Ocena brak

Ignacy Krasicki - Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki przez niegoż samego opisane, na trzy księgi rozdzielone (1776)

Autor /Saleta Dodano /09.10.2012

Natomiast powieści Krasickiego odegrały w historii powieści polskiej rolę bar­dzo ważną, i to nie tylko dlatego, że są pierwszymi u nas nowoczesnymi powieściami ale i dla swojej rzetelnej wartości.

Pierwsza pochodzi z wczesnej epoki twórczości Krasickiego, kiedy to walczył on jeszcze nie tyle ze «światem zepsutym», ile nade wszystko z ciemnotą. Za najsku­teczniejszy zaś środek przeciwko ciemnocie poczytywał dobre wychowanie, które też, jak mówi, najistotniejszym jest rodziców obowiązkiem i być powinno jedną z pierwszych usilności całego kraju*, a którego celem jest przysposobić Wychowańca na «człowieka prawego, obywatela zdatnego, chrześcijanina przykładnego*. W tym duchu właśnie wychowywała młodzież szkolną Komisja Edukacyjna; nato­miast wychowanie domowe, które ciemna szlachta, nie ufając Komisji, przekładała nad szkolne, odbywało się w duchu zacofanego sarmatyzmu; biadała też na nie literatura, a Gracjan Piotrowski wyraził się nawet, że «domowa edukacyja» i jej sku­tki «gubią Polskę gorzej niźli miecze, niźli nieprzyjacielskie ognie i najazdy*. Otóż i Krasicki, zawsze czujny na potrzeby kulturalne społeczeństwa, przemówił w tej niesłychanie doniosłej sprawie - w powieści: Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki przez niegoż samego opisane, na trzy księgi rozdzielone (1776). Sam tedy Doświadczyński opowiada o swoich (przypadkach*, podobnie jak Robinson Cruzoe - w nie­śmiertelnej powieści angielskiej Daniela Defoe (1719).

Urodziłem się w domu uczciwym, szlacheckim... Nim zacznę mówić o moim wychowaniu, nie od rzeczy zda mi się namienić cokolwiek o tych, od których życie powziąłem, to jest po prostu o moim ojcu i o mojej matce. Ojciec mój, po stopniach skarbnik, wojski, miecznik, łowczy, cześnik, podstoli, sześćdziesiątletnie ziemi swojej i województwa usługi a ustawiczne na sejmiki elek­cyjne i gospodarskie peregrynacyje przy kresie życia szczęśliwie nadgrodzone i ukoronowane zobaczył: został stolnikiem. Do tego nawet stopnia konsyderacyi już był przyszedł, że go podano ostatnim kandydatem do pod-sędkostwa; ale przeciwna cnocie fortuna nie pozwoliła dojść do tego stopnia; prędko się jednak uspokoił zwyczajną nieszczęśliwym refleksyją nad marno­ściami świata tego. Dopomogła do takowej rezolucyi nader szczęśliwa na­tura: był albowiem z tego rodzaju ludzi, których to pospolicie nazywają do­bra dusza. Nic on o tym nie wiedział, co robili Grecy i Rzymianie, i jeżeli co zasłyszał o Czechu i Lechu, to chyba w parafii na kazaniu. Co mu powiedział niegdyś jego ojciec (a jak starzy twierdzili, jeszcze lepsza dusza niż on), to też samo on nam ustawicznie powiadał, tak dalece iż u nas nie tylko wieś, ale i sposoby mówienia i myślenia były dziedziczne. Wreszcie był to człowiek rzetelny, szczery, przyjacielski i choć nie umiał cnót definijować, umiał je pełnić. Z tej jednak nieumiejętności definijowania pochodziło, iż się był względem ludzkości4 nieco pomylił: rozumiał albowiem, iż dobrze w dom gościa przyjąć jest toż samo, co się z nim upić. Stąd poszło, że się i inwentarz zmniejszył, i zdrowie nadwerężyło; znosił jednak pedogrę sercem heroicznym i kiedy mu czasem pofolgowała, często natenczas powtarzał, iż miło cierpieć dla ukochanej ojczyzny.
Matka moja, z dzieciństwa wychowana na wsi, dla odpustu chyba nawie­dzała pobliższe miasta: skąd każdy łatwo wnieść sobie może, że jej na wielu teraźniejszych talentach brakło. Nie obchodziło ją to bynajmniej i gdy raz strofowana była od jednego modnego kawalera, iż zdawała się mieć zbyt suro­we maksymy i dzikość niejaką, obrażającą oczy wielkiego świata, rzekła mu w szczerości ducha, że woli prostacką cnotę niż grzeczne występki.
