Ocena brak

Jerzy Grotowski - Święto

Autor /Fred Dodano /04.08.2011

1. Niektóre słowa umarły, mimo że ich jeszcze używamy. Są takie, które umar-ły, nie dlatego, że należałoby je zastąpić innymi, ale dlatego, że umiera to, co ozna-czają. Tak jest przynajmniej dla  wielu z nas. Do takich słów należy: spektakl, przedstawienie, teatr, widz itd. A co jest potrzebne?

Co  żyje? Przygoda i spotkanie, nie byle jakie; aby stało się to, co pragniemy, by się z nami stało, a później, by się stało także z innymi, pośród nas. Co nam do tego jest potrzebne? Na początek, aby było miejsce i swoi, a później, żeby przyszli także nieznani swoi; czyli na początek, by nie być w tym samemu, a później, abyśmy nie byli w tym sami. A co znaczy „swoi”? To ci, którzy oddychają tym samym powietrzem i — można by powiedzieć — podzielają nasze zmysły. Co jest możliwe wspólnie? Święto.

2. Pierwsze pytanie, które tutaj padło, jest pytaniem aktora. Ale aby na nie znaleźć odpowiedź, trzeba zawodowstwo opuścić. Powiedział on, że tym, co nie pozwala mu rozbroić się naprawdę, jest powód, dla jakiego uprawia się aktorstwo. Powiedział także, że to potrzeba aprobaty ze strony innych przyczynia się do tego, że aktor pozostaje uzbrojony. Tak jest, wierzę,  że motywy, jakie doprowadziły nas do uprawiania te-atru, nie są czyste. Jedni chcą uprawiać teatr jako przedsiębiorstwo, inni chcą być akceptowani przez swoje  środowisko albo zdobyć pewną pozycję, albo otrzymywać podarunki od dobrego towarzystwa. Wiemy skądinąd,  że jest w tym nie tylko coś nieuczciwego, ale i jałowego.

Człowiek, który daje swą cielesną obecność w zamian za pozycję materialną — w tym lub innym znaczeniu tego słowa — już przez to samo stawia się w fałszywej sytuacji, nawet bardziej dzisiaj niż kiedyś, kiedyś bowiem była to profesja w swej dwu znaczności jasna, zbliżona do błazeńskiej; zresztą i życie wokół zdawało się prostsze, bardziej ustabilizowane, zawsze działy się okropności, ale niby daleko, każdy mógł budować w sobie poczucie, że zajmuje w świecie pozy-cję trwałą; i samemu światu wydawało się, fałszywie zresztą, że jest mniej lub bardziej trwa  ły, że istnieją mniej lub bardziej trwałe reguły gry, mniej lub bardziej trwałe wierzenia. Ale czas jest inny i nie sądzę, aby moment taki znano już, widziano w dziejach, nawet jeżeli przyjrzeć się pewnemu osobliwemu zjawisku, jakie miało miej-sce dwa tysiące lat temu na peryferiach olbrzymiego cesarstwa, które obejmowały cały ówczesny  świat zachodni: ludzie chodzili po lasach i szukali prawdy.

Szukali jej w zgodzie z obliczem tamtych  czasów, które w przeciwieństwie do oblicza naszych były religijne; nie widzę możliwości, aby być dzisiaj religijnym, tak jest przynajmniej dla mnie, a sądzę, że i dla wielu z was. Ale jeżeli jest jakieś podobieństwo czasów, to w potrzebie odnalezienia sensu; jeżeli nie posiada się sensu,  żyje się w nieustannym lęku, sądzi się, że lęk ten spowodowany jest zdarzeniami zewnętrznymi i niewątpliwie one go wyzwalają, ale to, z czym nie możemy się uporać, płynie od wewnątrz, to nasza własna słabość, a słabość jest brakiem sensu. Oto dlaczego istnieje bezpośredni związek pomiędzy odwagą a sensem.

Ci ludzie, którzy dwa tysiące lat temu chodzili po okolicach Nazaretu — zresztą byli oni młodzi, o czym zapomniano, a tradycja widzi ich od razu jako starców — mówili różne dziwne rzeczy i nieraz zachowywali się nie-rozsądnie, ale w powietrzu unosiła się potrzeba porzucenia siły, porzucenia wartości panujących i poszukiwania wartości innych, na których można by budować życie bez kłamstwa. Powtarzam raz jeszcze, że w tamtej epoce przybrało to postać zjawiska reli-gijnego, co jest nam obce, ale jeżeli ośmieliłem się odwołać do tamtej chwili, to po to, by podkreślić, że — przy całej odmienności — to, co dzieje się w naszym wieku, nie przytrafia się po raz pierwszy, i że nie jesteśmy pierwszymi, którzy trwają w poszu-kiwaniu.

