Ocena brak

Kultura polityczna, a kampania wyborcza na tle wyborów prezydenckich z 2005 roku.

Autor /preaxreonKern Dodano /09.10.2007

Kultura, z łac. \"cultura” oznacza „uprawianie, kształcenie”. Jest to termin wieloznaczny, i przez wiele osób nauki, filozofów etc. jest inaczej rozumiany, czy też interpretowany. Kultura najczęściej rozumiana jest jako całokształt duchowego i materialnego dorobku społeczeństwa. Bywa utożsamiana z cywilizacją. Kultura to również charakterystyczne dla danego społeczeństwa wzory postępowania, także to, co w zachowaniu ludzkim jest wyuczone, w odróżnieniu od tego, co jest biologicznie odziedziczone.
Papież Jan Paweł II pisał o kulturze, „Prawdziwa cultura animi jest kulturą wolności, wypływającą z głębi ducha, z jasności myśli, z hojnej i bezinteresownej miłości. Bez wolności nie można posiąść kultury. Prawdziwa kultura narodu, jego pełna humanizacja, nie mogą rozwinąć się w ustroju zniewolenia”. \"... Kultura - mówi bowiem Konstytucja soborowa Gaudium et spes - wypływa bezpośrednio z natury rozumnej i społecznej człowieka, potrzebuje ona nieustannie dla swego rozwoju należytej wolności oraz prawowitej możności samodzielnego działania wedle własnych zasad\". „Kultura nie może być zniewolona przez władzę polityczną czy ekonomiczną, musi być wspomagana przez jedną i drugą, we wszystkich przejawach społecznej i prywatnej inicjatywy, zgodnie z prawdziwym humanizmem, tradycją i autentycznym duchem każdego narodu. Co więcej, kultura rodzi się wolna, powinna rozwinąć się w ustroju opartym na wolności, Człowiek wykształcony winien zaproponować swoją kulturę, a nie ją narzucić. Przymus stoi w sprzeczności z kulturą, gdyż zaprzecza procesowi wolnej, osobistej asymilacji myśli i miłości, która jest właściwością kultury umysłu. Kultura narzucona stanowi nie tylko przeciwieństwo wolności człowieka, ale jest przeszkodą w procesie tworzenia samej kultury, która w swej złożoności, od nauki do stylu ubierania się, rodzi się ze współpracy wszystkich ludzi.”
Kultura stała się zespołem idei organizujących i konstytuujących sens życia jednostki i społeczeństwa, określających cele człowieka. Pojęcie „kultury politycznej” powstało dopiero w XIX wieku, jednakże jak na to zwracali uwagę niektórzy politolodzy, coś na jej kształt towarzyszy człowiekowi od chwili, gdy po raz pierwszy wypowiedziano się na temat polityki. Na ten temat wypowiadali się tacy myśliciele jak Platon, Machiavelli, Montesquieu i Tocqueville. Próbowali oni tłumaczyć różnice między sposobami sprawowania rządów poprzez wskazanie na odmienności w zwyczajach i temperamencie danego ludu.
W polskiej polityce termin „kultury politycznej” ma już ponad stuletnią historię. Pierwszy raz został użyty w 1905 roku, podczas rewolucji. Wówczas było one używane potocznie i oznaczało ono powściągliwość polityczną, zachowanie etyczne oraz powstrzymanie się od zachowań nieprzystających politykom. Obecnie, w polskiej literaturze politologicznej funkcjonuje wiele definicji pojęcia „kultura polityczna”.
Przez „kulturę polityczną” rozumiemy całokształt indywidualnych postaw politycznych członków danego społeczeństwa. Postawy te są wyrazem uznawanych wartości, odnoszących się przede wszystkim do systemu władzy państwowej. Od „kultury politycznej” danego społeczeństwa zależy stopień i charakter jego zaangażowania w politykę, gdyż to właśnie „kultura polityczna” reguluje stosunki między rządzącymi a rządzonymi. Składają się na nią cztery elementy. Pierwszy, ma charakter poznawczy, jest to wiedza na temat procesów i faktów politycznych. Może być ona zgodna z rzeczywistym stanem rzeczy, ale często także opiera się na stereotypach. Zarówno jeden, jak i drugi rodzaj wiedzy może służyć jako motywacja do podjęcia aktywności politycznej. Drugi element „kultury politycznej” ma charakter normatywny, ponieważ składają się na niego wartości i zasady, które zdaniem członków danego społeczeństwa powinny kształtować sferę polityki. Element trzeci, oceniający, zawiera opinie i sądy wartościujące na temat instytucji życia politycznego. Element czwarty, śmiało nazwać emocjonalny, gdyż przejawia się w postawach i zachowaniach prezentowanych na scenie politycznej.
