewcach ponasadzane, tłukąc o siebie, przeraźliwy wydawały łoskot, jakby bijące w kuźniach młoty. Jeźdźcy, ściśnieni w natłoku, szablą tylko nacierali na siebie i sama już wtedy siła, sama dzielność osobista przeważała.

W czasie toczącej się z zaciętością z obu stron bitwy stał Władysław, król polski, z bliska i przypatrywał się dzielnym czynom swoich rycerzy, a położywszy zupełną ufność w Bogu, oczekiwał spokojnie ostatecznego pogromu i ucieczki nieprzyjaciół, których widział na wielu miejscach złamanych i pierzchających. Tymczasem wystąpiło do boju szesnaście pod tyluż znakami hufców nieprzyjacielskich, świeżych i nietkniętych, które jeszcze nie doświadczyły oręża; a część ich, zwróciwszy się ku tej stronie, gdzie król polski stał z przyboczną tylko strażą, pędziły z wymierzonymi włóczniami, jakby prosto ku niemu. Wrzał gorącą chęcią boju król Władysław i spinając konia ostrogami chciał rzucić się na najgęstsze szyki nieprzyjacielskie; ledwo drużyna przybocznej straży zdołała go wstrzymać w zapędzie. Jakoż jeden z drużyny, Zoława, Czech, chwycił sam konia królewskiego za wodze, aby nie mógł dalej postąpić, aż król zniecierpliwiony uderzył go z lekka końcem swej rohatyny12, wołając, aby go puścił, a nie bronił mu wyruszyć do walki. Dopiero gdy wszyscy rycerze straży królewskiej oświadczyli, że wolą raczej na wszystko się odważyć niźli tego dopuścić, zezwolił na ich prośbę i dał się powstrzymać. A wtem przybiega rycerz z obozu Prusaków, Niemiec nazwiskiem Dypold Kikierzyc, złotym pasem opięty, w białej podbitej kiecce niemieckiego kroju, którą u nas jupką albo kaftanem zowią, i cały okryty zbroją, towarzysz ze znaku większej chorągwi pruskiej do owych szesnastu należącej, i rozpędzony na koniu buła-nym dociera aż do miejsca, kędy król stał, a wywijając włócznią godzi prosto na króla wobec całego wojska nieprzyjacielskiego. Gdy więc król Władysław, podniósłszy także włócznię, czekał jego spotkania, Zbigniew z Oleśnicy, pisarz królewski, prawie bezbronny, bo w ręku miał jedno drzewce wpół złamane, uprzedził cios królewski, a ugodziwszy w bok owego Niemca, zwalił go z konia na ziemię. Padł struchlały, a drżącego z bojaźni król Władysław uderzywszy włócznią w czoło, które z opadnięciem przyłbicy odsłoniło się rycerzowi, zostawił go wreszcie nietkniętym. Ale rycerze trzymający straż przy królu ubili go na miejscu, a piesze żołdaki zdarły z zabitego odzież i zbroję.

Wojsko krzyżackie, szesnaście owych chorągwi składające, spostrzegłszy, że pomieniony rycerz trupem poległ, zaraz zaczęło się cofać na hasło jednego z Krzyżaków, dowódcy chorągwi, który siedząc na białym koniu kopią dawał znak do odwrotu i wołał po niemiecku: herum ! herum ! Zwróciwszy się potem, ruszył na prawo, kędy stała wielka chorągiew królewska, już po zadanej nieprzyjaciołom klęsce, wraz z innymi chorągwiami polskimi. Rycerze królewscy ujrzawszy te szesnaście chorągwi, jedni, poznawszy w nich nieprzyjaciół, jak rzeczywiście było, drudzy, wziąwszy je za wojsko litewskie, a to z przyczyny lekkich i rzutnych włóczni zwanych sulice, których w wojsku krzyżackim wielka była liczba - nie zaraz uderzyli na Krzyżaków; spierali się bowiem z sobą, długo byli w niepewności; wreszcie wyprowadzeni z błędu, już nie wątpiąc, że to nieprzyjaciel, w kilkanaście chorągwi rzucili się na owe szesnaście znaków, do których przyłączyły się inne, i krwawą z nimi stoczyli bitwę. A lubo Krzyżacy przez jakiś czas wytrzymali natarcie, w końcu pobici zostali na głowę. Prawie wszystko rycerstwo walczące pod owymi szesnastu znakami legło na placu lub dostało się do niewoli. Po zniesieniu zatem i rozbiciu całej potęgi nieprzyjacielskiej, przy czym także wielki mistrz pruski Ulryk, marszałkowie, komturowie, rycerze wszyscy i najznakomitsi w wojsku pruskim panowie poginęli, reszta nieprzyjaciół poszła w rozsypkę, a raz tył podawszy, pierzchała ciągle w popłochu.

