Ocena brak

Jan Lechoń - Mochnacki

Autor /Wincent Dodano /29.04.2011

W r. 1832 Maurycy Mochnacki koncertował w Metzu

Mochnacki jak trup blady siadł przy klawikordzie

I z wolna jął próbować akord po akordzie.

Już ściany pełnej sali w żółtym toną blasku,

A tam w kącie kirasjer w wyzłacanym kasku,

A tu bliżej woń perfum, dam strojonych sznury,

A wyżej, na galerii – milcz serce! – mundury.

Tylko jeden krok mały od sali go dzieli,

Krok jeden przez wgłębienie dla miejskiej kapeli –

On wie, że okop hardy w tej przepaści rośnie,

Więc skrył się za okopem i zagra o wiośnie.

Rozpędził blade palce świergotem w wiolinie,

I mały, smutny strumień spod ręki mu płynie.

Raz wraz rosa po białej pryska klawiaturze,

I raz po raz w wiolinie kwitną polne róże.

Rosną. Większe, smutniejsze, pełniejsze czerwienią,

Coraz niżej i niżej, uschną, w bas się zmienią!

Nie. Równo, równo rosną w jakiś smutny taniec,

Rozdrganą klawiaturę przebłagał wygnaniec,

I nagle się rozpłakał po klawiszach sztajer,

Aż poszedł szmer po sali, sali biedermeier.

Głupio, sennie, bezmyślnie kręci się i kręci,

Jakieś myśli chce straszne wyrzucić z pamięci,

Do piersi jakąś białą przytulił pierś drżącą

I czuje tuż przy piersi nieznośne gorąco,

I tysiąc świateł w oczach, w czyjejś twarzy dołki,

I zapach białej sukni, ubranej w fijołki.

Nagle złoty kirasjer poruszył się w kącie.

Sto myśli, jak kanonier, stanęło przy loncie,

Stu spojrzeń obcej sali przeszyły go miecze,

Wstyd idzie ku estradzie – czuje, jak go piecze.

Więc do basu ucieka i tępo weń tłucze.

Po tym tańcu szalonym niech ręce przepłucze,

Z tych czerwonych, duszących róż otrząsa płatki,

Rozsypuje po sali w tysiączne zagadki,

W sto znaków zapytania, sto szmerów niechęci.

Nie pyta. Już jest w basie. Już tam się wyświęci.

Raz, dwa, trzy, cztery – wali. Niechaj mu otworzą.

Niechaj wyjdą z chorągwią, wyjdą z Matką Bożą,

Niech mu końskie kopyta przelecą po twarzy

I niechaj go postawią gdziekolwiek na straży:

Na ulicy stać będzie z karabinem w dłoni...

...Słyszy sala: ktoś idzie, ostrogami dzwoni –

Ostrogą spiął melodię, a akompaniament

Szaleje, krzyczy w basie, rośnie w straszny zamęt

Ku sali bagnetami już mierzy, już blisko –

I ton jeden uparcie wybija – nazwisko!!!

Wciąż czyste, w rozszalałe wplątuje się głosy

I wali, wali w basie murem Saragossy,

Oszalałych Hiszpanów wyciem, darciem, jękiem

I znów wraca ku górze załzawionym dźwiękiem –

W mazurze – nie – w mazurku idą wszystkie pary,

By całą klawiaturę owinąć w sztandary.

Zatrzymali się wszyscy w srebrzystych kontuszach,

A klawikord im ducha rozpłomienia w duszach

I wzdłuż długich szeregów przewija pas lity,

Tysiąc głów podgolonych podnosi w błękity

I wszystkie karabele jedną ujął dłonią,

I uderzył w instrument tą piekielną bronią,

struna się ugięła, ta w górze, płaczliwa.

I cisza jest w wiolinie. Cisza przeraźliwa.

Po martwej, głupiej strunie, po fijołków woni,

Po czyichś smutnych oczach, jakiejś białej dłoni,

Jakichś światłach po nocy i szeptach w komorze,

Po księżycu, po gwiazdach – mój Boże! mój Boże! –

Gdzieś się gubi i zwija, przeciera pas lity,

Po księżycu, po gwiazdach, po Rzeczpospolitej.

Po sali idzie cisza przeraźliwa, blada

I obok tęgich boszów w pierwszym rzędzie siada.

Wzrok wlepia martwy, ślepy, w jakiś punkt na ścianie

I patrzy w Mochnackiego, kiedy grać przestanie.

— — — — — — — — — — — — — — — —

A on, blady jak ściana, plącze, zrywa tony

I kolor spod klawiszy wypruwa – czerwony,

Aż wreszcie wstał i z hukiem rzucił czarne wieko

I spojrzał – taką straszną, otwartą powieką,

Aż spazm ryknął, strach podły i z miejsc się porwali:

„Citoyens! Uciekać! Krew pachnie w tej sali!!!”

(Karmazynowy poemat, 1920)

Podobne prace

Do góry