Ocena brak

Kultura czasu wolnego

Autor /Fred Dodano /04.08.2011

Konsumpcja kultury masowej wpisana jest w swej przeważającej części w wolny czas doby obecnej. Wolny czas doby obecnej jest nie tylko demokratycznym rozszerzeniem swobody czasowej, która była dawniej przywilejem klas panujących. Jest on wynikiem samej biurokratycznej i przemysłowej organizacji pracy. Czas pracy, ujęty w ramy sztywne-go, stałego, niezależnego od pór roku, rozkładu godzin, został ograniczony pod wpływem ruchu związkowego i zgodnie z logiką ekonomiki. Ta zaś, wciągając powoli pracowników w obręb swojego rynku, zmuszona jest zapewnić im nie tylko czas na wypoczynek i odzyskanie sił, ale i czas na konsumpcję. 70-godzinny (w roku 1860) tydzień pracy, w 1960 roku stał się w Stanach Zjedno-czonych 37-godzinny, we Francji z 80-85-godzinnego stał się 45-48-godzinny.

Do niedzieli dołącza się często drugi dodatkowy dzień wolny od pracy. W tym sensie czas wolny jest czasem zdobytym z ograniczenia wymiaru  czasu pracy. Ale jest on czymś odmiennym od czasu świątecznego, który był właściwy daw-nemu stylowi życia. Rozłożone w ciągu całego roku święta były zarazem czasem zjed-noczenia zbiorowości, uświęconego rytuału, ceremonii, chwilowego zawieszania zaka-zów, czasem hulanek  i ucztowania. Czas  świętowania wykruszył się powoli na rzecz nowoczesnej organizacji i nowego rozłożenia stref czasu wolnego: weekendy, wakacje. Jednocześnie zaginął świąteczny folklor na rzecz nowego wykorzystania wolnego czasu. Dokonuje się rozszerzenie i ustalenie wolnego czasu, który w nowym pojęciu staje się czymś codziennym, a odbywa się to kosztem czasu pracy i czasu  świętowania.

Ta strefa wolnego czasu nie zostaje zwrócona ani tradycyjnemu  życiu rodzinnemu, ani zwykłym stosunkom społecznym. Zgodnie z przebiegającą równolegle ewolucją spoista jedność wielkiej rodziny ogranicza się teraz do samego jej jądra, składającego się z pary małżeńskiej i dzieci. Troska o materialne zabezpieczenie rodziny (oszczędzanie, prze-kazywanie spadku) ulega znacznemu ograniczeniu, zmniejsza się ciężar prac domo-wych, obniża się atrakcyjność domowego ogniska: każdy z członków rodziny zdobywa sobie wewnętrzną autonomię. Kultura masowa wype ł nia stref ę , z której usun ęł a si ę  praca,  ś wi ę to, rodzina. Nowy czas wolny, zdobyty na wycofujących się koniecznościach życiowych, wy-pełnia się obficie treściami, odchodzącymi coraz dalej od pracy, święta i rodziny. Ludzkie treści pracy ulegają zanikowi. Zespolenie z nową warstwą pracowników najemnych dawnych samodzielnych pracowników (rzemieślników, kupców) zmniejsza ich niemal biologiczne, tradycyjne przywiązanie do pracy.

Opisywana przez George-sa Friédmanna „praca rozbita na okruchy”, jaka ma miejsce w wielkich zespołach przemysłowych czy biurokratycznych, nie wymaga już od „wykwalifikowanego”, wy-specjalizowanego w pracy przy jednej maszynie robotnika czy urzędnika biurowego odpowiedzialności i twórczości. Osobowość, której zaprzecza w ten sposób praca, usiłuje więc odnaleźć siebie poza tą strefą jałową; w czasie wolnym wykonuje się te prace, które dają poczucie osobistego zaangażowania, odpowiedzialności, a nawet wynalazczości, jak majsterkowanie, albo też rozwija się osobiste uzdolnienia, hobby, „koniki”, albo wreszcie niepowstrzymanej potrzebie robienia czegoś osobiście nadaje się rangę kultu — w manii kolekcjoner-skiej. Ale czas wolny otwiera przede wszystkim  perspektywy korzystania z dobrobytu, konsumpcji i nowego życia prywatnego. Produkcja seryjna, sprzedaż ratalna otwierają dostęp do dóbr przemysłowych, do gospodarstwa zelektryfikowanego, do zmotoryzo-wanych  weekendów.