Pierwsze lata niemowlęctwa mojego przepędzone były w orszaku niewiast; niedobrze jeszcze artykułowane słowa tłumaczyły piastunki i niańki za dziwnie roztropne odpowiedzi: te z niesłychaną skwapliwością zaraz opo­wiadano matce mojej, która zwyczajnie od tego punktu zaczynała dyskursa w każdym posiedzeniu. Potakiwali ziewając sąsiedzi, a niejeden byłby może na koniec i zasnął, gdyby nie budził ich ojciec częstymi kielichy. Orzeźwieni naówczas wynurzali koleją obfite życzenia, aprekacyje i proroctwa, a mój ojciec płakał.  
W dalszym czasów przeciągu nieraz mi na myśl przychodziły zdrożności pierwiastkowej edukacyi i zastanawiałem się nad tym, jako jest rzecz zła i szkodliwa w niemowlęcym nawet wieku poruczać dzieci osobom nie mającym żadnego oświecenia. Tkwią mi do tego czasu w głowie bajki i straszne poe mającym żadnego oświecenia. Tkwią mi do tego czasu w głowie bajki i straszne powieści, którychem się aż nadto nasłuchał; i częstokroć mimo rozumną konwikcyją muszę się z sobą pasować, żebym gusłom i zabobonom nie wierzył lub wykorzenił bojaźń jakowąś i wstręt, gdy zostaję bez światła albo na osobności. Nadto wkradał się nieznacznie gust obmowy; słysząc albowiem, jako każdego z dworskich obyczaje niewiasty krytykowały, te zaś powieści mile przyjmowane przed starszymi bywały - wziąłem to sobie za punkt pozyskania łaski matki lub ochmistrzyni cokolwiek też przed nimi na drugich mówić; a gdy brakło okazyi, udawać się musiałem do kłamstwa. Uważałem i to, że jak wieczorne rozmowy były zwyczajnie o upiorach, czarownicach i strachach, tak ranne o snach; jedna drugiej z kobiet opowiedała, co się jej śniło; a z ich tłumaczeń i wróżek nauczyłem się, iż gdy się komu ogień marzy, gościa się w dom spodziewać trzeba; a gdy ząb wypadnie, zapewne natenczas ktoś" z krewnych umrze.
Tak do lat siedmiu przebywszy w domu, trafiło się, iż przyjechał do nas brat matki mojej, człowiek urzędem, nauką i wiadomością świata znamie­nity. Przypatrywałem się pilnie wujowi memu, tym barziej iż wiedziałem, że go rodzice moi barzo szanowali; dziwowałem się, iż dwa dni u nas sili dząc jeszcze się był nie upił; księdzu lektorowi mówiącemu o upiorach wierzyć nie chciał. To mi wstręt od niego zaczęło czynić, iż się ze mną nie tak jak drudzy bawił; a co najgorsza, zapędzoną w pochwały moją matkę niepomału, mnie zaś niezmiernie zmieszał, gdy się spytał, czy ja umiem czytać, pisać i inne wiekowi przyzwoite mam wiadomości.
Pierwszy raz obiły się o moje uszy natenczas takowe słowa. Matka z początku chciała o czym inszym dyskurs zacząć, ale gdy coraz barziej nalegał, rzekła natenczas i ledwo nie słowo w słowo jej dyskurs pamiętam: «Podobno się zdziwisz, braciszku, gdy ci powiem szczerze, że nasz Mikołajek dotąd ani pisać, ani czytać nie umie; ale nie będziesz nas z mężem moim wino wał, gdy ci opowiem przyczyny, dla których nie chcieliśmy się śpieszyć z jego nauką. Najprzód dziecię jest delikatne, słabe, mogłaby mu zaszkodzić zbyt­nia sedentaryja, którą i nad alamentarzem mieć trzeba; potem, jak sam Wmć Pan widzisz, niezmiernie jest bojaźliwe; gdybyśmy mu dyrektora dali, straciłoby fantazyją, ta zaś raz stracona, powetować się nie może; trudno też znaleźć doskonałego takiego człowieka, jakiegośmy chcieli mieć do jego edukacyi; a na koniec już to ostatnia rzecz, jak mówią, młode źrzebię łamać.» -«Dobrze mówisz, moja panno - odezwał się jegomość - świętej pamięci nie­boszczyk mój ociec (Panie, świeć nad duszą jego!) toż samo o mnie mówił: ale jednakowo, kiedy jegomość tak mówi, podobno lepiej dać Mikołajka do szkół; opatrzy z łaski swojej i miejsce, i człowieka, a tymczasem wypijemy za zdrowie jegomości, mojego mościwego pana i kochanego dobrodzieja.* Z jaką radością moją, a może i matki odjechał nazajutrz ten wspólny nasz nieprzyjaciel, wyrazić trudno; jednak jego dyskurs zostawił w umyśle ojcowskim fatalną impresyją: coraz dyskurs zaczynał o szkołach, nawet kupiono alamentarz i tablicę do pisania. Bolało to niezmiernie matkę; jednak jako była bogobojna, gdy jej w tym uczyniono skrupuł, że mnie na zgubę moją pieści, uczyniła zapewne najheroiczniejszą w życiu swoim ofiarę, gdy zezwoliła na to, abym był wysłany do szkół publicznych... Po długich utarcz­kach, troskach, pożegnaniach, błogosławieństwach na koniec w rzewliwym płaczu do szkół wyprawiony zostałem... Oddalałem się pierwszy raz od obecności rodziców, od pieszczot matki, od pochlebstw domowników; naj-barziej jednak, jak zapamiętam, przerażał mnie cel, dla którego wysłany by­łem: nauka! Nie mogłem ją mianować dobrem, bo mi nią grożono i obie­cywano za karę; wnosiłem więc sobie, iż nie może być, tylko przykra i do­legliwa...
