Ocena brak

Jan Chryzostom Pasek

Autor /Saleta Dodano /08.10.2012

Jak chwałę poezji XVII wieku stanowi epika, tak prozy - pamiętniki. Naj lepsze pozostawił po sobie szlachcic z Rawskiego, Jan Pasek (urodzony około ro­ku 1636, zmarły 1701), wychowanek szkół jezuickich.'W młodym wieku zaciąg­nął się do wojska jako towarzysz pancerny chorągwi Stefana Czarnieckiego; bił się z wojskami Rakoczego, brał udział,w wyprawie do Danii oraz w wojnie z Mos­kwą (1661); do rokoszu Lubomirskiego nie należał i w bitwie pod Mątwami walczył .w szeregach królewskich. Po kilku latach służby wojskowej osiadł na roli w Kra­kowskiem, gospodarował, jeździł ze zbożem do Gdańska, polował, procesował się z sąsiadami, tłukł się po sejmach i sejmikach, po weselach i pogrzebach, awanturo­wał się, hulał i pił na zabój.

Bo też był to człowiek żywy i ruchliwy, porywczy i gwałtowny, w gorącej wo­dzie kąpany; wesoły, jowialny, gadatliwy, pełny animuszu rycerskiego i fantazji, ale o głowie ciasnej i sercu małym; pieniacz, chciwy grosza i procesujący się o byle co po całych latach, choćby o jedną głupią krowę; do tego pijak, awanturnik, zawadiaka, kłótnik. W ogóle jest Pasek postacią lichą, a (niestety!) typową, bo skupiającą w sobie prawię wszystkie ujemne cechy ówczesnej szlachty; jest doskonałym przed­stawicielem sarmatyzmu w ujemnym znaczeniu tego wyrazu, jak Potocki - w do­datnim.

