Ocena brak

Język Dwulatka

Autor /zofia Dodano /17.03.2011

Wymagany Adobe Flash Player wesja 10.0.0 lub nowsza.

praca w formacie pdf Język Dwulatka

Transkrypt

Tracy Hogg
Język dwulatka.

Spis treści
Podziękowania
Wstęp – SZEPTANIE DO USZEK DWULATKÓW
Wyzwania drugiego roku życia
Dostrajanie się do dziecka podstawą dobrego rodzicielstwa
Moje intencje – droga do harmonii
Układ książki
ROZDZIAŁ I – KOCHAJMY NASZE „CHODZIACZKI”
Znajome niemowlaczki
Delikatna równowaga cech wrodzonych i nabytych
Kim jest nasz dwulatek?
Witaj, dwulatku!
Zaakceptujmy naszego kochanego dwulatka
Planowanie zmian
ROZDZIAŁ II – STRATEGIA CZTERECH CZYNNIKÓW – S.Z.O.P
Opowieść o dwóch matkach
Zasady ogólne
Spokojna obserwacja
Zachęta do badania rzeczywistości
Tworzenie zachęcających środowisk
Ograniczenia
Niech żyją pochwały
Czy naprawdę dziecku pomagam?
Gdzie się plasujemy
ROZDZIAŁ III – PORZĄDKOWANIE I RYTUALIZACJA – ŁATWIEJSZE ZMAGANIA Z
DWULATKIEM
Po co nam organizacyjne schematy?
O co chodzi w tym rozdziale?
Dlaczego dzieciom potrzebne są rytuały?
Dzień wypełniony rytuałami
Rytuały na specjalne okazje
Siła rodzinnych rytuałów
ROZDZIAŁ IV – ŻEGNAJCIE PIELUSZKI – DROGA DO SAMODZIELNOŚCI
Szybciej nie zawsze znaczy lepiej
Uwaga!!! Dwulatek na wolności!
Samodzielne zabawy
Chodziaczkowy „trójkąt i liczenia”
Od karmienia do jedzenia
Radość ubierania
Radykalna zmiana – koniec z pieluszkami
Uwagi końcowe o samodzielności
ROZDZIAŁ V – WITAJ MAMO – PODTRZYMYWANIE DIALOGU POPRZEZ M S W
Kontynuujmy dialog
Co to jest M S W?
Narodziny mowy
Mówić czy nie mówić
ROZDZIAŁ IV – ŚWIAT PRAWDZIWY – POMOC W DOSKONALENIU ŻYCIOWYCH
UMIEJĘTNOŚVCI
Pomóż mi, Pomóż mi działać
Wypróbujmy to w domu – generalne próby zmian
Pierwsze lęki – identyfikowanie emocji i trening samouspokajania
Trening zachowań w miejscach publicznych

Pierwsze przyjaźnie – trening zachowań społecznych
Przekazywanie umiejętności społecznych
Organizowanie spotkań indywidualnych i grupowych
Teoria w zderzeniu z praktyką
ROZDZIAŁ VII – ŚWIADOMA DYSCYPLINA – UCZYMY DZIECI SAMOKONTROLI
Dwie mamy – dwie różne lekcje
Dwanaście składników świadomej dyscypliny
Reguła trzech kroków
Interwencja pełna szacunku
Podstępy dwulatków
Opanowywanie złych zachowań
ROZDZIAŁ VIII – ZŁODZIEJE CZASU – PROBLEMY DWULATKÓW KRADNĄCE
NAM CENNE GODZINY
Łapać złodzieja – opowieść o Neilu
Przyjęcie odpowiedzialności
Leanne – chroniczne kłopoty przed spaniem
Cody: „Mamusiu.... nie zostawiaj mnie”
Rozstajemy się ze smoczkami
Chroniczne wybryki Filipki
Shannon – szaleństwa przy jedzeniu
ROZDZIAŁ IX – NOWY PASAŻER – KIEDY RODZINA SIĘ POWIĘKSZA
Wielki dylemat
Zachodzić czy nie zachodzić w ciąże – oto jest pytanie
Oczekiwanie
Małe dzieciwielkie oczekiwania
Wejście „intruza”
Konflikty między partnerami
Czas dla nas i dla naszych związków
EPILOG – I. UWAGI KOŃCOWE

Podziękowania
Pragnę wyrazić wdzięczność mojej współautorce melindzie Blau za jej solidną pracę
oraz przyjaźń, która rozwinęła się między nami w okresie minionych dwóch lat. Jej zdolność
odtwarzania mojego głosu na kartach książki jest zdumiewająca. Uważam Melindę za
prawdziwie utalentowaną pisarkę.
Dziękuję za miłość i wsparcie mojemu mężowi i całej rodzinie, a w szczególności
moim dwom córkom Sarze i Sophie, które są moją wielką dumą i radością.
Składam podziękowania: pani Ginie Centrello – za jej lojalność i uczciwość; pani
Maureen O’Neal – wspaniałej redaktorce i matce; pani Kim Hovey – za znakomitą, solidną
pracę i przyjaźń; pani Marie Coolman – za koordynację mojej trasy na terenie zachodniego
Wybrzeża; oraz pani Rachel Kind – za dzielenie się doświadczeniami macierzyńskimi i za
działanie w zakresie praw autorskich.
Nie mniejszą wdzięczność winna jestem wszystkim rodzinom, które otworzyły przede
mną serca i drzwi swoich domów. Wszyscy wiecie, kim jesteście. W sposób szczególny
pragnę podziękować Danie Walden, będącej nie tylko cudowną matką, lecz także kobietą,
którą z dumą zaliczam do grona swoich przyjaciółek, jak również Noni White i Bobowi
Tzudikerowi, którzy w ciągu ostatnich trzech lat odegrali doniosłą rolę w moim życiu i
których rady trafiały zawsze w samo sedno. – Tracy Hogg
Pragnę podziękować Tracy Hogg za jej czas, cierpliwość i cudowne poczucie humoru.
Potrafi ona snuć bez końca frapujące opowieści o dzieciach z niebywałą pamięcią szczegółów
oraz magiczną wręcz zdolnością wczuwania się w ich psychikę i widzenia świata z ich
perspektywy. Zbierając materiały do obu książek o „dziecięcym szeptuństwie” i pisząc je,
miałam sposobność poznać wielu wspaniałych rodziców w rozmowach telefonicznych,
osobiście i za pośrednictwem poczty elektronicznej. We wszystkich przypadkach tożsamość
osób i ich problemów została starannie ukryta. Mimo to podziwiam ich szczerość i jestem im
wdzięczna za to, że podzieliły się z nami swoją prywatnością. Na szczególne wyrazy uznania
zasługują: Noni White i Bob Tzudiker, Susanna Grant i Christopher Henrikson, Barbara
Travis i Dan Rase, Libby i Jim Weeks, Owen i Jack Kugell, moje siostrzenice Karen Soon i
Herdi Soon, które z pomocą swoich mężów – Bruce’a Kokena i Louisa Tanaredi – dogodnie
(przynajmniej dla mnie) urodziły Reedę i Sandore w czasie, gdy pracowałam nad tymi
książkami, oraz mój bratanek Jack Tandeff i jego żona Jennifer, która zdążyła urodzić Jacoba,
zanim usiadłam do pisania tych podziękowań.
Obserwowanie aktywnych grup dwulatków ogromnie mi pomogło w tworzeniu
zamieszczonych w tej książce opisów zabaw. Sekwencje te w całości są fikcyjne, składają się
jednak z fragmentów autentycznych dziecięcych zachowań i interakcji. Wdzięczna jestem
Danie Walden i Chriscie Miller, które umożliwiły Tracy i mnie obserwację ich córek podczas
zabawy. Na moje podziękowanie zasługują również matki (Natalie Mathews, Suzi Zaki,
Kaydec Wilkerson, Jamie Garcia, Dana Childers), babcie (Karen Verosko i Beverly Childers),
które pozwoliły nam obserwować grupy dzieci podczas zabawy, oraz Darcy Amiel, Mandi
Richardson, Shelly Grubman, Jill Halper i Sara Sigel – uczestniczący w spotkaniach
dwulatków, które po raz pierwszy widziałam, gdy były niemowlakami.
Jestem szczerze zobowiązana twórczemu zespołowi wydawnictwa Ballantine, którego
członkowie udzielili intensywnego wsparcia naszemu przedsięwzięciu. Na szczególne
podziękowania zasługują, między innymi: Mauren O’Neal – nasza utalentowana redaktorka;
Alison Dickens – jej kompetentna i zawsze pomocna asystentka; Kim Hovey – niestrudzona
promotorka; Rachel Kind – specjalistka w dziedzinie praw autorskich, która również dzieliła
się z nami swoimi doświadczeniami macierzyńskimi; oraz Gina Centrello, która z pozycji
swojego kierowniczego stanowiska konsekwentnie wspierała nasze przedsięwzięcie. Muszę
powiedzieć, że zespół ten reprezentuje wszystko, co najlepsze w pracy wydawniczej, a jest to

rzadki komplement ze strony pisarza. Uznanie należy się również osobom, które fizycznie
przekształciły manuskrypt w książkę. Należą do nich: Alix Krijgsman i Nancy Delia oraz
korektorka Helen Garfinkle, która jest prywatnie moją najstarszą i najserdeczniejszą
przyjaciółką.
Na koniec dziękuję: moim agentkom Eileen Cope i Barbarze Lowenstein – za
wytrwałe upewnianie mnie w tym, że pisanie książek może być doskonałą przygodą;
Barbarze Rizion – za pozwolenie wykorzystania jej pracy dotyczącej rytuałów; moim
sąsiadom – Joan Weigele, henry’emu Simkinowi, Sophie i Adamowi – za nieustającą i wręcz
porażającą (a przy tym jakże niezbędną) życzliwość; mojej załodze z Northampton, a
zwłaszcza Ellen Lefeourt i Sylvi Rubin – za to, że pisząc, nie staję się erepitką; Carli Messinie
i Reggie Weinbraubowi – za schronienie i mołość w Nowym Jorku; Jessie Zoerning –
nadzwyczajnej masażystce, dzięki której nie zmieniłam się w precel; Lorenie Sol – za zachętę
do poszukiwania słowa lepszego niż szablon; oraz moim dzieciom – córce jennifer, jej
kochającemu mężowi Peterowi i mojemu synowi Jeremy’emu, których uznanie dla mojej
pracy podtrzymuje mnie w wysiłkach. – Melinda Blau.

Wstęp
SZEPTANIE DO USZEK DWULATKÓW
Wyzwanie drugiego roku życia.
Stare porzekadło mówi: „Nie wszystkie pragnienia warte są spełnienia”. Znakomita
większość rodziców, zmagając się z problemami pierwszych ośmiu miesięcy życia dziecka,
marzy o tym, by odrobinę podrosło. Wydaje im się, że będzie wtedy nieco łatwiej. Przeciętna
matka niemowlęcia modli się, by wyrosło ono wreszcie z kolki, zaczęło przesypiać całą noc i
mogło przyjmować stałe pokarmy. Typowy ojciec marzy o tym, by jego syn jak najprędzej
przestał robić w pieluchy i mógł pograć z nim w piłkę. Wszyscy oczekujemy tych chwil, w
których nasze dzieci postawią swoje pierwsze kroki i wypowiedzą pierwsze słowa, a także
wezmą do ręki łyżkę, same nałożą sobie skarpetki i – z Bożą pomocą – zaczną samodzielnie
wykonywać czynności toaletowe.
Gdy marzenia te wreszcie się spełniają i dziecko biega już po domu, zaryzykuję
twierdzenie, iż w pewnych chwilach chciałoby się cofnąć zegar i wrócić do czasów
niemowlęctwa! Oto bowiem nastał najbardziej męczący i momentami zatrważający etap
naszego rodzicielstwa.
W języku angielskim funkcjonuje słowo loddler – od czasownika to loddle
oznaczającego chodzenie krótkimi i niepewnymi krokami. Zgodnie ze słownikowymi
definicjami oznacza ono „małe dziecko od jednego roku do trzech lat”. Niektóre dzieci
zaczynają chodzić wcześniej – w ósmym lub dziewiątym miesiącu. Niezależnie od tego, co
mówią mądre książki, każdy kto ma takiego delikwenta pod swoją opieką, wie o tym aż nadto
dobrze.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że dziecko, które uczy się dopiero sztuki chodzenia,
z trudnością utrzymuje pionową postawę. Nie ogranicza to jednak jego gotowości do badania
ludzi, miejsc i rzeczy w sposób najzupełniej samodzielny – bez czyjejkolwiek pomocy.
Dwuletni człowieczek jest również istotą niebywale towarzyską. Uwielbia naśladowanie.
Klaszcze, śpiewa, tańczy i bawi się z innymi dziećmi tak jak potrafi. Krótko mówiąc – nie jest
to już niemowlę, ale pełna energii mała „osóbka”, która z oczkami rozszerzonymi
ciekawością, broi jak najęta. W tym okresie życia dokonują się gwałtowne skoki rozwojowe.
Rodzice, obserwujący owe nagłe zmiany i usiłujący kontrolować entuzjastyczną, a zarazem
chaotyczną aktywność dziecka czują się jak w stanie oblężenia. Ich latorośl wszystkim się
interesuje, wszystko potrafi chwycić, choć niczym nie umie się jeszcze sensownie posłużyć.
Obiektem radosnej eksploatacji i zabawy mogą więc być naczynia kuchenne, gniazdka
sieciowe, odzież, obuwie, pamiątki, narzędzia itd. Z punktu widzenia dwulatka, rzeczy te są
po prostu nowe i ekscytujące; dorośli mają jednak wrażenie, że dziecko „atakuje” dom, jego
mieszkańców i wszystko, co mieści się w zasięgu jego wzroku.
Opanowanie postawy pionowej i czynności chodzenia to definitywny koniec
niemowlęctwa, a jednocześnie zapowiedź i przedsmak okresu dojrzewania. Wielu
specjalistów podkreśla podobieństwa tych dwóch etapów rozwojowych, obydwa
charakteryzuje bowiem intensywne usamodzielnianie się. Rodzice przestają już być alfą i
omegą. Dziecko szybko zdobywa nowe umiejętności fizyczne, umysłowe i społeczne,
zyskując też zdolność do wyrażania sprzeciwu i stawiania oporu, co będzie mu bardzo
potrzebne we wczesnej młodości.
Wszystko to powinno nas cieszyć. Poznawanie otoczenia i związane z nią zmagania
(najczęściej z własnymi rodzicami) to droga dziecka do opanowania środowiska i co
najważniejsze, do poczucia życiowej kompetencji i niezależności. W gruncie rzeczy rodzice
pragną samowystarczalności swoich dzieci, choć chwilami prowadzący ku niej proces
doprowadza ich do szaleństwa. Wiem o tym świetnie od czasu, gdy moje córki przechodziły
ten etap rozwoju, będąc dla mnie z konieczności „królikami doświadczalnymi” (a zarazem
najlepszymi uczennicami). Sądzę, że sporo się przy nich nauczyłam. Jedna z nich ma teraz lat

dziewiętnaście, a druga szesnaście. Przyznaję, że nie była to łatwa i bezproblemowa żegluga.
Proszę mi wierzyć – wychowanie dziecka to bardzo trudne zadanie, z którym wiąże się wiele
frustracji i przeszkód oraz sporo łez i burzliwych konfrontacji.
To już nie jest niemowlę....
Oto, co mówią matki na temat najważniejszych zmian zwiastujących koniec
niemowlęctwa:
„Mam jeszcze mniej czasu dla siebie”.
„Dziecko wydaje się pewniejsze”.
„Nie mogę go już zabierać do restauracji”.
„Jest bardziej wymagający”.
„Łatwiej zrozumieć, czego chce”.
„Jestem niewolnicą jego drzemek”.
„Muszę go stale pilnować i gonić po całym domu”.
„Bez przerwy czegoś mu zabraniam”.
„Zdumiewające, jak wiele potrafi się nauczyć”.
„Naśladuje wszystko, co robię”.
„Interesuje się wszystkim”.
„Cały czas wystawia mnie na próby”.
„Jego ciekawość dotyczy absolutnie wszystkiego”.
„Ma teraz więcej cech.....ludzkiej osoby!”.