Warto zaznaczyć, ze „kultura polityczna”, jej stan, wyrasta z kondycji społeczeństwa z jego ogólnej kultury. Ale nie jest to zależność jednokierunkowa. Stan „kultury politycznej” wpływa jednocześnie na stan całego społeczeństwa, bo polityka jest wszak ciągle obecna w społecznej świadomości choćby dzięki mediom. Z kolei charakter tych ostatnich sprawia, że najbardziej widowiskowe jest to co wzbudza najsilniejsze emocje.
W encyklopedii pod pojęciem „kampania wyborcza” znajdziemy taką definicję, że jest to ogół środków, np. plakaty, ulotki, reklamy w środkach masowego przekazu, spotkania z wyborcami, jakimi to specjaliści od marketingu politycznego, promują kandydaturę polityka lub partii politycznej, tak by wyborca zagłosował na daną osobę lub partię. Kampania wyborcza jest zarazem niebezpieczeństwem i szansą dla społeczeństwa. Może ona doprowadzić do wzrostu demagogii i brutalizacji życia politycznego w Polsce, które może się jawić przez posługiwanie się kłamstwem czy też manipulację. Jednak z drugiej strony kampania wyborcza niesie za sobą pewne perspektywy. Może ona doprowadzić do zwiększenia „kultury politycznej” danej grupy społecznej, a co za tym idzie do podniesienia wiedzy o potrzebach narodu oraz do formowania postaw patriotycznych odpowiedzialnych za dokonywane wybory.
Niestety kampania wyborcza z wyborów prezydenckich z 2005 roku przyjęła charakter stricte negatywny. Dość wyraziście stosowany był tzw. „Czarny PR”. Definiuje się go jako patologiczna forma, wykorzystująca narzędzia „public relations” do walki z konkurencją lub wręcz ataku. Czyli mówiąc krótko jest to swego rodzaju antyreklama. „Czarny PR” szczególnie często był używany w czasie kampanii przed wyborami prezydenckimi w propagandowych posunięciach prowadzących kampanię wyborczą działaczy Prawa i Sprawiedliwości, pracujących dla Lecha Kaczyńskiego, i Platformy Obywatelskiej, pracujących dla Donalda Tuska, mających na celu zdyskredytowanie w oczach opinii publicznej kandydata przeciwnika przy użyciu plotek, półprawd i fałszywych świadectw.
Jednak pierwszym przejawem „brudnej kampanii” był atak na kandydata SLD Włodzimierza Cimoszewicza. Dnia 11 sierpnia 2005 roku, do sejmowej komisji śledczej trafił dokument asystentki ówczesnego Marszałka – Anny Jaruckiej, która powiedziała, że dostała pisemną zgodę od kandydata lewicy na zmianę treści jego oświadczenia majątkowego. Jarucka trafiła do posła PO, członka komisji ds. PKN Orlen Konstantego Miodowicza, za pośrednictwem Wojciecha Brochwicza, byłego wiceministra spraw wewnętrznych i oficera służb specjalnych, radcy prawnego i eksperta PO, członka jej władz krajowych. Działacze SLD otwarcie mówiła, że za tą aferą stoją służby specjalne, które rzekomo miały współpracować z partią i sztabem wyborczym Donalda Tuska. W tym momencie politycy obu sztabów zaczęli używać mocnych słów wobec siebie. Tomasz Nałęcz, szef sztabu Cimoszewicza, co rusz przypominał posłowi Miodowiczowi o posiadanym przez niego stopniu pułkownika oraz wypowiadał się w mediach, że PO jest winna zamieszania w sprawie Jaruckiej. Reakcja Tuska była natychmiastowa, który nazwał Nałęcza „najemnikiem Cimoszewicza”. Jak się później okazało, były premier był niewinny, gdyż jego upoważnienie było nieudolnie podrobione, sygnowane nieużywanym faksymile, które miała przywłaszczyć sobie Jarucka. Zdaniem Cimoszewicza, Jarucka mogła mieć żal do niego za odmowę protekcji w sprawie jej wyjazdu z mężem na placówkę zagraniczną. Notabene sugerowano, że obydwóch zainteresowanych łączył kiedyś romans.