Władysław, król polski, nierychłe wprawdzie i ciężkim okupione trudem, zupełne jednak nad mistrzem i Krzyżakami odniósł zwycięstwo. Obozy nieprzyjacielskie, zasobne w wielkie bogactwa i zapasy, wozy i wszystek sprzęt wojenny mistrza i rycerstwa pruskiego, polski żołnierz opanował i złupił. Znaleziono zaś w obozie krzyżackim kilka wozów naładowanych samymi dybami i okowami, które Krzyżacy, z pewnością rokując sobie zwycięstwo, więcej przyszłym triumfem niżeli bitwą zajęci, do pętania Polaków przygotowali. Były i inne wozy, pełne łuczywa smolnego, a oblanego łojem i smołą, kiścieni, także smołą i tłustością wysmarowanych, którymi Polaków pobitych i uciekających gnać mieli przed sobą. Za wcześnie cieszyli się zwycięstwem, z pychą zaufani w siebie i niepomni, że zwycięstwo jest w ręku samego Boga.

Legło w tej bitwie 50 000 nieprzyjaciela, a 40 000 wzięto do niewoli.

ŻYCIE, OBYCZAJE I UŁOMNOŚCI WŁADYSŁAWA JAGIEŁŁY (w skróceniu).

Był on synem Olgierda, księcia litewskiego, nazwiskiem Jagiełło; zrodzony z Marii, córki księcia twerskiego, który był wyznawcą Kościoła greckiego... Za łaską i miłosierdziem Boga, który go w poczet prawowiernych chrześcijan policzyć raczył, przez prałatów i panów polskich z ciemnoty pogańskiej do światła wiary nawrócony, przyjął chrzest i otrzymał imię Władysław. Po chrzcie świętym połączył się ślubem małżeńskim z Jadwigą, królową węgierską i polską, córką Ludwika, króla węgierskiego; a po jej śmierci miał jeszcze trzy żony: Annę, Elżbietę i Zofię, z żadną jednak nie żył w szczerej i prawdziwej miłości małżeńskiej. Wzrostu był miernego, twarzy ściągłej, chudej, u brody nieco zwężonej. Głowę miał małą, podłużną, prawie całkiem łysą... oczy czarne i małe, niestatecznego wejrzenia, ciągle latające; uszy duże, głos gruby, mowę prędką, kibić kształtną, lecz szczupłą, szyję długą. Na trudy, zimna, zawieje i kurzawy dziwnie był cierpliwy... Sypiać i wczasować się lubił aż do południa, toteż mszy świętej rzadko o właściwym czasie słuchał. W prowadzeniu wojen niedbały i ciężki, wszystko staranie na wodzów i zastępców składał. Łaźni zazwyczaj co trzeci dzień, a niekiedy częściej używał. Do rozlewu krwi ludzkiej tak był nieskory, że często największym nawet winowajcom karę odpuszczał. Dla poddanych i zwyciężonych okazywał się dziwnie łaskawym i wspaniałym; tylko tym, którzy mu na łowach i w innych rozrywkach zawinili, nigdy nie mógł przebaczyć. W ludziach umiał dostrzegać cnoty i nie zawiścią, ale przychylnością mierząc czyny i zasługi swego rycerstwa, każdą sprawę chwalebną czy to w wojnie, czy w pokoju spełnioną hojnie i wspaniale nagradzał: małą rzeczą ludzi czynił odważnymi, odważnych bohaterami gotowymi do największych dzieł i poświęceń... Nierozważną szczodrością i rozrzutnością więcej krajowi czynił uszczerbku niż inni chciwością i łakomstwem. W myślistwie był tak zamiłowany, że zaniedbywał sprawy państwa, czym słuszne na siebie ściągał zarzuty. Lubił patrzyć na bujającą się huśtawkę. Co tydzień w piątek z wielką wstrzemięźliwością pościł, poprzestając na chlebie i wodzie. Zawsze trzeźwy, wina ani piwa nie pijał. Jabłek i ich zapachu nie cierpiał, jadał za to po kryjomu smaczne i słodkie gruszki. Do spełniania obrządków i obowiązków chrześcijańskich częstymi pobudzany przestrogami królowej Jadwigi, w święta Wielkanocy, Zesłania Ducha Św., Wniebowzięcia N. Marii Panny i Narodzenia Pańskiego przystępował do św. sakramentów pokuty i ołtarza; ale po jej śmierci obyczaj ten ograniczył do samych świąt Narodzenia Pańskiego i Wielkanocy... Corocznie w Wielki Piątek dwunastu ubogim w swojej komnacie, w obecności kilku tylko sekretarzy, nogi umywał, a potem każdemu z nich dawał po 12 groszy tudzież sukno i płótno na przyodziewek... Posty, wigilie i inne nabożeństwa tak żarliwie wypełniał, że więcej zwycięstw modlitwami swymi u Boga wyprosił, niźli orężem wywalczył. Szczery i prostoduszny, nie miał w sobie żadnej obłudy... Ozdób powierzchownych i szat wytwornych nie lubił; chodził zwykle w baranim kożuchu suknem pokrytym; rzadko brał na siebie strój wykwintniejszy, na przykład płaszcz z szarego aksamitu, bez ozdób i bez złotogłowiu, i to tylko na większe uroczystości. W inne dni nosił odzież prostą, żółtawej barwy; nie cierpiał soboli, kun i lisów, i innych miękkich a kosztownych futer; przez całe życie używał tylko zwyczajnych baranków, nawet w najostrzejszej porze zimowej... Miał niektóre zwyczaje zabobonne: wyrywał włosy z brody i powplatawszy je między palce, wodą ręce obmywał; zawsze nim z doijiu wyszedł, trzy razy obrócił się wkoło, łamał słomkę na trzy części i ciskał je na ziemię. Nauczyła go tego wszystkiego matka greckiego wyznania; ale dlaczego i w jakim celu to czynił, nigdy w życiu nikomu nie powiedział ani też to łatwo zgadnąć. Powiadają, że często powtarzał, niby przysłowie, to zdanie: «Słówko z ust wyleci ptaszkiem, ale jeśli było niedorzeczne i chcesz je cofnąć, wróci wołem.>> Miał także zwyczaj upominać żartem rycerzy, żeby w boju nie stawali nigdy na przodzie ani w ostatnim szeregu, ale też nie chowali się do środka.