Religijny był bardzo, ale religijność to taka, o jakiej mówi przysłowie: «Modli się pod figurą, a nosi diabła za skórą.» Wierzył, że bez woli bożej włos mu z głowy nie Spadnie, że Bóg jest tak dobry, iż szlachcicowi polskiemu nawet w pojedynkach se­kunduje; wierzył, że kiedy raz, upiwszy się jak bela, zapadł w ciężką gorączkę, umarł­by z pewnością, gdyby nie pomoc św. Antoniego; ale i w to wierzył, że kiedy się koń potknie, będzie nieszczęście, a cóż dopiero, kiedy się kometa ogoniasta na niebie ukaże! Modlitwy klepał pilnie, śpiewał godzinki, w niebezpieczeństwie «oddawał się boskiej i Jego Najświętszej Matki protekcyi»; w zmartwieniach, kiedy tylko «ścisnął nóżki Panu Jezusowi, którego nosił na obrazie z Najświętszą Panną, to zaraz jako plastr przyłożył»; uczęszczał przykładnie do kościoła, spowiadał się, odbywał pielgrzymki do Częstochowy; postu, zwłaszcza w wigilię do Matki Boskiej, nie zła­małby za nic w świecie: cóż z tego, kiedy ta pobożność i religijność dziwnie się jakoś godziła z czynami wręcz haniebnymi! Mniejsza o to, że się Pasek często upijał (mó­wił sobie, że taka to już moda w Polsce); i o to mniejsza, że się pojedynkował przy każdej sposobności i urządzał zajazdy na cudze domy (i to było modą w Polsce) -to wszystko jeszcze fraszka w porównaniu z innymi sprawkami. Raz na przykład da­no mu znać, że jacyś ludzie polują na jego gruntach: zaczaił się, dopadł, powalił myśliwych na ziemię, związał, skopał, zbił, wreszcie zmusił jednego ze schwyta­nych do zjedzenia na surowo upolowanego zająca! W ogóle względem tych, co mu wchodzili w drogę, był nieludzki i okrutny, zwłaszcza dla swoich poddanych. Raz na przykład skatował chłopa, zarzucił mu powróz na szyję, przytroczył go do konia, zaciągnął do miasta, wrzucił do lochu i przez cały tydzień morzył głodem; innym ra­zem kazał siec rózgami kowala, zakuł go w kajdany i wraz z nieletnim synem wtrą­cił do więzienia; albo jeszcze, podejrzewając o coś karbowego, wziął go na tortury itp.
Już to w ogóle miłością bliźniego ani drażliwością sumienia nie odznaczał się Pasek. Nie grzeszył i tkliwością uczuć. W Danii zakochała się w nim na śmierć (jeśli tylko Pasek nie kłamie, bo to mu się zdarza bardzo często) jakaś piękna Dunka, która i jemu «jakoby kajdany włożyła na serce»; chciał pozostać w Danii, chciał się żenić, ale nie pozostał, nie ożenił się, wrócił do domu i... po drodze zapomniał. Po powrocie z Danii znajomi swatali go od razu z dwiema pannami, Radoszowską i Śladkowską; on «tych rzeczy słuchał właśnie, jako kiedy owo na dwa chóry muzy­ka gra: i ta pięknie, i ta pięknie, bardziej mi się jednak serce chwytało Śladkowskiej», bo chociaż złe języki mówiły, że panna jest «zła jako jaszczurka i bez mała nie pod-pija», ale wiedział, że ma siedemdziesiąt tysięcy posagu oraz wioskę, na której «nie tylko pszenica, ale cebula w polu na każdym zagonie, gdzie wsiejesz, urodzi się». Ostatecznie jednak pojął w małżeństwo nie pannę Śladkowską, tylko starą babę, panią Annę Łącką, wdowę, szczęśliwą matkę pięciorga aniołków, liczącą sobie czterdzieści sześć wiosen, ale gospodarną i majętną. Dzieci nie miał, co przypiswał czarom.
Ojczyznę kochał - po swojemu. Polskę poczytywał za naród wybrany, któ­rym się szczególnie opiekują Bóg i aniołowie. Na narody obce patrzał z góry: Szwe­dzi to, jego zdaniem, «naród świński», Moskwa - «naród jaszczurcza. Ale osobliwie nienawidził Francuzów bawiących na dworze Marii Ludwiki, jak nie cierpiał ich cały w ogóle motłoch szlachecki, drżący na samą myśl, że król pod ich wpływem go­tów pomyśleć o ukróceniu złotej wolności i o tronie dziedzicznym. Jakoż myśleli o tym nie tylko oboje królestwo, ale i całe stronnictwo «francuskie», do którego między innymi należał prymas Prażmowski. Otóż Pasek nienawidził jak całego stronni­ctwa, tak szczególniej prymasa, z którego kalectwa szydził, którego nazywał ślepcem jednookim, któremu po śmierci nawet nie darował: «Prażmowski snem śmiertelnym zawarł oko, bo nie miał, tylko jedno, które siła widziało i siła złego robiło.» Bo po co i na co, myślał sobie Pasek, reformować Polskę, kiedy w niej poczciwej szlachcie tak dobrze jak u Pana Boga za piecem ? Toteż cieszył się serdecznie, kiedy po abdykacji Jana Kazimierza obrano, wbrew stronnictwu francuskiemu, «Piasta» - Wiśniowieckiego, i szczegółowo opisał w swych pamiętnikach ten triumf szlachty, tę bezmyślną elekcję, podczas której szlachta znieważyła senatorów, co mądrego Paska w pyszny humor wprawiło, chociaż raczej płakać aniżeli śmiać by się należało! W ogóle patrio­tyzm Paska był, co się nazywa, zaściankowy, jego poglądy polityczne rozpaczli­wie ciasne. W prostocie ducha wierzył, że byleby się tylko Polska broniła od sąsia­dów, wszystko pójdzie jak po maśle. Jakoż sam mężnie bronił ojczyzny, nie szczędząc dla niej własnej krwi: w bitwach walczył jak