Dostrajanie się do dziecka podstawą dobrego rodzicielstwa.
Niezależnie od własnych doświadczeń, doradzałam wielu rodzicom, których pociechy
wkraczały w wiek po niemowlęcy lub były w nim zaawansowane. Często były to te same
dzieci, którymi opiekowałam się wcześniej po narodzinach lub w niemowlęctwie. Czuję, że
mogę pomóc w rozwiązywaniu problemów tego trudnego okresu, zaczynającego się zwykle
w ósmym miesiącu życia, a kończącego w wieku 2 – 2,5 lat (Książka ta jest, więc poniekąd
kontynuacją poprzedniej, poświęconej wyłącznie niemowlętom). Czytelnicy, którym znana
jest książka pt. Język niemowląt, wiedzą już sporo na temat mojej wychowawczej filozofii. W
najlepszej sytuacji są ci rodzice, którzy od pierwszych dni wdrażali przedstawione w niej
zasady uporządkowania czynności opiekuńczych i wykorzystali którąś z proponowanych
przeze mnie strategii. Przypuszczam, że osoby te są teraz w korzystniejszym położeniu,
potrafią już, bowiem myśleć w sposób ułatwiający współżycie z dzieckiem dwuletnim.
Zdaję sobie również sprawę, że niektórym Czytelnikom moje koncepcje mogą nie być
znane. Rodziły się one w warunkach pracy z dziećmi upośledzonymi fizycznie i umysłowo, z
którymi często nie miałam żadnych możliwości porozumienia werbalnego. Musiałam
uważnie obserwować szczegóły ich zachowań oraz język ciała, by móc odczytać sens
pozornie nieartykułowanych dźwięków, które z siebie wydawały. Tylko w ten sposób można
się było zorientować, o co im chodziło i czego potrzebowały.
Później, obcując niemal wyłącznie z niemowlętami (w tym także własnymi),
odkryłam, iż obserwacje te przydatne są w kontaktach z wszystkimi dziećmi. Od tamtej pory
miałam bezpośredni kontakt z około pięcioma tysiącami niemowląt, co pozwoliło mi
wykształcić umiejętności nazywane przez matki klientów dostrajaniem. Jest to sztuka
przypominająca nieco hipnotyzowanie koni spokojnym głosem, analogia ta nie jest jednak
pełna, mamy tu, bowiem do czynienia z istotami ludzkimi. W obu przypadkach chodzi o
żywe, czujące stworzenia, które nie potrafią wyrazić swych myśli słowami, mogą jednak
czynić to inaczej. Aby móc się nimi opiekować i nawiązać z nimi kontakt, musimy nauczyć
się ich języka. Dostrajanie się polega, więc na obserwowaniu, słuchaniu i postrzeganiu tego,
co się dzieje z perspektywy małego dziecka.
Jakkolwiek dzieci roczne i dwuletnie uczą się mowy, dzięki czemu potrafią wyrażać
swoje myśli i stany lepiej niż noworodki, to jednak można stosować do nich te same zasady,

którymi kierowałam się w pracy z niemowlętami. Z myślą o tych rodzicach, którzy nie czytali
mojej pierwszej książki, przypomnę w skrócie jej główne wątki. Czytelnicy znający Język
niemowląt mogą je potraktować jako formę odświeżenia pożytecznej wiedzy.
Każde dziecko jest indywidualnością. Człowiek przynosi ze sobą na świat unikalną,
niepowtarzalną osobowość, a wraz z nią upodobania i awersje. Dlatego nie ma takiej strategii
postępowania, która byłaby odpowiednia dla wszystkich dzieci. Rodzice muszą ustalić, co jest
najlepsze dla ich dziecka. W rozdziale I znajduje się tekst pozwalający określić typ
temperamentu dziecka, co z kolei pozwala wybrać odpowiednią strategię działania. Należy
jednak pamiętać, że każde dziecko jest niepowtarzalną indywidualnością, poddającą się
kategoryzacjom tylko w przybliżeniu.
Każde dziecko zasługuje na szacunek i musi się uczyć okazywania szacunku
innym ludziom. Opiekując się osobą dorosłą, nie odważylibyśmy się dotykać jej ciała,
podnosić lub rozbierać bez uprzedzenia i pozwolenia z jej strony. Dlaczego dziecko
mielibyśmy traktować inaczej? Osobom zajmującym się dziećmi proponuję tworzenie wokół
nich niewidocznych dla fizycznego wzroku stref szacunku, do których z zasady nie
wkraczamy bez pozwolenia lub wyjaśnienia zamiarów. Musimy też wiedzieć, kim dziecko
jest, zanim zaczniemy ingerować w jego życie powinniśmy brać pod uwagę, co czuje i czego
pragnie, a nie robić z nimi, co sami chcemy. W przypadku dzieci rocznych i dwuletnich może
to być trudne, ponieważ musimy im uświadomić, że strefa szacunku dotyczy obu stron.
Dzieci w tym wieku bywają wymagające i uparte, a przecież powinniśmy je uczyć także
szacunku do nas samych. Na kartach tej książki będę się starała uczyć okazywania szacunku
dzieciom i zaspokajania ich potrzeb bez naruszania osobistych granic rodziców i innych osób
dorosłych.
Nie żałujmy czasu na obserwowanie dzieci, słuchanie ich wypowiedzi i
rozmawianie z nimi. Z dzieckiem trzeba rozmawiać, a nie tylko przemawiać do niego.
Proces poznawania jego osobowości zaczyna się w dniu narodzin. Ostrzegam rodziców tak
często, jak mogę: „Nigdy nie zakładajcie, że dziecko nie rozumie, tego, co mówicie. Dzieci
zawsze wiedzą więcej, niż ich rodzice przypuszczają”. Nawet dziecko chodzące o nie
umiejące jeszcze mówić potrafi sobie wyobrażać. Dlatego radzę wyostrzyć zmysł obserwacji i
skupić uwagę. Uważna obserwacja pozwala zrozumieć indywidualny temperament dziecka.
Słuchając – nawet wtedy, gdy jeszcze nie mówi – zaczynamy pojmować, czego potrzebuje.
Dialog – w przeciwieństwie do jednostronnych rodzicielskich monologów – pozwala dziecku
prawdziwie siebie wyrazić.
Każde dziecko potrzebuje uporządkowania codziennych czynności: w jego
odczuciu życie staje się wówczas przewidywalne i bezpieczne. Zasada ta, ważna w
pierwszych miesiącach życia, nabiera jeszcze większego znaczenia w jego drugim i trzecim
roku. Realizujący ją rodzice i opiekunowie wprowadzają w życie dziecka konsekwencję i
bezpieczeństwo, stosując rytuały, harmonogramy zajęć i jednoznaczne reguły postępowania.
Natura dziecka i jego rozwijające się możliwości prowadzą nas i mówią, że to my jesteśmy
dorośli i na nas spoczywa odpowiedzialność. Jest w tym pewien paradoks, albowiem musimy
dziecku pozwalać na badanie otaczającego świata, doprowadzając jednocześnie do jego
świadomości, że musi żyć z bezpiecznych granicach, które dla niego ustanawiamy.
Powyższe proste i realistyczne zasady tworzą podstawowe, na której wspiera się każda
zdrowa rodzina. Dzieci świetnie się rozwijają, kiedy się je słucha, rozumie i traktuje z
szacunkiem. Są szczęśliwe, gdy wiedzą, czego od nich oczekujemy i czego mogą oczekiwać
od otaczającego świata. Z początku ich wszechświat jest niewielki – ogranicza się do domu,
członków rodziny i okazjonalnych wypraw na zewnątrz. Jeżeli to pierwsze środowisko okaże
się bezpieczne, przyjazne, pozytywne i przewidywalne, jeżeli jest miejscem, które można
eksperymentalnie badać, jeżeli wreszcie można ufać ludziom, których się w nim spotyka, to
stanowi to zachętę do dalszego poznawania świata i ludzi w późniejszym życiu. Bez względu
na to, jak bardzo aktywne i ciekawe świata jest nasze dziecko oraz jak trudne do wytrzymania

i denerwujące bywają czasem jego zachowania, musimy pamiętać, że jest to dla niego próba
generalna przed wyjściem na scenę życia. Spróbujmy wziąć na siebie role jego pierwszego
korepetytora, reżysera i przychylnej publiczności.

Moje intencje – droga ku harmonii.

Zdrowy rozsądek – powiadacie. Mówicie też, że łatwiej cokolwiek powiedzieć niż
zrobić, gdy chodzi o dzieci w tym wieku. Oczywiście macie rację, mam jednak dla Was parę
propozycji, które pomogą zrozumieć, kim jest Wasze dziecko, a jednocześnie dadzą Wam
większe poczucie kompetencji i autorytetu.
Tu i ówdzie na stronach tej książki można znaleźć odwołania do wyników badań
naukowych, których autorami są cieszący się największym szacunkiem specjaliści obecnej
doby. Nie przesadzałam z tym jednak, ponieważ istnieje wiele innych książek
dokumentujących szczegółowo postępy naukowej wiedzy. Na cóż nam uczone traktaty, gdy
nie wiemy, co robić? Treści zawarte w tej książce pomogą spojrzeć na dziecko świeżym
okiem i podejść do niego bardziej życzliwie. Postrzegając świat z tej perspektywy, możemy
się zdobyć na większą dozę empatii wobec wszystkiego, co dzieje się w jego małym ciele i
umyśle. Praktyczne strategie dotyczące nieuniknionych codziennych wyzwań, wobec których
oboje stajecie, dostarczą Wam arsenału narzędzi gotowych do natychmiastowego użycia.
Opiszę teraz pewne konkretne cele, które dadzą Waszym rodzinom solidne
zakotwiczenie. Nieprzypadkowo mają one zastosowanie również do dzieci starszych, a nawet
nastolatków (z wyjątkiem, być może, treningu toaletowego, którego ta grupa już nie
potrzebuje).
W dalszej części książki będę proponowała Czytelnikom i ilustrowała przykładami
opisane niżej działania, zachęcając do ich podejmowania.
- Dziecko w wieku 1 – 2,5 lat jest, jak każda ludzka istota, godną szacunku
indywidualnością i tak należy je traktować. W tym celu proponuję narzędzia pomagające
ocenić jego gotowość i uczyć praktycznych umiejętności związanych z jedzeniem, ubieraniem
się, toaletą i podstawową higieną. Włos mi się czasem jeży, gdy słyszę w słuchawce takie np.
pytania rodziców: „Jak mam zmusić moje dziecko do chodzenia?”. Rozwój jest zjawiskiem
naturalnym, a próby jego przyspieszania na siłę to nietakt i przejaw braku szacunku dla
własnego dziecka. Co gorsza, utrudniają i opóźniają jego rozwój, przynosząc rodzicom
wyłącznie rozczarowanie.
- Uczymy się werbalnego i niewerbalnego języka dziecka. Dzieci roczne i dwuletnie
można zrozumieć łatwiej niż noworodki, różnią się one jednak znacznie w swych
zdolnościach porozumiewawczych. Trzeba zdobyć się na cierpliwość i powściągliwość, gdy
dziecko stara się nam coś powiedzieć. Musimy też wiedzieć, kiedy wkroczyć z ofertą
pomocy.
- Bądźmy realistyczni – drugi i trzeci rok życia to okres ciągłych zmian. Kiedy
dziecko nagle zaczyna budzić się w nocy, rodzice pytają:, „Co się dzieje?”. Tymczasem
okazuje się, że mała dziewczynka przeżywa kolejny okres intensywnego przyśpieszenia
rozwoju. Jednym z największych wyzwań rodzicielskich na tym etapie jest szybkość zmian
oraz ich skokowy charakter. Dopiero, co zdążyliśmy się przyzwyczaić do jakiegoś rodzaju
zachowań związanych z określonym poziomem kompetencji i – łups – dziecko się zmienia.
Mogę Was pocieszyć – tych zmian będzie jeszcze wiele.
- Wspierajmy rozwój dziecka i dbajmy o harmonię w rodzinie. W pierwszej
książce zachęcałam do całościowego traktowania życia rodzinnego. Oznacza to w
szczególności, że niemowlę powinno być pełnoprawnym członkiem rodziny, lecz nie osobą
dominującą. Zasada ta nabiera jeszcze większej wagi w drugim i trzecim roku. Podstawowe
znaczenie ma szczęśliwe i bezpieczne środowisko umożliwiające dziecku rozwijanie własnej
przedsiębiorczości, a jednocześnie chroniące je przed niebezpieczeństwami i chroniące
rodzinę przed skutkami jego wyczynów. Proszę pomyśleć o domu w kategorii sali prób, w
której dziecko uczy się nowych umiejętności, poznaje swoje role i – podobnie jak aktor