Umożliwiony więc zostaje udział w cywilizacji dobrobytu, a ten zaczątkowy udział w konsumpcji oznacza, że czas wolny nie jest już pustym miejscem na odpoczynek i odzyskanie sił psychicznych i fizycznych, nie jest już zbiorowym udziałem w święcie ani uczestnictwem w działalności rodzinnej, zmierzającej do pro-dukcji czy akumulacji, lecz przede wszystkim, i to w stopniu coraz silniejszym, moż-liwością życia konsumpcyjnego. Konsumpcja towarów staje się zarazem autokonsumpcją  życia osobistego. Każdy stara się już nie o to, aby przetrwać w walce o rzeczy konieczne, czy o to,  żeby za-mknąć się w ognisku domowym, ani też nawet o to, aby pędzić życie pełne uniesień radości, lecz aby pędzić po prostu swoje własne  życie. W ramach czasu wolnego, ukształtowanego przez rozwój techniki, szerokie masy wznoszą się na ten poziom indywidualizmu, jaki klasy średnie osiągnęły już dawniej. Dzisiejszy czas wolny okazuje się zatem tkanką  życia osobistego, dziedziną, w której człowiek usiłuje znaleźć potwierdzenie siebie jako jednostki prywatnej.

Tego właśnie czasu wolnego dotyczy przede wszystkim kultura masowa; pomija milczeniem zagadnienia związane z pracą, bardziej interesuje się dobrobytem ogniska domowego niż spoistością rodziny, trzyma się na uboczu od zagadnień poli-tycznych i religijnych (choć może ulegać ich wpływom). Zwraca swoje zaintere-sowania ku  życiowym potrzebom czasu wolnego, potrzebom  życia prywatnego, ku konsumpcji i dobrobytowi z jednej strony, ku miłości i szczęściu — z drugiej. Czas wolny to raj nowych ziemskich możliwości i rozkoszy. Tak więc kulturę maso-wą można uważać za jakiś gigantyczny system etyczny czasu wolnego. Ujmijmy to inaczej: etyka czasu wolnego, która rozwija się kosztem etyki pracy, a równole-gle z innymi chwiejnymi systemami etycznymi, przybiera swój określony kształt i strukturę w kulturze masowej.

Kultura masowa tylko w y p e ł nia czas wolny (przez widowiska, me-cze, telewizję, radio, lekturę dzienników i czasopism); kieruje poszukiwanie jednost-kowego dobra w stronę czasu wolnego i, co więcej, nasyca czas wolny treściami kul-turowymi, tak że staje się on stylem życia. Czas wolny jest nie tylko workiem, do którego wrzuca się istotne treści  ży-ciowe, i gdzie pragnienie osobistego szczęścia staje się potrzebą. Jest on sam z siebie etyką kultury.

Czas wolny to nie tylko ramy, w których realizuje się wartości życia prywatnego, ale również wartość samoistna, sama dla siebie stanowią-ca spełnienie. A — rozpatrując rzecz bardziej szczegółowo — wartością samą w sobie staje się rozrywka. Wielu moralistów, którzy sami siebie widzą w wymiarach Pascala, choć jest to raczej wymiar Duhamela, nie może dotąd zrozumieć natury tej współczesnej rozrywki. W lekturze drobnych wiadomości, w hipnozie ekranu telewizyjnego, w zmotoryzowanym weekendzie czy turystycznych wakacjach, jest istotnie coś z rozrywki w rozumieniu pascalowskim: jest to zabijanie czasu, ucieczka od niepoko-ju lub samotności w jakieś g d z i e i n d z i e j .

