Ocena brak

Franciszek Karpiński - PIEŚŃ MAZURSKA, ŻALE SARMATY, O NARODZENIU PAŃSKIM

Autor /Saleta Dodano /15.10.2012

Odrębne stanowisko zajmuje w poezji Karpińskiego tak zwana liryka sy­tuacyjna, to jest utwory, w których poeta, wczuwając się swoim «czułym sercem» w różne położenia (czyli sytuacje) innych ludzi, wyraża nie swoje własne uczucia, tylko tych innych ludzi. Są takie utwory w poezji Kochanowskiego i Szymona Zimorowicza, ale Karpiński prześcignął ich obu różnorodnością pomysłów. Oto na przy­kład Żebrak przy drodze skarży się żałośnie na swoją nędzę: «Ptastwo wolno prze­latuje - i wyżywia się z tej niwy; - tu rybak część swą znajduje, - wziął, wiele chciał, zwierz pierzchliwy! - Ja, równym człekiem stworzony, - próżno pokarmu wyzie­ram, - na bujne patrzę zagony - i z głodu przy nich umieram. - Boże! przy mym prawie stoję, - zwę cię Ojcem ze wszystkimi: - nie widzisz?... ja, dziecko Twoje, - poniewieram się na ziemi.» Oto Matka wyprawia syna do obozu, poleca go opiece boskiej i zaklina, żeby wrócił żywy. Oto pieśń Głos zabitego do sądu (1781), w której po raz pierwszy w poezji polskiej ukazuje się upiór: ktoś zamordowany bez sądu wraca na ten świat upiorem i grozi sędziom pomstą, jeśli nie ukarzą zabójcy: «Gdy przyjaciółmi otoczeni wkoło - pędzić będziecie godziny .wesoło, - sądząc, że chwile daleko stroskane, - ja niespodziany w pośrzodku was stanę. - Do stołów waszych, na wasze festyny - przyjdę, mieszkaniec dalekiej krainy,-z strawą, z napojem, co go wam nalali, -zińieszam krew moję, którąście zdeptali... W tłumie, w ustroniu, w domu, w polu, w drodze - najmilszym waszym rozrywkom przeszkodzę; - ja wszędzie zgonię mego przeciwnika, - przylecę z głosem dzwonu lub puszczyka.» Oto jeszcze: Mazur śpiewa swoją miłość ku swojej Jacencie (Mazurek), a inny Mazur śpiewa niby to wesołą «i ogromnie przez to smutną» piosenkę o Maćku, któremu dziedzic odebrał żonę, a jego wypędził (Pieśń mazurska). Obydwie te pieśni, w któ­rych Karpiński doskonale utrafił 'i w nutę, i w duszę ludową, są także nowością w historii naszej poezji: wprawdzie już w XVII wieku wzorowano się na pieśniach ludowych, jak to widać z niektórych pieśni sowizdrzalskich (a może i z Roksolanek Zimorowicza), ale utwory te poszły w zapomnienie; otóż Karpiński odkrył na nowo to źródło natchnień poetyckich, z którego później będą czerpali romantycy.