W wigiliją wyjazdu, zawołany do ojca z panem dyrektorem, byłem świad­kiem instrukcyi onemu danej: najprzód... zlawszy na niego władzę swoją rodzicielską, zaklinał na wszystkie obowiązki, aby nie folgował; wchodził w wielkie pochwały plag, zdobył się podobno natenczas pierwszy raz na cytacyje, powtarzając owe wiersze z alamentarza: «Różdżką Duch Święty dziateczki bić radzi» etc.... na koniec... dał mu w ręce kańczuczek, prawda że mały i cienki, ale jakem sam potem spróbował, bardzo bolesny. Gdyśmy już z izby wychodzili, właśnie jak gdyby najpotrzebniejszej rzeczy zapom­niał, uchyliwszy drzwi, zawołał na pana dyrektora: «Bijze, bo ja ci za to place!» Co się ze mną działo, jakem truchlał, drżał, płakał, dorozumieć się każdy może. Pobiegłem natychmiast do matki i wszystko, co się działo, nié bez rzewnego płaczu opowiedziałem. Kazała więc zawołać dyrektora i w krót­kości słów dała mu do wyrozumienia, iż jeżeli się tknie dziecięcia, i służbę straci, i skórą odpowie. Pocieszyło mnie to trochę i zaraz nazajutrz puści­liśmy się w drogę, którąm ja prawie całą przejęczał, pan dyrektor przemyślał -podobno nad tym, kogo miał słuchać, czy pana, czy pani.
Przyjechaliśmy bez żadnego przypadku, przyjęci z wielką radością. Pier­wiastki szkolne szły trybem zwyczajnym. Pojętność miałem wielką, ale wstręt od nauk jeszcze większy. Pan dyrektor, pamiętniejszy na groźby pani niż rozkaz pana, obchodził się zrazu ze mną dyskretnie, ale wziąwszy sam w swojej szkole plagi od profesora, pełen zapalczywości, łubom był niewinien, oddał mi tyło dwoje. Od tego czasu czynił kolejno zadosyć obo­wiązkom rodziców moich: pieścił, gdzie nie było potrzeba, bił, kiedy nie należało. Wziąwszy na koniec w dzień swoich imienin parę sukien od matki w podarunku, napisał przez pierwszą pocztę rodzicom, że Imć Pan Mikołaj czasu swego w nauce samego nawet Herkulesa przejdzie.