Nie było to jedyne działanie przeciw Włodzimierzowi Cimoszewiczowi podczas kampanii wyborczej. Zaczęto mu przypisać przemówienie gen. Jaruzelskiego z Plenum KC PZPR z 1983 roku.
\"Stale i szczerze dążymy do rozbudowy pomostów ułatwiających ludziom przechodzenie na naszą stronę, na stronę socjalizmu. To Lenin uczył, że nie może uważać się za komunistę ten, kto nie pozyska osobiście dla sprawy choć jednego nieprzekonanego\" oraz „(…)Zawsze, ale obecnie szczególnie dużo mówi się o roli i znaczeniu klasy robotniczej, roli i znaczeniu marksizmu-leninizmu. U niektórych słowa te nie schodzą ze szpalt i z ust. Kto więcej razy tych ornamentów użyje, ten sam sobie wydaje się bardziej pryncypialny. Oczywiście marksizm-leninizm wypowiada się i wypowiadać go trzeba słowami, ale najważniejsze, by był on w głowie, w sercu, a przede wszystkim w czynie, w postępowaniu”.
Dziennikarka Radia Polskiego twierdziła, że otrzymała maila od przedstawiciela Platformy Obywatelskiej. Zostało to nagłośnione w innych mediach, bez wstępnego słowa, że chodzi to słowa gen. Jaruzelskiego. Poza tym tygodnik „Wprost” sugerował, że córka i zięć Cimoszewicza mają w Stanach Zjednoczonych problemy prawne za zakup akcji PKN Orlen, który dokonywany za pośrednictwem ojca. Zapalnym punktem w czasie kampanii wyborczej na linii lewica – liberałowie było stworzenie, przez kandydata na posła z listy PO, gry komputerowej w której strzelano do Cimoszewicza. Należy również uwzględnić udostępnienie tej gry w Internecie. Co spowodowało oburzenie zwolenników ówczesnego Marszałka Sejmu.
Dnia 14 września 2005 roku po fali ataków na Włodzimierza Cimoszewicza i jego bliskich, sam zainteresowany ogłosił na konferencji prasowej w budynku Sejmu swoją rezygnację ze startu w wyborach prezydenckich. Oświadczył, że musi pomóc atakowanej w brutalny sposób rodzinie. Dodał ponadto, że nie udzieli poparcia żadnemu z pozostałych kandydatów, mówiąc, że \"Z szacunku dla osób udzielających mi poparcia nie będę udzielał instrukcji kogo powinny poprzeć, choć sam nie widzę osoby godnej tego urzędu\".
Brutalny, jednak ciekawy przebieg miała kampania prezydencka sztabów Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Przed wyborami dużo mówiło się o powstaniu koalicji POPiS. Porozumienie tych dwóch partii miało być nadzieją na zmianę życia w Polsce, tak jak to sami zainteresowani mówili. Jednak nieoczekiwana porażka Platformy w wyborach parlamentarnych na PiS-u oraz kampania wyborcza obu partii, które siebie co chwila atakowały. Oto krótka charakterystyka kampanii wyborczej obu komitetów.