lew, zwłaszcza gdy unosiły go zapał i fantazja rycerska oraz... nadzieja łupu, bo o tym nie zapominał nigdy (podobnie jak Rzędzian w Ogniem i mieczem), w myśl swej zasady: «Nie żal i skóry szczerze nadstawić, kiedy wiem, że zwyciężywszy, będzie za co plasterek kupić i czym ranę zawiązać.» Poczucie honoru rycerskiego miał niewątpliwie i ono to dwukrotnie ocaliło go od zdrady: miał duszną ochotę przyłączyć się do Związku Święconego (który zawiązano z powodu niewypłacania żołdu na wojnie z Moskwą roku 1661) i do rokoszu Lubomirskiego, bo się i tu, i tam dopatrywał dla siebie korzyści; ale ostatecznie poczucie honoru przemogło i dochował wierności królowi. Służyć jednak królowi i ojczyźnie bezinteresownie ani mu się śniło i upominał się ustawicznie, by mu za służbę publiczną płacono. Czasem też sam zapłatę sobie obmyślał. Raz na przykład polecono mu wyruszyć na granicę'Moskwy, aby przeprowadzić jadących do Warszawy dla zawarcia pokoju posłów moskiewskich; Pasek chętnie podjął się tej misji, bo wiedział, że to rzecz zyskowna; jakoż po drodze wymuszał pieniądze od mieszczan, którzy mu się okupywać musieli, by w miastach z posłami gospodą nie stawał-i zebrał sobie sporo grosików, do czego się sam otwarcie przyznaje: «Posłów prowadząc wziąłem 17000.»
Głosił Pasek piękną zasadę: «Nie wiem, jakoby się ten miał nazwać synem ojczyzny, kto by dla swojej prywaty publicznych jej miał zapomnieć interesów*; ale czynem zasady tej bynajmniej nie stwierdzał. Raz posłał go Jan Kazimierz z pilnym listem do Czarnieckiego, ale Pasek nie śpieszył się: utknął po drodze u znajomych i całe dwa tygodnie hulał i pił. Innym razem, gdy go pomówiono o udział w Związku Święconym, oburzony do żywego niesłusznym posądzeniem, zawołał: «Przed niebem i ziemią protestor w krzywdzie1 mojej i tego, com dla ojczy­zny uczynił, szczerym żałuję sercem!» Wstyd!
Takim to człowiekiem był Pasek. Ujmuje on nas swoją fantazją rycerską, walecznością, poczuciem honoru, swoją żywością i wesołością; w towarzystwie, przy kieliszku, był to z pewnością jeden z najsympatyczniejszych ludzi na świecie, umiejący każdego rozweselić «gębą i konceptem*, ale pod względem moralnym był figurą marną, a jako Polak, jako obywatel, nie mający należytego pojęcia o obo­wiązkach względem ojczyzny i nie chcący służyć jej bezinteresownie, był jedno­stką raczej szkodliwą niż pożyteczną - jak ogół ciemnej szlachty współczesnej.
Otóż ten lichy człowiek jest autorem najlepszych w całej literaturze staro­polskiej pamiętników (wydanych po raz pierwszy dopiero w roku 1836), obej­mujących lata 1656-1688, a pisanych w starości, kiedy pamięć trochę już nie do­pisywała. Ze spraw publicznych opowiedział tu Pasek prawie wyłącznie te tylko, w których sam brał udział lub na które patrzał własnymi oczami, a wjęc wyprawę duńską, wojnę na Litwie z wojskami Chowańskiego (bitwy pod Lachowiczami i nad rzeką Basią), Związek Święcony i rokosz Lubomirskiego, elekcję Wiśniowieckiego, konfederację gołąbską; z wypadków, w których udziału nie brał, najszczegółowiej opisał odsiecz Wiednia. Poza tym opowiada głównie o swojej własnej doli i niedoli na obczyźnie i w kraju, czasu wojny i pokoju; bitwy i sejmiki, burdy i pojedynki, przyjaźnie i kłótnie, konkury i wesele, stosunki sąsiedzkie i rodzinne, uczty i zjazdy, kłopoty gospodarskie i tarapaty sądowe, myślistwo (ukochana wydra, którą z bólem serca podarował Janowi III!), słowem, całe życie szlachcica-rycerza, szlachcica-oby watela i szlachcica-ziemianina - oto co stanowi treść i zarazem ogromną wartość pamiętników Paska jako przepysznego źródła do poznania obyczajowości i charakteru szlachcica polskiego; pod tym względem ani jeden utwór prozy polskiej XVII wieku równać się z nimi nie może. Oto dla­czego Mickiewicz nazwał te pamiętniki romansem historycznym.
Nie dosyć na tym. Pamiętniki Paska to przepyszny okaz żywej mowy polskiej XVII wieku i niezrównane arcydzieło stylu gawędziarskiego. Mistrz z Paska nad mistrzami nie tylko w rąbaniu ręką, ale i w obracaniu językiem: rękę wyćwiczył sobie w bitwach i pojedynkach, a język - przy butelkach i gąsiorach w wesołym gronie znajomych i przyjaciół, którym chętnie opowiadał o swoich «okazyjach», nie dbając naturalnie o poprawną budowę zdania i «koloryzując» często, to jest kłamiąc jak najęty; i tak jak opowiadał te «okazyje», przekazał je piórem potomności. Tak żywo i barwnie, tak naturalnie i zamaszyście, z takim humorem błaznowatym, ale szczerym i naprawdę ogromnie zabawnym - nie umiał opowiadać nikt, chyba... jeden tylko Zagłoba. Ale bo też Sienkiewicz uformował styl Zagłoby (i nie tylko Zagłoby) na stylu Paska. Cała literatura staropolska nie zna lepszego gawędziarza. «Gdybyśmy więcej takich Pasków mieli - powiedział Krasiński - mielibyśmy ory­ginalną literaturę, różną od wszystkich europejskich.*

Podobne prace

Do góry