Ocena brak

Geneza ludzkiego sposobu życia

Autor /Rick Dodano /29.07.2011

Problem socjalizacji pojawia się wtedy, kiedy zastanawiamy się, skąd ludzie uzyskują wiedzę, przekonania, umiejętności, reguły, normy, wartości, które później realizują w swoich działaniach. Na to, aby działać, wszyscy musimy mieć jakieś wiadomości, informacje, jakieś schematy postępowania, jakieś ideały, jakieś wzory, jakieś wizje celów, które sterują naszymi działaniami. Skąd one się biorą?

Na pytanie to padają dwie przeciwstawne odpowiedzi. Pierwsza, choć de facto w skrajnej postaci rzadko spotykana, powiada, że jest to sprawa biologii i genetyki. Ludzie dziedziczą pewne ludzkie impulsy, repertuary zachowań, sposoby postępowania, schematy myślenia, które właściwe są całemu gatunkowi. To natura ludzka predestynuje do pewnych działań, wskazuje, jak mają przebiegać i do czego mają zmierzać. To w naturze ludzkiej zakodowane są także pewne niezbędne do przetrwania idee, informacje, poglądy. Ludzie żyją, działają, myślą w swoiście ludzki sposób dlatego, że realizują swoje dziedzicznie uzyskane predyspozycje.

Odpowiedź przeciwna stwierdza, że wszystkie te swoiście ludzkie sposoby życia nie są efektem dziedziczenia biologicznego, lecz ludzie nabywają je od społeczeństwa, w którym się urodzili i w którym dorastają. To ich społeczeństwo dyktuje im, jak działać i jak myśleć. Aby stać się pełnowartościowymi, dojrzałymi członkami społeczeństwa, muszą się tego nauczyć. Nie chodzi przy tym tylko o naukę w sensie szkolnym, zamierzonym i zorganizowanym, ale wszelkie wpływy, poprzez które społeczeństwo przekazuje i wpaja jednostce wzory i reguły życia zawarte w kulturze. To właśnie rozumiemy przez proces socjalizacji. Socjalizacja to proces, dzięki któremu jednostka wdraża się do sposobu życia swojej grupy i szerszego społeczeństwa przez uczenie się reguł i idei zawartych w kulturze.

Są dwa mocne argumenty przemawiające na rzecz tezy o społecznej, a nie biologicznej genezie ludzkiego postępowania. Pierwszy to spostrzeżenie oczywiste co najmniej od czasów najdawniejszych wypraw zamorskich, że ludzkie społeczności żyją bardzo różnie. Te wzory, reguły czy idee, które w jednej społeczności wydają się oczywiste, w innej nie występują. W ich miejsce obowiązują wzory zupełnie odmienne, które z kolei wydają się dziwne i egzotyczne dla przybyszów. Pisaliśmy o tym pod hasłem pluralizmu kulturowego czy wielokulturo-wości. Wskazywaliśmy tam, że uniwersaliów kulturowych, a więc takich wzorów czy reguł, które byłyby spotykane zawsze i wszędzie, co by wskazywało na ich naturalną, biologiczną proweniencję, jest niezwykle mało.

Niewątpliwie powszechną instytucją jest rodzina. I jest to z pewnością biologicznie uwarunkowane, że każdy rodzi się w jakiejś rodzinie, która musi być na tyle trwała, aby zapewnić mu opiekę przez stosunkowo długi okres niemowlęctwa i dzieciństwa. Niezależnie od tego jednak, że w jakiejś rodzinie ludzie żyć muszą, to to, jaka to będzie rodzina, jest niezwykle zróżnicowane. Jak rodzina jest zorganizowana, z kogo się składa, jakie wiążą jej członków relacje, jaka jest struktura pokrewieństwa, jak odnosi się do dzieci, jak dzieli różne niezbędne funkcje, kto ma władzę - to wszystko różni się ogromnie w różnych społecznościach. Nie może więc być efektem wspólnej ludziom natury, lecz raczej różniącej ich nieskończenie kultury.

Argument drugi odwołuje się do kilku znanych i dobrze przez psychologów zbadanych przypadków, gdy dziecko ludzkie z różnych losowych powodów - porzucone lub zagubione - wychowywało się i dorastało w środowisku zwierzęcym. Okazuje się, że nie przejawia wówczas żadnych typowo ludzkich umiejętności czy kompetencji: nie potrafi posługiwać się mową, komunikować z innymi, nie ma wiedzy o świecie, samowiedzy na swój temat, poczucia tożsamości, nie mówiąc już o wyższych standardach moralnych, wzorach, normach, wartościach. Co więcej, nie tylko chodzi o to, że „wilcze dzieci" nie zdążyły się tego wszystkiego nauczyć oderwane od środowiska ludzkiego, ale także że nie wykształciły samych mechanizmów psychicznych uczenia się.

Nie były już w stanie nadrobić tych straconych „lekcji", pozostawały oporne na uczenie się, niezdolne do opanowania języka ani reguł społecznych. Nawet najlepsze środowiska wychowawcze czy szkolne, jakie im zapewniano, były bezsilne, gdy ominięty został ten naturalny etap społecznych kontaktów i wpływów, z jakimi normalne dziecko styka się w swojej rodzinie. Dzieci pozostawały już trwale w takiej pół-ludzkiej, niepełnej egzystencji. Ludzki sposób życia nie jest więc dziedziczony naturalnie, lecz poprzez wpajanie dziecku kultury zbiorowości, w której się urodziło i dorasta. Ten proces to właśnie socjalizacja.

Powiedzmy od razu, że w swoich skrajnych sformułowaniach ani pierwsze, ani drugie stanowisko nie jest trafne. To nie jest kwestia dylematu: natura czy kultura, lecz jakiegoś współgrania obu. Trudno zaprzeczyć roli biologii, genetycznie przekazywanych i zapewne ewolucyjnie ukształtowanych właściwości, które wyróżniają gatunek ludzki od innych. I trudno zarazem uznać, że wszystko sprowadza się do biologii, bo nie znajdziemy wówczas wytłumaczenia ani dla pluralizmu kulturowego, ani dla niezbędności środowiska społecznego przy kształtowaniu cech ludzkich. Biologia dostarcza pewnych predyspozycji, potencji dla stania się człowiekiem w pełnym sensie tego słowa. To, czy rozwiną się one w pełne, funkcjonujące mechanizmy psychiczne (np. zdolność uczenia się, komunikowania przy pomocy języka itp.) i jakie ukształtują się za ich pomocą konkretne sposoby życia - czego dzieci się nauczą, jakim językiem będą się porozumiewać - jest już sprawą oddziaływania społeczeństwa.

Podobne prace

Do góry