Ocena brak

Ks. Henryk Kaczorowski - ŚWIADECTWA

Autor /Rajmund Dodano /20.10.2011

Ks. abp Kazimierz Majdański

(Świadectwo opublikowane w: Ks. Henryk Kaczorowski, Ateneum Kapłańskie, 404 (1976), s. 408-410.)

Ogromnie pracowity, zadziwił nas jednak we włocławskim więzieniu, gdy od pierwszej chwili znalazł sobie pilne zajęcia. Umieszczono nas (właśnie wspomnianego wieczoru, 7 XI 1939 r.), w liczbie 43, w małej kaplicy więziennej. Ani ogromna ciasnota, ani wszystkie podłe warunki, ani cała niezwykłość sytuacji nie przeszkodziły mu wyszukać gdzieś pod ołtarzem mszału i wertować go pilnie, robiąc cierpliwie notatki. Zdaje się, że analizował kolejno modlitwy mszalne, pewnie według jakiejś założonej metody. Nigdy zresztą nie tracił czasu, ani w Seminarium, ani w więzieniu, ani w Lądzie, ani w obozie. Kto to umiał jak on - Tylko nasz inny współwięzień, Biskup Kozal.

Ale świadek tych etapów życia Ks. Rektora ma do opowiedzenia o nim ważniejsze jeszcze sprawy: nigdy nie narzekał, nigdy nie wypowiedział słowa skargi i żalu, spokojnie przyjmował wszystko, co przyszło tak nieoczekiwanie i torturowało tak okrutnie. To tak, jakby dotychczasowe życie było nie tylko do takiej próby przygotowaniem, ale jakby jakimś niemal jej wyczekiwaniem.

To wszystko cicho i cierpliwie. - Kryterium niezawodne prawdy o dojrzałym człowieczeństwie i dojrzałym kapłaństwie, wyraz heroicznego męstwa chrześcijańskiego, które nie krzyczy buńczucznie, bo umie znacznie więcej: umie nieść krzyż, wpatrzone w Cichego Baranka. Ten wspaniały kapłan był cichy. I to była tajemnica jego życia, może najgłębsza.

W czasie internowania w Lądzie mówił w prywatnej rozmowie o szczególnej łasce wczesnej śmierci, gdy człowiek odchodzi obdarzony jeszcze jakimś, nie zgaszonym przez starość, bogactwem życia i zrozumiałej dla innych "potrzebności". Było to w ustach Rektora zaskakujące. Ale może usprawiedliwione tym właśnie jakimś poczuciem piękna, z którym liczy się Pan Bóg, Sprawca dojrzałości duchowej tylu młodych świętych, powołanych wcześnie do Siebie.

Zanim go, wraz z innymi, powieziono w ostatnią, nieznaną drogę, przeżył straszną próbę. - Jego transport miał z Dachau niebawem odjeżdżać, więc do okna baraku, w którym zjawiła się jego sylwetka, podbiegł przyjaciel serdeczny i następca na stanowisku rektora, ks. Franciszek Korszyński. Krótka wymiana słów przy rozstaniu i ... przerażenie w oczach Inwalidy": rozmowę spostrzegł Stubenaltester i mocną pięścią dzikiego osiłka uderzył ks. Korszyńskiego w twarz. Tak wyglądała końcowa scena w Dachau.

Jak było potem - na śmiertelnej drodze i samo spotkanie ze śmiercią - nie wiemy. Dowiemy się w wieczności. Ufamy, że będzie to oglądanie tego, "co Bóg zgotował tym, którzy Go miłują". Umiał miłować.

Ks. inf. Władysław Sarnik

(Wypowiedź zamieszczona na lamach dwutygodnika Ład Boży ; nr 597, 25 VIII 1991, s. 8.)

Za łaskę Bożą uznaję to znamienne, ostatnie spotkanie z ks. Henrykiem Kaczorowskim w obozie. Był rok 1942, rok okrutny w historii obozu w Dachau. Straszny głód, szalejący tyfus, flegmona, biegunka, owrzodzenia, zmasowana nienawiść oprawców. "Usprawnili" oni machinę unicestwienia w sposób wprost szatański. Odizolowali od społeczności pracujących więźniów obozowych kilka bloków mieszkalnych, przeznaczając je dla tzw. inwalidów. Ładowano do nich tzw. wrogów politycznych i ideologicznych, zwłaszcza inteligencję. Ładowano ludzi "nieproduktywnych", a więc starszych, chorych, okaleczonych. Ciasnota nie do uwierzenia. O ile w normalnej sypialni bloku obozowego o wymiarach 8x9 m na dwupiętrowych łóżkach mieściło się 150-200 więźniów, to w takiej samej sypialni bloku inwalidzkiego dusiło się 200-300 biedaków. Stłoczeni tam więźniowie skazani byli na szybkie unicestwienie. Często podjeżdżała tam duża ciężarówka kryta szczelnie czarną plandeką - samochód widmo - zabierając wyznaczonych więźniów w nieznane.