zapamiętuje swoje wejścia i wyjścia. Rodzice pełnią funkcję reżysera przygotowującego
małych aktorów do udziału w życiowym spektaklu.
- Pomagajmy dziecku opanowywać emocje, a w szczególności radzić sobie z
uczuciem frustracji. W drugim i trzecim roku życia dokonują się ogromne przemiany
emocjonalne. W okresie niemowlęctwa emocje związane były głównie z elementami
fizycznymi – z odczuwaniem głodu, zmęczenia, ciepła i zimna oraz fizycznej bliskości matki.
Repertuar emocjonalny dziecka, które już potrafi chodzić obejmuje również takie doznania
jak: lęk, radość, duma, wstyd, poczucie winy i zakłopotanie. Są to emocje bardziej złożone,
związane z rozwojem świadomości własnej i relacji społecznych. Sztuki kontrolowania
emocji można się uczyć. Badania wykazały, że w czternastym miesiącu życia dzieci potrafią
identyfikować, a nawet przewidywać nastroje (własne i opiekunów), odczuwać empatię, a po
osiągnięciu odpowiedniej sprawności werbalnej, także opisywać swoje uczucia za pomocą
słów. Wiemy, że tzw. Breweriom, czyli niekontrolowanym wybuchom złości można
zapobiegać, a jeśli tego nie uczyniono, można sobie z nimi radzić. Kontrolowanie nastrojów
jest jednak od tego znacznie ważniejsze. Dzieci uczące się opanowywać emocje lepiej od
innych jedzą i śpią, łatwiej też przyswajają sobie nowe umiejętności i mniej mają problemów
w kontaktach z innymi ludźmi. Natomiast te, które nie potrafią kontrolować własnych emocji,
nie bardzo są lubiane przez inne dzieci i osoby dorosłe.
- Kształtujmy silną i znaczącą więź między dzieckiem i jego ojcem. Tak, tak, nie
modne są dziś sugestie, jakoby matka miała ściślejszy i lepszy kontakt z dziećmi, w realnym
życiu zwykle jednak tak bywa. W większości rodzin ojcowie pomagają przy małych dzieciach
tylko w soboty, a szerszy zakres zaangażowania wymaga z ich strony nadzwyczajnego
wysiłku. Musimy jednak szukać sposobów rzeczywistego włączenia ojców w proces
wychowawczy i budowania ich więzi emocjonalnych z dziećmi.
- Ułatwiajmy dziecku socjalizację. W drugim i trzecim roku życia dziecko zaczyna
wchodzić w interakcje z towarzyszami zabaw. Z początku jego „znajomości” będą
ograniczone do dwojga lub trojga innych dzieci, jednak w miarę zbliżania się do wieku
przedszkolnego umiejętności społeczne nabierają coraz większego znaczenia. Z tego względu
należy dziecku pomagać w rozwijaniu empatii, szacunku dla innych oraz zdolności
negocjowania i rozwiązywania konfliktów. Pojawia się w związku z tym potrzeba osobistego
przykładu, przewodnictwa i powtarzania pewnych zaleceń.
- Kontrolujemy swoje emocje. Obcowanie z dzieckiem dwu- i trzyletnim wymaga
wielkiej cierpliwości; należy również wiedzieć, kiedy i jak je chwalić. Trzeba wyraźnie
wiedzieć, że uleganie dziecku we wszystkim nie jest przejawem miłości (bez względu na to,
jak bardzo jest urocze). Musimy również wiedzieć, co robić, gdy ogarnia nas złość czy
frustracja. Najnowsze badania małych dzieci ujawniły pewien fakt o decydującym znaczeniu
dla dobrego rodzicielstwa, okazało się mianowicie, że temperament dziecka nie tylko określa
jego mocne i słabe strony, lecz także wpływa na sposób traktowania go przez rodziców. Jeżeli
np. Nasza „kruszynka” ma skłonność do „rozrabiania” w miejscach publicznych i jeśli nie
potrafimy modyfikować własnych reakcji, zapewniać sobie pomocy i skutecznie rozwiązywać
stresujących sytuacji, to szybko stracimy cierpliwość, zaczniemy reagować ostro i
agresywnie, a może nawet sięgniemy do fizycznej przemocy, co niestety pogorszy jeszcze
bardziej zachowanie dziecka.
Czy nie są to zbyt wzniosłe cele? Sądzę, że nie. Codziennie obserwuję ich realizację w
wielu rodzinach. Wymaga to oczywiście czasu, cierpliwości i zaangażowania, a w przypadku
rodziców pracujących – trudnych niekiedy wyborów. Trzeba np. czasem wrócić wcześniej z
biura do domu, by dziecko mogło iść spać o właściwej porze.
Moją intencją jest dostarczenie rodzicom informacji, dodanie im pewności w
rodzicielskich decyzjach oraz wsparcie dla samodzielnych poszukiwań najlepszych
rozwiązań. Mam nadzieję, że w ten sposób moi Czytelnicy staną się wrażliwszymi,
pewniejszymi i bardziej kochającymi rodzicami.

Układ książki.
Wiem bardzo dobrze, że rodzice dwu- i trzylatków mają jeszcze mniej czasu na
lektury niż rodzice niemowląt, staram się, więc, by książkę tę można było czytać szybko oraz
by dało się wydobyć z niej wartościowe informacje, rozpoczynając lekturę w dowolnym jej
miejscu. Duża liczna tabel, kolumn wyodrębnionych oraz tekstów w ramkach ułatwia
skupienie uwagi na rzeczach ważnych, pozwalając wykorzystać cenne wskazówki bez
systematycznego przeglądania tekstu głównego.
W celu ogólnego zapoznania się z moją koncepcją proponuję czytanie w pierwszej
kolejności rozdziałów I, II i III (zakładam, że Czytelnik zaznajomił się już ze wstępem; jeśli
nie, bardzo proszę to zrobić). W rozdziale I podejmuję kwestię wrodzonych i nabytych
składników osobowości dziecka. „Kim jest moje dziecko?” – quiz pod takim tytułem pomoże
zrozumieć naturę owej małej, (lecz szybko rosnącej!) istoty. Innymi słowy, staramy się
ustalić, z czym nasze dziecko do nas przyszło. Rozdział II zawiera opis strategii S.Z.O.P
(Spokojna obserwacja, Zachęta, Ograniczenia, Pochwały), porządkującej rodzicielskie
oddziaływania, kształtującej w dziecku to, co „nabyte”. W rozdziale III rozwijam idee uczenia
się przez powtarzanie, podkreślając znaczenie P i R (Porządkowania i Rytualizacji). Będzie,
więc tam mowa o harmonogramach działań i tworzeniu niezawodnych rytuałów. Rozdziały
IV – IX poświęcone są szczególnym wyzwaniom rodzicielskim związanych z omawianym
okresem życia dziecka. Proponuję sięganie do nich w miarę pojawiania się konkretnych
potrzeb.
Rozdział IV – „Żegnajcie pieluszki”. Nauczymy się z niego, jak można wspierać
wzrastającą samodzielność dziecka bez narzucania mu czegokolwiek, gdy nie jest jeszcze
gotowe.
Rozdział V – „Witaj mowo”. Porozumienie werbalne – mówienie i słuchanie. Obie te
czynności mogą być wyczerpujące i frustrujące w drugim i trzecim roku życia.
Rozdział VI – „Świat prawdziwy”. W tym rozdziale zajmiemy się ważnym
zagadnieniem rozszerzania środowiska domowego, a w szczególności zabawami w grupach
dziecięcych i innymi przedsięwzięciami pozadomowymi. Przedstawione informacje pomogą
rodzicom planować „próby zmian” – kontrolowane sytuacje pozwalające dziecku doskonalić
umiejętności społeczne i wypróbowywać nowe zachowania.
Rozdział VII – „Świadoma samodyscyplina”. Uczymy dziecko właściwych zachowań.
Wprawdzie dziecko przynosi na świat zręby osobowości, nie wie jednak, jak należy się
zachowywać w konkretnych sytuacjach. Obowiązkiem rodziców jest, więc uczenie go reguł
współżycia społecznego. Jeżeli oni tego nie zrobią, uczyni to za nich społeczeństwo,
nieporównywalnie bardziej brutalnie!
Rozdział VIII – „Złodzieje czasu”. Istnieją chronicznie, wybitnie niepożądane wzorce
zachowań, rozbijające więzi między rodzicami i dziećmi, a jednocześnie marnotrawiące czas i
energię całej rodziny. Bardzo często rodzice nie uświadamiają sobie wielu form „treningu”,
które serwują swoim dzieciom. Uprzytamniają sobie te wpływy dopiero wtedy, gdy
wynikające z nich kłopoty zaczynają dezorganizować ich własne życie. Zjawisko to, o którym
pisałam w mojej pierwszej książce, nazywam rodzicielstwem chaotycznym lub
przypadkowym. Mogę śmiało powiedzieć, że ono właśnie rodzi większość problemów z
karmieniem, snem i samodyscypliną dzieci, jakie zdarzyło mi się widzieć. Gdy rodzice nie
wiedzą, co się dzieje lub nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić, wówczas nieprawidłowe
zachowania dziecka stają się „złodziejem czasu”.
Rozdział IX – „Nowy pasażer”. Rozdział ostatni poświęcony jest takim zagadnieniom,
jak: decyzja o dalszym powiększaniu rodziny, przygotowanie dziecka do pojawienia się
młodszego rodzeństwa, postępowanie z rodzeństwem oraz ochrona związku partnerskiego i
jego utrwalanie.

Na kartach tej książki nie ma zbyt wielu wskazówek związanych z tzw. Normami
wiekowymi, uważam, bowiem, że rodzice powinni raczej obserwować własne dziecko, a nie
wyczytywać z książek, co jest dla niego właściwe i odpowiednie. Żadnego tematu, nie
wyłączając nauki samodzielności, czy rozwoju fizycznego nie traktuję schematycznie. Nie
piszę nigdy „powinno być tak lub tak”, ponieważ chcę dać rodzicom coś lepszego niż gotowe
recepty – zdolność samodzielnego ustalania, co służy najlepiej dziecku i rodzinie.
Na zakończenie pragnę przypomnieć o zachowaniu długofalowej perspektywy i
zimnej krwi. W okresie niemowlęctwa czas się nie zatrzymał, choć wydawało się, że stan ten
nigdy się nie skończy. Obecna faza rozwoju dziecka przeminie, podobnie jak poprzednia.
Póki trwa, trzeba jednak chować wszystkie cenne przedmioty, zamykać szafki, w których
znajdują się potencjalne trucizny i brać głębokie oddechy. Tak będzie przez najbliższych
osiemnaście miesięcy. Mamy chodzącego łobuziaczka i musimy to przeżyć. Na naszych
oczach bezbronne maleństwo przeobraża się w biegającą i mówiącą istotę, której umysłowość
coraz bardziej nas zadziwia. Cieszmy się z tego i rozkoszujmy widokiem tej niewiarygodnej
podróży. Miejmy się jednak na baczności, bo każde zdumiewające odkrycie i każdy debiut,
maluszka to także nowe utrapienia, z którymi trzeba sobie jakoś poradzić. Nic nie jest tak
zachwycające i wyczerpujące zarazem, jak pełne miłości życie z dwulatkiem. Tak można by
to ująć najkrócej.

Rozdział I

KOCHAJMY NASZE „CHODZIACZKI”.
Znajome niemowlaczki.
Pisząc tę drugą książkę, wspólnie z moją współautorką skrzyknęłyśmy niektóre dzieci
uczestniczące onegdaj w moich grupach. Wtedy były to niemowlęta w wieku od miesiąca do
czterech, teraz – zaawansowane „chodziaczki”. Jakże ogromne zmiany dokonały się w ciągu
półtora roku w ich życiu! Dojrzalsze nieco twarzyczki były łatwe do rozpoznania, poza tym
jednak małe dynamiczne bąki, które wtoczyły się do mojej sali zabaw, w niczym nie
przypominały tamtych tobołeczków – słodkich bezradnych istotek wpatrujących się w faliste
linie ściennej tapety. Kiedyś podnoszenie główki lub „pływanie” na brzuszku były
prawdziwymi wyczynami. Teraz byłyśmy świadkami gorliwego poznawania otoczenia
wszelkimi metodami – pełzaniem, chwiejnymi kroczkami z podpieraniem się lub, bez (ale
zawsze z błyskiem w oczkach), chwytaniem rączkami to tu, to tam, z sensem lub bez sensu,
wszystko, co się dało.
Ochłonąwszy z szoku, jakim było oglądanie tego cudu błyskawicznego rozwoju, –
który sprawił na nas wrażenie magicznej podróży w czasie – zaczęłam sobie przypominać
niemowlęta, które kiedyś znałam.
Oto Rachel, siedząca na kolanach swojej mamy, uważnie obserwująca inne dzieci i
wyraźnie niegotowa do samodzielnych przedsięwzięć. To ta sama dziewczynka, która jako
niemowlę płakała na widok obcych twarzy i zdecydowanie nie akceptowała prób masażu,
będącego dla niej wówczas zbyt silnym pobudzeniem.
Betsy – to ta, która pierwsza odważyła się dotknąć inne dziecko, wyraźnie
najaktywniejsza i najbardziej otwarta na interakcje, interesująca się wszystkimi zabawkami
oraz tym, co robią pozostałe dzieci. W niemowlęctwie była ogromnie żywa, nie zdziwiło
mnie, więc, gdy z małą zręcznością i spojrzeniem nie znającym sprzeciwu zaczęła się wspinać
na stolik do przewijania. Matka, przyzwyczajona do jej sportowych wyczynów nie spuszczała
z niej oka, trzymając dłoń blisko jej pośladków.
Tucker, rozwijający się niegdyś zgodnie z podręcznikowymi normami, bawił się koło
stoliczka do przewijania. Co chwilę spoglądał na Betsy, ale kolorowe formy pudełka z

figurami geometrycznymi były jednak dla niego bardziej intrygujące. Zachowania tego
chłopca nadal mieściły się w normach. Rozpoznawał kolory i potrafił dopasować klocki o
różnych kształtach do otworów pudełka – jak przystało na „książkowego”
dwudziestomiesięcznego „chodziaczka”.
Allen bawił się na uboczu, z dala od innych dzieci. Widząc to, przypomniałam sobie
jego nad wiek poważne, trzymiesięczne oblicze. Już wtedy sprawiał wrażenie myśliciela, a
teraz z tym samym skupionym wyrazem twarzy próbował włożyć foremkę do zabawkowej
skrzyneczki pocztowej.
I wreszcie Andrea, którą w wieku niemowlęcym szczególnie lubiłam, była, bowiem
dzieckiem nadzwyczaj przyjaznym i dobrze przystosowanym. Także i teraz nie mogłam
oderwać od niej oczu. Miała w sobie nadal ów niewzruszony spokój i równowagę ludzi
wielkich duchem. Obserwowałam jej interakcje Betsy, która zeszła właśnie ze stolika i
zawzięcie wyrywała jej z rąk plastikową ciężarówkę. Moja ulubienica nie dała się jednak
wciągnąć w konfrontację. Z całkowitym spokojem, nie tracąc pogodnego nastroju, oddała
zabawkę i zaczęła z zadowoleniem bawić się lalką, która przyciągnęła jej uwagę.
Mimo ogromnego skoku rozwojowego, który dokonał się w życiu tych dzieci – były
przecież sześć lub siedem razy starsze niż wtedy, gdy widziałam je po raz ostatni – każde z
nich było wiernym odbiciem swego niemowlęcego ja. Ich temperamenty rozkwitły w formie
osobowości. Nie były to już niemowlęta, lecz małe ludzkie indywidualności.