PRZYŁĄCZENIE ZIEMI POMORSKIEJ, CHEŁMIŃSKIEJ I MICHAŁOWSKIEJ DO KRÓLESTWA POLSKIEGO (1466).

Okazał Bóg wszechmogący narodowi polskiemu osobliwszą łaskę swoją i miłosierdzie, gdy i ziemie tak znakomite, z dawna od królestwa polskiego oderwane i w obce ręce zagarnione, i z zawistnym nieprzyjacielem pokój i jedność przywrócił; gniewnych Polakom przychylnymi, niebezpiecznych przystępnymi, srogich łagodnymi, wrogów przyjaciółmi i sprzymierzeńcami uczynił... Rozszerzył granice królestwa polskiego, uzacnił je i wywyższył wobec sąsiednich i odleglejszych narodów, tak że wielu niemieckich i spółczesnych książąt, a z nimi wiele ludów postronych uczuło zawiść... Wszelako miasto Wrocław i jego obywatele nieobojętnie złożyli wtedy dowody swej dla króla i królestwa polskiego wdzięczności, wiary i przychylności. Gdy bowiem... dowiedzieli się o zawarciu pokoju, zabrzmiały w ich kościołach hymny dziękczynne, podniosły się między ludem pienia radosne przy głośnych okrzykach wesołości, biciu we dzwony i rzęsistym oświetleniu miasta nocy następnej...

Okazał zwykłą swoją sprawę Bóg, który w początku nie oddalał niebezpieczeństw, ale owszem, pomnażać się im pozwolił, i dopiero wtedy, gdy już wszystko, zdawało się, było stracone, przybył na ratunek i nad wszelkie spodziewanie cudowną łaską swojej Opatrzności wojnę tak straszną i już lat trzynaście trwającą uśmierzył. W chwili najniebezpieczniejszej, gdy wojna wrzała najgorętsza, gdy obydwie strony dopuszczały się na sobie wzajemnie największych okrucieństw, okazał wielkość miłosierdzia swego, po bożemu nauczywszy ludzi cierpliwości. I zwyciężyła wtedy prawda, chociaż się przez kilka wieków kryła w pomroce, i wyświeciło się dowodnie (co Krzyżacy różnymi wybiegami, fałszem i pozorami starali się podać w wątpliwość), do kogo należeć mają ziemie pomorska, chełmińska i michałowska. I oto ziemie te, o które się przez półtora wieku toczyła walka, przyznane zostały słusznie królestwu polskiemu... Przykład ten niechaj będzie przestrogą dla tych, którzy sobie cudze rzeczy niesłusznie przywłaszczają, aby się lękali kary boskiej, ścigającej wszystkich wydzierców niesprawiedliwych z tym większą srogością, im się jej mniej spodziewają... Sprawdziło się proroctwo św. Brygidy, królowej szwedzkiej, zapisane w księdze drugiej jej Objawień, w rozdziale XIX przy końcu, proroctwo, które tu przytaczamy: «Powiedziałem ci - mówi Pan Bóg - o pszczołach, że mają trojaką korzyść z rośliny zwanej rojownikiem (melissa). A teraz ci mówię, że takimi pszczołami winni być Krzyżacy, których umieściłem w krajach chrześcijańskich. Tymczasem oni powstają przeciwko Mnie, skoro nie troszcząc się zupełnie o zbawienie dusz, prześladują tych, co się z ciemnoty błędów nawrócili do wiary chrześcijańskiej i przeszli na Moje łono: obciążają ich pracami, pozbawiają wolności i swobód, nie objaśniają w wierze; odmawiają im sakramentów i gorsze gotują dla nich piekła, niż gdyby byli pozostali w swoim dawnym pogaństwie. Wojny w tym jedynym prowadzą celu, żeby rozszerzyć pole dla swej dumy i podsycić swą żądzę chciwości. Przeto nadszedł czas, w którym skruszone będą ich zęby i prawica odcięta, i prawa noga poderwana, aby żyli i uświadomili sobie swoje zbrodnie. Amen!» Z tym proroctwem św. Brygidy połączyło się jeszcze zjawisko niebieskie: kometa przez dwa lata trwająca zwiastowała długą i straszną wojnę i wyrugowanie Krzyżaków z ziem, które byli przemocą zagarnęli.

