Ocena brak

Franciszek Karpiński - Sielanki i pieśni miłosne

Autor /Saleta Dodano /15.10.2012

Utwory swoje wypuszczał Karpiński w świat niewielkimi tomikami: nasamprzód wyszły Zabawki wierszem i przykłady obyczajne (1780), potem Zabawki wierszem i prozą (siedem tomików: pierwszy - 1782, ostatni -1792), wreszcie Pieśni nabożne (1792).

W Zabawkach mieszczą się pomiędzy innymi Sielanki, Pieśni i Wiersze różne. Prawie wszystkie cechuje owa melancholia, którą Karpiński poczytywał za główne źródło poezji. Utworów wesołych jest bardzo mało, a szkoda, bo te, które są, świad­czą niezbicie o talencie humorystycznym, jak na przykład Podróż z Dobiecka na Skałę, powiastka wierszem, żywo przypominająca opowieść Horacego o wycieczce w okolice Rzymu, ale niestety nieskończona.
Najbardziej podobały się ludziom Sielanki i pieśni miłosne.

Sielanki tchną czułością albo raczej czułostkowością i melancholią: pasterze płaczą po rozstaniu się z ukochanymi, rozpaczają po ich śmierci, jęczą i skarżą się na ich niewzajemność, błagają o wzajemność itd. Bardzo rzadko rozjaśnia te chmury smutku promień radości: jedno słowo albo i samo spojrzenie ukochanej pasterki wystarcza, żeby serce pasterza zabiło szczęściem. Raz jednak zdarzyło się, że Ko­rydon zemdlał, zanim mu jeszcze Dafne zdążyła coś o swojej miłości powiedzieć. Imiona swoich ukochanych pasterek wyrzynają pasterze na korze drzewnej, a czasem i na kijach. Aby się przypodobać pasterkom, łapią dla nich motyle; pasterki cho­wają je parami w klatkach, karmią je ze swych «białych» dłoni, a nie dokuczają im nigdy, bo serca mają tak czułe, że widok zabitej muchy przyprawia je o ból bez­mierny. Pasterze i pasterki kochają piękną naturę: wzruszają ich zwłaszcza łączki zielone, strumyczki szemrzące i «pieszczony głos ptaszęcy»; nawzajem i natura jest dla nich bardzo czuła: kiedy raz Palmira wyznała miłość Korydonowi, natura o mało nie zwariowała ze szczęścia: odmłodniała łąka, rozkwitły róże i zakwiliły ptaszęta; a kiedy inna Palmira «ubłociła przy źrzódle swoją śliczną nogę», «nazajutrz kwiatem brzeg cały usłany tam, - gdzie białymi klękała kolany». Pasterze oprócz pasterek, a pasterki oprócz pasterzy kochają jeszcze okropnie swoje owieczki i baranki, które pasą, gładzą, pieszczą i nazywają «duszami swoich dusz».
Oto mniej więcej, jak wygląda ten świat «pasterski», z życiem prawdziwych pasterzy i pasterek mało mający wspólnego, będący raczej maskaradą aniżeli wier­nym obrazem rzeczywistości. Sielanki Karpińskiego to najznamienniejszy w poezji stanisławowskiej objaw modnego w całej Europie prądu: sentymentalizmu i fałszy­wej ludowości. A pomimo to albo raczej właśnie dlatego zachwycali się nimi współ­cześni: mieli już dosyć satyry i nauki w poezji, dosyć mieli także chłodu i sztuczności w poezji dworskiej; chcieli ciepła, choćby sztucznego, chcieli czułości serca, zwłasz­cza w miłości, chcieli choćby pozorów naturalności i prostoty wiejskiej - a tego wszystkiego mieli w Sielankach po same uszy.
Zachwycano się nimi i później: kochał je przecie Mickiewicz, a i dziś jeszcze słychać tu i owdzie wśród wiejskiej ciszy melodię «Już miesiąc zeszedł, psy się uśpi­ły - i coś tam klaszcze za borem». Są to dwa pierwsze wiersze najpopularniejszej i najlepszej sielanki Karpińskiego: Laura i Filon. Na jej powstanie mogła trochę wpłynąć literatura obca: oda Horacego do Lidii, sielanki Gessnera, sielanka Lćonar-da (Niewinność miłości), a nade wszystko grecka sielanka Dafnis i dziewczyna, przy­pisywana Teokrytowi. Ale ten wpływ ogranicza się do drobniutkichpomysłów.Z li­teratury także wziął Karpiński Akasta i Ismenę, potrzebnych w tej sielance jak psu piąta noga. Ale poza tym wszystko wziął z życia: i jawor, i maliny, i «pleciankę różowę», i nawet kij z wyrżniętymi imionami zakochanych (bo wówczas naprawdę była taka moda), a nade wszystko dzięki swemu «czułemu sercu» wziął z życia to, około czego się cała sielanka obraca: «mozołę z kochania», to jest niezaspokojony głód miłości dwojga młodych («Czy w każdym roku taka z kochania - jak w osiem­nastym mozoła ?»)