A jeżeli trwa się w poszukiwaniu, to są rzeczy, których nie sposób robić z czystym sumieniem: np. wejść na podwyższenie i udawać, grać tragedię, albo kome-dię, aby otrzymać oklaski, gorliwie dzień po dniu zabiegać, by nie stracić angażu, pchać się w światła rampy, szukać kurczowo kogoś, kto nas wylansuje. Jeżeli wy-czuwamy, że to jałowe, to już nieźle, bo sytuacja staje się mniej fałszywa.

Ale czyha na nas tysiąc możliwości ucieczki, i w istocie ucieczki od życia. Na przykład: zamiast zająć się polityką— politykować w teatrze, to oczywiście ucieczka; zamiast ujawnić siebie, jakim się jest, do końca — spożytkować nagość i seks jako pornografię, to go-rzej niż ucieczka. Przykłady można mnożyć; można wymyślić nową filozofię, rzucić nowe nazwiska, głosić nowe metody, uprawiać pewnego rodzaju ćwiczenia, i jakąś die-tę makrobiotyczną, tj. zawsze znaleźć dla siebie co innego, jakiś pozór.

3. W tym strachu, który się  łączy z brakiem sensu, rezygnujemy z życia i za-czynamy pilnie umierać. Szablon zajmuje miejsce  życia, a zmysły, zrezygnowane, oswajają się z nijakością. Co pewien czas buntujemy się, ale w istocie tylko dla po-zoru; robimy jakąś wielką awanturę, jakiś skandal — nie za ostry na ogół, taki, który nie zagrozi naszej pozycji: coś, co jest dostatecznie banalne, aby mogło być przez in-nych przyjęte ze zrozumieniem, więc na przykład spijamy się do nieprzytomności.

Ta skorupa, ta otoczka, pod którą kamieniejemy, staje się już naszym istnieniem— twardniejemy i stajemy się zatwardziali; i zaczynamy nienawidzić każdego, w kim kołacze się jeszcze iskierka  życia. To nie jest jakaś sprawa duchowa, to ogarnia wszystkie nasze tkanki i coraz większy jest strach przed czyimś dotknięciem, albo przed ukazaniem siebie. Wstyd gołej skóry, gołego życia, wstyd siebie, a jednocze-śnie — często — zupełny bezwstyd tam, gdzie w grę wchodzi, aby wszystko to wy-stawić na targowisko, sprzedać dobrze. Już nie kochamy siebie,  siebie samych; nie-nawidząc innych, próbujemy uleczyć ten brak miłości. Bardzo żywo, choć ze skrywaną ponurością krzątamy się wokół własnego pogrzebu. Iluż tu potrzeba czynności, jaki trud, jaki rytuał. A cóż takiego ta śmierć? Ubieranie, zasłanianie, posiadanie, uciekanie, kanonizowanie, własnego brzemienia.

A co pozo-staje, co żyje? Las. Tak mówiliśmy u nas w Polsce: nie było nas — był las, nie bę-dzie nas — będzie las. Więc jak być, jak  żyć, jak rodzić tak jak las? Mogę także sobie powiedzieć: jestem wodą, czystą, która płynie, żywą wodą; wtedy źródłem jest on, ona, nie ja: ten, komu idę na spotkanie, przed którym się bronię. Tylko jeżeli on jest źródłem, ja mogę być wodą żywą. A teraz parę słów o umieraniu, by tak rzec,  finalnym. Niektórzy twierdzą, że czło-wiek w momencie agonii w jednym błysku widzi skrót całego swojego życia, tego, co w nim było najistotniejsze, dobre —  taki rodzaj filmu. Nie wiem, czy to prawda, ale niech by to było prawdą. Jak myślicie, co wtedy będziemy widzieć? Co ważne, co po-wróci? Czy chwila, w której kupiłeś auto, kiedy szef cię pochwalił, albo kiedy wyszedł ci jakiś chytry numer, i dlatego czułeś się od innych lepszy, bo bardziej cwany?