Nigdy — niewątpliwie — być u s i e b i e w towarzystwie dziennika, radia czy telewizji nie oznaczało tak bardzo być gdzie indziej. Ale jest też w tych widowiskach sportowych,  radiowych czy telewizyjnych, kon-kursach, w wakacjach, rozrywkach i wycieczkach jakiś potężny nawrót do dziecię-cych źródeł zabawy. Zabawa i widowisko wypełniają część współczesnego nam czasu wolnego. Nic tu nie jest bezwzględną nowością, ponieważ widowiska, jak również zabawy (gry hazardowe czy zawody) były zawsze częścią składową zabaw i wolnego czasu w przeszłości. Nowe jest tylko jedno: zasięg widowiska o horyzontach wręcz kosmicznych dzięki telewizji i radiu, a także szerząca się coraz bardziej ludyczna koncepcja życia. Widz się przygląda. Widzem jest w równym stopniu czytelnik dziennika czy cza-sopisma.

Nowe techniki wytwarzają typ widza w stanie czystym, to znaczy oderwanego fizycznie od widowiska, ograniczającego się do biernego patrzenia. Wszystko się roz-grywa przed jego oczami, ale on nie może niczego dotknąć, nie może włączyć się cie-leśnie w to, co obserwuje. W zamian za to wzrok widza dociera wszędzie, zarówno do buduaru Brigitte Bardot, jak i do międzyplanetarnej rakiety Titowa. Kultura masowa podtrzymuje i rozwija tę postawę widza, dostarczając jej ponadto plotek, poufnych albo rewelacyjnych wiadomości z życia sławnych ludzi. Widzenie ty-powo współczesne — to widzenie telewizyjne, kiedy widzi się wszystko zawsze w zbliżeniu, jak w teleobiektywie, ale to, co się widzi, jest zarazem nieuchwytne i oddalone; nawet to, co najbliższe, umieszczone jest w nieskończoności obrazów, zawsze obecne, rzecz jasna, ale nigdy nie zmaterializowane.

Widz uczestniczy w widowisku, ale to  uczestnictwo dokonuje się zawsze poprzez kapłana, kierownika chóru, pośrednika, dziennikarza, spikera, kamerzystę, gwiazdę filmową, wyobrażonego bohatera. Mówiąc ogólniej, od rzeczywistości fizycznej oddziela nas cały system luster i szyb, ekranów filmowych i telewizyjnych, szklanych  ścian nowoczesnych mieszkań, pleksiglasowych szyb dalekobieżnych wagonów, okienek samolotu, coś, słowem, zawsze przepuszczającego  światło i obraz lub obraz ten odbijającego [...]. Ta niewi-doczna warstwa oddziela nas, a zarazem pozwala lepiej widzieć i lepiej marzyć, co znaczy również — uczestniczyć. I istotnie poprzez przejrzystość ekranu, fizyczną nieuchwytność obrazu, uczestniczenie poprzez wzrok i umysł otwiera nam nieskończo-ność rzeczywistego wszechświata i zrodzonych w wyobraźni galaktyk.

Uczestniczymy w ten sposób w życiu światów bliskich na dotknięcie ręki, nie niedo-tykalnych, pozostających poza zasięgiem naszej ręki. I w ten sposób współczesne wi-dowisko jest zarazem najpełniejszą obecnością i najpełniejszą nieobecnością. Jest czymś niewystarczającym, biernym, jest telewizyjnym błąkaniem się, ale równocześnie jest udziałem w wielorakości świata rzeczywistego i światów wyobraźni. W wypadku krańcowym człowiek telewizyjny byłby abstrakcyjną istotą w abstrakcyjnym wszechświecie: z jednej strony ulatnia się częściowo realna substan-cja  świata, ponieważ ulotniła się jego materialność; z drugiej strony — i równocześnie — wymyka się i ulatuje duch widza i niby niewidoczne widmo błądzi pośród obrazów.