PISARZ TEJ KSIĄŻKI CIESZY SIĘ, ŻE ZA JEGO ŻYCIA PRUSY POŁĄCZYŁY SIĘ Z KRÓLESTWEM POLSKIM. I ja, piszący te kroniki, czuję niemałą pociechę z ukończenia wojny pruskiej, z odzyskania krajów z dawna od królestwa polskiego odpadłych i z przyłączenia Prus do Polski. Bolało mnie to bowiem, że królestwo polskie szarpane było dotąd i rozrywane od rozmaitych ludów i narodów. Teraz szczęśliwym mienię i siebie, i swoich spółczesnych, że oczy nasze oglądają połączenie się krajów ojczystych w jedną całość; a szczęśliwszym byłbym jeszcze, gdybym doczekał odzyskania za łaską bożą i zjednoczenia z Polską Śląska, ziemi lubuskiej i słupskiej... Z radością zstępowałbym do grobu i słodszy miałbym w nim odpoczynek.

Pomimo że Akademia Krakowska uprawiała nade wszystko dwie główne nauki średniowieczne: scholastykę i teologię, już w pierwszej połowie XV stulecia przedostawały się do niej z Zachodu, mianowicie z Włoch, nowe prądy nauki i nowe prądy życia, które znane są w historii pod nazwą humanizmu.

Człowiek średniowieczny posiadał małą wolność - czynów zarówno, jak myśli, krępował ją bowiem Kościół. Co do wolności czynów, to Kościół uczył, że ponieważ nie tylko głównym, ale jedynym celem życia ludzkiego jest chwała boża i zbawienie duszy, że właściwą ojczyzną człowieka jest nie ta marna ziemia, na której żyje, ale Królestwo Niebieskie, więc nie wolno mu się przywiązywać do życia ziemskiego, które powinien poczytywać jedynie za środek do osiągnięcia wiekuistego szczęścia w niebie; a tak wszystkie czyny ludzkie i w ogóle całe życie duchowe i cielesne, prywatne i publiczne, odświętne i codzienne wprzęgał Kościół w służbę chwały bożej i zbawienia duszy; wytknięcie życiu ludzkiemu tego jednego głównego celu, skupiającego wszystkie inne, to jedna z największych zasług Kościoła średniowiecznego, pomimo że nieraz wpadał on w przesadę, odmawiając życiu ziemskiemu wszelkiej rzetelnej wartości. Co do wolności myśli, to i tę krępował Kościół średniowieczny, nie pozwalając jej dochodzić do wyników niezgodnych z nauką kościelną, i to nie tylko w dziedzinie religijnej, ale i we wszystkich innych dziedzinach, na przykład w badaniach przyrodniczych: ślepą wiarę we wszystko, w co kazał wierzyć Kościół, i dobrowolną pokorę rozumu poczytywano za jedną z największych cnót. Otóż przyszedł czas, kiedy się człowiek zaczął burzyć przeciwko tej niewoli. Z jednej strony przestał poczytywać życie doczesne za marność i zamiast myśleć ustawicznie o chwale bożej i zbawieniu duszy zapragnął już tutaj, na ziemi, radości życia - szczęścia i rozkoszy, dobrobytu i potęgi; a z drugiej strony myśl ludzka stawała się coraz śmielszą, domagała się też, zwłaszcza w dziedzinie naukowej, coraz większej wolności, choćby nawet wyniki jej pracy miały być niezgodne z nauką Kościoła. W związku z tym dążeniem do wolności czynów i myśli zaczęto z coraz większym upodobaniem zwracać się ku starożytności greckiej i rzymskiej, jako ku tej epoce, kiedy to i czyny ludzkie miały większą wolność niż w wiekach średnich, i myśl ludzka bujała śmiało i swobodnie.