4. Wszyscy jesteśmy kuszeni, i ja także, przez owe magiczne słowo: otworzyć się. Ale jeżeli powiadamy „otworzyć się”, ponownie znajdujemy się na linii tej wiele ty-sięcy lat liczącej tradycji, która, mimo wszystkie swoje zwycięstwa i całą płodność, okalecza: że mianowicie człowiek dzieli się na to, co wewnętrzne i zewnętrzne, na umysł i ciało itp. W gruncie rzeczy, kiedy powiadamy „otworzyć się”, chcąc nie chcąc mówimy,  że tam, w nas, w środku, jest coś, co należy jakby wypuścić na zewnątrz i ofiarować,  że wewnątrz i zewnątrz istnieją jako dwie rzeczy różne.

To prawda, w życiu często tak się rozdwajamy i potem, jak to powiedział polski poeta roman-tyczny Mickiewicz, „myśli kłamią głosowi, a głos myślom kłamie”. A z kolei — do-dajmy — głosowi kłamie ciało, i to jest właśnie ów stan rozdwojenia, stan okalecze-nia, gdzie wszystko robi się połowicznie i gdzie wszystko działa osobno — myśli, koncepcja, ruch, uczucia — trochę za pewne i po to, aby uniknąć czynienia całym czło-wieczeństwem, aby nie być sobą, cały.

5. Siedzę naprzeciwko kogoś, kto podobny jest do mnie i do wielu z was. Nurtu-je mnie potrzeba, która jest tak namacalna, że wydaje mi się, iż można by ją dotknąć palcem, a jednak nie umiemy znaleźć słów, które by ją określiły. Zadaję mu pyta-nie za pytaniem — pytania, które w istocie stawiam sobie; on odpowiada i kiedy czuję,  że nie umiałbym powiedzieć, czy to jego czy moja odpowiedź, notuję, co mówi. I tak powoli wyłania się opis naszej potrzeby: Być „patrzonym” (tak, „patrzonym”, a nie „widzianym”), być patrzonym jak drzewo, kwiat, rzeka, ryby w tej rzece. Zmęczenie  życiem w fałszu, mydleniem oczu, udawaniem; rezygnacja z tego, ,,co mnie może czekać”; zejście na ziemię i podanie ręki — to nie jest ręka czysta, to nieważne, w ogóle to jest ciepło ciała. Zdjęcie ubrania i okularów i wejście w źró-dło. [...]

6. Być może wszystko, o czym dzisiaj mówię, pojmujecie jako metafory. Ale nie są to żadne metafory, jest to namacalne i praktyczne. Nie jest to filozofia, to jest coś, co się czyni, a kto sądzi, że to taki sposób formułowania myśli, pozostaje w błędzie, trzeba to pojmować dosłownie, to jest doświadczenie.

Że są to metafory... tu właśnie zaczyna się różnica i sedno trudności. Wystarczy zrozumieć, że próbuję tutaj — na ile mnie stać — dotknąć coś z doświadczeń ze spotkania z człowiekiem, doświadczeń całkowicie innych, niż tradycyjne, ale bardzo namacalnych. By odrzucić to słowo: metafora... Czy mówię raczej o jakimś sposobie życia, rodzaju istnienia, niż o teatrze? Niewątpliwie. Myślę, że właśnie tutaj stajemy w obliczu wyboru.

7. Czy sposób postępowania owych ludzi w lasach, o których mówiłem na wstę-pie, praktyki jogi czy buddyzmu należą do innych epok? Działo się to w innej epoce, a więc przynależy do innej epoki. Czy możemy się od nich czegoś na uczyć? Nie tyle nauczyć, ile pojąć.

Możemy ich zrozumieć, bo stanęliśmy w podobnym punkcie, ale nie jesteśmy w stanie udzielić takiej samej odpowiedzi, a nawet nie możemy sfor-mułować w ogóle żadnej odpowiedzi słowami. Być może analiza tego zaprowadziła-by nas zbyt daleko od wątku naszej rozmowy. Ale niech mi wolno będzie powiedzieć, że jest coś, co pozostaje tym samym we wszystkich epokach, a przynajmniej w takich, w których ludzie mają świadomość swej człowieczej kondycji — jest to po-szukiwanie. Poszukiwanie tego, co w życiu najistotniejsze.