W tym sensie można by już teraz zaryzykować stwierdzenie, że tele-przekazy (niezależnie od tego, czy dotyczą rzeczywistości czy świata wyobraźni) zubo-żają konkretne związki człowieka z jego środowiskiem. Banalny przykład telewizji, któ-ra zubaża stosunki rodzinne w czasie posiłków, pokazuje bardzo wiele. A w ostatecznym rachunku to nie tylko związki z drugim człowiekiem, ale sama nasza obecność w nas ulegnie rozcieńczeniu, jeżeli wciąż zaangażowana jest gdzieś indziej. Do telewizji można by zastosować zdanie Machado: Śniłem nie śpiąc, a może nawet nie budząc się. [...] W każdym widowisku teatralnym, filmowym, telewizyjnym, istnieje w założeniu pewna komponenta ludyczna, trudna zresztą do wyodrębnienia. Występuje ona wy-raźnie w widowiskach sportowych, konkursach radiowych i telewizyjnych.

Związana jest w mniejszym lub większym stopniu z zajęciami użytecznymi, stanowiącymi treść majsterkowania, z erotyczno-przyjacielskimi wzajemnymi zainteresowaniami w czasie wspólnych rozrywek, z higienicznymi zabiegami sportowymi. Z dużą wyrazistością występuje w praktykowaniu  hobby,  w wycieczkach, zabawach tanecznych, rozryw-kach. Jednym z aspektów nowoczesnej rozrywki jest ów rozkwit elementu zabawy ja-ko działania, którego celem jest doznawana w nim przyjemność, nic poza tym (Mon-therlant). Tak więc kultura czasu wolnego wpływa nie tylko na rozwój widowiska, ale i na rozwój zabawy. Jest to dualizm zarazem antagonistyczny — ponieważ widowisko jest bierne, a zabawa czynna — i wzajem się dopełniający, który nie tylko mieści się w czasie wolnym, ale go częściowo także kształtuje. Istotnie, pewna część czasu wolnego, wykazuje tendencję do przybrania formy wielkiej zabawy — widowiska.

W sposób szczególnie znamienny przejawia się ta tendencja w nowoczesnych waka-cjach, w tym stopniu, w jakim wyrażają one czas naprawdę żywy, naprawdę przeżyty, w zestawieniu z bezkrwistym i sklerotycznym czasem roku pracy. Takie wakacje są nie tylko spędzanymi na  łonie natury przerwami, pozwalającymi na odzyskanie sił (sen, wypoczynek, spacery), ale również okresem przyjemności i zabaw, czy to dzięki praktykowanym w formie zabawy czynnościom, które niegdyś były zajęciami  życio-wymi (rybołówstwo, polowanie, zbieranie owoców, grzybów itp.), czy to przez udział w nowych zabawach (sporty uprawiane na plaży, narty wodne, polowania płetwonur-ków). Życie w czasie wakacji staje się zatem wielką zabawą: ludzie bawią się w wieśniaków, w górali, rybaków, mieszkańców lasu, bawią się walcząc, biegając, pływając...

Podobnie turystyka staje się wielką podróżą — widowiskiem poprzez  świat krajo-brazów, zabytków, muzeów. Turysta interesuje się tylko światem ukazywanym przez przewodnika, a ucieka przed życiem rzeczywistym, codziennym, chyba że jest ono za-klasyfikowane jako „malownicze”, to znaczy staje się z powrotem godne o b r a z u . Nosi ze sobą na ramieniu aparat fotograficzny, a w przypadku krańcowym zajmuje się bardziej fotografowaniem niż patrzeniem. Współczesna turystyka wykazuje w tej obrazowej rozpuście pierwszego stopnia (widzieć po to, aby wspominać) i drugiego stopnia (fotografować po to, żeby widzieć obraz swoich wspomnień) uderzające ana-logie z filmem. Jest pospiesznym następstwem obrazów, nieustanną postawą widza. Pokrewieństwo pomiędzy turystyką a filmem znajduje potwierdzenie w zbiorowych wycieczkach specjalnymi autokarami: siedząc w wygodnych fotelach widzowie patrzą przez szyby z pleksiglasu, które mają ten sam charakter oddzielającej ich od  świata błony, co ekran telewizyjny lub kinowy, fotografia w dzienniku i szklane ściany nowo-czesnego mieszkania. Jest to w coraz większym stopniu szerokoekranowe okno na świat i zarazem niewidzialna bariera.