LAURA I FILON

Laura
Już miesiąc zeszedł, psy się uśpiły
I coś tam klaszcze za borem;
Pewnie mnie czeka mój Filon miły
Pod umówionym jaworem.

Nie będę sobie warkocz trefiła,
Tylko włos zwiążę splątany,
Bobym się bardziej jeszcze spóźniła,
A mój tam tęskni kochany.

Wezmę z koszykiem maliny moje I tę pleciankę różowe; Maliny będziem jedli oboje, Wieniec mu włożę na głowę.
Prowadź mię teraz, miłości śmiała, Gdybyś mi skrzydła przypięła, Żebym najprędzej bór przeleciała, Potem Filona ścisnęła!
Oto już jawor.- Nie masz miłego! Widzę, że jestem zdradzona! On z przywiązania żartuje mego... Kocham zmiennika Filona!
Pewnie on teraz koło bogini Swej, czarnobrewki Dorydy, Rozrywkę sobie okrutną czyni Kosztem mej hańby i biedy.
Pewnie jej mówi, że obłądzona, Wpieram się w drzewa i bory I zamiast jego białego łona Ściskam nieczułe jawory.
Filonie, wtenczas, kiedym nie znała Jeszcze miłości szalonej, Pierwszy razem ją w twoich zdybała Oczach i mowie pieszczonej.
Jakże mię mocno ubezpieczała, Że z tobą będę szczęśliwą!
A z tym się chytrze ukryć umiała, Że bywa czasem fałszywą.
Słabą niewinność łatwo uwiodą! Teraz, wracając do domu, Nauczać będę moją przygodą, Żeby nie wierzyć nikomu.
Ale któż zgadnie, przypadek jaki Dotąd zatrzymał Filona? Może on dla mnie zawsze jednaki, Możem ja próżno strwożona?
Lepiej mu na tym naszym jaworze Koszyk i wieniec zawieszę: Jutro paść będzie trzodę przy borze, Znajdzie... jakże go pocieszę!...
Och, nie! on zdrajca, on u Dorydy, On może teraz bez miary Na sprośne z nią się wydał niewstydy, A ja mu daję ofiary...
Widziałam wczoraj, jak na nię mrugał, Potem coś cicho mówili... Pewnie to dla niej kij ten wystrugał, Co mu się wszyscy dziwili.
Jakże by moję hańbę pomnożył, Gdyby od Laury uwity Wieniec na głowę Dorydy włożył Jako łup na mnie zdobyty!
Wianku różany, gdym cię splatała, Krwiąm cię rąk moich skropiła, Bom twe najmocniej węzły spajała I z robotąm się kwapiła.
Teraz bądź świadkiem mojej rozpaczy I razem naucz Filona, Jako w kochaniu nic nie wybaczy Prawdziwa miłość wzgardzona.
Tłukę o drzewo koszyk mój miły, Rwę wieniec, którym splatała;
Te z nich kawałki będą świadczyły. Żem z nim na wieki zerwała...
Kiedy w chruścinie Filon. schroniony Wybiegł do Laury spłakanej, Już był o drzewo koszyk stłuczony, Wieniec różowy stargany.