Aby to nazwać, wynajdy-wano różne imiona, w przeszłości imiona te miały zazwyczaj brzmienie religijne. Nie uważam dla siebie za możliwe wynajdywanie jakichś nazw religijnych, a co więcej w ogóle nie odczuwam potrzeby wymyślania słów. Ale to, co w życiu najistotniejsze, owo pytanie, jakie niektórzy spośród was mogą uznać za abstrakcyjne, jest doprawdy wielkiej wagi, i nikt nie będzie szczęśliwy wypierając się poszukiwania: wielu ludzi odmawia, czują się zobowiązani uśmiechać jak na reklamie pasty do zębów, ale cze-mu są tak smutni, może z czymś się w życiu minęli? Może tego jedynego pytania, ja-kie należy sobie postawić, nigdy sobie nie postawili. Trzeba je postawić, a odpowiedź? Odpowiedzi niepodobna sformułować, można ją tylko uczynić.

8. Robimy wiele, aby na to pytanie nie znaleźć odpowiedzi. Chcemy się uczyć sposobów: jak grać? Jak dobrze coś i kogoś udawać? Jak grać sztuki klasyczne i sztu-ki współczesne, a jak sztuki tragiczne i sztuki komiczne? Ale jeżeli uczyć się, j a k robi ć , nie ujawnia się siebie, ujawnia się tylko umiejętność robienia. I jeżeli szuka się jakichś sposobów, wynikających z naszej rzekomej metody, czy też jakiejś innej metody, to nie po to, by się rozbroić, ale by znaleźć azyl, bezpieczną przystań, gdzie można by uniknąć owego aktu, który byłby odpowiedzią.

To jest najtrudniejszy punkt. Przez całe lata pracuje się i chce się więcej wiedzieć, więcej umieć, ale w końcu trzeba to wszystko odrzucić, i nie uczyć się, ale oduczać, nie wiedzieć, jak robić, ale wiedzieć, jak nie robić, i zawsze stawać w obliczu czynienia; podejmować ryzyko zupełnej klęski, nie klęski w oczach innych, to mniej istotne, ale klęski chybionego daru, nieudanego spotkania z kimś, a więc nieudanego spotkania z sobą samym.

9. Kiedy ktoś patrzy na  świat, aby widzieć (a wielu patrzy po to, by nie wi-dzieć), dostrzeże to, co słabe i niepewne, pulsuje ku swym narodzinom. Coś na swój sposób, nowego między ludźmi — jeszcze prawie nie istniejące, a już wyczuwalne, na pół odruch, a na pół potrzeba. Owa rzecz —  świadomie użyję tutaj określenia, które z natury swojej jest zimne — to odmienna wrażliwość. To się poczyna dopiero i sły-szymy prawie nieuchwytny dźwięk tego, jak narasta z pokoleniami, które wstępu-ją teraz w życie. To jest jak ryba, która płynie w rzece nowych generacji. Wszelako nie należy mylić ryby z rzeką, bo to nie to samo.

Potrzeby pokoleniowe istnieją, ale nie należy czynić z nich fetysza. W do statecznie długiej perspektywie czasu stają się bardziej względne: zauważcie, że wszyscy spośród tu obecnych, wszyscy bez wyjątku, bez względu na wiek i przy należność do określonego pokolenia, jesteśmy rówieśni-kami w obliczu ludzi zmarłych i jeszcze nie narodzonych.

10. Czy człowiek uzbraja się na nowo, kiedy już spełnił akt cielesnej szczerości, kiedy rozbroił się w tym spotkaniu, o jakim mowa — i kiedy, by tak rzec, powraca w codzienność? By się przybliżać do „niemożliwego”, trzeba być jakoś realistą. Czy w życiu można nie kłaniać, nie ukrywać się? Jest lepiej, jeśli się nie ukrywamy, ale wyobraźcie sobie sytuację, w której wy odrzucicie wszelkie sposoby ukrywania się, a inni ich nie odrzucą... Może trzeba zacząć od pewnych szczególnych miejsc, tak jest, sądzę, że jest palącą potrzebą mieć takie miejsce, gdzie się nie ukrywamy i je-steśmy, jacy jesteśmy, we wszelkich możliwych znaczeniach.