Oto pamiętny majowy dzień roku 1942. Na izbę wbiega jeden z naszych księży i woła: "Koledzy, chodźcie, popatrzcie, do inwalidów wjechało widmo!" Wybiegamy. Rzeczywiście stoi kryta, czarna ciężarówka. Wokół niej kręci się nerwowo obsługa bloku, ostre rozkazy dwóch esesmanów. Jeden z nich, z listą w ręku, wykrzykuje nazwiska. Biegnę chyłkiem ku żelaznej, zamkniętej już bramie. Chcę słyszeć te nazwiska, chcę widzieć ich, chcę ostatni raz spojrzeć na nich. Niektórzy z wyczytanych już wychodzą. Tymczasem padają dalsze nazwiska, jakże mi znane nazwiska polskich duchownych, z którymi dzieliłem dotychczasowe losy. Naraz słyszę: "Kaczorowski Henryk !" Nogi zatrzęsły się pode mną. Czy to być może? To przecież mój dobroczyńca, kochany profesor i rektor. Już go widzę. Wychodzi z izby, niezmiernie wychudzony, w obozowych pasiakach - człowiek widmo. Szeroko otwartymi oczami rozejrzał się i spostrzegł mnie, stojącego za bramą.

Gdy esesmani byli czymś zaaferowani, podszedł ku mnie do samej bramy. Był przejęty, wzruszony. Powiedział: "Władziu, powiedz wszystkim, aby się nie smucili. My się nie łudzimy. My wiemy, co nas czeka. Dominus regit me et nihil mihi deerit (Pan kieruje mną i niczego mi nie zabraknie). Przyjmujemy z rąk Bożych to, co nas czeka. Módlcie się za nas, byśmy wytrwali, a my również modlić się będziemy za was - tam". I tu wskazał ręką ku niebu. Ostry świst esesmańskiego gwizdka przeszył powietrze. "Zostańcie z Bogiem !" - powiedział, ale ręki na to ostatnie pożegnanie podać nie mógł. Jedynie przez siatkę dotknął palcami mej dłoni.

Tego uczucia, jakie przeżyłem wówczas, tych słów ewangelicznych, tego dotyku dłoni nie zapomnę nigdy. Za ten gest mój kochany rektor został dodatkowo ukarany: stojący przy wejściu do ciemnego wnętrza esesman chwycił go za kołnierz i pchnął siłą w głąb budy, która zaraz ruszyła w nieznane. Pierwszym uczuciem, jakie mną wstrząsnęło, było pytanie: dlaczego? Dlaczego ren świat jest tak okrutny dla człowieka, dla ludzi świętych? Zrozumieć to można jedynie w świetle Objawienia Bożego, poprzez zbawczą śmierć Zbawiciela, który pozwolił ludziom świętym uczestniczyć w dziele zbawczym. Ojczyzna nasza zawdzięcza swoje istnienie ofiarnemu bohaterstwu swych synów i córek, a zwłaszcza świętym męczennikom.

Ks. bp Franciszek Korszyński

(Świadectwo zamieszczone w książce: F. Korszyński, "Jasne promienie w Dachau"; Poznań 1985 (wyd. II), s. 169-174.)

Pani Julia Kaczorowska, czcigodna, świątobliwa matka ks. prałata Henryka Kaczorowskiego, nazywała go słońcem w rodzinie. I słusznie, swoją bowiem inteligencją i rozległą wiedzą, swoją serdecznością i całym sposobem bycia wnosił do rodziny wiele światła i ciepła. Takim słońcem był on także w Seminarium Duchownym we Włocławku najprzód jako alumn, a później - jako profesor i rektor Słońcem, co prawda jakby zza chmur świecącym, był on także we wszystkich więzieniach hitlerowskich, przez które przeszliśmy razem, a zwłaszcza w Dachau. I tam był jedną z tych pięknych postaci, które jaśniały, niejako bez swej woli, bez świadomego zamiaru, rozpraszając gęste mroki zbrodni hitlerowskich i mroki zwątpienia współbraci więźniów.

Ks. Henryk Kaczorowski w całym swym życiu szukał tylko dobra sprawy Bożej, której chciał służyć jak najlepiej. Nie szukał siebie, nie chciał błyszczeć, imponować. Przeciwnie, roztropnie i umiejętnie ukrywał swe zalety, bo pragnął by tylko Pan Bóg miał w jego życiu chwałę. Tak było w jego życiu kleryckim, duszpasterskim, profesorskim i rektorskim; tak też było i w jego życiu w niewoli: w więzieniach i obozach hitlerowskich pragnął uwielbić Boga i innym do tego pomagał na wszelki możliwy sposób, a zwłaszcza przez uświęcenie swego cierpienia i przez pomaganie w tym innym współwięźniom...