Dnia 19 września 2005 roku, „Życie Warszawy” publikuje informacje, że kandydat PO na prezydenta Donald Tusk chciał kilka lat temu poręczyć za oskarżonego o malwersacje gdańskiego biznesmena i jego współpracownicę. Sąd w Gdańsku potwierdził, że szef Platformy chciał poręczyć, jednak w ostateczności poręczenie nie zostało jednak przyjęte. Andrzej M. miał wyprowadzić z Zakładów Mięsnych w Kościerzynie prawie 8 milionów złotych, a z Zakładów Graficznych w Szczecinie niecałe 3 miliony. Miał też nakłaniać innych do poświadczenia nieprawdy w dokumentach. Izabela S. jest oskarżona o działanie na szkodę szczecińskich zakładów.
W dniu 22 września 2005 roku, w „Rozmowach Niedokończonych” w telewizji Trwam i Radiu Maryja byli znaczący działacze PiS-u, tj. Jacek Kurski, Tadeusz Cymański, Zbigniew Ziobro, Stanisław Okularczyk oraz Cezary Mech, twórca programu gospodarczego partii braci Kaczyńskich. W czasie tego programu padło kilka ostrych słów ze strony Prawa i Sprawiedliwości w stronę Platformy. Kurski ostro krytykował kandydaturę Donalda Tuska na prezydenta i mówił, że trzeba wykonać zbożną pracę, aby prezydentem został Lech Kaczyński. Politycy PiS atakowali podatek liniowy, sztandarowe hasło Platformy Obywatelskiej. „To ukłon w stronę najbogatszych. Wzrośnie bezrobocie, zdrożeje żywność i leki, a potanieją markowe wina i cygara.” Cymański co chwilę mówił, że „Odkryjemy prawdę o podatku liniowy!!! Musimy mówić to wszędzie. Im bardziej ta prawda będzie powtarzana tym lepsze będą notowania PiS”. Debaty polityczne członków Prawa i Sprawiedliwości w mediach Ojca Dyrektora, bulwersowały członków Platformy, ponieważ było to miejsce, gdzie posłowie PiS mogli śmiało powiedzieć swoje zdanie i nikt za to nie wyciągnie konsekwencji.
Kampania wyborcza nabrała kolorów tuż po ogłoszeniu wyników I tury wyborów. Dnia 15 października 2005 roku, Jacek Kurski w czasie kampanii prezydenckiej, stwierdził, że Józef Tusk, nieżyjący dziadek Donalda Tuska, ochotniczo wstąpił do Wehrmachtu. Ten epizod z życia krewnego szefa PO mógł służyć jako argument do zarzucenia kandydatowi Platformy proniemieckich poglądów. Donald Tusk odrzucił te oskarżenia twierdząc, że jego dziadek nigdy nie służył w hitlerowskiej armii. Przeciwnicy zarzucili kandydatowi PO, że musiał jako historyk znać losy Józefa Tuska, ale ukrył je obawiając się ich negatywnego wpływu na kampanię. Po kilku dniach media ujawniły pełną historię dziadka.
Kiedy na Froncie Wschodnim III Rzesza ponosiła coraz większe straty, hitlerowcy postanowili wykorzystać Kaszubów jako \"mięso armatnie\". Według relacji Eleonory Gurkowskiej, najstarszej córki Józefa Tuska jej ojciec został siłą wcielony do Wehrmachtu. Za uchylanie się od służby wojskowej groziła kara śmierci. Zgodnie z niemieckimi dokumentami 2 sierpnia 1944 został powołany do wojsk III Rzeszy. Jednak po kilku miesiącach Józef Tusk zniknął z niemieckiej ewidencji, a potem służył w Polskich Siłach Zbrojnych w Wielkiej Brytanii.
Po tym wydarzeniu zarzucano Kurskiemu, że specjalnie mówił fałszywe informacje o dziadku Donalda Tuska, aby nadszarpnąć życiorys rodziny rywala Lecha Kaczyńskiego. Lech Kaczyński przed drugą turą wyborów odciął się od działań Kurskiego, który został przez sąd partyjny wykluczony z PiS.