Delikatna równowaga cech wrodzonych i nabytych.
Stałość cech osobowości obserwowana w kolejnych latach życia dziecka nie dziwi
nikogo, kto widział setki niemowląt i dzieci starszych. Powtórzę raz jeszcze coś, co było już
wcześniej powiedziane: dziecko przychodzi na świat z własną niepowtarzalną osobowością.
Niektórzy ludzie są od dnia swoich narodzin nieśmiali, inni uparci, a jeszcze inni skłonni do
intensywnej aktywności i skorzy do ryzyka. Dzięki nagraniom video, możliwości skanowania
mózgu oraz postępom genetyki teza ta znalazła naukowe potwierdzenie. Uczeni
udokumentowali również spójność osobowości w laboratoriach. Badania prowadzone w
ostatnim dziesięcioleciu wykazały, że w każdym organizmie ludzkim geny, jak również
substancje uczestniczące w chemicznej fizjologii mózgu mają wpływ na temperament, silne i
słabe aspekty psychiki oraz upodobania i awersje.
Jednym z pozytywnych efektów ubocznych tych najnowszych badań jest odejście od
psychologicznej mody oskarżania rodziców i obciążania ich winą. Bądźmy jednak ostrożni,
by nie popaść w drugą skrajność myśląc, że na nic nie mamy wpływu. Z całą pewnością
mamy. W przeciwnym wypadku po cóż, miałabym dzielić się swoimi koncepcjami światłego i
odpowiedzialnego rodzicielstwa?
Wrodzone nabyte.
„Z badań (bliźniąt i dzieci adoptowanych) płyną ważne praktyczne implikacje. Skoro
działania rodziców i inne wpływy środowiskowe mogą ograniczać bądź wzmacniać u dzieci
rozwój odziedziczonych skłonności, to mają sens wysiłki, których celem jest pomoc
ofiarowana rodzicom i innym opiekunom. Pomoc ta dotyczy umiejętności wrażliwego
odczytywania behawioralnych skłonności dziecka i tworzenia dla niego wspierającego
środowiska. Dobre dopasowanie warunków środowiskowych do indywidualnych właściwości
dziecka przejawia się, na przykład, w rodzinnych uregulowaniach dostarczających dzieciom
wybitnie aktywnym wielu możliwości energicznej zabawy, jak również w tworzeniu w
systemach opiekuńczych nisz spokoju dla jednostek nieśmiałych, w których mogą one
odpocząć od intensywnej aktywności rówieśników. Inteligentnie zaprojektowane
harmonogramy opiekuńcze mogą zawierać skuteczne środki zapobiegające rozwojowi

niepożądanych zachowań wśród dzieci z wrodzonymi słabościami, dostarczając możliwości
wyboru, racjonalnego ciepła, uporządkowania działań i innych pomocnych czynników”
W dyskusji o cechach wrodzonych i nabytych, najbardziej aktualny obecnie sposób
myślenia polega w istocie na traktowaniu zjawiska jako dynamicznego i ciągłego procesu.
Koncepcje skrajne stanowczo odrzucono, wiadomo, bowiem, że to, co nabyte nakłada się na
to, co wrodzone. Fakt ten potwierdzają najnowsze badania, a zwłaszcza analiza wielu
osobowości bliźniąt oraz dzieci adoptowanych, których cechy biologiczne różnią się od cech
rodziców. Obydwie kategorie przypadków potwierdzają złożoność splotu cech wrodzonych i
nabytych.
Bliźnięta, mające ten sam zestaw chromosomalny i podlegające tym samym wpływom
rodzicielskim, nie rozwijają się w ten sam sposób, a często ich osobowości radykalnie się
różnią. Jednocześnie badania dzieci adoptowanych, których rodzice biologiczni byli
alkoholikami lub osobami chorymi umysłowo, wykazują, że w pewnych przypadkach
środowisko życia (stworzone przez rodziców adoptujących) skutecznie neutralizuje
negatywne predyspozycje genetyczne. Są jednak i takie sytuacje, w których najlepsze nawet
rodzicielstwo nie może przełamać wpływów dziedziczności.
W świetle tych wyników można powiedzieć, że nikt dokładnie nie wie, jak
funkcjonują mechanizmy kształtowania się cech wrodzonych i nabytych, choć wiemy, że
działają one łącznie, wzajemnie się uzupełniając. Musimy, zatem szanować dziecko, które
natura nam dała, a równocześnie dawać mu ze swej strony wszelkie wsparcie, jakiego
potrzebuje. Wymaga to znajdowania subtelnej równowagi, zwłaszcza w przypadku dzieci
dwu- i trzyletnich. Oto niektóre ważne idee, warte zapamiętania.
Najpierw trzeba zrozumieć i zaakceptować dziecko, które mamy. Punktem wyjścia
dla dobrego rodzicielstwa jest znajomość własnego dziecka. W pierwszej książce pisałam o
tym, że u niemowląt, które miałam sposobność poznać, mogłam wyodrębnić pięć typów
temperamentów – Aniołki, Średniaczki, Wrażliwce, Żywczyki i Poprzeczniaki. W dalszej
części tego rozdziału zobaczymy, jak typy te manifestują się w drugim i trzecim roku życia.
Kwestionariusz ma pomóc w ustaleniu, do którego typu należy Wasze dziecko. Następnie
należałoby zadać sobie kilka pytań. Jakie dziecko przejawia talenty? Co sprawia mu kłopoty?
Czy potrzebuje dodatkowej zachęty lub nieco więcej samokontroli? Czy z ochotą przyjmuje
nowe sytuacje? Czy jest w nich lekkomyślne i nieodpowiedzialne, czy też – przeciwnie –
odrzuca je i ucieka przed nimi? Trzeba obserwować dziecko bezstronnie i uczciwie
odpowiadać sobie na takie pytania.
Gdy nasze odpowiedzi będą wyrazem rzeczywistości, a nie projekcją rodzicielskich
życzeń i pragnień, wówczas będziemy mogli okazać dziecku to, co w moim przekonaniu
rodzice są mu winni – szacunek. Pragnę Przekazać Czytelnikom prostą myśl – patrzcie na
swoje dziecko i kochajcie je takim, jakie jest, starając się dostosować własne koncepcje i
zachowania do tego, co dla niego najlepsze.
Zastanówmy się nad tym. Czy zaproponowalibyśmy grę w piłkę komuś dorosłemu, o
kim wiemy, że nienawidzi gier sportowych? Czyż nie byłoby nietaktem wobec osoby
ociemniałej propozycja wspólnego obserwowania ptaków w terenie? Podobnie, znając
temperament dziecka oraz jego mocne i słabe strony, będziemy mogli nie tylko lepiej ocenić,
co jest dla niego korzystne, lecz także podsuwać to, co przysporzy mu radości i zadowolenia,
służyć przewodnictwem, tworzyć odpowiednie środowisko oraz dostarczać strategii, których
będzie potrzebowałoby sprostać jeszcze trudniejszym wyzwaniom późniejszych okresów
dzieciństwa.
Małpy Suomiego – biologia nie określa przeznaczenia.
Stephen Suomi wraz z grupą badaczy z Narodowego Instytutu Zdrowia Dziecka i
Rozwoju Człowieka celowo kształtował w grupie rezusów cechy „impulsywności”. U małp,

podobnie jak u człowieka, brak kontroli i skłonność do podejmowania wysokiego ryzyka
wiążą się z niskim poziomem mózgowym serotoniny, (która hamuje impulsywne
zachowania). Wszystko wskazuje na to, że zidentyfikowany niedawno gen transportu
serotoniny (występujący również u ludzi) uniemożliwia skuteczny metabolizm tej substancji.
Suomi stwierdził, że małpy pozbawione tego genu i wychowywane przez przeciętne matki
miały skłonność do popadania w konflikty i były spychane na najniższy poziom hierarchii
społecznej. Kiedy jednak wychowywały je matki udzielające szczególnego wsparcia, ich
przyszłość była pomyślniejsza. Małpy nie tylko uczą się unikać sytuacji stresowych i
pozyskiwać pomoc w radzeniu sobie z nimi, (co jak łatwo przewidzieć, podnosi ich społeczny
status w stadzie), lecz także dodatkowe wsparcie przywraca im w wieku niemowlęcym
normalny metabolizm serotoniny. „Praktycznie wszystkie rezultaty mogą być znacząco
zmienione przez wczesne doświadczenia – pisze Suomi. Biologia dostarcza tylko różnych
zbiorów prawdopodobieństw”.
Możemy pomóc dziecku wykorzystać najlepiej własne atuty. Wiadomo doskonale,
że cechy biologiczne niczego nie przesądzają. Ludzie – podobnie jak zwierzęta – są
produktem zarówno biologii, jak i świata, w którym się rodzą. Dziecko może być nieśmiałe
od urodzenia, ponieważ odziedziczyło gen obniżający próg tolerancji nieznajomego. Jeżeli
jednak rodzice pomogą mu czuć się bezpiecznie i przekażą odpowiednie strategie, to będzie
miało szansę przezwyciężenia swojej wrodzonej nieśmiałości. Inne dziecko, przejawiające
wrodzone cechy ryzykanctwa (niski poziom serotoniny w mózgu), skorzysta, jeżeli rodzice
nauczą je kontrolowania impulsywnych odruchów. Reasumując, zrozumienie temperamentu
dziecka pozwala planować działania wychowawcze w dłuższej perspektywie.
Niezależnie od potrzeb dziecka, rodzice muszą być odpowiedzialni także i za
swoje czyny. Na scenie życia jesteśmy dla naszych dzieci pierwszymi nauczycielami i
reżyserami, a to, co robimy z nimi i dla nich, kształtuje je w nie mniejszym stopniu niż DNA.
W mojej pierwszej książce przypominałam, że niemowlęta na podstawie zachowań rodziców
uczą się, czego mogą oczekiwać od nich i od świata. Wyobraźmy sobie dziecko dwu- lub
trzyletnie, które nieustannie jęczy i popłakuje. Nie sądzę, by było to zachowanie celowe bądź
złośliwe. Dziecko po prostu robi to, czego go rodzice nauczyli.
Jak to się stało? Za każdym razem, gdy dzieciak marudził, przerywano rozmowę
toczącą się między dorosłymi, brano go na ręce lub zaczynano się z nim bawić. Rodzice
naprawdę wierzyli, że w ten sposób okazują swoje zainteresowanie, nie uprzytamniali sobie
jednak, że jednocześnie udzielili określonej lekcji: płacz (jęki, wrzaski, krzyki) jest
niezawodnym sposobem zwracania na siebie uwagi rodziców. Zjawisko to, nazywane przeze
mnie rodzicielstwem chaotycznym, może się zaczynać już w okresie niemowlęctwa i trwać w
latach następnych, o ile rodzice nie uświadomią sobie wpływu własnych zachowań na
dziecko. Proszę mi wierzyć, ich konsekwencjez biegiem czasu coraz poważniejsze,
ponieważ z wiekiem dzieci nabywają niezwykłej biegłości w manipulowaniu swoimi
rodzicami.
Perspektywa postrzegania natury dziecka decyduje o tym, jak sobie z nimi
radzimy. Niektóre dzieci są trudniejsze od innych; udowodniono również, iż osobowość
dziecka może wpływać na działania i reakcje rodziców. Większość ludzi łatwiej zachowuje
równowagę przy dziecku współdziałającym i elastycznym, a nieco trudniej, gdy jest ono
popędliwe i przejawia postawy roszczeniowe. Ogromne znaczenia ma perspektywa
postrzegania. Napotykając dziecięcy upór, niektóre matki dochodzą do wniosku, że ich
dziecko jest nieznośne, niemożliwe bądź nie reformowane, inne natomiast widzą w tym
pozytywny rys charakteru – „Moje dziecko wie, czego chce”. W drugim przypadku łatwiej
ukierunkować agresywne skłonności, np. w formie przywództwa. Niektórych ojców bardzo
martwi nieśmiałość synów, podczas gdy inni postrzegają tę samą cechę w kategorii
powściągliwości, która każe dziecku rozważać starannie każdą sytuację. Ta ostatnia

interpretacja sprzyja cierpliwości, w przeciwieństwie do pierwszej, której zwolennicy pchają
swoje dzieci na siłę do życiowych konfrontacji, co jeszcze bardziej potęguje ich lęk.