Ten zwrot w życiu i umysłowości Europy zachodniej zaczął kiełkować już w wieku X i XI (we Francji i w Świętym Cesarstwie), ale do pełnego rozkwitu dochodzi dopiero w wieku XIV i XV - we Włoszech, a dokonał się w znacznej mierze dzięki odrodzeniu literatury starożytnych Rzymian i Greków. Otóż humanizmem nazywa się prąd życia i kultury duchowej, którego istotę stanowi dążenie człowieka do wolności czynów i ducha, do pełni i radości życia ziemskiego, a który powstał przy pomocy odrodzenia literatury starożytnej.

W wiekach średnich prawie zupełnie nie znano w Europie zachodniej autorów greckich (do wyjątków należał Arystoteles w lichych przekładach łacińskich); autorów rzymskich wprawdzie znano, ale po pierwsze nie wszystkich, a po drugie nie odczuwano piękności literatury rzymskiej, szukając w niej wyłącznie mądrości i nauki moralnej. Dopiero poeci i uczeni włoscy XIV, a zwłaszcza XV wieku zaczęli ją nie tylko badać, ale kochać i uwielbiać, żywo odczuwając jej piękność: tym sposobem odradzała się literatura rzymska. W wieku XV, kiedy po zdobyciu Konstantynopola przez Turków uczeni greccy zaczęli wędrować na Zachód, niosąc z sobą rękopisy autorów greckich, odrodziła się i literatura grecka. Olśnieni pięknością autorów starożytnych, pisarze włoscy zaczęli ich naśladować, posługując się prawie wyłącznie językiem łacińskim, tylko już nie zepsutym średniowiecznym, ale poprawnym, «klasycznym», to jest takim, jakim pisywali znakomici autorowie rzymscy. Podziwiano w pisarzach starożytnych nie tylko* mądrość i piękność, ale także ich swobodę twórczości i myśli badawczej, której żadne pęta nie krępowały. Ta zaś miłość pogańskiej literatury Greków i Rzymian i prźejęcie się jej duchem nie dały się naturalnie pogodzić z chrześcijańską nauką kościelną; toteż humaniści (to jest znawcy i wielbiciele literatury starożytnej) wypowiedzieli walkę nauce średniowiecznej i w ogóle życiu średniowiecznemu, szydząc z tych, którzy myśleli więcej o zbawieniu duszy niż o życiu i użyciu, oraz z tych, którzy się bali lub nie pragnęli wolności myśli, a więc nade wszystko z mnichów i zwolenników scholastyki. W ogóle humaniści zaczęli krytykować wszelkiego rodzaju powagi, czy to życiowe - Kościół i państwo, czy naukowe - teologię i scholastykę, przy czym nieraz posuwali się w krytyce tej zbyt daleko, burząc często nie tylko naukę Kościoła średniowiecznego, ale i moralność chrześcijańską: przejęci duchem literatury pogańskiej, podziwiając wolność myśli Greków i Rzymian, pragnąc wyssać z kielicha życia wszystkie słodycze, godziwe i niegodziwe, głosili hasło nie tylko wolności myśli, ale i bezwzględnej wolności czynów, a tę rozumieli fałszywie i przewrotnie, jako możność postępowania tak, jak się każdemu podoba, i nie krępowali się zasadami moralnymi. Dlatego to świetnemu rozkwitowi życia umysłowego we Włoszech w XV i XVI wieku towarzyszył upadek moralności.

Lecz humanizn nie tylko burzył i niszczył, ale wznosił i budował. Rozwijając w ludziach miłość życia ziemskiego i nie uznając go za marność, przyczynił się niezmiernie do wszechstronnego rozwoju kultury zarówno duchowej (umysłowej i estetycznej), jak materialnej. W pracy nad budową tej kultury człowiek nowoczesny miał nowe pobudki, którymi wieki średnie gardziły: troskę o dobrobyt i wygodę oraz ambicję osobistą i dążenie do sławy, które dawniej uchodziły niemal za grzech wobec obowiązku pokory. W ogóle dopiero w epoce humanizmu rozkwitł indywidualizm: człowiek zaczął sobie coraz lepiej uświadamiać swoją odrębność od innych ludzi i rościł sobie coraz większe prawo nie tylko do jej pielęgnowania, rozwijania, ale i uzewnętrzniania. A stąd jednym z ulubionych tematów poezji humanistycznej są koleje własnego życia poety oraz jego uczucia i myśli.

Nie dosyć na tym: coraz lepiej zaczęto rozumieć i odczuwać tę prawdę, której pełny i wspaniały rozkwit przypadnie dopiero na wiek XIX, że nie tylko jednostka, ale i każdy naród posiada swoją odrębność, którą wolno i należy pielęgnować i rozwijać. Patriotyzm nowoczesny jest dziecięciem epoki humanizmu, a wzrastał pod ogromnym wpływem literatury starożytnej, zwłaszcza pism Cycerona.