Lecz umiał się on wczuwać w dusze ludzinie tylko sobie współczesnych, ale i dawnych, nawet bardzo dawnych. Nauczyły go tego Pieśni Osjana, opiewające uczucia i czyny starodawnych bohaterów, a pełne melancholii, która mu była zawsze tak droga. Podobały mu się zwłaszcza, jak to widać z rozprawy O wymowie w prozie albo wierszu, żale Armina, który «opowiada Alpinowi smutną zgubę dzieci swoich»: «Podnieście się, wiatry jesienne, podnieście się!... Wiejcie po tej smutnej krzewinie i tę noc okropną przypomnijcie mi, kiedy wszystkie dzieci moje poginęły, kiedy możny mój Arundal upadł, kiedy wdzięczna moja Daura ginęła - sama na skale w pośrzodku morza, falami gwałtownymi tłuczona, córka moja jęczała; jej krzyk był częsty i głośny, a jej ojciec nie mógł ją poratować. Stałem całą noc nad brzegiem, widziałem ją nawet przy słabym świetle księżyca, słyszałem jęczenia jej; wiatr był gwałtowny i deszcze biły w tę stronę góry; niżeli dnieć zaczęło, już głos jej był słabszy. Mignęła się!... jako wiatr wdzięczny, który powionął po kwieciu i przeszedł! padła, umarła.»Otóż pod wpływem Pieśni Osjana szukał Karpiński pomysłów poetyckich w starodawnej historii ojczystej. Czytając kiedyś kronikę Joachima Bielskiego, którą właśnie za jego czasów na nowo wydano (1764), wyczytał w niej wiadomość o niego­dziwym czynie księcia wielkopolskiego: «Przemysław, książę poznański, pojął Lu-kierdę, córkę Mikołaja serbskiego, a wnęczkę szczecińskiego książęcia Barnima... Piszą o tym królu, iż... nielitościwy uczynek... uczynił nad... Lukierdą, którą po­tajemnie pannom jej udawić kazał, nie mając do niej przyczyny żadnej, jedno tę, że niepłodna była, jakoby to na wolej jej było, a nie w rękach boskich... Pisze Długosz, iż jeszcze pieśń staroświecką zastał, którą złożono o tej Lukierdzie a o Przemysławie i śpiewano ją w Wielkiej Polszczę, w której go prosiła żona jego, aby ją by2 w jednej koszulce do domu odesłał, a okrucieństwa tego nad nią nie czynił.» Głęboko za­padło Karpińskiemu w serce to nieszczęście Lukierdy i skojarzyło się z nieszczę­ściem Armina; i tak powstał przy pomocy fantazji jeden z najoryginalniejszych utworów liryki staropolskiej, Duma Lukierdy, w której nieszczęśliwa księżna, na po­dobieństwo Armina, wzywa wiatry, żeby zaniosły jej skargę w strony rodzinne. Jest to pierwszy w naszej poezji XVIII wieku zwrot ku wiekom średnim, który się póź­niej nieraz zaznaczy w poezji romantycznej. A tak i pod tym względem, jak pod wielu innymi jest Karpiński zwiastunem romantyzmu, czyli preromantykiem.
 Do liryki sytuacyjnej wolno zaliczyć jeszcze Pieśń dziada sokolskiego w kordo­nie cesarskim (1773) i Żale Sarmaty nad grobem Zygmunta Augusta (1796), z tym jednak zastrzeżeniem, że uczucia dziada sokalskiego i Sarmaty (to jest starego Po­laka) są także własnymi uczuciami samego poety.
Pierwsza pieśń powstała po pierwszym rozbiorze, kiedy «Galicja» dostała się pod panowanie austriackie. «Czuciem przejęty tego okropnego losu - opowiada Karpiński w pamiętnikach - napisałem pieśń... którą... dziadowi sokalskiemu, chodzącemu z lirą, przy której śpiewywał, na jedną nutę z jego żałosnych pieśni skomponowaną, do śpiewania oddałem, za co on, biedny, potem od Niemców ucier­piała (Ową nutą była nuta starodawnej pieśni ludowej o najeździe szwedzkim: «Stała się nam w Polsce trwoga».) Zasługuje Pieśń dziada sokalskiego na uwagę choćby tylko z tego względu, że należy do tych (wstyd powiedzieć) bardzo nielicznych utworów poezji, w których się odbił smutek po pierwszym rozbiorze; zresztą prawdę powiedziawszy jest ta pieśń wyrazem nie tyle bólu patriotycznego, ile rozgoryczenia.
Natomiast Żale Sarmaty, napisane po trzecim rozbiorze, który się odbił moc­nym i żałosnym echem w kilkunastu utworach poezji, to już pieśń bólu chwytająca za serce rzewnością i serdecznością uczucia. Ani jedna elegia wywołana trzecim rozbiorem nie może się nawet równać z tą pieśnią żałobną Karpińskiego; nikt Łany nie przeciwstawił tak mocno, a tak wzruszająco dawnej potęgi i chwały Polski jej póź­niejszej bezsile i upadkowi, nikt inny nie zdobył się na tak wstrząsający obraz nie­szczęścia. Ten jeden jedyny raz «czułe serce» Karpińskiego zabiło nie tylko silnie, ale nawet potężnie. A jednak w tej pieśni «pęknięcie serca znać»: oto bije z niej roz­paczliwa rezygnacja, zupełny brak wiary, że przyjdzie chwila, kiedy się świat skłoni jeszcze «białym orłom». Wprawdzie po trzecim rozbiorze ten brak wiary zatruł na pewien czas bardzo wiele serc polskich, ale nie wszystkie: prawdziwi «Sarmaci» nie złożyli ani szabli, ani lutni na grobie ojczyzny, bo odpowiedzieli na zbrodnię roz­bioru legionami i pieśnią «Jeszcze Polska nie zginęła». Więc minął się Karpiński z prawdą każąc Sarmacie składać przy grobie Zygmunta Augusta szablę i wdzieję, chyba że miał samego siebie na myśli; ale i do tego nie miał prawa, bo szabli nigdy nie nosił. Miał prawo mówić, że składa lutnię (na wzór Osjana) - szkoda tylko, że słowa nie dotrzymał, że złożoną lutnię po kilku latach (1802) znowu wziął w ręce, żeby zagrać na niej pieśń dygnitarzowi moskiewskiemu (Do Dymitra Koszelewa, litewsko-grodzieńskiego gubernatora, oddając mu książkę «Rozmów Platona»). To wszystko jednak nie przeszkadza, że Żale Sarmaty są koroną całej poezji Karpiń­skiego i jedną z najpiękniejszych pereł naszej liryki patriotycznej.