Czy wynika z tego, że pozostajemy w błędnym kole— inaczej życie tu, inaczej życie tam — nie, myślę, że to jednak wyjdzie poza miejsce, o którym mowa, wyjdzie przez mały otwór, przez szpa-rę, przez okno, przez drzwi, przesączy się na zewnątrz; otacza nas ulica, może to jest nieco zaraźliwe, ale w obie strony — jakoś można nie dawać się zarażać, lecz zarażać sobą, bez pretensji do tego, bez starania o to. By zacząć, potrzebny jest początek, gdzieś, kiedyś; a więc zaczyna się od pewnego miejsca, zaczynajmy, oto mamy miej-sce, a dalej zobaczymy...

11. Czy przyszłość jest w wielkich miastach, czy w porzuceniu wielkich miast? Skąd mogę to wiedzieć? Wielkie miasta są obecnie w ustawicznym rozwoju, np. taki kraj, jak Japonia, w całości niemal stał się już wielkim miastem. A więc może zasadni-cze pytanie, jakie się tu nasuwa, winno brzmieć: jak pozostając w wielkim mieście zara-zem je porzucić, jak nie być w nim przedmiotem? Ale jeżeli chcecie uciec z miast, czemu nie uciekacie? Istotne jest, co ma się do uczynienia, a dopiero później powstaje pytanie, gdzie.

12. Bardzo często lubicie używać przedrostka „współ”; współ-być, współ-żyć, współ-wyjść itd. Temu ,,współ” można nadawać bardzo różne znaczenia. Więc na przykład, żeby wszyscy zobowiązani byli do jednakowości, żeby wszyscy zachowy-wali się tak samo; żeby nonkonformizm wobec poprzedniego pokolenia zastąpić jakimś konformizmem wobec własnego — albo wobec własnej, powiedzmy, wspólnoty, albo środowiska, albo takiego czy innego ugrupowania. Słowem, to „współ” może ozna-czać strychulec, nacisk banału, a nawet pozór bycia.

Ale to „współ” może oznaczać coś zupełnie innego, coś jak ponowne narodziny, takie rzeczywiste, jawne, niepokątne, nie samozadowolone w swoim samotnictwie. Współ z kimś, z kilkoma, w grupie — odkrycie, odkrywanie siebie i jego. Jest w tym także coś jak obmycie naszego  życia. I nawet kojarzy mi się to bardzo do-słownie, namacalnie, jako czynność, zupełnie dosłownie: obmycie. Tutaj nie ma inne-go wyjścia, tylko trzeba mówić skojarzeniami; dla niektórych będzie to abstrakcyjne, a nawet  żenujące albo  śmieszne, a dla innych konkretne, tak jak dla mnie. I po tym także możemy się rozpoznać.

A więc podejmuję to ryzyko, i mówię wam o skoja-rzeniach, oto one, tylko niektóre, jest ich bardzo wiele: zabawy, baraszkowanie,  życie, swoi, pławienie, lot; człowiek-ptak, człowiek-źrebak, człowiek-wiatr, człowiek-słońce, człowiek-brat. I tutaj to najistotniejsze, ośrodkowe: brat. W tym się mieści „podobieństwo Boga”, oddanie i człowiek; ale także brat ziemi, brat zmysłów, brat słońca, brat dotyku, brat Drogi Mlecznej, brat trawy, brat rzeki. Człowiek taki, jaki jest, cały, żeby się nie ukry-wał; i który  ż yje, więc nie ka ż dy. Ciało i krew to jest brat, tylko tam jest „Bóg”, to jest bosa stopa, i goła skóra, w której jest brat. To jest także  święto, być w święcie, być świętem.

To wszystko nieodłączne jest od spotkania. Rzeczywistego, pełnego, w którym człowiek nie kłamie sobą i cały w nim jest. Gdzie nie ma już tego lęku, tego wstydu siebie, który rodzi kłamstwo i ukrywanie się, a sam jest własnym dziadkiem, ponieważ sam rodzi się z kłamstwa i ukrywania. W tym spotkaniu człowiek nie odmawia siebie i nie narzuca siebie. Daje się dotknąć, i nie pcha się ze swoją obecnością. Idzie naprzeciw, i nie boi się czyichś oczu, cały. To tak, jakby się mówiło sobą: jesteś, więc jestem; i także: rodzę się, abyś się urodził, abyś się stał; i także: nie bój się, idę z tobą.

Podobne prace

Do góry