Jacek Kurski, po decyzji sądu koleżeńskiego, stwierdził, że \"popełnił pomyłkę, a nie dopuścił się oszczerstwa\". Przeczytał także dziennikarzom fragment niemieckojęzycznej wersji książki Donalda Tuska \"Był sobie Gdańsk\" (Einst in Danzig). Jego zdaniem fragment ten jest potwierdzeniem tego, że brat dziadka Tuska dobrowolnie wstąpił do Wehrmachtu: „Dziadek był piłkarzem w klubie polskich kolejarzy Gedania, w czasie wojny naziści zesłali go na przymusowe roboty, po 45 wybrał Polskę. Jego brat służył w Wehrmachcie, szwagier zginął od kuli polskiego żołnierza, siostra znalazła grób w Bałtyku jako jedna z ofiar \"Gustlofa\", statku z gdańskimi uchodźcami storpedowanego w 45 roku przez sowiecką łódź podwodną.” Notabene Jacek Kurski odwołał się o decyzji sądu koleżeńskiej i po wygraniu wyborów przez Lecha Kaczyńskiego powrócił do Prawa i Sprawiedliwości. Spór o dziadka stał się jednym z konfliktów, który być może był jedną z przyczyn rozpadu przedwyborczej koalicji PO-PiS i utworzenia rządu Marcinkiewicza z poparciem PiS, Samoobrony, LPR i Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Odpowiedzią na atak Jacka Kurskiego dotyczy biografii dziadka Donalda Tuska była konferencja prasowa czołowej działaczki Platformy Obywatelskiej Hanny Gronkiewicz – Waltz w hospicjum. Ówczesna posłanka powiadomiła opinię publiczną, że Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy odpowiedzialny był za zmniejszenie kwot dotacji na stołeczne hospicja. Informację tą wielu uznaje za przynajmniej częściowo nieprawdziwą. Gronkiewicz – Waltz twierdziła bowiem, że zmniejszenie kwot na poszczególne hospicja było do pewnego stopnia skutkiem zwiększenia się ich ilości w mieście zaś personalna odpowiedzialność Kaczyńskiego za podział dotacji jest problematyczna. Ta konferencja wzbudziła sprzeciw wielu środowisk, co spowodowały znaczny spadek poparcia dla Donalda Tuska.
Kandydaci walczyli o poparcie różnych środowisk przed II turą. Lech Kaczyński zabiegał po pierwszej turze o poparcie innych kandydatów. Poparł go m.in. głoszący populistyczne hasła lider Samoobrony Andrzej Lepper oraz liderzy PSL. Uzyskał też poparcie LPR, a także związków zawodowych (\"NSZZ Solidarność\"), jak również niektórych polityków lewicowych, m.in. Ryszarda Bugaja (dawniej Unia Pracy) czy Adama Gierka (syn byłego I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka). Poparł go również znany przedsiębiorca Roman Kluska, a także media związane z Radiem Maryja.
Po stronie szefa PO opowiedzieli się dwaj poprzedni prezydenci, tj. Aleksander Kwaśniewski oraz Lech Wałęsa. Prezydent Aleksander Kwaśniewski powiedział, że zgadza się z twierdzeniem, iż kandydat Platformy Obywatelskiej na prezydenta Donald Tusk chce kontynuować jego koncepcję prezydentury. „Gdy chodzi o kampanię, o pomysł na zachowanie publiczne i koncepcję prezydentury, to niewątpliwie to jest mój sukces” – powiedział Kwaśniewski pytany o kampanię Tuska. Według niego, Tusk nie chce „prezydentury rewolucyjnej, bardzo aroganckiej. W tym sensie ci wszyscy, którzy mówią, że dla wielu Polaków Donald Tusk jest wyborem kontynuacji stylu prezydenckiego, mają rację. Tak to jest i uważam, że to jest dobre”. Poza tym po stronie przewodniczącego stanęli również Henryka Bochniarz z demokratów.pl oraz redaktor naczelny gazety „Nie” Jerzy Urban. Swoje poparcie udzielił także Tuskowi, były premier znany z afer Leszek Miller. Te dwa ostatnie nazwiska wzbudziły wśród sztabu Kaczyńskiego oburzenie, jednak działacze PiS-u nie prowokowali.