PIEŚŃ MAZURSKA

Dla hożej swojej żony
Maciek wypędzony;
Porzucił dom, stodoły,
Uciekł prawie goły.
Widziałem mało potem
Jagnę w czepcu złotym;
Przy karczmie na uciesze
Podkówkami krzesze,
Przewodzi muzykami,
Sypie złotówkami.
Ręce jej pobielały.
Oczy poczerniały.
Wszyscy ją szanowali,
Bo się pana bali,
Nie dbają,
choć to pleban
Broni do mężatki.
Oj, będąż w piekle goreć
Po same łopatki!

ŻALE SARMATY

Ty śpisz, Zygmuncie, a twoi sąsiedzi
Do twego domu goście przyjechali!...
Ty śpisz, a czeladź przyjęciem się biedzi
Tych, co cię czcili, co ci hołdowali!...
Gorzkie wspomnienia, gdy szczęście przeminie!
Czemuż i pamięć o nim nie zaginie?

Nie zostawiłeś syna na stolicy
Przez jakieś na nas Boga rozgniewanie,
Którego by wnuk dziś do swej granicy
Rozrzucał postrach i uszanowanie!
Po tobie poszła na handel korona,
Tron poniżony i rada stępiona!

Ojczyzno moja, na końcuś upadła,
Zamożna kiedyś i w sławę, i w siłę!...
Ta, co od morza aż do morza wpadła
Kawałka ziemi nie ma na mogiłę...
Jakże ten wielki trup do żalu wzrusza!
W tym ciele była milijonów dusza...

Patrzcie! Matczyne jakieś leży dziecię,
W wyniosłych piersiach głęboka mu rana,
Którą ślachetne wychodziło życie!
On nie uciekał, bo z przodu zadana!
Jeszcze znać w twarzy, jak jest zemsty chciwy,
Zdaje się gniewać: za co nieszczęśliwy?

A tam poczciwość, kościół, wstyd zgwałcony,
Pożarem całe spłonęły osady,
W dom gorejący właściciel wrzucony,
Pierwej mu wszystkie zrabowawszy składy.
Wszędzie zajadłość ogniem, śmiercią ciska,
Gdzie pojźrzysz - rozpacz, trupy, zgorzeliska!...

