Ocena brak

Konstanty Ildefons Gałczyński - Inge Bartsch

Autor /Wincent Dodano /29.04.2011

Inge Bartsch, aktorka, po przewrocie zaginiona wśród tajemniczych

okoliczności...

Oto słowo o Inge Bartsch,

w całej prostocie,

dla potomności.

Ona była ruda, ale niezupełnie – pewien połysk na włosach grasował –

żyła z Finkiem. Fink był reżyser. Przez snobizm komunizował

(są tacy też – na Mazowieckiej).

A Inge? Inge miała w sobie jakiś smak niemiecki,

ten akcent w słowie „Mond” – księżyc... der Mond, im Monde...

A Fink był dureń i blondyn.

Historia prosta: właśnie przyjechałem z Polski...

Berlin... Berliiin... deszcz...

Fryderyk z żelaza jak niestrawność serce mi gniótł...

Nuda – i nagle cud!

Teatrzyk! Maleńkie serce w podziemiach!

Idzie piosenka: autor: Kurt Tucholsky.

Widzę: Inge siedzi przy fortepianie,

śpiewa i gra; ach, jakaż musi być śliczna, gdy wstanie!

Wstała. Piersi miała małe, doskonałe

i – wybaczcie mi państwobrzuch

tak się cudownie pod suknią rysował,

że zacząłem bić brawo i wrzeszczeć: – Niech żyje brzuch!

aż pewien Anglik mruknął: – He's gone mad – On zwariował.

Przeszło lato, jesień i zima,

i jeszcze wiosna, i jeszcze jakieś lato,

i znowu jesień w mgłach jak w dymach.

(Jesieni jestem amator.)

Aż tu nagle pewnego dnia

zamach stanu. Coup d’etat.

Zamach stanu nb. miał w sobie coś z gwiazdy betlejemskiej,

za którą ciągnęło 3 000 000 magików.

I wszystko stało się jak na scenie:

siedziałem z Ingą w Tiergartenie,

a jesień w Berlinie, w Tiergartenie,

to są, proszę państwa, takie struny...

Z drzew mgłą kurzyło,

wiatr niski jak bas –

i nagle Inge: – Wiffen Sie waf?

(Ona miała coś takiego w głosie czy w zębach.)

Wissen Sie was? Życie

mi się znudziło.

– Hm...

Spojrzałem na nią, papierosa ćmiąc –

nie jestem Wyspiański, ale bądź co bądź

to powiedzenie mnie wzruszyło.

Za późno: Rewolwer nie był większy od róży:

Pik! i Inge rozpoczęła podróże

w Au – delà, w metafizykę niemiecką.

Jakiś grubas, co siedział przy piwie,

nawet nie drgnął ani się nie zdziwił,

bo takie pik! to się mogło zabić najwyżej dziecko.

A potem miała jeszcze dłuższą rzęsę;

trup pachniał jesienią, czarną kawą, grzybami i nonsensem.

Bartsch Ingo!

Szkoda!

Twój talent to mogło być dużo szterlingów.

Inge Bartsch!!!

Wróciłem do hotelu.

40 fajek w jedną noc – pokój aż sczerniał od dymu...

Nie, to nie można tak: to jest zbyt proste: nuda,

tu trzeba, że się tak wyrażę,

przyszpilić jakieś komentarze –

że, czy ja wiem, że krwawa zbrodnia reżimu,

że podejrzana o semityzm,

że... marchew... w obozie... zgniłą...

Będzie na 300 wierszy artykuł znakomity.

(W Polsce zwany „kobyłą”.)

Powiedzmy, że to było na jesieni,

dajmy na to trzy lata temu.

No, i jeśli redaktor nie zmieni,

pójdzie tak:

„Nie wytrzymała w dusznych klamrach systemu

Inge Bartsch, aktorka, po przewrocie zaginiona wśród tajemniczych

okoliczności...”

A na końcu może z Rilkego coś

o miłości,

o samotności,

a tytuł prosty: Inge Bartsch.

Szkoda.

Ładna.

Młoda.

Plecy jak perski aksamit.

I było w niej coś...

kobiece,

nieuchwytne,

dalekie,

coś, co trzeba chwytać pazurami.

1934

Podobne prace

Do góry