A jednak pomiędzy sztuką filmową a turystyką jest zasadnicza różnica — w przeciwnym razie wystarczyłoby Koloseum, Alkazar czy Akropol obejrzeć w ki-nie, żeby uniknąć podróży. Turysta to nie tylko poruszający się widz. Udziałem jego jest nie tylko (zwłaszcza jeśli podróżuje samochodem) ta szczególna rozkosz, jaką daje pokonywanie przestrzeni (poch ł ania ć  kilometry). Styka się on osobiście ze zwiedzanym krajem poprzez parę podstawowych słów i konwencjonalnych powitań wymienionych z tubylcami, przez — psychicznie przeżywaną jako możliwość albo realizowaną w rzeczywistości — miłość uprawianą z przedstawicielami płci przeciwnej. Zakup paru symbolicznych przedmiotów, zwanych pamiątkami — jak miniaturowe wieże pizańskie, wyobrażające coś popielniczki i inne produkowane w tym celu drobiazgi — pozwala mu w magiczny sposób wziąć w posiadanie Hiszpanię czy Włochy.

A wreszcie wchłania w siebie fi-zyczny byt zwiedzanego kraju w charakterystycznych dla niego potrawach — rytuale światożerstwa coraz bardziej się rozpowszechniającym. Po wakacjach wprowadza się rytuał wspomnień, pokazywanie fotografii, barwne  opowiadania, nieraz przy okazji posiłku, któremu towarzyszy Chianti, w którym odnajduje się odrobinę Włoch, albo przy paelli, w której odnajduje się odrobinę Hiszpanii, czy przy prowansalskiej bouille-basse, w której odnajduje się odrobinę słońca. Turysta może powiedzieć „ja”, „ja widziałem”, „ja jadłem”, „ja tam byłem”, „ja zrobiłem 5000 kilometrów”. I ta właśnie niezaprzeczalna oczywistość fizyczna, to po-czucie, że s i ę  by ł o t a m , poczucie ruchu, zabawy, nadaje turystyce dodatko-wą wartość w zestawieniu z widowiskiem. W odróżnieniu od widza turysta j e s t , ma z a s o b ą  („mam za sobą Hiszpa-nię”) i zdobywa (wspomnienia). W turystyczne widzenie wchodzi równocześnie pewien dodatek do „być” i „widzieć” — pewna ilość „mieć”.

Fizyczne samozaanga-żowanie jest równocześnie rodzajem wejścia w posiadanie, zapewne na poły magicz-nym, odczuwanym jako jakieś radosne uniesienie, wzbogacenie siebie. Złożony sens współczesnego czasu wolnego ukazuje się jasno w przypadku waka-cyjnych osiedli, jak na przykład Palinuro (Klub Śródziemnomorski), którego badaniem zajmował się Henri Raymond2. Organizacja wakacji jest w nich zracjonalizowana, za-planowana, z dokładnością niemal co do minuty. Dochodzi się do czegoś, co jest niemal cudem: do biurokratycznej produkcji stanu natury, poprzez zbiorowe bilety, przewodniki, wioski namiotów. Wszystko tu jest przewidziane: udogodnienia, święta, rozrywki, miejsca postojów, obrzędy, przeżycia, radości. Współczesna technika od-twarza świat wysp Tahiti, ale przydaje mu komfortu gazowych butli, pryszniców, tran-zystorowych odbiorników. Podobna organizacja wytwarza zadziwiające współczesne społeczeństwo, oparte wyłącznie na Grze-Widowisku: spacerach, wycieczkach, sportach wodnych, świętach, balach.