Ks. Henryk Kaczorowski od pierwszej chwili uwięzienia żył niezwykłą wiarą w Opatrzność i Jej rządy. Patrząc na wszystkie, nawet na najokropniejsze przejawy niewoli przez pryzmat wiary, widział w nich dopust Boży i był przekonany, że wyjdą one na dobro poszczególnych jednostek, a zwłaszcza na dobro Kościoła i Polski. Stąd była ta w nim imponująca równowaga ducha wśród największych szykan i ta niezwykła cierpliwość w znoszeniu utrapień ciała i ducha. Kto miał szczęście bliżej z nim współżyć, na pewno łatwo to zauważył, czasem nawet był zdumiony, a chyba zawsze takim przykładem był pokrzepiony, podniesiony na duchu. Sprawdzały się tu słowa Pisma św.: "Brat, który przez brata jest wspierany, staje się silny jak miasto umocnione" (Prz 18,19, wg Wulg. ) .

Mając z natury wielką łatwość obcowania z ludźmi, którą przez gorliwą pracę nad sobą jeszcze bardziej udoskonalił, gdy tylko pozwalały na to warunki, chętnie obcował z braćmi - więźniami, zwłaszcza z kapłanami i klerykami. Szczególnie często przebywał z tymi ostatnimi, jako były ich profesor i wychowawca; swoim słowem i przykładem wpływał na nich zbawiennie. Jeżeli zachowali tak wspaniałą postawę, że jak już podałem, nawet mi ich winszowano, to wielka w tym zasługa ks. Kaczorowskiego.

Ten kapłan wyczerpany pracą, prześladowaniem przez wroga, a zwłaszcza zniszczony okropnym głodem i wyglądający nad wiek staro, był niezwykle silnego ducha, bo niezwykła była jego ufność w opiekę i pomoc Bożą. Jakby hasłem jego obozowego życia stały się słowa Psalmisty: "Dominus regit me, et nihil mihi deerit" - "Pan mną rządzi i niczego mi nie braknie" (Ps 22,1 ) . Te słowa często miał w myśli i na ustach; z nich czerpał siłę, która pogłębiała w nim, wzmacniała i ożywiała i tak już wielką ufność w pomoc Bożą.

Już w domu rodzinnym, oddychając atmosferą głęboko religijną, nauczył się kochać Pana Boga do tego stopnia, że postanowił się oddać na wyłączną Jego służbę w kapłaństwie. Ta miłość Boga zaprowadziła go do seminarium i doprowadziła do kapłaństwa, a w kapłaństwie kazała mu pracować dla Jego chwały. I pracował ks. Henryk z całą apostolską gorliwością, na jaką tylko mógł się zdobyć. A kiedy został profesorem i wychowawcą nowych zastępów kapłańskich, właśnie z miłości ku Bogu całą duszę swą wkładał w pracę nauczycielską i pedagogiczną, by przygotować Mu zastępy godnych sług ołtarza.

Ta sama miłość ku Panu Bogu kazała mu mężnie nieść krzyż cierpień w różnych więzieniach hitlerowskich, a ostatnio w Dachau. Cierpiał bardzo fizycznie i moralnie, ale nikt nie słyszał z jego ust najmniejszego słowa żalu do Boga i ludzi, nawet do wrogów. Przeciwnie, z wielką pogodą znosił wszelkie szykany i głód. Ta pogoda ducha malowała się zwłaszcza na jego wychudłej, a zawsze dobrej twarzy.

Ponieważ z prawdziwą miłością Boga musi iść w parze miłość bliźniego, ks. Kaczorowski w wysokim stopniu praktykował tę cnotę w całym swoim życiu, szczególnie zaś w życiu więziennym, w Dachau. Spieszył bliźniemu z wszelką możliwą pomocą zarówno w jego materialnych, jak i duchowych potrzebach, a czynił to tak subtelnie, że nie upokarzał, i tak dyskretnie, że rzadko kto o tym wiedział...

Przydzielono ks. Kaczorowskiego do tzw. inwalidów, czyli do ludzi starszych, zupełnie wyczerpanych i dlatego niezdolnych do pracy fizycznej. Wszystkich tych inwalidów oddzielono od innych więźniów i umieszczono w specjalnych blokach, które nazwano inwalidzkimi; dano im łagodniejszy regulamin, zwalniający ich od pracy i zezwalający na wspólne po obozie przechadzki. Przy tym obiecywano im, że będą wywiezieni na "lepsze warunki", w rzeczywistości zaś przygotowano im śmierć przez zagazowanie!