Filon
O popędliwa!... O ja, niebaczny!...
Lauro!... poczekaj... dwa słowa!
Może występek mój nie tak znaczny,
Może zbyt kara surowa.

Jam tu przed dobrą stanął godziną,
Długo na ciebie klaskałem,
Gdyś nadchodziła, między chruściną
Naumyślnie się schowałem.

Chcąc tajemnice twoje wybadać, Co o mnie będziesz mówiła, A stąd szczęśliwość moję układać. Ale czekałem zbyt siła.
Pierwsze twe skargi o Dorys były. Sądź o mnie, Lauro, inaczej! Kogóż by wdzięki tamtej wabiły, Kto cię raz tylko obaczy?
Prawda, że czasem z nią się bawiło, Mając znajomość od długa, Ale kochania nigdy nie było: Nie już ten kocha, co mruga.
Oto masz ten kij, po nim znamiona Niebieskie, gładko rzezane, W górze zobaczysz nasze imiona Obłędnym węzłem związane.
Cóżem zawinił, byś mię gubiła Przez twój postępek tak srogi? Czyliż dlatego, żeś ty zbłądziła, Ma ginąć Filon ubogi?
Jeśli się za co twych gniewów boję, To mię ta rozpacz strapiła. Drogom kupował ciekawość moję, Łzamiś ją swymi płaciła.
Ale w tym wszystkim złość nic nie miała, Wszystko z powodu dobrego, Ja wiem, dlaczegoś tyle płakała, Ty wiesz, mój podstęp dlaczego.

Laura
Dajmy już pokój troskom i zrzędzie, Ja cię niewinnym znajduję. Teraz mój Filon droższy mi będzie, Bo mię już więcej kosztuje.

Filon
Teraz mi Laura za wszystko stanie, Wszystkim pasterkom przodkuje I do gniewu ją wzrusza kochanie, I dla miłości daruje.

Laura
Jedna się Dorys wyłączyć miała, Jej pierwsze miejsce naznaczę. Na to wspomnienie drżę zawsze cała, Cóż, kiedy cię z nią obaczę!

Filon
Dla twego, Lauro, przypodobania, Przyrzekam ci to na głowę: Chronić się będę z nią widywania, W żadną nie wnidę rozmowę.

Laura
Czymże nagrodzę za te ofiary? Nie mam prócz serca wiernego. Jedne ci zawsze przynoszę dary; Przyjmij jako co nowego.

Filon
Któż by dla ciebie nie zerwał węzły Przyjaźni, co mię nęciły? W twej pięknej twarzy wszystkie uwięzły Nadzieje moje i siły.
Laura
 
Ja mam mieć z płaczu po twarzy smugi, Ale jak mi się nadarzy Spleść i ułożyć warkocz mój długi, Mówią, że to mi do twarzy.

Filon
Gdyby mi Akast dawał swe brogi Ze złotem swojej Ismeny, Rzekłbym: «Akaście, tyś jest ubogi, Bo moja Laura bez ceny.»

Laura
Ani ja pragnę szczęścia wielkiego, Które (choćbym też i miała) Za jeden uśmiech Filona mego Zaraz bym z chęcią mieniała.

Filon
0 światło moje wpośrzód tej nocy, Zagrodo mego spokoja!
Ty jeszcze nie wiesz o twojej mocy, A ja czuję ją... o moja!

Laura
Połóż twą rękę, gdzie mi pierś spada! Czy słyszysz to serca bicie ? Za uderzeniem każdym ci gada, Że cię tak kocha jak życie.