Lecz szkół Doświadczyński nie skończył: «Jużem dochodził lat szesnastu, gdym odebrał wiadomość o śmierci ojca i zaraz rozkaz wracania do domu.» I oto znów zaczęła się edukacja domowa - pod kierunkiem Francuza, przybłędy i oszu­sta, «pana markiza» Damona, który chociaż był w sąsiedztwie kamerdynerem, «przecież, jak powiadał, uczynił to był umyślnie, chcąc ukryć wielkość imienia swojego: inaczej, poznany, byłby w odpowiedzi1 za zabicie w pojedynku pod samym bokiem królewskim w Wersalu pierwszego prezydenta parlamentu francu­skiego*. «Gdy go matka moja usilnie prosiła, aby nam awantury swoje opowiedział, z początku wielki od tego wstręt pokazywał, ale uproszony na koniec (nie bez wielu poprzedzających darowizn), odkrył nam ledwo nie najjaśniejsze urodzenie swoje, przypadki ledwo słychane na morzu i na lądzie, awantury miłosne, nie­które pomyślne, niektóre z złym sukcesem; ta zaś najfatalniejsza, która go na ko­niec przywiodła do owego pojedynku z pierwszym prezydentem parlamentu; kończył powieść, zaklinając na wszystkie obowiązki, aby go nie wydawać: gdyby się albowiem odkrył, życie jego zostawało w ręku naszych, a już się nawet dowie­dział o tym od pewnego podufałego przyjaciela książęcia, iż król francuski pisał do naszego z prośbą, aby go wszędzie po Polszczę szukano.* Swój program peda­gogiczny streścił pan Damon w tych słowach: «Szkolna nauka żakom tylko przy­stoi, zacnego zaś panięcia dowcip regułami zacieśniony na to by się tylko przydał, żeby go palcem po Paryżu wskazowano... Edukacyja dobra zaczyna się od na­bierania prezencyi i fantazyi, ciągnie się i kontynuuje próbowaniem wspania­łości umysłu, kończy się zaś doświadczeniem sentymentów serca... Nauka kawa­lerska zawisła na konwersacyi z równymi sobie; nie będziesz więc Wmć Pan miewał inszych lekcyj nad ustawiczną ze mną konwersacyją: z niej i wiadomości rzeczy będziesz nabierał, i w sentymentach kawalerskich będziesz się ćwiczył.* Nauczył się więc Doświadczyński paplać po francusku, pochłaniał romanse francuskie i pod ich wpływem rzeczywiście postąpił w «sentymentach kawalerskich*: zakochał się w wychowanicy matki, pannie Juliannie; chciał ją poślubić, ale matka ani sły­szeć o tym nie chciała, bo Julianna nie miała majątku. Więc pannę zapakowano do klasztoru, a synalka wyprawiono «do jednego z najcelniejszych królestwa miast*, oczywiście w towarzystwie «pana markiza* Damona.
I oto zaczyna pan Mikołaj żyć: hula i gra w karty, póki się nie zgrywa do nitki; «markiz» okradłszy swego pupila czmycha, a pupil powraca do matki i <<przez cały miesiąc wiedzie życie przykładne*. Lecz jad wsączony w duszę przez Damona robi swoje: Doświadczyński tęskni do życia, więc jedzie do Warszawy i upada coraz niżej - w otoczeniu pijaków, hulaków i mędrków, którzy uczą go na przykład, że filozofem zostać bardzo łatwo: «Chwal tylko, bo drudzy ganią! myśl, jako chcesz, byleby osobliwie! kiedy niekiedy z religii zażartuj! decyduj śmiele, a gadaj głośno!* Wtem umiera matka: Doświadczyński jest już panem swojej osoby i majątku, więc hula, co się zmieści, wreszcie wybiera się za granicę.
Lecz na razie musi jechać do Lublina, do trybunału, aby prowadzić proces z sąsiadem, którego za namową swego plenipotenta wygnał był z folwarku. Aby wygrać sprawę, trzeba było najprzód ująć sobie sędziów; zaczęły się więc praco­wite wizyty do każdego w szczególności z jaśnie wielmożnych*. A właśnie przy­padały imieniny jednego z nich: «Ten jaśnie wielmożny Jan, w Piotrkowie Ewan­gelista, był teraz w Lublinie Chrzcicielem.* «In gratiam tak wielkiej gali dawał bal mój adwersarz: żeby się nie dać nie tylko w sprawie, ale i w szczodrobliwości przezwyciężyć, kareta moja francuska z szorem1 mosiężnym wyzłacanym prze­niosła się zaraz do wozowni jaśnie wielmożnego solenizanta, i nie bez skutku, uczułem albowiem nazajutrz dowód łaski jego: idąc na wschody ratuszowe wsparł się na mnie i miałem honor dźwigać go do samej izby sądowej.*