Kiedyś, pragnąc zobaczyć się z nim, podkradłem się pod blok inwalidów właśnie w chwili, gdy z energią, którą podziwiałem, zamiatał izbę, ustawiał stoły i stołki. Bardzo ucieszył się moim widokiem, zapewnił, że ta mniej męcząca praca fizyczna służy jego zdrowiu, potem wyciągnąwszy skądś kawałek chleba po prostu siłą wcisnął go w me dłonie. Wtedy przekonałem się, że nie tylko dla swego zdrowia tak chętnie pracował na izbie, ale i dlatego właśnie, by zaoszczędzonym kawałkiem chleba służyć innym. Sam głodny, boć przecież inwalidzi mieli takie samo pożywienie, jakie otrzymywali wszyscy inni więźniowie, jednak nie dla siebie przyjmował tę odrobinę chleba, zupy czy ziemniaków, które dostawał za pracę na izbie, lecz oddawał to innym. Kto wie, czym jest głód, kto zwłaszcza zaznał głodu w Dachau w 1942 r., ten nazwie to bohaterstwem. Tak było istotnie: ks. Kaczorowski miłość swą ku bliźnim posuwał aż do heroizmu.

Na drugi dzień rano, ponieważ transport jeszcze nie odszedł, podjąłem od innej strony bloku inwalidzkiego ryzykowną próbę zobaczenia mego przyjaciela. Ks. Kaczorowski serdecznie mnie ucałował i na pożegnanie powiedział ulubione przez się słowa: "Dominus regit me et nihil mihi deerit".

Z niezwykłej wiary, ufności oraz z niezwykłej miłości Boga i bliźniego w duszy ks. Henryka Kaczorowskiego rodził się, rósł i potężniał duch modlitwy. Ks. Henryk modlił się wiele jako kleryk i jako kapłan. Szczególnie jako rektor nieraz długie chwile spędzał na chórku seminaryjnej kaplicy, zwłaszcza w czasie rekolekcji i przed święceniami alumnów. Ale jeszcze więcej się modlił w Dachau. Tu, rzec by można, w ogóle nie przestawał się modlić: gdy na bloku był względny spokój, gdy przeżywaliśmy jakieś prześladowania, przy pracy, podczas apelu i w wolnych chwilach. A chociaż modlił się bez zwracania na siebie uwagi, nawet kryjąc się z tym, zwłaszcza przed wzrokiem wroga, to jednak bliżej z nim obcujący łatwo mogli zauważyć, iż był on w stałym zjednoczeniu z Bogiem, że z nadprzyrodzonym światem obcował łatwo i niemal ustawicznie.

Cnoty teologiczne i duch modlitwy - to główna treść wewnętrznego życia ks. Henryka Kaczorowskiego, które w stosunku do ludzi promieniowało cnotami moralnymi. Teolog moralista z wykształcenia, nie tylko uczył teologii moralnej, ale sam ją realizował w całym swym życiu, a zwłaszcza w Dachau. Szczególnie jaśniał cnotą męstwa i opromieniał wszystkich, co z nim współżyli i współcierpieli. Nigdy nie widziano go przygnębionego. Owszem był nieraz smutny, bo aż nadto miał ku temu różnych powodów. Ale ten smutek był spokojny i miał coś w sobie, co innych krzepiło i podnosiło na duchu. Zresztą różne nasze wspólne bolesne przeżycia, różne szykany najczęściej przyjmował z humorem, że się tak wyrażę, religijnym, bo wszystko do Boga podnosił, wszystko Bogu składał w ofierze. Toteż na jego twarzy przedwcześnie postarzałej malował się wielki spokój i pogoda ducha, a jego oczy, osadzone w głębokich oczodołach, tryskały życiem i radością.

Powiedzieć trzeba także, iż ks. Henryk Kaczorowski, jako teolog żyjący wiarą, umiał wmyślać się w ekonomię Bożą. Jest ona wprawdzie nieskończona, dla słabego umysłu ludzkiego niepojęta, ale jeśli człowiek patrzy na nią okiem wiary, wsparty wiedzą teologiczną, może przynajmniej do pewnego stopnia odgadywać jej cele, plany i drogi. Tak właśnie czynił ks. Kaczorowski i dlatego lepiej niż wielu innych rozumiał kataklizmy i klęski, jakie przeżywała ludzkość ostatnich czasów, a zwłaszcza dopusty Boże w stosunku do Polski i Kościoła. Dlatego też pojmował sens naszego pobytu w Dachau. Jego zdaniem posłał nas tam Pan Bóg w takiej masie po to, byśmy byli żertwą Bożą, hostią, ofiarą, która miała przyczynić się do przejednania gniewu Bożego i do przygotowania lepszej przyszłości całej ludzkości, a w szczególności Kościołowi.

Podobne prace

Do góry