W badaniach naukowych umysł ludzki stawał się coraz śmielszy: za główne źródło wiedzy poczytywał już nie tradycję i książkę, nie Pismo święte i Arystotelesa, jak w wiekach średnich, tylko własną pracę - własne doświadczenie, własną obserwację ludzi i świata, własne rozumowanie. Humanizm to stworzył nowe podstawy dla nauki o człowieku i o naturze, to jest dla nauk humanistycznych i przyrodniczych. W ogóle w każdej dziedzinie życia, a nade wszystko w dziedzinie nauki ł literatury humanizm stanowi epokę.

Z Włoch rozpowszechniały się te wszystkie nowe prądy życia po całej Europie zachodniej i dotarły do Polski. Po raz pierwszy poznali je ci Polacy, którzy byli obecni na soborze powszechnym w Konstancji (1414-1418), to jest uczeni, i oni to przywieźli z sobą do kraju wiadomości o nowym życiu. Od tej chwili rodzi się powoli i w Krakowie zapał dla autorów rzymskich i chęć pisania i mówienia tak pięknym językiem łacińskim, jak oni. Na dworze Zbigniewa Oleśnickiego nie brakło już humanistów. A i w Akademii Krakowskiej ukazali się już w pierwszej połowie XV wieku dwaj nauczyciele, którzy są pierwszymi humanistami polskimi: Jan z Ludziska i Grzegorz z Sanoka.

Jan z Ludziska, Wielkopolanin, doktor i profesor medycyny, był pierwszym w Polsce zapalonym wielbicielem Cycerona i pilnie troszczył się o to, żeby profesorowie Akademii Krakowskiej wykładali i przemawiali piękną łaciną. Sam zasłynął jako znakomity mówca. A z mów jego zasługuje na uwagę ta, którą powitał raz Kazimierza Jagiellończyka zwiedzającego Akademię; w mowie tej nie tylko okrywa pochwałami króla i Polskę, ale nadto upomina króla, aby ulżył niedoli chłopskiej: «Dlaczegóż w tym kraju bogatym chłopi żyją w niewoli i cierpią taki ucisk, jak niegdyś synowie Izraela w Egipcie?... Królu! Spomiędzy tylu książąt godnych korony obrali sobie Polacy ciebie, tusząc, że dokonasz wielu reform, że pomiędzy innymi ukrócisz żebraninę możnych, d zniesiesz niewolę chłopów... ie powrócisz wolność chrześcijanom zamieszkującym to królestwo; jasną albowiem jest rzeczą, że natura wszystkich ludzi zrodziła równymi.* Pierwszy to głos w naszej literaturze w obronie ludu wiejskiego.

Grzegorz z Sanoka (zmarły jako arcybiskup lwowski w roku 1477) z zapałem wykładał w Akademii sielanki Wirgiliusza, uwydatniając ich piękno; wykłady te cieszyły się podobno wielkim powodzeniem. Scholastyki Grzegorz z Sanoka nie cierpiał, nie wierzył ślepo w powagi średniowieczne (ośmielał się na przykład krytykować Kadłubka), życie prowadził swawolne, rozumiał wartość nauk przyrodniczych, kochał literaturę rzymską i sam pisywał wiersze łacińskie, naśladując poetów rzymskich: zresztą poezji tych prawie zupełnie nie znamy, te zaś, które znamy, wcale nie świadczą o wybitniejszym talencie. W ogóle wszystko prawie, co wiemy o Grzegorzu z Sanoka, zawdzięczamy opowiadaniu jego przyjaciela, a był nim humanista włoski Filip Buonaccorsi, zwany Kallimachem, który wygnany z Rzymu za wolnomyślność, długo się tułał po świecie, aż przywędrował do Polski i doznawszy gościnności od Grzegorza z Sanoka, osiadł we Lwowie, później zaś dostał się na dwór królewski i był nauczycielem synów Kazimierza Jagiellończyka, a po jego śmierci - doradcą Olbrachta. Otóż Kallimach, który w Polsce niejedno napisał dzieło (pomiędzy innymi życiorys Grzegorza z Sanoka i historię Władysława Warneńczyka), niemało przyczynił się do tego, że królewicze i dworzanie królewscy przejęli się zamiłowaniem literatury starożytnej. Krzewili humanizm i inni cudzoziemcy-humaniści, na przykład poeta niemiecki Konrad Celtes oraz różni uczeni i poeci ze Śląska. Pomimo to wszystko humanizm rozwijał się u nas w wieku XV bardzo powoli i bardzo słabo: przejęły się nim jedynie najwyższe warstwy społeczeństwa. Wobec tego i na literaturę XV wieku humanizm wywarł wpływ bardzo niewielki; byli wprawdzie poeci, którzy pisywali wiersze łacińskie, ale nic pięknego nie napisali.