Z kolei trzeba było zjednać sobie adwokatów: «Zeszło się do mnie dziesięciu poważnych i okazałych mecenasów... Postawiono kilka flasz na stole... Szły rzę­siste kielichy, gdy jeden z ichmościów pracowitszych odezwał się do mnie: „Mości dobrodzieju! sprawa sprawy nie tamuje: czas się wycieńcza, przystąpmy do po­znania sprawy! przy czytaniu dokumentów gdy nam którego braknie, kielich to miejsce zastąpi..." - „Zgoda! zgoda!" - zawołali wszyscy... Zaczął plenipotent mój informować ich o sprawie. Każdy z mecenasów notował sobie potrzebniejsze okoliczności.* Wtem «młodzieniec jeden wykwintnie ubrany wchodzi z trzaskiem do pokoju; za nim kozaczek z zaplecionym czerwoną wstążką sełedcem i pokojowiec w zielonych sukniach z kordelasem, strzelca nadwornego podobno repre­zentujący; tych jeszcze poprzedził wyżeł młody, rozhukany, który rozumiejąc podobno, że jedzą u stolika, wspiął się nań łapami we wszystkim pędzie i kielich duży wywrócił pełen wina, wszystkie papiery moje zlał i notata ichmościów pa­tronów, a co gorsza, kilka pięknych kontuszów i żupanów winem tym splamił... Prędko mi podszepnął plenipotent do ucha, abym tego młodzieńca jak najgrzeczniej przyjął, „bo to siestrzeniec rodzony JW. Prezydenta, ma już deklarowaną chorągiew; ten ma zwyczaj, a bardziej zlecenie, pod tytułem ćwiczenia się w prawie przysłuchiwać się konferencyjom"... Przywitawszy więc z należytym uszano­waniem pożądanego gościa... który żądał także przysłuchać się sprawie, zasie­dliśmy do kontynuowania informacyi. Wprawdzie ten młodzieniec więcej się psem swoim bawił jak słuchaniem sprawy: świstał, kazał warować, czapkę rzucaną podać-i lubo to czyniło dystrakcyją słuchaczom, chwaliliśmy psa i pana, a tym­czasem skończyła się informacyja.*
Wreszcie wygrał Doświadczyński sprawę-przy pomocy sfałszowanych dokumentów; po czym zaciągnąwszy dług wyjechał do Paryża, zatrzymując się tu i owdzie po drodze, na przykład w Kolonii, gdzie był w katedrze na odpuście i całował głowy świętych Kaspra, Majchra i Baltazara. W Paryżu poznał się z ((hra­bią* Fickiewiczem, oszustem, i wspólnie «ułożyli dla honoru narodu polskiego [!] wszelkimi sposobami o to się starać, żeby i w guście, i w magnificency i przepisać kawalerów tamecznych*. Jakoż okrył Doświadczyński chwałą imię polskie. (Wspa­niała moja rozrzutność uczyniła mnie sławnym po całym Paryżu i zniewoliła serce ujęte wdziękami imci panny la Rose; z jej rozkazu nająłem mały domek na przed­mieściu, z pięknym ogrodem, a żę wpodle miał takiż domek marszałeltjeden fran­cuski, tak mój wymeblowałem kształtnie, iż przezwyciężyłem dotąd nie zwycię­żonego sąsiada.* Na koniec przepuściwszy przy pomocy Fickiewicza, którego długi musiał płacić, prawie wszystko, co miał, z ostatkiem grosza i z duszą już do cna zepsutą uciekł Doświadczyński przed wierzycielami do Amsterdamu, a stąd pożeglował do Batawii. Lecz nie dopłynął: wybuchła burza i wpędzony na skały okręt rozbił się z nieznośnym trzaskiem*. «Co się ze mną naówczas stało, opowie­dzieć tego nie umiem; to wiem, iż ocuciwszy się niejako, znalazłem się wśród morza; zalany falami, opojony morską wodą, zacząłem dobywać ostatnich sił; szczęściem zachwyciłem dość sporą deszczkę, porwałem ją i takem mocno trzymał, iż mimo ustawiczne fluktami rzucania, podniesienia i spadki na pół żywy wyrzu­cony byłem na piasek lądowy.» I na tym kończy się część pierwsza powieści, naj­lepsza i najciekawsza.
W drugiej opowiada Doświadczyński o swoim pobycie na wyspie Nipu, na którą go fale wyrzuciły. Ustrój społeczeństwa nipuańskiego jest patriarchalny: «nie masz żadnej innej zwierzchności politycznej prócz naturalnej rodziców nad dziećmi»; zresztą wszyscy są równi: są wprawdzie «panowie» i «czeladź», ale «nie znać było najmniejszej podłości w czeladzi: panowie nie patrzyli się na nich su­rowym okiem, dopieroż kar cielesnych albo obelżywych podobieństwa nawet nie postrzegłem». Miast ani żadnych instytucyj państwowych, jako to: wojska, sądów, skarbu itd., nie ma, bo w ogóle nie ma państwa - jest tylko społeczeństwo. Co do religii, wierzą Nipuańczycy w jednego Boga, który «jest źrzódłem wszystkiej istności, początkiem wszystkiego dobra»; ale kościoła nie mają. Trudnią się rolnictwem: każdy gospodarz ma dom, pole i ogród, wszystko pod równym wymiarem»; «nie znając żadnych kruszców, zażywają do narzędzi rolniczych ości ryb wielkich, które morze częstokroć na brzeg wyrzuca; te tak zaostrzają tarciem jednych o drugie, iż drzewa nimi obrabiać i zboże żąć mogą». Czytać ani pisać nie umieją, bo liter i książek nie znają, mają za to składne i wdzięczne pieśni oraz powieści o wielkich przodkach. Są bardzo moralni: pielęgnują wstrzemięźliwość (mięsa nie jadają), szanują rodziców, kochają tradycję, nie kłamią, nie kradną, nie zdradzają, nie po­chlebiają; toteż «nie masz u Nipuanów słów wyrażających kłamstwo, kradzież, zdradę, pochlebstwo; terminów prawnych nie znają; choroby nie mają szczegól­nych nazwisk, ale też ani dworaków, ani jurystów, ani doktorów nie masz».