Filon
Daj mi ust... z których i niepokoje,
I razem słodycz wypływa; Tą drogą poślę zapały moje, Aż gdzie twa dusza przebywa.

Laura
Czy w każdym roku taka z kochania Jak w osiemnastym mozoła2 ? Jeśli w tym nie masz pofolgowania, Jak człekmiłości wydoła?

Filon
Ściśnij twojego, Lauro, Filona! Ja cię przycisnę wzajemnie; Serca zbliżone łonem do łona Rozmawiać będą tajemnie.

Laura
Ty mię daleko ściskasz goręcej, A jam cię tylko dotknęła. Nie przeto, Filon, kochasz mię więcej: Miłość mi siły odjęła.

Filon
Lauro, coś dotąd dla mnie świadczyła, Jeszcze dowodzi to mało, Że mię tak kochasz, jakeś mówiła; Jeszcze mi prosić zostało.

Laura
Tegom się miała z ciebie spodziewać? Jakże to skarga niezbożna! Nie proś, nie każ mi, ty mię chcesz gniewać Kochać cię więcej nie można.

Filon  
Kiedyż mię za to nie będziesz winić? I kiedy będziesz wiedziała, Co do dzisiejszej łaski przyczynić, Że taka miłość nie cała?

Laura
Filonie, widzisz wschodzące zorze! Już to drugi raz kur pieje. Trochę przydługo bawię na dworze... Już matka wstała... truchleję.

Filon
Żal mi cię puścić, nie śmiem cię trzymać.
Kiedyż przyśpieszy czas drogi,
Gdy z moją Laurą i słodko drzymać,
I bawić będę bez trwogi?

Laura
Miesiącu, już ja idę do domu.
Jeśliby kiedy z Dorydą
Filon tak trawił noc po kryjomu.
Nie świeć, niech na nich dżdże idą!

Spośród dwudziestu jeden Sielanek Karpińskiego jest pięć utworów, któ­rym byłoby bardziej do twarzy, gdyby je autor włączył do Pieśni; są to bowiem nie sielanki, tylko pieśni miłosne zwrócone do «Justyny», to jest do Marianny Brosselówny, będące więc zwierciadłem pierwszej miłości poety. Śpiewał on i późniejsze swoje miłości i włączył te śpiewy już nie do Sielanek, tylko do Pieśni.
Piękniejszych pieśni miłosnych nie zna liryka staropolska: w swoim łagodnym, cichym, spokojnym uczuciu mają one tyle serdecznego wdzięku, ile go nie mają ani pieśni miłosne Kochanowskiego, ani Roksolanki Zimorowicza; a i w prostocie wy­razu nie ustępują pieśniom Kochanowskiego, kunsztowne zaś sonety Morszty™ przewyższają o całe niebo.
Łagodna melancholia, znamionująca sielanki, cechuje i pieśni miłosne. Pieśni radosnych, na przykład Do Justyny («Wyszła Justyna, czas przeminął mglisty»), prawie nie ma; przeważają smutne, pełne albo tęsknoty do miłości, albo utyskiwań na niewzajemność, albo smutku po rozstaniu się z ukochaną, albo też tęsknoty za miłością i żalu po minionym szczęściu. Ale ten smutek jest «słodki», wolny od bólu: nietrudno wyczuć, że się poeta lubuje w rozpamiętywaniu nie tylko radosnych, ale i smutnych chwil swojej miłości (zupełnie inaczej niż Gustaw Mickiewicza).
Najważniejszą i zarazem najwdzięczniejszą ze wszystkich pieśni, napisaną w czasach, kiedy się miłość dopiero budziła, jest Do Justyny tęskność na wiosnę, wylew raczej tęsknoty do miłości niż samej miłości, zespolony tak mocno z wraże­niami na widok natury wiosennej, tak nawet tonący w tych wrażeniach, że kto wie, gdyby nie tytuł, może by się nie każdy domyślił, że to pieśń miłosna; z tego względu można by ją od biedy zaliczyć do liryki nastrojowo-symbolicznej, to znaczy do li­ryki, w której poeta wypowiada swoje uczucia nie bezpośrednio, tylko pośrednio, na przykład za pomocą obrazu natury.