Po tych rozbojach jedni zniechęceni
Pod nieznajome rozbiegli się nieba;
Drudzy, ostatnią nędzą przyciśnieni,
W swych kiedyś domach dzisiaj żebrzą chleba;
Insi, rozdani na Moskwę i Niemce,
Na roli ojców płaczą, cudzoziemce!...

Wy, co domowe opłakawszy klęski
Poszliście naród ratować niewdzięczny!
W tylu przygodach wasz oręż zwycięski
Pokazał światu, że i Polak zręczny!
Cóż przynieśliście z powrotem w swą stronę?
Ubóstwo, blizny, nadzieje zwiedzione!

Oto krwią piękna ziemia utłuszczona
Konia i jeźdźca dzikiego wytucza.
A głodne dzieci matka przymuszona
Panującego języka naucza...
Tak jest, jak twardy wyrok jakiś kazał:
Inszych popisał, a Polskę wymazał!...

Wisło! Nie Polak z ciebie wodę pije!
Jego się nawet zacierają ślady,
On dziś przed swoim imieniem się kryje,
Które tak możne wsławiły pradziady...
Już białym Orłom i bratniej Pogoni
Świat się, przed laty nawykły, nie skłoni!...

Zygmuncie! Przy twoim grobie,
Gdy nam już wiatr nie powieje,
Składam niezdatną w tej dobie
Szablę, wesołość, nadzieję
I tę lutnię biedne...
Oto mój sprzęt cały!
Łzy mi tylko jedne Zostały...

Oprócz wiersza Przeciwko deistom jest w Zabawkach Karpińskiego jedna jeszcze pieśń, jakiej by nadaremnie szukać w poezji Krasickiego i Naruszewicza - O wielkości Boga. Wprawdzie Krasicki i Naruszewicz nie byli deistami, ale nie czuli w swoich sercach tak żywo jak Karpiński obecności Boga i co za tym idzie, nie czuli Mu się tak bliskimi. A Karpiński przy całej świadomości, że jest drobnym pyłkiem wobec Boga, czuł Mu się bliskim, bo wierzył w Jego dobroć i miłosierdzie: Prze­cież, chociażem istotą tak małą, - pójdę do Ciebie... Twa dobroć mi znana... Prze­cież ja pójdę, cokolwiek mię czeka,-pójdę do Ciebie!... Bo mi powiadano, - że byłeś Ty się obejrzał na człeka, - zaraz go w stanie szczęśliwszym widziano. - Tak jak dziś jestem niedołężnym płazem, - zbitym naczyniem, o które nie stoją, - po­korę tylko wziąwszy z sobą razem, - poniosęć głupstwa i nikczemność moją. - Mnie się rozstąpią wybranych Twych rzesze, - mnie nic nie będzie po drodze ustraszać, -jeszcze ich moim przybyciem pocieszę, - bo powiem, że ja idę Cię przepraszać... Potem przed tronem Twym padnę i powiem: - „Z dalekich krajów przyszedłem w te strony - za moim skarbem, weselem i zdrowiem, - ubogi, smutny, na siłach zwątlony. - Już bym ja nie chciał mieć pana inszego - ani Twej woli w czym kiedy być sprzeczny; - ale gdy moję znasz skłonność do złego, - trzymaj mię Ty sam, bo i ja niestateczny."»Drugiej pieśni religijnej tak pełnej wiary w miłosierdzie boże nie jma - poza poezją konfederatów barskich - w literaturze stanisławowskiej, zarażo­nej albo jadem deizmu, albo trucizną obojętności religijnej.
Lecz nie poprzestał Karpiński na śpiewaniu uczuć religijnych samemu sobie: jwyśpiewał jeszcze Pieśni nabożne - «dla pospólstwa» (jak się wyraził). Są tutaj pieśni świąteczne i codzienne, wielbiące i dziękczynne, błagalne i pouczające, są modlitwy o dary dla duszy i dla ciała, o pomyślność ojczyzny i gospodarstwa, są i psalmy. Niektóre z tych pieśni, nade wszystko Pieśń poranna. Pieśń wieczorna i kolęda Bóg się rodzi, poszły w lud albo raczej stały się trwałym dobrem całego narodu polskiego i będą nim zapewne dopóty, dopóki narodu polskiego na świecie. Nie brakło przed Pieśniami nabożnymi śpiewników (czyli kancjonałów), ale stare poszły w zapomnie­nie, a nowsze zrażały ludzi brakiem prostoty i rubasznością; oto na przykład w jed­nym śpiewniku pieśń o św. Janie Nepomucenie zaczyna się tak: «Niechajże pamięta, kto cudzym honorem - trząsa bez żadnego respektu, - że gęba zawzięta i z swoim aktorem - doczeka się także despektu.» Jakże inne są pieśni Karpińskiego! On się umiał zniżyć do pojęć i uczuć «pospólstwa», umiał zdobyć się na iście dziecięcą pro­stotę, a przy tym ani jednego razu nie wpaść w dawną rubaszność. A ze wszystkich pieśni bije wiara, że Bóg jest nie tylko mądrym Stwórcą świata, ale także dobrym i miłosiernym Ojcem ludzi. Tu i owdzie błyśnie pośród prostoty stylu, graniczącej z pospolitością (umyślną), szczera poezja, na przykład w Pieśni porannej. Ale bo też ta pieśń powstała pod wpływem psalmu Kochanowskiego: «Ledwie z głębokiego morza - ukaże się rana zorza, - a ja już wołam do Ciebie, - smutne oczy mając w nie-bie.» Raz jeden zapomniał Karpiński o prostocie stylu, ale wynagrodził to zapomnie­nie naprawdę wielką poezją - w pierwszej strofie kolędy Bóg się rodzi. Idąc torem niektórych pieśni średniowiecznych, cud Wcielenia Bożego uwypuklił tutaj za po­mocą wspaniałych przeciwieństw; ale w następnych strofach powrócił do prostoty pieśni ludowych. Nie dziw, że ta pieśń jest do dziś dnia nie mniej popularna jak kolęda XVII wieku W żłobie leży.
Żaden inny utwór Karpińskiego, nie wyłączając ukochanych w swąjm czasie sielanek, nie rozsławił tak jego imienia jak Pieśni nabożne. O nich to myśląc, wyraził się po jego śmierci Franciszek Morawski, autor Dworca mojego dziadka: «Każdy dźwięk twój po całym narodzie zasłynął, - jak tkliwy żal dziecinny, w wszystkie serca płynął... Tak z naszym Kazimierzem chwałę podzieliłeś: - on był królem wie­śniaków, ty ich wieszczem byłeś.»