Takim to ludziom przypatrywał się Doświadczyński, czasami «odchodząc prawie od siebie z radości i zadziwienia». Lecz musiał i pracować (po raz pierwszy w życiu) jako parobek u gospodarza imieniem Xaoo i «ta praca, która z początku zdawała mi się nieznośna, stała się z czasem zabawą przyjemną; spazmy, wapory, rumatyzmy, z których mnie nie mogły wyprowadzić wody salcerskie i karlsbadzkie, ustąpiły dobrowolnie z rzęsistym potem; apetyt, który soczystymi bulijonami musiał wzbudzać i krzepić z początku mój kucharz Chrystyjan, Niemiec, dalej imć pan Sosancourt, Francuz, sam się powrócił; a rzepa po pracy lepiej sma­kowała niż przedtem podlaskie kuropatwy... w niedostatku zwierciadła, gdym się w wodzie przezierał, postrzegłem płeć moją, prawda, przyczernioną, ale twarz pełną i rumieniec żywy; sen smaczny a nieprzerwany orzeźwiał strudzone dzienną robotą członki, a czerstwość samą się pracą pomnażała». Słowem, odrodził się Do­świadczyński fizycznie. A po części i umysłowo, słuchał bowiem z «gustem niewypowiedzianym» długich kazań mądrego Xaoo na temat cnoty i moralności, wychowania i nauczania młodzieży, miłości ojczyzny i języka ojczystego, szkodli­wości podróży zagranicznych itp.
Trzy lata z górą mieszkał Doświadczyński wśród Nipuańczyków; choć mu czas szybko płynął, tęsknił do kraju, bo «prawdę powiedzieli starzy, iż słodki dym ojczyzny». Więc znalazłszy raz na brzegu łódkę z jakiegoś rozbitego okrętu, wsko­czył i puścił się na morze, nie przeczuwając, że zanim ujrzy dymy ojczyste, czekają go jeszcze różne przygody.
O tych «awanturach» opowiada księga trzecia i ostatnia. Czegóż nie doświad­czył Doświadczyński! Jęczał w niewoli u hiszpańskiego handlarza niewolników, męczył się w kopalniach w Potosi (w Ameryce Południowej), w Hiszpanii dostał się do więzienia, a nawet do szpitala wariatów! Lecz w tej twardej szkole życia odrodził się moralnie i później, w Paryżu, szukał towarzystwa już nie Fickiewiczów, ale «mędrców niedumnych, bogaczów niewyniosłych, panów przystępnych, bogo­bojnych, bez żółci, rycerzów bez samochwalstwa*. Zaprzyjaźnił się z pewnym margrabią, który go namówił, by wracał do ojczyzny i pracował dla niej. Jakoż powrócił do swej wioski rodzinnej, do Szumina, i oto w przeciągu lat dziesięciu dworak w Warszawie, w Paryżu galant, oracz w Nipu, niewolnik w Potosi, szalony w Sewilli został w Szuminie filozofem». «Za punkt największy gospodarstwa wziął sobie szczęśliwość swoich poddanych», a pragnąc pozyskać szersze pole do pracy obywatelskiej, zaczął się ubiegać o godność poselską. «Przyjechawszy do miasta stołecznego chciałem iść jak najprzyzwoitszymi drogami do dostąpienia poselstwa; wyśmiali dzikość moją sąsiedzi, gdy się dowiedzieli, żem tylko jednego kucharza z sobą przywiózł, a gdy ich wieść doszła, żem nie więcej miał z sobą nad dwa antały wina, sam imć pan podkomorzy wręcz decydował, iż o moim poselstwie nie tuszy; kupiłem więc czym prędzej w pobliższym klasztorze wina wybornego beczek kilka; kucharzów użyczyli sąsiedzi; że zaś było pieniędzy dostatkiem, poszło wszy­stko i prędko, i dobrze» mimo niechętnych, którzy patrzyli krzywo na Doświad-czyńskiego, że jeździł po rozum za granicę, że więc wszystko będzie teraz «po modnemu, po francusku, po niemiecku, dyjabli wiedzą po jakiemu»: obrano go na posła pod warunkiem, że się na sejmie dopominać będzie o reparację ratusza lubelskiego i piotrkowskiego, o sumy neapolitańskie, o otwarcie kopalni w Olkuszu i o starania około kanonizacji dwóch błogosławionych. Pojechał więc pan Mikołaj do Warszawy, ale cóż, kiedy na trzeci dzień sejm zerwano! Więc wrócił na wieś i ponownie wziął się do cichej pracy na roli, a «pierwszy podobno z całej okolicy przeświadczony będąc, że poddani byli ludźmi, przyłożył do tego starania, aby ile możności uczynić ich stan znośniejszym». Niebawem podczas podróży na Litwę spotkał Juliannę (która zdążyła tymczasem już nie tylko opuścić klasztor i wyjść za mąż, ale i owdowieć), ożenił się z nią, żył szczęśliwie i doczekał się synów i wnuków.