DO JUSTYNY TĘSKNOŚĆ NA WIOSNĘ

Już tyle razy słońce wracało
I blaskiem swoim dzień szczyci:
A memu światłu cóż się to stało,
Że mi dotychczas nie świeci?

Już się i zboże do góry wzbiło,
I ledwie nie kłos chce wydać,
Całe się pole zazieleniło:
Mojej pszenicy nie widać!

Już słowik w sadzie zaczął swe pieśni,
Gaj mu się cały odzywa,
Kłócą powietrze ptaszkowie leśni:
A mój mi ptaszek nie śpiewa!

Już tyle kwiatów ziemia wydała
Po onegdajszej powodzi,
W różne się barwy łąka przybrała:
A mój mi kwiatek nie schodzi!

O wiosno, pókiż będę cię prosił,
Gospodarz zewsząd stroskany?
Juzem dość ziemię łzami urosił:
Wróć mi urodzaj kochany!

PRZYPOMNIENIE DAWNEJ MIŁOŚCI

Potok płynie doliną,
Nad potokiem jawory;
Tam ja z tobą, Justyno,
Słodkie pędził wieczory.
Noc się krótka zdawała, Żegnamy się z świtaniem; Miłość sen nam zabrała, Miłość żyje niespaniem.
Gdy świat zorza pobieli, Każdy jawor znaczony, Gdzieśmy z sobą siedzieli, Karbowany imiony.
Nikt nie widział, nie szydził, Niebo świadek jedyny! Jam się nieba nie wstydził: Miłość była bez winy.
Oczy w oczy patrzyły, Ręka rękę ściskała, Usta nam się złączyły, Dusza z duszą gadała.
Raz się chmura zebrała, Piorun skruszył dębinę, Tyś mię drżąca ściskała. Mówiąc: «Sama nie zginę!»
Oto przy tym strumieniu, Oto przy tej jabłoni Wieleż razy w pragnieniu Wodę piłem z jej dłoni?
Dziś, kiedy nas w swym gniewie 
Los rozdzielił opaczny, Znaki nasze po drzewie Popsuł pasterz niebaczny.
I ślady się zmazały, Las zarasta krzewiną: Potok, drzewa zostały, Ciebie nie masz, Justyno!

Zupełnie inny smutek niż w pieśniach miłosnych przemówił w elegii Powrót z Warszawy na wieś (1784): jest to smutek nie «słodki», tylko gorzki, zmieszany z tym rozgoryczeniem, w jakim Karpiński po dłuższej nieobecności zawitał w swoje strony rodzinne. Oto był sekretarzem Czartoryskiego, uczył młodego Sanguszkę, bywał u króla na obiadach czwartkowych, wzruszał serca całej Warszawy swymi sielankami, więc za to wszystko spodziewał się sutej nagrody, a tu tymczasem wrócił do «domu ubogiego* goły jak święty turecki. Na domiar nieszczęścia licho przynio­sło mu na kark siostrę z kilkorgiem dzieci, która była pewna, że brat krezusem po­wrócił! I jakże tu nie biadać? Jak nie złorzeczyć ludziom, że wielkiego człowieka skrzywdzili? Więc płacze wielki człowiek i zawodzi, i zapominając o swej wielkości odgraża się jak dzieciak: kiedy tak, to nie będę grzeczny! nie warto być cnotliwym, nie warto w pocie czoła pracować, kiedy cnota i praca są «niepopłatne»! Bo tę właśnie myśl nietrudno wyczytać między wierszami elegii, chociaż się autor zastrzega, że cnocie i prawdzie człowiek powinien służyć bezinteresownie. I oto wyszło szydło z worka - złapał się biedny Karpiński strasznie; chciał się przedstawić za nieszczęśli­wą ofiarę cnoty, a pokazał się takim, jakim naprawdę był: małym człowieczkiem! Tak, ale właśnie na tej mimowolnej szczerości, z jaką się scharakteryzował, na praw­dzie uczucia polega wdzięk jego elegii; w żadnym innym utworze nie okazała się w takim blasku jego śmieszna drażliwość i naiwność dziecięca. (W pomyśle swoim przypomina ta elegia jedną z satyr Boileau, w której poeta wraca ze stolicy bez grosza, bo nie umiał schlebiać możnym tego świata.)