Za to niektóre utwory prozy polsko-łacińskiej XV stulecia uległy znacznemu wpływowi literatury rzymskiej: kronika Długosza, duchem średniowieczna, w stylu, jak widzieliśmy, wzoruje się na Liwiuszu; nie dosyć na tym: jest jeden utwór, na którym humanizm wycisnął bardzo silne piętno także i pod względem treści, utwór ożywiony w znacznej części duchem już nie średniowiecznym, tylko nowożytnym. Dziełko to, napisane za panowania Kazimierza Jagiellończyka, ma tytuł: Monumentum pro Reipublicae ordinatione (Memoriał w sprawie uporządkowania Rzeczypospolitej). Jego autorem jest pierwszy nasz znakomity pisarz świecki, magnat wielkopolski Jan Ostroróg (zmarły roku 1501 jako wojewoda poznański). W piśmie tym, skreślonym w przededniu sejmu nowokorczyńskiego w roku 1475, po raz pierwszy w literaturze polskiej uwydatnia się^silnie znamienna cecha humanizmu: walka z powagami, a mianowicie krytyka państwa i krytyka Kościoła. Po raz pierwszy także w literaturze naszej ukazuje się tutaj słynna nauka Cycerona o obowiązkach patriotycznych: «Wy, przezacni panowie!-tak zaklina Ostroróg posłów na sejm - filary i podstawy, osie i dźwignie ojczyzny! Pokażcie swymi słowami i czynami, że kochacie ojczyznę więcej niż samych siebie, rzecz pospolitą więcej niż prywatną, więcej niż własne dzieci, niż własnych braci, niż własne wszelakiego rodzaju mienie: a tak w powszechnej pomyślności wzrośnie także dobrobyt prywatny, i wszystko, co ustanowicie, będzie miało trwałą wartość; jeżeli zaś dobro powszechne dozna uszczerbku, to i pomyślność prywatna pójdzie na marne i runie.» Tę naukę Cycerona rozwinie w XVI wieku Skarga.

Dopatrując się wielu wad i niewłaściwości w państwie polskim, Ostroróg pragnie je przekształcić, doradza więc, by zreformować skarb, wojsko, a zwłaszcza sądy i prawodawstwo. Mówi Ostroróg: «Niech będzie jedno prawo wszystkich obowiązujące, bez żadnej osób różnicy... jednym i tym samym prawem zarówno wszyscy mieszkańcy kraju mogą i powinni by się rządzić); nie znaczy to, żeby się domagał równouprawnienia, skoro, jego zdaniem, kara za zabójstwo powinna być, jak dawniej, inna dla chłopów, a inna dla uprzywilejowanej szlachty: on żądał tylko, by wszyscy bez wyjątku podlegali prawom krajowym, a tego właśnie nie było w Polsce, mieszczanie bowiem rządzili się prawem niemieckim. Za najlepsze zaś prawo dla kraju poczytywał Ostroróg, jako zapalony wielbiciel literatury i nauki rzymskiej, prawo nie polskie, tylko rzymskie, nie rozumiejąc, że co było dobre dla Rzymu, to może być złe dla Polski.

Ale więcej jeszcze raził go średniowieczny stosunek państwa polskiego do Kościoła, oparty na posłuszeństwie panującego względem władzy kościelnej. Zresztą Kazimierz Jagiellończyk pokazywał już rogi Kościołowi, nad czym Długosz ubolewał, a z czego się Ostroróg cieszył i pysznił, jego bowiem zdaniem, król polski nie powinien znać nad sobą żadnej zwierzchności prócz Boga (i znów uwydatnia się tutaj znamienna cecha humanizmu: dążenie do wolności). W ogóle Polska, zdaniem Ostroroga, chociaż powinna zostać posłuszną papieżowi w rzeczach wiary, może i powinna sama rządzić swoim Kościołem katolickim, a więc na przykład wszelkiego rodzaju opłaty, które Polska wysyła do Rzymu, powinny być zniesione, Polska bowiem nie ma pieniędzy na wyrzucenie; biskupów powinien mianować nie papież, tylko król polski, duchowieństwo nie powinno mieć osobnych przywilejów itd.

Te wszystkie i inne żądania wypowiada Ostroróg, jak przystało na humanistę, z nie znaną dawniej w literaturze polskiej pewnością siebie, z prawdziwie młodzieńczym zapałem i z wielką dumą narodową. Zdając sobie już jasno sprawę, że Polska to naród wielki i potężny, Ostroróg szczyci się tym, że jest Polakiem, a tu i owdzie wpada nawet w szowinizm, odzywając się z niechęcią o cudzoziemcach (pomimo że wykształcenie swoje zawdzięczał podróżom za granicę), zwłaszcza o Niemcach osiadłych w Polsce. Ta duma narodowa stanowi wybitną cechę jego pisma.

Dziełko Ostroroga jest utworem bardzo ważnym: jest mianowicie pierwszym silnym głosem żądającym dokonania różnych zmian w państwie polskim, innymi słowy, jest początkiem naszej literatury politycznej.