Taka jest treść powieści. A jej dążność i myśl przewodnia? Chciał Krasicki* po pierwsze, dać obraz satyryczny wychowania domowego; po wtóre, chciał uwy­datnić opłakane jego skutki, pokazać, jaką drogą dochodzi się do utraty czasu, majątku i honoru: gdyby Doświadczyńskiego inaczej wychowano, byłby od razu pracował na pożytek i chwałę ojczyzny; słowem, Doświadczyński to ofiara złego wychowania, a stąd myśl przewodnia powieści: rodzice powinni dobrze wycho-wywać młodzież, co jest rzeczą możliwą, albowiem «nie masz takowej w dzieciach słabości, której by miłość rodziców nie mogła przezwyciężyć* - oczywiście miłość w przymierzu z rozumem.
Lecz jak zawsze,'tak i tutaj chciał Krasicki nie tylko uczyć, ale także bawić, i dlatego to napisał nie rozprawę o wychowaniu, tylko powieść, do czego pobudziła go nadto przyświecająca jego twórczości ambicja podniesienia zwyrodniałej lite­ratury ojczystej do godności europejskiej.
A w Europie zachodniej wiek XVIII stanowi epokę w historii powieści. Odzie­dziczył on po dawniejszych wiekach fantastyczne albo na poły fantastyczne po­wieści o różnych nadzwyczajnych przygodach (zwłaszcza w podróży) oraz tak zwane utopie, to jest opowieści o krainach nigdzie nie istniejących, wymarzonych, które wyobraźnia niezadowolona z rzeczywistości zaludniała ludźmi lepszymi i szczęśliw­szymi od prawdziwych. Otóż tych rodzajów nie zarzucili powieściopisarze wieku XVIII, ale je zmienili i uszlachetnili; opowieści o przygodach i podróżach stawały się coraz prawdopodobniejsze (na przykład w Robinsonie Cruzoe), a nadto często szły w służbę jakiejś ważnej sprawy, zwłaszcza tej, która dla XVIII wieku była naj­ważniejszą ze wszystkich - sprawy wychowania: wszystkie literatury zachodnioeuro­pejskie mają mnóstwo «powieści wychowawczych*; we Francji taką powieścią są na przykład Przygody Telemaka Fenelona (1717), a i traktat Rousseau Emil, czyli o wychowaniu (1762) ma postać romansu. I utopie nieraz służyły w XVIII wieku sprawom wychowania; tak na przykład uczony archeolog francuski Caylus napisał ni to baśń, ni to powieść, w której czarodziejka zanosi źle wychowane dziecko do ja­kiegoś idealnego państwa, żeby się poprawiło.
Roi się także literatura XVIII wieku od dłuższych i krótszych «powieści mo­ralnych* i «powieści filozoficznych*, to znaczy takich, których zadaniem było stwier­dzenie tej lub owej nauki moralnej albo też myśli filozoficznej. Wielkim rozgłosem cieszył się na przykład Kandyd, czyli optymizm Woltera (1759), powieść przygód ma­jąca na celu dowieść, że się omylił wielki filozof niemiecki Leibniz poczytując świat, który Pan Bóg stworzył, za najlepszy ze wszystkich możliwych światów, że przeciwnie, ten świat jest bardzo zły, skoro losy człowieka zależą tak często od ślepego przypadku. Jest i utopia w tej powieści Woltera, mianowicie opis krainy Eldorado.  