Kim jest nasz dwulatek?
W drugim i trzecim roku życia dziecka jego temperament staje się problemem w
pewnym sensie trudniejszym niż w niemowlęctwie, ponieważ jego osobowość jest
wyraźniejsza, a jednocześnie życie codzienne stawia przed nim nowe wyzwania. Cechy
osobowości decydują również o zdolnościach dziecka do wykonywania nieznanych dotąd
zadań i radzenia sobie z nowymi okolicznościami, czyli tym, jak wyglądają jego życiowe
„debiuty”. Niektórzy moi Czytelnicy ustalili już zapewne, do której z pięciu grup ich dziecko
się zalicza. Tym rodzicom, którzy już to zrobili, kwestionariusz pozwoli potwierdzić
dotychczasowe spostrzeżenia. Oznacza to również, że proces dostrajania się rodziców do
dziecka rozpoczął się wcześnie oraz że padły już między nimi słowa prawdy na temat jego
osobowości.
Proszę teraz o przygotowanie czystych arkuszy papieru. Na pytania kwestionariusza
każde z partnerów powinno odpowiadać niezależnie. Osobom wychowującym dzieci
samotnie sugerowałabym skonfrontowanie własnych odpowiedzi z opiniami inne osoby lub
osób mających kontakt z dzieckiem np. dziadków, przyjaciółki. W ten sposób będzie można
porównać własny punkt widzenia ze spostrzeżeniami drugiej osoby. Każdy postrzega dziecko
inaczej, a jednocześnie dzieci zachowują się odmiennie w obecności różnych osób.
Zaznaczam, że nie ma tu odpowiedzi słusznych i niesłusznych. Jest to ćwiczenie w
ocenie rzeczywistości, nie spierajmy się, więc, gdy odpowiedzi będą się różniły. Pozwólmy
sobie na szersze spojrzenie. Celem kwestionariusza jest pomoc w zrozumieniu osobowości
dziecka.
Rodzice mogą nie zgadzać się z wynikiem, tak jak to było w wielu przypadkach u
Czytelników mojej pierwszej książki. Niektórzy respondenci twierdzili, że ich dziecko łączy
w sobie cechy dwóch różnych typów. Jeżeli tak się zdarzy, to trzeba korzystać z obydwu
zbiorów informacji. Z doświadczenia wiem jednak, że jeden z aspektów przeważnie
dominuje. Ja na przykład, jako niemowlę byłam Wrażliwcem, a w wieku dwóch i trzech lat
byłam nieśmiała i lękliwa. Jako osoba dorosła mam nadal cechy, Wrażliwca, choć czasem
zdradzam również objawy Poprzeczniaka i Żywczyka. Wrażliwość pozostaje jednak główną
właściwością mojego usposobienia.
Proszę pamiętać, że jest to tylko ćwiczenie pomagające dostroić się do dziecka i
uwrażliwić zmysł obserwacji na jego naturalne inklinacje. Rodzice oraz inne elementy
środowiska mają kształtujący wpływ na dziecko. To czas, w którym każde zdarzenie jest
przygodą, a często również testem. Celem kwestionariusza jest ułatwienie obserwacji
najbardziej znaczących cech zachowania dziecka – jego aktywności, skupienia uwagi,
intensywności, zdolności przystosowawczych, reakcji na nowe i nieznane zjawiska, relacji z
otoczeniem oraz skłonności do życia głównie w świecie zewnętrznym bądź wewnętrznym.
Proszę zwrócić uwagę, że pytania dotyczą nie tylko zachowań obecnych, lecz także okresu
niemowlęcego. Odpowiedzi odzwierciedlające zachowania najbardziej typowe – występujące
regularnie bądź stale – proponuję zaznaczyć.
Kim jest nasz dwulatek?
1. W niemowlęctwie moje dziecko
a. płakało rzadko
b. płakało tylko wówczas, gdy było głodne, zmęczone lub nadmiernie pobudzone
c. płakało często bez wyraźnego powodu
d. płakało bardzo głośno, a jeśli do niego nie podeszłam, zaczynało krzyczeć lub wyć

e. płakało ze złością, zwykle wtedy, gdy działo się coś, do czego nie było
przyzwyczajone
2. Budząc się rano, moje dziecko
a. rzadko płacze – bawi się w łóżeczku do czasu, gdy przyjdę do niego
b. kwili i rozgląda się, dopóki nie zacznie okazywać znudzenia
c. wymaga natychmiastowej uwagi, w przeciwnym razie zaczyna płakać
d. płacze i krzyczy; chce bym do niego przyszła i przywołuje mnie w ten sposób
e. zawodzi, informując mnie tym sposobem, że już się obudziło
3. Wracając pamięcią do pierwszej kąpieli, przypominam sobie, że moje dziecko
a. czuło się w wodzie jak ryba
b. było trochę zadziwione sytuacją, polubiło jednak kąpiel niemal natychmiast
c. było bardzo wrażliwa – trochę drżało i wyglądało na przestraszone
d. urządzało brewerie, machając rączkami i kopiąc nóżkami
e. nienawidziło takiego zabiegu i płakało
4. Ciało mojego dziecka było i jest
a. niemal zawsze zrelaksowane, nawet w okresie niemowlęcym
b. najczęściej zrelaksowane, także w okresie niemowlęcym
c. napięte i bardzo czułe na bodźce zewnętrzne
d. gwałtowne – w niemowlęctwie były to często nieskoordynowane ruchy rąk i nóg
e. usztywnione – w niemowlęctwie ręce i nogi były często silnie usztywnione
5. Podczas przechodzenia od pokarmów płynnych do stałych
a. nie było żadnego problemu
b. dziecko dobrze się przystosowywało, gdy miało dość czasu, by poznać nowe
rzeczy
c. dziecko marszczyło buzię, a jego usta drżały, jakby chciało się spytać „co to jest?”
d. dziecko pochłaniało wszystko bez wahania, jak gdyby jadło to od urodzenia
e. chwytało łyżkę i chciało koniecznie samodzielnie ją trzymać
6. Kiedy przerywam mojemu dziecku jakieś zajęcie
a. porzuca je z łatwością
b. czasami płacze, ale daje się uspokoić i zająć czymś innym
c. płacze przez kilka minut, nim zdoła się uspokoić
d. wyje, kopie i rzuca się na podłogę
e. płacze tak, jakby mu serce pękało
7. Moje dziecko objawia złość
a. kwileniem, szybko jednak można je pocieszyć lub odwrócić jego uwagę
b. zaciskaniem pięści, grymasem lub płaczem; potrzebuje wsparcia, by to opanować
c. rozklejaniem się tak, jakby zbliżał się koniec świata
d. utratą panowania nad sobą, połączoną często z rzucaniem przedmiotami
e. agresywnością, często stara się wtedy popchnąć kogoś lub uderzyć
8. W kontaktach z innymi dziećmi, np. w zabawie, moje dziecko
a. jest szczęśliwe i aktywnie uczestniczy
b. angażuje się, lecz od czasu do czasu miewa konflikty z innymi dziećmi
c. płacze z byle powodu, zwłaszcza gdy inne dziecko zabiera mu zabawkę
d. intensywnie biega, angażując się we wszystko
e. nie chce się angażować, pozostając na uboczu
9. Zdanie najlepiej opisujące zachowanie mojego dziecka przed snem brzmi
a. zasypia natychmiast i nie przeszkodzi mu w tym wybuch bomby atomowej
b. jest niespokojne, dobrze reaguje na delikatne poklepywanie i wspierające słowa
c. przeszkadzają mu nawet najmniejsze hałasy w domu i za oknami
d. jego usypianie wymaga wysiłku, obawia się ze coś straci zapadając w sen
e. potrzebuje zupełnego spokoju, w przeciwnym razie płacze i trudno go ukoić
10. W nowym, nieznanym sobie domu bądź otoczeniu moje dziecko

a. łatwo się przystosowuje i szybko nawiązuje kontakty
b. potrzebuje trochę czasu na przystosowanie się, uśmiecha się i szybko odwraca
c. doznaje uczucia niepokoju, chowa się za mnie lub kryje twarz z moim ubraniu
d. zachowuje się odważnie, lecz nie wie, co ze sobą zrobić
f. boczy się i złości lub oddala się bez pozwolenia i nadzoru
11. Gdy podczas zajmowania się zabawką inne dziecko chce się dołączyć, moje dziecko
a. zauważa to, lecz nie odwraca uwagi od tego co robi
b. ma trudności z utrzymaniem skupienia, gdy inne dziecko jest w polu widzenia
c. niepokoi się i szybko zaczyna płakać
d. natychmiast chce tego, czym bawi się jakiekolwiek inne dziecko
f. woli bawić się samo i często płacze, gdy inne dziecko wkracza w jego przestrzeń
12. Kiedy wychodzę z pokoju, moje dziecko
a. interesuje się tym faktem, powraca jednak do zabawy
b. może to zauważyć, zwykle jednak nie reaguje, chyba że jest zmęczone lub chore
c. natychmiast płacze i sprawia wrażenie zasmuconego
d. domaga się powrotu
e. głośno płacze, unosząc obie dłonie
13. Kiedy wracamy z wycieczki lub spaceru, moje dziecko
a. natychmiast łatwo się uspokaja i stabilizuje
b. przystosowuje się po kilku minutach
c. zwykle bardzo marudzi
d. często bywa nadmiernie pobudzone i trudno je uspokoić
e. złości się i źle się czuje
14. Najwyraźniejszą i najbardziej zauważalną cechą mojego dziecka jest
a. ogromna zdolność przystosowawcza i spokojne zachowanie
b. regularność i zgodność faz rozwoju z informacjami zawartymi w książkach
c. wrażliwość na wszystko
d. agresywność
e. niezadowolenie
15. Podczas spotkań rodzinnych z udziałem dorosłych i znanych dzieci moje dziecko.
a. rozgląda się badawczo, po czym włącza bez obawy w nurt wydarzeń
b. potrzebuje kilku minut na przystosowanie, zwłaszcza gdy jest więcej osób
c. okazuje nieśmiałość, trzyma się mnie, chce być na rękach, a czasem nawet płacze
d. rzuca się śmiało w wir działań, szczególnie chętnie, gdy obecne są inne dzieci
e. włącza się, gdy jest gotowe, lecz gdy je popycham, opiera się i okazuje niechęć
16. W restauracji moje dziecko
a. zachowuje się jak anioł
b. potrafi spokojnie siedzieć przy stoliku około pół godziny
c. łatwo się niepokoi, gdy jest głośno lub tłoczno albo gdy zwracają się do niego obcy
ludzie
d. nie potrafi usiedzieć dłużej niż 10 minut, chyba że zajmuje się jedzeniem
e. potrafi siedzieć 15-20min i chce wyjść gdy skończyło jedzenie
17. Moje dziecko najlepiej charakteryzuje następujący komentarz
a. zapominam, że mam w domu małe dziecko
b. jego zachowania są łatwe do przewidzenia
c. jest to dziecko bardzo delikatne
d. gdy nie jest w łóżeczku lub kojcu, nie mogę ani na chwilę spuścić z niego oczu
e. jest dzieckiem bardzo poważnym, sprawia wrażenie jakby wiele rozmyślało
18. Porozumienie między mną i dzieckiem najlepiej opisuje następujące zdanie
a. zawsze komunikuje mi dokładnie i jasno wszystkie swoje potrzeby
b. większość jego komunikatów można bez trudu zrozumieć

c. często płacze, w związku z czym trudno się zorientować o co mu chodzi
d. objawia swoje upodobania i awersje bardzo jasno, fizycznie a nie rzadko głośno
e. często zwraca na siebie moją uwagę głośnym, pełnym złości płaczem
19. Podczas przewijania lub ubierania moje dziecko
a. przeważnie ze mną współdziała
b. czasami wymaga odwracanie uwagi, by leżało spokojnie
c. niepokoi się, a czasem płacze, zwłaszcza gdy robię coś szybko i nerwowo
d. boczy się i marudzi, ponieważ nie lubi spokojnie leżeć i siedzieć
e. denerwuje się, gdy ubieranie trwa zbyt długo
20. Rodzaj aktywności lub zabawy, którą moje dziecko lubi najbardziej to:
a. cokolwiek, co daje jakieś rezultaty, np. budowanie czegoś z klocków
b. zabawki stosowne do wieku
c. pojedyncze zadania, z którymi nie wiąże się hałas lub nadmiar bodźców
d. cokolwiek, czym można tłuc, walić lub głośno hałasować
e. niemal wszystko, pod warunkiem że nikt nie przeszkadza i nie reaguje
Proponuję napisać na kartce papieru pięć liter a, b ,c , d, e ,a następnie, odpowiadając na
kolejne pytania, stawiać przy nich kreski. Na koniec zliczamy liczbę kresek przy
poszczególnych literach, których znaczenie jest następujące:
A = Aniołek
B = Średniaczek
C = Wrażliwiec
D = Żywczyk
E = Poprzeczniak