O POWINSZOWANIU PAPIEŻOWI NOWO OBRANEMU. Odwiedzić nowego papieża, powinszować mu tego wyniesienia, napomnieć i zachęcać, aby sprawiedliwie i świątobliwie Kościołem Chrystusa rządził, także oświadczyć i wyznać, że król z całym królestwem wiarę katolicką zachowuje - w tym wszystkim nie widzę nic złego; ale żeby roztropną było rzeczą obiecywać posłuszeństwo we wszystkim (jak to zwykle papieżowi obiecują)-na to żadną miarą nie przystanę. Sprzecznością bowiem jest co innego mówić, a co innego czynić. Twierdzi król polski (i słusznie, bo nikomu nie ulega!), że prócz Boga nie zna nad sobą żadnej zwierzchności: jakże to pogodzić z prawdą, jeśli mówić będziemy do papieża tak, jakeśmy dotychczas, winszując mu, mówili? Niech sobie nadal pozostaną odwiedziny, ale pod imieniem uszanowania, nie posłuszeństwa, bo to absurd uwłaczający wolności króla polskiego!

0 DOCHODZENIU SPRAWIEDLIWOŚCI W MAGDEBURGU. Co za ogłupienie, co za niedbalstwo, co za wstyd i hańba, i sromota! Jakaż potrzeba (czyli raczej głupota!) zniewala nas do tego, żeby w tym sławnym i wolnym królestwie trwał tak długo - ku wzgardzie króla, ku poniewierce możnych panów i ku niesławie całej w ogóle społeczności szlacheckiej - zwyczaj szukania sprawiedliwości w Magdeburgu, i to u kogo ? u brudnych i plugawych rzemieślników, u ludzi najniższej warstwy, którym - jak mniemam - tak daleko od stanu uczonych, że należy pogardzać nimi jak najgorszymi szumowinami. Jak gdyby w całym naszym królestwie nie znalazł się ani jeden sprawiedliwy i biegły sędzia! Jak gdyby nam brakowało mężów mądrych, roztropnych i wykształconych! Ocućcie się raz przecie, waleczni mężowie! Zrzućcie z siebie tę hańbę sprośną i nie kalajcie się dłużej jej brudem, wstydźcie się - zaklinam was - takiej małoduszności, którąście się wszędzie wobec cudzoziemców osławili! «

0 KAZANIACH W JĘZYKU NIEMIECKIM. O, co za ujma i osława dla wszystkich Polaków! Po wielu miejscach w świątyniach naszych odbywają się kazania po niemiecku, i to w miejscu wyniosłym i okazałym; słuchają ich jedna lub dwie baby, a tłumy Polaków duszą się gdzieś tam w kąciku ze swym kaznodzieją! Ponieważ zaś między tymi dwoma językami (jak i pod innym jeszcze względem) samo przyrodzenie zaszczepiło wieczną niezgodę i nienawiść, napominam, aby w tym języku nie kazywano. Niech się uczy mówić po polsku ten, kto chce w Polsce mieszkać! Chyba że takie z nas półgłówki, że zapominamy, iż Niemcy z naszym językiem podobnie obchodzą się u siebie. Jeżeli zaś potrzeba takich kazań dla przybyszów, niechże się one odbywają gdzieś na ustroniach, bez ujmy dla godności Polaków!

Kiedy się proza polsko-łacińska XV wieku szczyci tak znakomitym dziełem jak kronika Długosza i tak wybitnym jak traktat Ostroroga, na prozę polską składają się prawie wyłącznie przekłady różnych pism religijnych, dokonane z języka łacińskiego najczęściej przy pomocy przekładów czeskich. Są to więc, właściwie mówiąc, pomniki nie literatury, tylko języka polskiego.

Tłumaczono modlitwy i pobożne rozmyślania, z których powstawały modlitewniki, czyli książki do nabożeństwa, jak na przykład Modlitewnik siostry Kon-stancyjejy Modlitwy ubogiego Wacława, Modlitewnik Nawojki, Powieść o papieżu Urbanie itd. Tłumaczono także legendy o świętych (na przykład Żywot św. Błażeja). Psałterz floriański przepisano w wieku XV na nowo, zamieniając przestarzałe formy i wyrazy nowymi: jest to tak zwany Psałterz puławski, rękopis jego bowiem był niegdyś własnością biblioteki Czartoryskich w Puławach (obecnie znajduje się w Muzeum Czartoryskich w Krakowie).

Najważniejszym zabytkiem języka polskiego XV wieku jest Biblia królowej Zofii, czyli Biblia szaroszpatacka - przekład Pisma świętego dokonany dla czwartej żony Władysława Jagiełły, Zofii; do naszych czasów przechowała się tylko część rękopismu, która dziś znajduje się w bibliotece szkolnej w Saros-Patak na Węgrzech.

Podobne prace

Do góry