Nie wytrzymał jednak Donald Tusk, który w telewizji powiedział „Wtorkowe porozumienie między Lechem Kaczyńskim i Andrzejem Lepperem dziś ma swoje poważne konsekwencje. Głosami PiS i Samoobrony przerwano posiedzenie Sejmu i zablokowano możliwość wyboru marszałka Sejmu. Chciałbym spytać Lecha Kaczyńskiego, czy IV Rzeczpospolita ma mieć twarz Andrzeja Leppera?”. Reakcja Lecha Kaczyńskiego była natychmiastowa. Kandydat PiS na prezydenta wytknął swojemu konkurentowi poparcie go przez Jerzego Urbana, Leszka Millera oraz Aleksandra Kwaśniewskiego. Na pytania Tuska, Kaczyński powiedział „Ja mogę odpowiedzieć też pytaniem: czy III Rzeczpospolita Donalda Tuska w zmienionej formie ma mieć twarz Jerzego Urbana, bo on poparł Donalda Tuska, albo Leszka Millera, bo on również go poparł...”
Dnia 24 października 2005 roku Państwowa Komisja Wyborcza podała, że prezydentem Polski został prof. Lech Aleksander Kaczyński. Otrzymał on 54,04% ważnych głosów przy frekwencji 50,99%. Donald Tusk uzyskał 45,96% poparcia. Ta brutalna kampania wyborcza miała wielkie konsekwencje przez następny. Partie, które przed wyborami chciały stworzyć koalicję POPiS, która miała alternatywą dla Polski, stały się największymi wrogami w polskim parlamencie.
Do dnia dzisiejszego słyszymy jeszcze w mediach pewne oskarżenia dotyczące październikowej kampanii prezydenckiej. W programie TVN 14 czerwca 2006 roku Jacek Kurski oskarżył komitet wyborczy Donalda Tuska o wykorzystanie billboardów odkupionych za bezcen od PZU w czasie kampanii wyborczej. Bul terier Prawa i Sprawiedliwości sądził, że pochodziły one z akcji „STOP WARIATOM DROGOWYM”, którą koncern ubezpieczony nagle przerwał i przekazał swoje miejsce kandydatowi PO. Poseł uważa, że było to efektem zmowy sztabu Tuska z przedstawicielami firmy ubezpieczeniowej. Obecnie tą sprawą zajmuje się prokuratura.
W odpowiedzi 20 czerwca przedstawiciele sztabu Tuska zarzucili komitetowi Kaczyńskiego, że to on korzystał z usług firm, które wcześniej prowadziły kampanię \"Stop wariatom drogowym\". Działacze największej liberalnej partii w Polsce stwierdzili, że w sprawozdaniu komitetu wyborczego Kaczyńskiego wykazano zakup większej ilości tablic reklamowych, za mniejszą sumę niż to miało miejsce w rozliczeniu finansowym Donalda Tuska. PO oskarża Lecha Kaczyńskiego, że kupował swoje billboardy za bardzo niską cenę.
Ustawodawstwo medialne w Polsce przewiduje dostęp do publicznych środków przekazu dla polityków bez względu na opcję polityczną, ubiegających się o stanowiska prezydenta RP. Równe prawo do bezpłatnych bloków wyborczych na antenie telewizji i radia publicznego mają prawo wszyscy kandydaci, niezależnie z jakiej opcji politycznej startują. Zarówno w mediach komercyjnych, jak i mediach publicznych komitety wyborcze mogą wykupywać płatny czas antenowy i poświęcać go na reklamę swoich kandydatów na tych samych zasadach co komercyjni zleceniodawcy reklam.
Kampania wyborcza w mediach publicznych i komercyjnych w czasie kampanii prezydenckiej w 2005 roku nie miała takiego oddźwięku jak przy wyborach parlamentarnych. Nie były toczone „wojny na reklamówki”, a debaty były merytoryczne oraz odbywały się w sposób kulturalny. Jednak reguła nie potwierdza wyjątku.