Witaj, dwulatku!
Po podliczeniu wyników testu okazuje się zwykle, że jedna lub najwyżej dwie litery
występują zdecydowanie częściej od innych. Czytając przedstawione dalej opisy, proszę
pamiętać, że mówimy o generalnym sposobie życia dziecka i jego stosunku do świata, a nie o
szczególnie „złych dniach” lub nietypowych zachowaniach związanych z przełomami
rozwojowymi takimi jak ząbkowanie.
Może się okazać, że dziecko pasuje jak ulał do jednego z opisów bądź też posiada
cechy dwóch różnych charakterystyk. Proponuję zapoznać się z opisami wszystkich grup,
nawet tych, które zupełnie do dziecka nie pasują. Ich znajomość ułatwi zrozumienie innych
dzieci – krewnych oraz koleżanki i kolegów tworzących krąg najbliższych znajomych i
towarzyszy zabaw. Ilustrując przykładami poszczególne profile, powrócę do dzieci, o których
pisałam na początku rozdziału. Pasują one niemal dokładnie do moich charakterystyk
Aniołek. Spokojne i pogodne niemowlę zmienia się powoli, w „chodziaczka” o takim
anielskim usposobieniu. Jest to zazwyczaj dziecko bardzo towarzyskie, czujące się świetnie w
każdej dziecięcej gromadce i przystosowujące się dobrze do większości sytuacji. Często
zaczyna mówić wcześniej niż jego rówieśnicy, a przynajmniej komunikuje wyraźniej swoje
potrzeby. Kiedy czegoś chce, czego nie może otrzymać, stosunkowo łatwo można odwrócić
jego uwagę, zanim dojdzie do wzburzenia emocji. Wytrącone z równowagi łatwo daje się
uspokoić i nigdy nie wyprawia dzikich brewerii. W zabawie Aniołki potrafią długo
koncentrować uwagę na jednym zadaniu. Nie protestują, gdy się je przenosi i nie sprawiają
swoim opiekunom prawie żadnych kłopotów. Andrea, którą spotkaliśmy na początku
rozdziału, wiele podróżuje ze swoimi rodzicami, poddając się bez wysiłku ich życiowym
harmonogramom. Nawet w warunkach zmian czasu przystosowuje się natychmiast do rytmu
dobowego w nowym miejscu. Kiedy matka zmuszona była zmienić pory jej dziennych
drzemek, by dostosować je do własnych zajęć. Andrea przyzwyczaiła się do nowej sytuacji
już po dwóch dniach. Miała wprawdzie okres zniecierpliwienia przy zmianie pieluszek, – co

często zdarza się dzieciom uczącym się chodzić – wystarczyło jednak dać jej breloczek do
potrzymania, by przestała marudzić.
Średniaczek. Podobnie jak w niemowlęctwie, to dziecko również w drugim i trzecim
roku życia doświadcza kolejnych faz rozwoju we właściwym czasie. Można powiedzieć, że
wszystko dzieje się u niego zgodnie z książkowymi regułami. W relacjach z rówieśnikami
zachowuje się na ogół sympatycznie, może być jednak trochę onieśmielone przy pierwszych
kontaktach z obcymi. Najlepiej czuje się we własnym środowisku, jeżeli jednak wyjścia są
dobrze zaplanowane i poświęcimy dość czasu przygotowaniom, to nie będzie miało
szczególnych kłopotów z przystosowaniem się do nowego otoczenia. Średniaczki kochają
regularność i lubią wiedzieć, co będzie dalej. Takim dzieckiem jest Tucker. Jak dotąd, opieka
nad nim była stosunkowo łatwa, jego zachowanie przewidywalne, a usposobienie łagodne.
Jego matka wciąż jest zdumiona punktualnością kolejnych faz jego rozwoju – również tych
mniej przyjemnych. Z dokładnością do dnia, po ośmiu miesiącach zaczął odczuwać niepokój
związany z rozłąką, po dziewięciu zaczął ząbkować, a po roku stawiał swoje pierwsze kroki.
Wrażliwiec. Pozostając wiernym swojej niemowlęcej naturze, Wrażliwiec wolno
przystosowuje się do nowych sytuacji. Lubi, gdy świat jest uporządkowany i rozpoznawalny.
Kiedy się czymś zajmie, nie znosi, gdy przerywa mu się skupienie. Natychmiast traci
równowagę i zaczyna płakać. Takie właśnie dzieci często określa się jako „nieśmiałe”,
zamiast przyjąć po prostu, że takie mają temperamenty. W drugim i trzecim roku życia
Wrażliwiec nie radzą dobie zbyt dobrze w grupach rówieśniczych, zwłaszcza, gdy czują się
popychane. Często sprawia im też trudność dzielenia się z innymi dziećmi. Rachel idealnie
pasuje do tego profilu. Kiedy ktoś usiłuje zmusić ją do czegoś, zupełnie się załamuje. Jej
matka Andrea przeżywała ciężkie chwile, chcąc umieścić ją w grupie „Mamusia i ja”, w
której uczestniczyły wraz ze swymi dziećmi jej przyjaciółki. Rachel znała wcześniej wiele
dzieci z tej grupy, a mimo to dopiero po trzech tygodniach odważyła się zejść z kolan mamy.
Andera miała w związku z tym poważne wątpliwości, czy zabierać ją ze sobą w nadziei, że
się przystosuje do grupy, czy też zostawiać w domu, co oznaczałoby izolację dziecka.
Postanowiła się jednak nie poddawać, choć była to walka zaczynająca się od początku w
każdej nowej sytuacji. Dziecko o takich cechach, – jeśli nie wywiera się nań presji – może
jednak dojrzeć, stając się jednostką wrażliwą i pełną empatii, starannie rozważającą każdą
sytuację i związane z nią problemy.
Poprzeczniak. Cokolwiek „wariacka” osobowość niemowlęcia, – Poprzeczniaka
kształtuje się i staje wyraźniejsza w drugim i trzecim roku jego życia. Dziecko o takim
usposobieniu jest uparte i chce, by wszystko działo się zgodnie z jego wolą. Jeżeli weźmiemy
je na ręce, gdy nie jest do tego przygotowane, możemy spodziewać się wrzasków i protestów.
Gdy matka pokazuje mu i objaśnia różne czynności, Poprzeczniak zwykle odpycha jej dłoń i
działa po swojemu. Jego zaletą jest zdolność do samodzielnej zabawy wynikająca z faktu, iż
sam jest dla siebie najlepszym towarzystwem. Brakuje mu jednak wytrwałości potrzebnej do
uczenia się i doprowadzania do końca podejmowanych zadań, w związku, z czym łatwo i
często poddaje się frustracji. Niezadowolenie takiego dziecka objawia się płaczem i krzykiem
tak intensywnym, jak gdyby za chwilę miał być koniec świata. Poprzeczniak ma bardzo duże
trudności z wyrażaniem siebie, zdarza się więc, że gryzie, popycha i bije. Wszystkim
rodzicom dzieci dwu- i trzyletnich popychającym je w moją stronę tłumaczę: „Nie zmuszajcie
go, by do mnie podszedł. Nie zmuszajcie go do niczego. Niech zaznajomi się ze mną na
swoich warunkach, a nie według waszego scenariusza”. Zalecenie to jest szczególnie ważne,
gdy chodzi o dzieci z tej właśnie, trudnej grupy. Im mocniej będziecie je popychać, tym
większy będą okazywać upór. I nie próbujcie zmuszać ich do wykonywania czegokolwiek na
zawołanie. O słuszności tych uwag przekonali się rodzice Allena – uroczego małego
chłopczyka, słodkiego jak aniołek.. pod warunkiem, że pozwoliło mu się wybrać rodzaj
działania i samodzielnie je podjąć. Kiedy jednak ktoś sugerował mu wykonanie czegoś
(„Pokaż cioci, jak robisz paszteciki..”), natychmiast marszczył się i łypał złym wzrokiem.
(Prawdę mówiąc, nie lubię takich popisów, obojętnie w czyim wykonaniu). Równocześnie

Poprzeczniaki demonstrują cechy psychiczne „starych dusz” – są pomysłowe, obdarzone
intuicją, twórcze, a czasem nawet objawiają mądrość działając tak, jakby były tu już
wcześniej.
Żywczyk. Najaktywniejszy z „chodziaczków” jest istotą na wskroś fizyczną,
zwróconą na zewnątrz, często dość upartą i skłonną do brewerii. Są to dzieci bardzo
towarzyskie i ciekawe świata. Wcześnie zaczynają wskazywać rzeczy i sięgać po nie.
Podobne zainteresowania przejawiają w stosunku do innych dzieci. Są żądne wrażeń i
przygód; chcą wszystkiego spróbować i mają ku temu silną determinację. Intensywnie
przeżywają sukces, gdy uda im się coś osiągnąć. Żywczyki potrzebują jednak wyraźnie
określonych granic, ponieważ bez ich ustanowienia działają jak walec parowy miażdżący i
rozgniatający wszystko na swojej drodze. Kiedy zaczynają płakać, długo nie mogą się
uspokoić, trzeba więc zawczasu wdrażać je do ścisłego harmonogramu, ze szczególnym
uwzględnieniem snu nocnego. W przeciwnym razie rodzice mogą mieć z nimi tak zwany bal
Murzynów, są to bowiem dzieci odznaczające się i niespożytą kondycją i siłą. Bardzo
uważnie obserwują opiekujące się nimi osoby. Betsy, która wspinała się na stolik do
przewijania w moim gabinecie, nieustannie „sprawdzała” swoją mamę Randy. W typowym
przypadku dziewczynka przyglądała się najpierw czemuś, czego dotykanie było zabronione –
np. gniazdku sieciowemu lub tkwiącej w niej wtyczce – po czym zbliżała się do tej rzeczy,
oglądając się na matkę i oceniając jej reakcję. Betsy, jak wszystkie Żywczyki, wyróżniała się
samodzielnością myślenia. Kiedy była z matką i ojciec chciał go wziąć na ręce, odpychała go.
Właściwe prowadzenie i stwarzanie okazji do wyładowania energii pozwala tym dzieciom
pełnić rolę przywódców w grupach oraz cieszyć się sukcesami w dziedzinach, które je
interesują.
Przypuszczam, że można już zakwalifikować malucha do określonej kategorii. Być
może niektóre z nich mają cechy dwóch typów. Tak czy owak, informacje te mają pomagać i
służyć przewodnictwem, a nie straszyć. Każdy typ ma jakieś zalety i jakieś wady. Nie chodzi
mi o przyklejanie dzieciom etykietek, lecz o zrozumienie, czego możemy od nich oczekiwać i
jak powinniśmy postępować z różnymi temperamentami. Szufladkowanie ludzi nie jest
dobrym pomysłem. Dzieci, podobnie jak dorośli, mają wiele twarzy, a ich temperamenty są
wieloaspektowe.
Na przykład, dziecko nieśmiałe może równocześnie być wrażliwe i utalentowane
muzycznie oraz mieć bogate życie wewnętrzne. Jeżeli jednak myślimy o nim wyłącznie w
kategoriach jego nieśmiałości – lub gorzej – stale odnosimy jego zachowanie do tej
właściwości, to jego obraz w naszej świadomości staje się sztuczny, statyczny, nieprawdziwy
i niepełny. Ponadto, nie pozwalamy dziecku być autentyczną, trójwymiarową osobą.

Indywidualność czy wiek?
Jedynym elementem stałym u dziecka dwu- i trzyletniego jest..... jego zmienność. Jest
to okres ciągłego rozwoju, badania i testowania. Zmiany następują dosłownie z dnia na dzień.
Dziecko grzeczne i współdziałające po chwili może przejawiać upór. Czasami daje się ubrać
bez marudzenia, a kiedy indziej trzeba je gonić po mieszkaniu. W piątek je z apetytem, a w
sobotę wypluwa jedzenie. W takich chwilach rodzice skłonni są widzieć u niego zmiany
osobowości, a tymczasem są to tylko objawy kolejnego wielkiego skoku rozwojowego.
Najlepszym sposobem traktowania tych zmian jest nie przejmowanie się nimi do przesady.
Nie należy przy lada okazji dopatrywać się uwstecznień oraz zmian na gorsze. Wszystko
należy do procesu dojrzewania.
Pamiętajmy również, że dziecko, słysząc od nas wciąż jedno i to samo na swój temat,
staje się wkrótce tym, co mu w ten sposób sugerujemy; akcentowana przez nas obsesyjnie
niepożądana cecha zaczyna w nim dominować. Mam tego przykład w mojej własnej rodzinie.
Mojego brata nazywano w dzieciństwie „jednostką aspołeczną”. Nie mam wątpliwości, że

jako dziecko był klasycznym Poprzeczniakiem. Miał jednak również wiele innych cech; nadal
jest ciekawy świata, twórczy i pełen inwencji, wciąż jednak uwielbia być sam. Można było
zmarnować niejeden dzień, obserwując go i starając się spędzić z nim więcej czasu, niżby
sobie życzył. Gdyby jednak zaakceptować to jego upodobanie – nie traktując go w sposób
osobisty i pamiętając, że jest to jego cecha stała od dnia narodzin – o ileż byłoby lepiej.
Szukałby pewnie towarzystwa prędzej niż wówczas, gdy starano się zmusić go do niego.
Z pewnością nie wszystkie cechy własnego dziecka muszą się nam podobać. Możemy
nawet w cichości ducha marzyć o kimś zupełnie innym. Musimy jednak zaakceptować
rzeczywistość. Zadaniem rodziców jest tworzenie środowiska minimalizującego zagrożenia i
wzmacniającego korzyści wynikające z wrodzonej natury dziecka.

Zaakceptujmy naszego kochanego dwulatka.
Ustalenie typu osobowości to nie wszystko. Trzeba jeszcze zaakceptować to, o czym
już wiemy. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że codziennie spotykam rodziców kompletnie nie
rozumiejących, kim są ich dzieci. Ludzie ci wydają się nie doceniać tego, co widzą i o czym
wiedzą w głębi swojej duszy. Zdarza się, że rodzice najsłodszego na świecie dzieciątka, które
wiele osób zaakceptowałoby z największą radością, doszukują się w nim wad, zastanawiając
się, np. czy „nie jest zbyt mało aktywne w grupie rówieśników”. Inne dzieci rzucają się z
wrzaskiem na podłogę, gdy odmówiono im kolejnego ciasteczka, a ich matki mówią: „Nie
rozumiem, ona nigdy przedtem tego nie robiła”. Tak, zamiast akceptować swoje dzieci,
rodzice negują pewne cechy ich osobowości. Usprawiedliwiają je lub też kwestionują z
uporem ich wrodzoną naturę, przekazując im w ten sposób sprzeczny z intencjami komunikat:
„Nie lubię cię takim jakim, jesteś i chcę cię odmienić”.
Rodzice, o których mowa, nie mają świadomie negatywnych intencji wobec swoich
dzieci, faktycznie jednak szkodzą im. Można by podzielić ich na dwie grupy. Jedni nie chcą
zaakceptować trudnych cech i patrzą na nie przez różowe okulary; inni nie zdają sobie
sprawy, jak cudowne mają dzieci i stale dopatrują się w nich czegoś złego. Dlaczego tak się
dzieje? Wyodrębniłam szereg przyczyn i postaram się je wyjaśnić, posługując przykładami ze
znanych mi rodzin.
Trema: Amelia. Nie mogę wprost uwierzyć, jak wiele współczesnych młodych kobiet
boi się macierzyństwa i odczuwa tremę w związku z wypełnianiem obowiązków
rodzicielskich. Zaczyna się to już w okresie ciąży, a pierwszym objawem jest lektura
wszystkich możliwych poradników w nadziei znalezienia „najwłaściwszej” recepty na
wychowanie dziecka. Problem jednak w tym, że żadna książka (nie wyłączając tej) nie
dostarcza porad dokładnie pasujących do konkretnego dziecka, którego się spodziewamy lub
które już nam się urodziło. Często się zdarza, że nie reaguje ono zgodnie z przewidywaniami
na tę czy inną „technikę” działania, bądź nie reaguje na nią wogóle. Wtedy wielu rodziców
dochodzi do wniosku, że to oni musieli popełnić jakieś błędy. I w tym momencie programują
już swoją porażkę, ponieważ brak pewności i wiary w siebie oraz poczucie winy i
niekompetencji to najpełniejsza definicja nieudanego rodzicielstwa.
Co więcej, trema rodziców zaburza ich postrzeganie, w związku z czym nie widzą
wyraźnie owej małej ludzkiej istoty, którą mają przed sobą. Przyjrzyjmy się Amelii, której
synek Ethan, urodzony w dwudziestym siódmym roku życia, był dla obu rodzin pierwszym
wnuczkiem. Amelia czytała mnóstwo książek poświęconych rodzicielstwu, brała udział w
dyskusjach toczących się w internetowych pokojach pogawędek i za wszelką cenę chciała
kierować rozwojem małego Ethana według książkowych schematów. W okresie
niemowlęcym dzwoniła do mnie regularnie i każda jej rozmowa zaczynała się od pytań w
rodzaju: „W książce pt. Czego możemy oczekiwać jest napisane, że Ethan powinien....”.
Każdy jej telefon dotyczył innego pseudozmartwienia – uśmiechów dziecka, przekręcania się