POWRÓT Z WARSZAWY NA WIEŚ 

Otóż mój dóm ubogi! Też lepione ściany,
Też okna różnoszybne, piec niepolewany
I niska strzecha moja!... Wszystko tak jak było,
Tylko się ku starości więcej pochyliło!
Szczęśliwy, kto na małym udziale przebywa!
Spokojny, siadł przy stole wiejskiego warzywa:
Z swej obory ma mięso, z ogrodu jarzynę,
Z domu napój i wierną przy boku drużynę!
Obym ja był tak dawniej myślił, oszukany,
I w ukrytym gdzie kącie żył raczej nieznany,
Gdzie by o mnie w powiecie nawet nie wspomniano
I tylko mię sąsiadem dobrym nazywano, Bym się żywił z krwawego rąk moich wyrobku, Żył na świecie bez wieści, umarł bez nagrobku!
Com zyskał, że rzuciwszy ubogie zagrody Chciałem nieopatrzony1 płynąć przeciw wody? I widząc na me oczy, jak drudzy tonęli, Jam sobie myślił: «Oni płynąć nie umieli!» Com zyskał, na wysokie pańskie pnąc się progi, Gdzie po śliskich ich stopniach obrażając nogi, Nic się z moim lepszego nie zrobiło stanem Prócz marnego wspomnienia, że gadałem z panem?
Kiedy mię ojciec stary żegnał przy swym zgonie, «Idź - mówił - synu, na świat! w jakiej będziesz stronie, Pamiętaj, że na prawdzie nikt nigdy nie traci! Zostawiam cię ubogim: prawda cię zbogaci.» Słuchałem cię, ojcze mój, goszcząc między pany: Takem pisał lub mówił, jak był przekonany. Nie brałem sobie za cel ludzkie głosić winy, A jeślim kogo chwalił, nigdy bez przyczyny. Cóżem zyskał, podchlebstwem nie służąc nikomu? Otom wrócił uboższym, niż wyjechał z domu. Nie przeto, święta Cnoto, porzucić cię trzeba, Że wieku dzisiejszego nic nie dajesz chleba, Choćby mi jeszcze wolniej miało szczęście pociec; Bo i z prawdą pięknie jest, i tak kazał ociec.
Trzeba wyznać, jak było, że mi coś dawano, Ale wszystkie godziny życia kupić chciano, Żebym, wieczny niewolnik, nosił jarzmo czyje, Żył cały komuś, a sam zapomniał, że żyję; A wreszcie mi nadzieją szafowano szczodrze. Nikomum źle nie zrobił ani mnie nikt dobrze! Nadziejo! czyż ja ciebie w złotej chciał mieć szacie, Żeby oczy pospólstwo obracało na cię? Żebym słynął majątkiem? drugimi pomiatał? Nie o tom ja pod drzwiami Fortuny kołatał. Jedna wioska do śmierci, jeden dóm wygodny, Gdzie bym jadł nie z wymysłem, ale wstał niegłodny, Gdzie bym się nie usuwał nikomu do zgonu, Swym pługiem zoranego pilnował zagonu! Spokojny będąc na tym, co stan mierny niesie, Siadłbym sobie na dole - niech kto inny pnie sięl
W tym zamiarze praca mię całe życie tłoczy,
Nad książkami straciłem i zdrowie, i oczy, Nad książkami, które ja, co gębie odjąłem, Może zbytecznym na mnie nakładem ściągnąłem. Cóż mi książki oddały ? Jak niewierna niwa, Co zgubiła nadzieję rolnikowi żniwa, Po wieku mego wiosny niewróconej szkodzie, Nachylony ku zimie, zostałem o głodzie.
Za lat Symonidesów1 albo Kochanowskich Może znalazłbym sobie Zamoyskich, Myszkowskich2, Przy których bym wygodnie wieku mego użył I pismem pożytecznym narodowi służył. Dziś zabierz mi kto księgi, ten sprzęt nieszczęśliwy, Do których mię przywiązał nałóg uporczywy. I co mi będzie lepiej, w ubóstwie usłużne Zamieniaj na motyki i żelaza płużne! Porzucę nad pismami myśli kłopotliwe, A serce niech mi tylko zostanie dotkliwe, Żebym się mógł nad losem biedniejszych litować I przy pracy miał sposób bliźniego ratować!
Maryjo, siostro moja! jakżeś się kwapiła! Prawieś wraz z mym powrotem i ty tu przybyła! Czego, stojąc w tym kącie z twarzą wyniszczoną, Otoczona dziatkami, nieszczęśliwa żono, Poglądasz mi na serce, rychło jakim datkiem Wesprę cię, już goniącą majątku ostatkiem? Nędza was jak popadła, tak statecznie gniecie: I tyś także, jak widzę, prawdą szła na świecie! Opłakana rodzino! Wy myślicie, ślepi: «On był między panami, i nam będzie lepiej!»
Byłem - i byłbym pewnie panom na coś zdatny:
To wiem; a tego nie wiem, za com niepopłatny!
Stało się! Nie mam swojej, kopmy cudzą grzędę!
Podeprzeć tę lepiankę, jeszcze w niej przebędę!