 O NARODZENIU PAŃSKIM

Bóg się rodzi, moc truchleje,
Pan niebiosów - obnażony;
Ogień - krzepnie, blask - ciemnieje,
Ma granice - nieskończony.
Wzgardzony - okryty chwałą,
Śmiertelny - Król nad wiekami!...
A Słowo Ciałem się stało.
I mieszkało między nami.

Cóż, niebo, masz nad ziemiany?
Bóg porzucił szczęście twoje,
Wszedł między lud ukochany.
Dzieląc z nim trudy i znoje.
Niemało cierpiał, niemało,
Żeśmy byli winni sami.
A Słowo Ciałem się stało.
I mieszkało między nami.

W nędznej szopie urodzony,
Żłób mu za kolebkę dano!
Cóż jest, czym był otoczony?
Bydło, pasterze i siano.
Ubodzy, was to spotkało
Witać go przed bogaczami!
A Słowo Ciałem się stało.
I mieszkało między nami.

Potem i króle widziani:
Cisną się między prostotą.
Niosąc dary Panu w dani:
Mirrę, kadzidło i złoto.
Bóstwo to razem zmieszało
Z wieśniaczymi ofiarami!...
A Słowo Ciałem się stało.
I mieszkało między nami.

Podnieś rękę, Boże Dziecię,
Błogosław ojczyznę miłą,
W dobrych radach, w dobrym bycie
Wspieraj jej siłę swą siłą,
Dom nasz i majętność całą,
I Twoje wioski z miastami.
A Słowo Ciałem się stało.
I mieszkało między nami.

Podobne prace

Do góry