na bok, siadania itd. W drugim roku pytania mamusi nieco się zmieniły: „Co mogłabym
zrobić, aby pomóc mu lepiej się wspinać?” Albo: „Powinien już zacząć jeść pokarmy krojone.
Co mogłabym mu dawać by się nie zadławił?” Amelia uważała też za stosowne natychmiast
wypróbowywać na swoim dziecku każdą nową teorię, o której dowiedziała się z lektur. Mogła
to być np. nauka języka migowego lub cokolwiek innego. Dowiedziawszy się o jakiś kursach
lub zajęciach dla dzieci w wieku Ethana, od razu go na nie zapisywała, twierdząc że „musi on
poprawić swoje umiejętności ruchowe” lub „rozwinąć kreatywność”. Oczywiście każda nowa
zabawka pojawiająca się na rynku obowiązkowo trafiała do ich pokoiku dziecięcego.
Wyglądało na to, że w życiu tej kobiety nie ma ani jednego normalnego dnia. Przy każdej
okazji prezentowała kolejne gadżety lub formy aktywności w przekonaniu, że będą one
pobudzać rozwój dziecka, uczyć je nowych umiejętności, a przede wszystkim pozwolą mu
„być lepszym” od innych.
„Ethan jest bez przerwy w złym nastroju” – usłyszałam od Amelii, gdy jej synek miał
osiemnaście miesięcy. „Obawiam się, że staje się dzieckiem trudnym”. Po kilku godzinach
spędzonych z Amelią i Ethanem nie miałam wątpliwości, że wszystkie zabawki i zajęcia,
które mu siłą wmuszała, sprawiały więcej radości jej samej niż jemu. Zamiast obserwować
dziecko i akceptować je takim, jakim było, obwoziła chłopca nieustannie po całym mieście.
Zamiast pozwolić mu badać rzeczywistość po swojemu, kupowała mu coraz więcej
dziecięcych maneli. Jego pokój wyglądał jak skład z zabawkami!
„Ethan jest cały czas tym, kim jest” – zapewniałam ją, pamiętając dobrze jego
zmarszczone brwi, tak często obserwowane w okresie niemowlęcym. Nie zmienił się. Był
Poprzeczniakiem jako niemowlę i jest nim nadal. Chce się bawić po swojemu, wtedy gdy ma
na to ochotę i sam wybiera sobie formy aktywności. Tłumaczyłam Amelii, że w swoim
entuzjastycznym dążeniu, by być najlepszą matką na świecie – prowadzącym nieuchronnie do
nadopiekuńczości – traciła z pola widzenia małego chłopca, którego miała przed sobą. Być
może podświadomie chciała odmienić jego naturę. Tak czy owak, działania te nie miały
najmniejszych szans powodzenia, musiała zaakceptować Ethana takim, jakim był.

Oznaki rodzicielskiej negacji.
Rodzice mający trudności z akceptacją swoich dzieci takimi, jakimi są, wypowiadają
często pewne charakterystyczne zdania. Jeżeli więc zdarza się komuś używać nagminnie
wymienione niżej zwrotów, to radzę zastanowić się nad tym co naprawdę ma się na myśli:
- „To taki wiek – wyrośnie z tego”. Czy rzeczywiście? A może to tylko pobożne
życzenie? Trzeba by poczekać aby się przekonać.
- „Jesteś całkiem w porządku”. Czy nie staramy się pochlebstwem
zneutralizować uczucia dziecka?
- „Kiedy zacznie chodzić, łatwiej dojdziemy z nim do ładu”. Wraz z rozwojem
zachowania się zmieniają, lecz nie tak, by zagłuszyć stałe cechy osobowości.
- „Nie będzie przecież nieśmiała przez całe życie”. Ale może mieć do końca
życia kłopoty w nowych sytuacjach.
- „Chciałabym żebyś...” lub „Dlaczego on nie może być bardziej...”. Bez
względu jakimi słowami kończymy te zdania, mogą one oznaczać, że
naprawdę nie akceptujemy dziecka takim jakim jest.
- „ Przepraszam, ze on taki jest...” Przepraszając w imieniu dziecka –
niezależnie od tego, co ono robi! – rodzice przekazują mu komunikat, z
którego wynika, że nie jest dobrze być sobą. Łatwo wyobrazić sobie przyszłą
scenę w gabinecie psychologa, w którym owo dziecko – już jako osoba dorosła
– mówi: „Nigdy nie pozwalano mi być sobą”.
Stara buddyjska nauka głosi: Gdy uczeń jest gotów, mistrz się pojawia. To właśnie

wydarzyło się w życiu Amelii. Ukochana ciocia powtarzała jej od kilku miesięcy: „We
wszystkim przesadzasz, za dużo główkujesz, przeciążasz swoje dziecko nadmiarem różnych
zajęć”. Po pewnym czasie Amelia przyznała: „zupełnie nie wiedziałam o co jej chodzi.
Domyślałam się, na czym polegał problem. Każdy mi mówił, jak być dobrą matką, czułam
więc, że muszę coś udowodnić”. Nie musze dodawać, że Ethan stał się dzieckiem znacznie
mniej trudnym, gdy tylko amelia trochę mu odpuściła. Nie zmienił się nagle w usposobie
pogody ducha, przestał się jednak boczyć na wszystko, jak to czynił dotąd. Jego mama
zmieniła się także. Zdała sobie sprawę, że rodzicielstwo jest procesem, a nie wydarzeniem
oraz że nie trzeba starać się wzbogacać każdej minuty, wypełniając ją znaczącą aktywnością.
Nauczyła się również obserwować zabawy Ethana i pozwoliła mu objawiać jego własne
upodobania. Kiedy to się stało, zaczęła doceniać samodzielność chłopca i cenić jego siłę
życiową.
Perfekcjonizm: Magda. Perfekcjonizm jest skrajnym objawem tremy
odbierającym człowiekowi resztki optymizmu. Często obserwuję ten objaw u kobiet
dobiegających czterdziestki, a także u tych, które już dawno ją przekroczyły i które decydują
się na macierzyństwo, mając za sobą pomyślną karierę zawodową, w której wszystko
znajduje się pod całkowitą ich kontrolą. Klasycznym przykładem takiej sytuacji jest Magda.
Wiele osób uznało, że zwariowała, decydując się rodzić pierwsze dziecko w czterdziestym
drugim roku życia. Jej macierzyński niepokój połączony z chęcią robienia wszystkiego „tak,
jak należy” wynikało po części z potrzeby udowodnienia wszem i wobec słuszności własnej
decyzji. Ponadto Magda wyobrażała sobie, że urodzi dziecko podobnie z usposobienia do
synka jej siostry – klasycznego Aniołka – które da się łatwo dopasować do jej napiętych
programów zajęć.
Niestety Magdzie dany został synek Adam będący klasycznym przykładem Żywczyka,
z którym od pierwszych chwil zupełnie nie mogła sobie poradzić. Fakt ten kompletnie ją
załamał. Miałam oto przed sobą kobietę, która kierowała wielką firmą i zasiadała w radach
nadzorczych wielu spółek, będąc jednocześnie prawdziwą mistrzynią sztuki kulinarnej. We
wszystkich niemal dziedzinach życia mogła pochwalić się sukcesami, więc wydawało jej się,
że w macierzyństwie będzie tak samo. Kiedy pediatra stwierdził u Adama kolkę, Magda z
uporem trzymała się myśli, że jest on jednak Aniołkiem i na pewno z tego wyrośnie.
Czas kolki jednak minął (przypadłość ta nigdy nie trwa dłużej niż pięć miesięcy), a
Adaś nadal dawał mamie popalić. Kiedy po raz pierwszy miałam okazję z bliska się z nimi
zaznajomić, miał trzynaście miesięcy i był hałaśliwym, porywczym tyranem. Magda
próbowała go usprawiedliwiać. „Nie wyspał się dobrze.... Jest dzisiaj w złym humorze. A
może zaczyna już ząbkować..” Nie chciała uznać oczywistych cech temperamentu dziecka, a
równocześnie czuła się upokorzona tym, że ktoś taki jak ona potrzebuje pomocy. Gdy za
namową licznych przyjaciółek, będących w przeszłości moimi klientkami, poprosiła mnie o
konsultację, pierwszym jej życzeniem było, bym nikomu nie wspomniała o swojej wizycie u
niej.
Skłonności perfekcjonistyczne powodowały, że więcej energii wkładała w próby
kontrolowania Adama niż w słuchanie i obserwowanie go; nie miała również pojęcia o tym,
jak ustanowić dla dziecka wyraźne granice. Zamiast tego schlebiała mu bez przerwy, usiłując
słodkimi słówkami lub przekupstwem ograniczyć jego niesforne zachowania. Magda żyła też
w ogromnej izolacji. Bardzo szybko wróciła do pracy. Choć znajdowała czas dla dziecka,
było ono zawsze tylko z nią lub od czasu do czasu ze swoim ojcem; nie miało prawie żadnych
kontaktów z innymi dziećmi i ich rodzicami. Zachęciłam więc Magdę do udziału w grupach
wspólnych zabaw, by mogła zobaczyć, jak zachowują się inne dzieci przebywające z
rówieśnikami. Rozmowy z matkami i obserwacja dzieci pozwoliły jej zyskać nową
perspektywę. Zamiast trzymać się złudzeń, że Adam się zmieni, zaakceptowała jego
usposobienie i przestała usprawiedliwiać jego zachowania. Zaczęła również oczekiwać czego
innego, zakreśliła dziecku wyraźniejsze granice oraz nauczyła się przeciwstawiać mu z

zachowaniem spokoju i bez utraty panowania nad sobą, włączając do codziennych zajęć
mnóstwo aktywnych zabaw będących ujściem dla jego energii.
Trzeba przyznać, że z początku były z tym trudności. Niełatwo opanować
podrośniętego Żywczyka, któremu nigdy nie stawiano jakichkolwiek ograniczeń. Poza tym
Magda wciąż chciała uchodzić w oczach znajomych za idealną matkę, a to jest cel, którego
żadna kobieta osiągnąć nie może. Wyjaśniłam jej, że macierzyństwo jest zbiorem
umiejętności, których musimy się uczyć, jak wszystkich innych rzeczy w życiu. Nie ma
oczywiście żadnych szkół dla rodziców, zwróciłam jednak uwagę Magdy na to, iż mogłaby
wykorzystać źródła wiedzy znajdujące się wokół niej – rodziców, których bardzo szanowała,
warsztaty rodzicielskie, konsultantki. Potrzebowała też – co było chyba najważniejsze –
uświadomienia sobie, że dyscyplinowanie dziecka jest formą uczenia i udzielania wsparcia, a
nie karą tłamszącą osobowości Żywczyków.
Głosy wewnętrzne i zewnętrzne: Polly. Niektórzy rodzice nie potrafią jasno widzieć
tego, co się dzieje, ponieważ prześladują ich i dręczą prawdziwe lub wyimaginowane opinie i
oczekiwania innych osób. Wszyscy w jakimś stopniu ulegamy sugestiom. Słyszymy
wypowiedzi własnych rodziców; martwimy się tym, co mówią sąsiedzi lub lekarze.
Korzystanie z mądrych rad rodziców ma sens, podobnie jak zwracanie się o nie (lecz tylko
wtedy, gdy przynoszą dobre rezultaty w konkretnej sytuacji). Zdarza się jednak, że opinie
osób trzecich odbierają nam własną mądrość wewnętrzną.
Tak było u Polly, która w dwudziestym szóstym roku życia poślubiła
trzydziestosześcioletniego Ariego – zamożnego mężczyznę rodem z Bliskiego Wschodu,
mającego już dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa. Wcześniej Polly pracowała w
charakterze wykwalifikowanej pomocy dentystycznej. Była jedyną córką swoich rodziców i
pochodziła ze środowiska znacznie skromniejszego niż to, w którym wychowywał się jej
mąż. Po ślubie znalazła się nagle w wielkiej luksusowej rezydencji Bel Air, w ekskluzywnym
przedmieściu Los Angeles. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie, zapłakana, błagając o pomoc
przy swojej córeczce imieniem Ariel, mającej wówczas niecałe piętnaście miesięcy.
„Chciałam jak najlepiej dla tej małej dziewczynki, czuję jednak, że niczego nie robię tak, jak
należy. Ona jest taka wymagająca – nie wiem, jak jej dogodzić”.
Polly miała poczucie winy i niekompetencji. Jej rodzice dzwonili często ze
Środkowego Zachodu i dopytywali się o swoją wnuczkę. Przyjmowała ich zainteresowanie
jako krytykę, którą faktycznie wyrażali lub nie (nigdy ich osobiście nie spotkałam, a o ich
komentarzach dowiadywałam się jedynie z drugiej ręki). Matka Ariego mieszkała w pobliżu,
było jednak oczywiste, że pierwsza synowa imieniem Carmen bardziej jej się podobała oraz
że o umiejętnościach rodzicielskich Polly nie miała najlepsze zdanie. Z jej ust płynęły
nieustannie wypowiadane jakby od niechcenia krytyczne uwagi w rodzaju: „Carmen to była
wspaniałą matką”, lub „Moje starsze wnuki nigdy się tak nie zachowywały”. Od czasu do
czasu jej dezaprobata bywała bardziej ostentacyjna: „Nie rozumiem, co ty z tym dzieckiem
wyprawiasz”.
Rozmawiając później z Polly, zdałam sobie sprawę, iż w jej umyśle pokutowało
bardzo rozpowszechnione i głęboko przygnębiające przeświadczenie: „dziecko, które płacze,
z pewnością ma złą matkę”. W rezultacie cały miniony rok wypełniły jej usilne działania
mające powstrzymać Ariel od płaczu; w efekcie dziewczynka reprezentująca typ Średniaczka
stała się rozpuszczonym dwulatkiem, nienauczonym cierpliwości i nieumiejącym
samodzielnie się uspokoić. Rozwój sytuacji zmierzał w bardzo złym kierunku, albowiem
dziecko, wykorzystując niepokój i niepewność matki, zaczynało już nią manipulować.
Ponieważ Ariel notorycznie zabierała innym dzieciom zabawki, uciekając się przy tym nawet
do bicia, nie była mile widziana w dziecięcych grupach wspólnych zabaw. Inne matki miały
do Polly pretensje, że nie dyscyplinuje swojego dziecka i pozwala mu na agresywne
zachowania.
Pierwszym moim krokiem wobec Polly było uświadomienie jej, w jaki sposób głosy
wewnętrzne utrudniają jej postrzeganie dziecka takim, jakim jest. Starałam się pomóc