To życie Grą-Widowiskiem jest równocześnie położeniem nacisku na  życie prywatne, w którym z większym natężeniem niż w życiu codzien-nym nawiązują się przyjaźnie, flirty, miłości. Jest ono ukształtowane na podobieństwo wakacyjnego  życia filmowego, które pędzą mieszkańcy współczesnego Olimpu w Miami czy na Tahiti... Palinuro to przeżyta w skali mikrokosmosu kultura masowa. Wyróżniają się tu dwie grupy: z jednej strony „mieszkańcy Olimpu” — aktywni, którzy piją aperitify w barze, zgrabnie tańczą, uprawiają sporty wodne, flirtują, uwodzą, a z drugiej ci, któ-rzy są raczej widzami, mniej aktywni, a którzy „mieszkańców Olimpu” podziwiają. Ale w Palinuro przepaść dzieląca te dwie klasy jest nie tak głęboka, dużo węższa od przepaści, jaka dzieli sławnych ludzi i gwiazdy filmowe od zwykłych  śmiertelników; w Palinuro kontakty wzajemne są ułatwione i dostęp do Olimpu możliwy...

W ten spo-sób, w pewnym stopniu przynajmniej i na pewien czas, Olimp kultury masowej przy-biera kształt i formę tego, co Raymond bardzo słusznie nazywa zmaterializowaną uto-pią. Oznacza to również, że ideałem kultury czasu wolnego, jego nieujawnionym celem, jest życie współczesnych mieszkańców Olimpu, bohaterów widowiska, zabawy i spor-tu. Ci bohaterowie kultury masowej zostali promowani do roli gwiazd kosztem daw-nych znakomitości. [...] Prasa, radio i telewizja karmią nas bez przerwy ich  życiem prywatnym, prawdziwym albo zmyślonym. A oni żyją, kochając się, bawiąc, podró-żując.  Życie ich jest wolne od niedostatku. Upływa na rozkoszach i zabawach. Ich osobowość rozwija się na podwójnym planie marzenia i wyobraźni.

Nawet ich praca jest czymś w rodzaju rozrywki na wielką skalę, czymś służącym uczczeniu ich własnego wizerunku, kultowi ich własnej kopii3. „Mieszkańcy Olimpu” ustanawiają idealny model  życia czasem wolnym — ich najwyższej aspiracji. Żyją zgodnie z etyką szczęścia i przyjemności, zabawy i widowi-ska. Stawiając tak wysoko wartości życia prywatnego, widowiska, zabawy, stawia się zarazem wysoko wolny czas i samą kulturę masową. W ten sposób zarysowuje się złożone wzajemne powiązanie pomiędzy czasem wol-nym, kulturą masową, wartościami  życia prywatnego, pojęciem Zabawy-Widowiska, wakacjami, dzisiejszymi mieszkańcami Olimpu.

Dodajmy jeszcze i to: wyniesienie na wyższy stopień Zabawy-Widowiska idzie w parze ze zmniejsza-jącym się znaczeniem pracy, z dzisiejszym kryzysem wielkich systemów warto-ści (państwo, religia, rodzina).  Kompleks zjawisk objętych pojęciem Zabawy, Widowiska utwierdza swoją pozycję w cywilizacji, z której wykruszyły się wielkie wartości transcendentne. Wartościom tym już tylko częściowo udaje się podpo-rządkowywać sobie życie jednostek. Z u r l o p u , j a k i d a n o w i e l -kim warto ś ciom, rodzi si ę  warto ść  Wielkiego Urlopu. [...] Moralistów tej duchowej, neutralnej Szwajcarii, jaką stanowią literatura i uniwer-sytety, uderzały dotąd przede wszystkim negatywne aspekty rozrywki, postawy ucieczki, bierności.

Ale trzeba tu wskazać i na to, że poprzez współczesny czas wolny, cały wielki odłam ludzkości, po omacku może i bez rozeznania, zaczyna jednak brać udział w jakiejś grze, w której nie wiadomo, kto przegrywa, a kto wygrywa, i staje wobec problemu jednostkowego i osobistego losu.  Znaczy to, że nie uświadamiając sobie tego, staje jednak realnie i doświadczalnie wobec problemów, które w poprzednim wieku formułowali Stirner, Marks, Nietzsche. Jest to bezkształtny tymczasem zarys czegoś, co ma być szukaniem i przyjęciem doli człowieczej.

Podobne prace

Do góry