Dnia 19 marca 2005 roku Lech Kaczyński zaczynał puszczać swoje spoty reklamowe w telewizji publicznej przed ogłoszeniem kalendarza wyborczego. Taka sytuacja wywołała trochę kontrowersji. Państwowa Komisja Wyborcza uznała za niezgodne z prawem prowadzenie kampanii wyborczej przed oficjalnym ogłoszeniem kalendarza wyborczego. Poza reklamówką Kaczyńskiego pojawiają się materiały Marka Borowskiego i Donalda Tuska. Dnia 23 marca 2005 roku PKW wydaje oświadczenie, w którym podają do informacji, że spoty z udziałem kandydatów na prezydenta mogą być najwcześniej emitowane wyłącznie od 15 dnia przed terminem wyborów. Kandydaci i ich sztaby bronią się przed zarzutami, twierdząc, że spoty reklamowe promują ich partie, a nie osoby kandydatów na prezydenta.
Ważnym elementem, który dotyczył kampanii prezydenckiej w TVP był protest z dnia 5 października 2005 roku do Państwowej Komisji Wyborczej złożony przez następujących kandydatów ubiegających się o fotel prezydenta - Leszek Bubel, Adam Słomka, Stanisław Tymiński, Liwiusz Ilasz oraz Jan Pyszko. Uważali oni, że są dyskryminowany przez szefostwo telewizji publicznej i dlatego są specjalnie pomijane ich materiały wyborcze. Pyszko uznał je za „nielegalne\" i „niemożliwe do zaakceptowania\". Słomka zapowiedział, że w związku z niedopuszczeniem do emisji jego materiału wyborczego przez Zarząd Telewizji Polskiej, w przypadku powtórzenia się podobnych praktyk wezwie do bojkotu wyborów. Zarząd TVP podał, że powodem niewyemitowania spotu wyborczego kandydata było niedostarczenie przez niego materiałów wyborczych do telewizji. Słomka upiera się, że materiał dostarczył. Zdaniem Słomki, zapewnienie „względnie porównywalnej\" ilości czasu antenowego wszystkim kandydatom jest obowiązkiem ustawowym mediów publicznych. Interweniowała nawet Krajowa Radia Radiofonii i Telewizji, która nakazała władzom TVP, by uczestnicy debat prezydenckich dobierani byli do programu nie tylko na podstawie wyników sondaży poparcia społecznego. Media publiczne nie zmieniły swojego zdania, zmienią je jeśli zmianie ulęgną wyniki sondaży. W wyniku tego Leszek Bubel i Adam Słomka zorganizowali drobne manifestacje w centrum Warszawy.
Kampania prezydencka z 2005 roku była przykładem kampanii negatywnej. W trakcie tego okresu wyborczego trwała walka o nowy model Polski, obywatele mogli wybierać czy chcą żyć w państwie liberalnym czy solidarnych. Czołowi działacze PiS i PO nie próżnowali sobie w mówieniu sobie „komplementów”. Kampania prowadzona w sposób brutalny, nikt nie pozostawiał na sobie suchej nitki, jednak nie wszystkie informacje były oficjalnie potwierdzone. Co powodowało, że często manipulowano wyborców kłamstwem.
„Kultura polityczna” zobowiązuje, że kampania wyborcza toczyła w formie dialogu i konsensu. W konkurencji politycznej polemika jest narzędziem koniecznym, ale musi podlegać regułom i ograniczeniom, a nie przekształcać się w nic nie wartą demagogię . Dobry polityk musi odznaczać się stałością poglądów i nie ulegać wpływom doraźnej taktyki oraz niedouczonych doradców, ale też nie może swego programu traktować jako prawdy absolutnej.
W kampanii wyborczej trzeba umieć się porozumiewać, nie powinna być prowadzona w sposób uniemożliwiający w przyszłości jakąkolwiek współpracę, choćby dziś wydawać się ona zupełnie niemożliwa. Współpraca ta może się kiedyś okazać konieczna dla osiągnięcia jakiegoś dobra społecznego. Zawieranie koalicji jest podstawowym sygnałem dojrzałości demokratycznej przywódców partyjnych. Dojście do porozumienia w kwestiach życia politycznego jest podstawowym czynnikiem „kultury politycznej”. Poziom kampanii wyborczej jest ściśle adekwatny do „kultury politycznej” danego społeczeństwa. Im wyższa jakość polityki, tym bardziej społeczeństwo jest bardziej odpowiedzialne życie polityczne.

Podobne prace

Do góry