zauważyć, że złe zachowania Ariel nie wynikają z jej natury, a są jedynie następstwem braku
granic, których nie potrafiła dziecku nakreślić. Dziewczynka nie była z natury ani zła, ani
złośliwa, ani też rozmyślnie nieznośna. W rzeczywistości dziecko to należało do grupy
Średniaczków i bardzo dobrze współdziałało, pod warunkiem ustanowienia wyraźnych, jasno
rozpoznawalnych granic. Uświadomienie sobie wszystkich tych faktów pozwoliło Polly
naprawić sytuację, trwało to jednak kilka miesięcy. Kolejne interwencje pomogły opanować
złe zachowania i nie dopuścić do ich wymknięcia się spod kontroli.
Nadeszła nawet i taka chwila, w której Polly odważyła się powiedzieć swojej
teściowej, że jej uwagi nie są zbyt pomocne. Któregoś dnia teściowa zauważyła, że Ariel jest
grzeczniejsza niż zwykle. „Podziękowałam jej za tę uwagę” – powiedziała Polly –
„przypominając, że dziecko lepiej się teraz zachowuje, ponieważ zrobiłam postęp w opiece
nad nią. To zabawne, ale po tej rozmowie teściowa stała się znacznie bardziej pomocna i
mniej krytyczna w stosunkach ze mną”.
Plaga dzieciństwa: Roger. Od dnia narodzin wszyscy zaczynają doszukiwać się u
dziecka własnych cech: nos ma tatusia, włosy mamusi, marszczy brwi zupełnie jak dziadek
itd. Niewielu ludzi potrafi się powstrzymać od takich prób identyfikacji z własnym
dzieckiem; jest to zjawisko naturalne. Oto nasz kochany mały człowieczek, który
odziedziczył nasze geny – myślimy sobie, obserwując kontynuatora rodu. Któż mógłby się
temu oprzeć? Problem pojawia się w momencie, gdy obserwacje takie zaczynają przesłaniać
w naszym odbiorze indywidualność dziecka. Potomek może mieć i przeważnie ma
rozpoznawalne cechy fizyczne rodziców. W tym podobnym do nas ciele mieszka jednak
odrębna istota ludzka, która nie musi być – i najczęściej nie jest – naszą kopią, w związku z
czym nie musi również dobrze reagować na taktyki wychowawcze stosowane kiedyś przez
naszych rodziców. Zdarza się, że owa przesadna identyfikacja uniemożliwia zrozumienie tego
prostego faktu. Coś takiego przydarzyło się Rogerowi, którego ojciec był wysokim rangą
oficerem lotnictwa wojskowego i który wierzył w „twarde wychowanie”. W dzieciństwie
Roger był chłopcem ogromnie nieśmiałym, ojciec był jednak zdecydowany „zrobić z niego
mężczyznę”, co też zaczął czynić, gdy syn miał trzy latka.
Przenieśmy się teraz w czasie o trzydzieści lat w przód. Roger jest teraz ojcem
trzylatka o imieniu Samuel – typowego Wrażliwca – wykazującego wiele cech podobieństwa
do swojego tatusia w dzieciństwie. Jako niemowlę sam bał się nagłych hałasów i każda
zmiana programu opieki wyprowadzała go z równowagi. Roger za każdym razem pytał swoją
żonę „Co z nim jest?”. Kiedy dziecko skończyło osiem miesięcy, zdecydował, że pora już
syna hartować – podobnie jak robił to z nim jego ojciec. Mimo sprzeciwów Mary, tatuś zaczął
swoją męską edukację od podrzucania dziecka pod sufit. Za pierwszym razem Sam był tak
przerażony, że wył ze strachu przez następne pół godziny. Roger nie dawał jednak za
wygraną. Następnego wieczoru dziecko na niego zwymiotowało. Widząc to Mary wpadła w
furię. „Ja też byłem hartowany na wiele sposobów” – bronił się Roger – „ I na pewno mnie to
wzmocniło”.
Przez cały następny rok Roger i Mary toczyli bój o Sama. On uważał, że żona chce
zrobić z syna mięczaka, a ona zarzucała mu podłość i bezmyślność. Gdy Sam skończył dwa
latka, matka zapisała go do ogniska muzycznego. Na kilku pierwszych lekcjach cierpliwie
siedziała za nim, trzymając go na kolanach. Roger, usłyszawszy to, powiedział: „Daj mi go.
Jestem pewien że sobie z nim poradzę”. Czekała go jednak bolesna frustracja, ponieważ
chłopiec nie dotknął żadnego z instrumentów muzycznych, nie mówiąc już o zbliżaniu się do
innych dzieci. Roger, ma się rozumieć, zastosował szkołę dziadka, usiłując zmusić dziecko do
uczestnictwa komendami: „Idź tam!”, „Masz wziąć ten tamburyn” itp.
Zrozumiałe, że od tego dnia było z Samem coraz gorzej. Gdy Mary wjeżdżała na
parking przed budynkiem, w którym odbywały się zajęcia muzyczne, dzieciak wrzeszczał w
niebogłosy, wiedząc, że znów będzie zmuszony znaleźć się w tym przerażającym miejscu.
Wreszcie Mary zwróciła się do mnie o pomoc. Słysząc o co chodzi, zaproponowałam, by
Roger wziął udział w naszej rozmowie. „Macie państwo bardzo wrażliwego chłopczyka” –

zaczęłam tłumaczyć – „Który ma własne upodobania i awersje. Aby mu pomóc zgodnie z
jego naturą, musicie okazać więcej cierpliwości. Pozwólcie mu próbować różnych form
działania w sposób dla niego odpowiedni, czyli taki, który nie będzie go stresował”. W tym
momencie ojciec rodziny zaprotestował, wygłaszając przemowę o hartowaniu go przez ojca.
Opowiedział nam o tym, jak przy okazji spotkań rodzinnych oraz różnych wydarzeń z
udziałem dzieci w bazie lotniczej tata zawsze rzucał go „ w wir walki”, nie przejmując się
tym, czy było to dla niego przyjemne i czuł się przygotowany. „No i jakoś to przeżyłem” –
konkludował.
„Być może podejście pańskiego ojca było dobre dla pana” – odpowiedziałam – „lub
też zapomniał pan już, jak bardzo się bał. Tak czy owak, widzimy wyraźnie, że ta metoda nie
sprawdza się u pańskiego syna. Sugerowałabym więc wypróbowanie czegoś innego. Może
należałoby kupić Samowi tamburyn i pozwolić mu grać na nim w domu. Jeżeli pozwolicie mu
badać świat po swojemu, a nie według waszego scenariusza, prawdopodobnie stanie się
bardziej przedsiębiorczy i odważniejszy. Narazie jednak sam potrzebuje waszej cierpliwości i
zachęty, a nie druzgocącej krytyki, by mógł zacząć budować wiarę w siebie”. Muszę
przyznać, że Roger potrafił wycofać się z honorem. Wielu ojców musi przerabiać tę lekcję.
Gdy robią to rzetelnie, ofiarują swoim dzieciom, a zwłaszcza synom, wielki dar. Udzielanie
chłopcom delikatnego wsparcia – bez znęcania się i przymuszania siłą oraz bez hartowania
ich i utwardzania metodami ogólno wojskowymi – zachęca ich do badania świata i umożliwia
zdobywanie umiejętności.
Konflikt osobowości: Melissa. Koncepcja konfliktu osobowości między rodzicami i
dziećmi nie jest niczym nowym. Około dwudziestu lat temu, gdy psychologowie zaczęli
postrzegać temperament jako zjawisko wrodzone, całkiem naturalne stały się także
obserwacje wrodzonych cech rodziców. Niektóre zestawienia mogą być wybuchowe, ale i
wówczas, gdy istnieje taki konflikt, nie możemy się od dziecka odwracać! Należy raczej
uświadomić sobie potencjalną szkodliwość niebezpiecznych konfrontacji. Melissa należy do
Żywczyków; jest producentką telewizyjną i praca przez szesnaście godzin na dobę stanowi
normalny standard jej życia. Córeczka Melissy, Lani, jest Aniołkiem, który prawie nigdy nie
smuci się i nie płacze. Pracowałam z tą rodziną po narodzinach dziecka. Pamiętam bardzo
dobrze, że już w czwartym miesiącu życia Lani jej matka rozpoczęła kampanię zmierzającą
do umieszczenia jej w przyszłości w „odpowiednim” przedszkolu. Mniej więcej w tym
samym czasie zdecydowała, że córka zostanie tancerką. Ubierała ją w spódniczki baletowe,
zanim biedactwo nauczyło się stać na własnych nóżkach! Melissie wszystko to wydawało się
całkiem normalne i nie przychodziło jej do głowy, że przeciąża swoją dwuletnią córeczkę. Ich
sytuacja zwróciła jednak moją uwagę podczas zajęć grupowych dla dwu- i trzylatków. „Prosto
stąd jedziemy na zajęcia muzyczne” – oznajmiła Melissa.
Spotkała się z reakcją zdziwienia i zaskoczenia ze strony innych matek, które uważały,
że ich dzieci są już nasycone wrażeniami oraz wystarczająco zmęczone i nowe bodźce mogą
tylko wprawić je w rozdrażnienie lub spowodować złe zachowanie. Tego dnia wzięłam
Melisse na bok, gdy wszystkie matki wyszły, i powiedziałam: „Mówiłaś mi, że ostatnio Lani
coraz częściej miewa złe nastroje. Wydaje mi się że jest wykończona”. Melissa spojrzała na
mnie lekko poirytowanym wzrokiem. „Wozisz ją z jednych zajęć na drugie, a w międzyczasie
zabierasz do studia telewizyjnego. Weź pod uwagę, że ona ma dopiero dwa latka. Widzę, że to
dziecko z trudem łapie oddech, nie mówiąc o zainteresowaniu czymkolwiek”.

Co zrobić, by wyraźniej postrzegać.
Być może niektórzy Czytelnicy rozpoznają siebie w przedstawionych sylwetkach
rodziców, mających trudności z akceptacją temperamentów swoich dzieci. Przedstawiam tu
kilka propozycji pomagających poprawić wrażliwość i zmysł obserwacji.

-

-

Autorefleksja. Przyjrzyjmy się sobie w dzieciństwie i w wieku dojrzałym.
Spróbujmy uświadomić sobie dokładniej cechy własnego temperamentu i
schematy myślenia którymi się posługujemy.
Zapiszmy dziecko na zajęcia grupowe, by zobaczyć, jak reagują na inne
dzieci. Ogromne znaczenia ma obserwacja innych dzieci oraz interakcje
własnego dziecka w grupie rówieśników.
Pamiętajmy, że niektórych głosów warto słuchać. Porozmawiajmy z
rodzicami, których darzymy szacunkiem. Przyjmijmy w sposób otwarty ich
spostrzeżenia dotyczące naszego dziecka. Nie traktujmy wszystkiego jak
złośliwości, nie przyjmujmy postaw obronnych.
Wyobraźmy sobie, że jest to dziecko czyjeś – co naprawdę w nim widzimy.
Popatrzmy z dystansu. Zdobądźmy się na maksimum obiektyzmu.
Wyświadczamy w ten sposób wielką przysługę dziecku i sobie.
Zaplanujmy zmiany. Podejmijmy odpowiednie kroki, by dać dziecku to,
czego naprawdę potrzebuje. Pamiętajmy, że zmiany wymagają czasu.

W pierwszym odruchu Malissa protestowała, twierdząc, że Lani lubi chodzić z nią do
pracy i uwielbia wszystkie zajęcia, na które ją pozapisywała. Powiedziałam jej jednak, że
jestem innego zdania. „To dziecko nie jest szczęśliwe. Godzi się z tym wszystkim, bo taki ma
charakter. W niektóre dni wygląda jednak na zupełnie wyczerpaną. Jeśli się nie zreflektujesz,
napytasz sobie wielkiej biedy. Twój Aniołek stanie się za jakiś czas diabełkiem”.
Zaproponowałam Melissie radykalne zwolnienie tempa. Lani nie potrzebuje aż tylu
zajęć. Powinna mieć ich mniej, by mogła się w nie zaangażować i uczestniczyć w nich z
przyjemnością. Melissa zrozumiała dokładnie sens tego, co powiedziałam, a następnie
przyznała się do czegoś, co każda osoba z jej temperamentem z pewnością dobrze zrozumie.
Otóż ona sama znajdowała osobistą przyjemność w społecznych kontaktach towarzyszących
licznym zajęciom Lani – w kibicowaniu wspólnie z innymi mamami, wymianie poglądów,
porównywaniu ocen. Melissa była także dumna ze swojej małej córeczki – naprawdę pełnej
wdzięku i nad wiek dojrzałej. Z satysfakcją obserwowała jej zachowania wśród rówieśników,
by później z upodobaniem relacjonować rodzinie i znajomym zabawne incydenty, których
bywała świadkiem w różnych gr

Podobne prace

Do góry