Nie dosyć na tym. Dawniejsza powieść czerpała niekiedy treść z rzeczywiste­go życia, ale go nie ogarniała w całości, poprzestając na przykład na życiu rozbójni­ków, złoczyńców, złodziei, ladacznic. Dopiero w XVIII wieku zaczęto szukać treś­ci w całym w ogóle społeczeństwie i tym sposobem powstała powieść obyczajowa; jej twórcą jest we Francji Lesage, autor dwóch powieści: Diabeł kulawy (1707) i Gil Bios (1735).
Ale i to jeszcze nie wszystko. Dawniejsze powieści opowiadały szczegółowo, co bohaterowie robili i co mówili, ale có i jak czuli i myśleli, nie opowiadały. Zwrot pod tym względem nastąpił już w końcu XVII wieku, a w wieku XVIII można już mówić o rozwoju powieści psychologicznej; po części jest taką powieścią nieśmiertelna (i śmiertelnie nudna) Nowa Heloiza Rousseau (1761), którą o lat dwadzieścia wyprzedziła znakomita powieść psychologiczna i jednocześnie oby­czajowa: Życie Marianny (1741); jej autorem jest utalentowany komediopisarz francuski Marivaux (1688-1763).
Jak we Francji, tak i w Anglii bujnie rozkwitła w XVIII wieku powieść, i to zarówno powieść przygód, jak obyczajowa i psychologiczna: cała Europa chciwie czytała nie tylko nieśmiertelnego i niesłychanie zajmującego Robinsona Cruzoe, ale także fantastyczno-satyryczne Podróże Guliwera Swifta (1726) oraz obyczajowo--psychologiczne powieści Richardsona i Fieldinga.
Krasicki znał doskonale te wszystkie i wiele jeszcze innych powieści. Żarto­wał sobie z romansów «sentymentowo-milosnych» mówiąc, że to «płód zbyt czułej imaginacyi, rozciąglejsze, najgadatliwsze, a zatem najnudniejsze od wszystkich... skutki raczej łbów zagorzałych niż serca rozrzewnionego*; szydził sobie po trosze i ze starych powieści «bohaterskich», których autorowie «w zapale heroizmu płodzili rycerzów, a raczej napastników pod nazwiskiem obrońców honoru niewieściego, opiekunów sierot... itd.». Lubił natomiast powieści obyczajowe, nade wszystko jednak cenił wychowawcze, a to dla pożytku, jaki przynoszą społeczeństwu. Otóż Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki jako całość to ze względu na swoją dążność i myśl przewodnią po wieść wychowawcza. Lecz w ramach całości są inne jesz­cze rodzaje powieści, chciał bowiem Krasicki jednym zamachem wzbogacić litera­turę ojczystą kilku rodzajami współczesnej powieści europejskiej: opowiadanie o wychowaniu Doświadczyńskiego, o trybunale lubelskim, o sejmiku - to powieść obyczajowa, jego pobyt na wyspie Nipu-to powieść fantastyczna, mia­nowicie utopia, a jego przygody w Paryżu, w Ameryce i Hiszpanii - to powieść przygód (czyli powieść awanturnicza); (powieści psychologicznej-nie ma w Przypadkach).
Ale nie wszystkie te powieści mają jednakową wartość. W opowiadaniu o awan­turach pana Mikołaja zabrakło Krasickiemu bujnej fantazji. Utopia, także nie grze­sząca nadmiarem wyobraźni, jest nudnawa, a co gorsza, stanowi pewną sprzeczność z dążnością wychowawczą całości. Wprawdzie przez usta mędrca Xaoo wypowiada Krasicki wiele mądrych myśli wychowawczych i mądrze krytykuje wadliwy system wychowania w Polsce; tak, ale te wszystkie myśli wypowiada mieszkaniec wyspy Nipu obywającej się bez wielu zdobyczy cywilizacji, bez których Krasicki nie chciał­by za nic w świecie, żeby się obywała jego ojczyzna: Nipuanie przecie nie mają koś­cioła, nie znają przemysłu, nie są obciążeni podatkami itd. Ogromną natomiast war­tość posiadają te rozdziały Przypadków, które są powieścią obyczajową: tryskają ży­ciem, prawdą i dowcipem satyrycznym. Dzięki tym właśnie rozdziałom jest Kra­sicki twórcą naszej powieści obyczajowej albo raczej obyczajowo-satyrycznej

Podobne prace

Do góry