Lecz nie same osobiste smutki dźwięczą w liryce Karpińskiego: miał on zbyt «czułe» serce na to, żeby nie odczuwać smutków całego narodu i nie boleć nad tym, że minęły czasy dawnej świetności ojczyzny: «I my też byli jak naród drugi!... Kie­dyś i Polak był panem! - Dziś prawie wszystko poszło na sługi, - i ów pan stał się poddanym.» Smutek na myśl o rozlewie krwi bratniej i spustoszeniu kraju podczas konfederacji barskiej oraz o rzezi humańskiej przemówił rzewnie w dwóch pie­śniach: O nieszczęściach ojczyzny i rzezi humańskiej i Powietrze i wojna; w obydwóch uczucie patriotyczne zespala się z religijnym - z modlitwą do Boga o litość. Łączą się te dwa uczucia także w Pieśni dziękczynnej za ustawę 3 maja 1791 roku, tylko że bije z niej nie smutek, lecz radość, i modlitwa nie błagalna, lecz dziękczynna. Przez to zespalanie uczucia patriotycznego z religijnym jest Karpiński poprzedni­kiem naszej wielkiej poezji patriotyczno-religijnej XIX wieku, od Hymnu do Boga Woronicza do Psalmu dobrej woli Krasińskiego.
Widok smutnej teraźniejszości rodził w wielu sercach polskich tęsknotę do dawnych czasów, kiedy to Polska należała do najpotężniejszych państw na świecie. Otóż ten serdeczny zwrot do przeszłości, który będzie także jedną z najznamienniej-szych cech poezji XIX wieku, przemówił w kilku utworach Karpińskiego, naj­piękniej -w bardzo oryginalnej pod względem rytmicznym Dumie. Tęsknota do przeszłości rycerskiej wywołuje tutaj odruch przeciwko współczesnej zniewieścia-łości i co za tym idzie, pobudkę do wskrzeszenia ducha rycerskiego. Słychać tę po­budkę i w pieśni O powinnościach obywatela, w której uosobiona Ojczyzna żąda od synów swoich ofiary z mienia, zdrowia i życia: «Jam jest Ojczyzna, i nie dość tego, -że się nazywasz mym synem: - masz mi poświęcić siebie całego - i nie mazać się złym czynem. - Twoje majątki, życie i zdrowie - jam dobrym prawem dostała; -oddali mi je twoi przodkowie, - gdym między nimi wzrost brała... A gdy nie będzie można wypłynąć - w upadku mego godzinie, - jam aż natenczas powinna zginąć, -kiedy ostatni z was zginie.» Raz jeden nawet, kiedy na Wielkim Sejmie uchwalono stutysięczną armię, zdobył się Karpiński na Marsz dla żołnierzy (chociaż sam nie pomaszerował); otóż iw tym Marszu jest także pochwała staropolskiego męstwa.

POWIETRZE I WOJNA

Czyjże ten trup po polach leży?
I co za wrzawa po lesie?
Stąd do mnie płacząc kobieta bieży,
Stąd jakieś jęki wiatr niesie.

Gdzież to ja jestem ? O kraju smutny,
Siedlisko ludu nędznego!
Tu ma stolicę los ten okrutny,
Który dosięga każdego.

«Cóż ci to, matko ?» Ta od żałości
Słowa przemówić nie zdoła;
Rwie sobie włosy, tłucze wnętrzności
I ledwie z czasem zawoła:

«Ach! nieprzyjaciel pobił mi dziatki,
Trzech synów zbójcę pożarli;
Teraz pociechy mojej ostatki,
Czwarte mi z ręku wydarli.

Nieszczęsna córko! zginęłaś pewnie!
Z tego mi łona ją wzięli. Ja na to tylko płaczę tak rzewnie,
Że matki zabić nie chcieli.»
Spojrzę na pole trupem usłane:
Tym jeszcze rany nie skrzepły, Tu leżą w sztuki ciała zrąbane,
Tu płynie potok krwi ciepły.
Wszystkich do naga prawie wyzuje
Okrutna chciwość zdobyczy, Ptak się na pastwę dziki zlatuje
I same rany kaleczy.
W przyległym lesie słyszę jęczenie,
Które mi duszę przejmuje, I tam mnie moja ciekawość żenię,
Gdzie serce jeszcze coś czuje.
Ledwiem się trochę przymknął do lasu,
Wołają na mnie: «Tyż z nami? Pódź okrutnego dokonać czasu:
Zapowietrzeni tu sami.»
Boże! te gniewu Twojego strzały
Są najostrzejsze na ludzi! Kraj się w pustynię zamienił cały:
Ten Cię płacz reszty niech wzbudzi!
A jeśli nigdy nikt nie odwróci
W karze niechybnej Twej miary, Weź mnie z inszymi: to gniew Twój skróci!
Należę do tej ofiary!

DUMA

Gdzie się podziały szczęśliwe lata naszej chwały,
Kiedy się do nas korony świata ubijały?
Kiedy Czech, Węgrzyn, Wołoch, Prus hardy poddaje
I od północy Moskwicin twardy berło niesie?

Póki po zbroi Polaka brodę wiatr rozwijał,
Jadł swoje zboże, pił swoje wodę, wtenczas bijał
Ale jak zbytki, co wszystko psują, nas tępiły,
Z polską się bronią same mocują rdze i pyły.

Wstań z zimnych grobów, obudź zaspałe, mężu jaki,
Pokaż do sławy pozarastałe męstwa szlaki!
I kiedy z siebie nie damy szydzić do ostatka,
Swoich się dzieci nie będzie wstydzić Polska-matka.


Podobne prace

Do góry