Ocena brak

Franciszek Karpiński (1741-1825)

Autor /Saleta Dodano /12.10.2012

Najwybitniejszym preromantykiem polskim XVIII wieku jest «poeta serca», <spiewak Justyny> (jak go nazwali już współcześni), autor pieśni Kiedy ranne i Wszystkie nasze, Franciszek Karpiński, urodzony 4 października roku 1741 w Hołoskowie na Pokuciu, zmarły 16 września roku 1825 w Chorowszczyźnie na Litwie. Popularność miał ogromną, i to nie tylko wśród inteligencji, jak Krasicki, ale i wśród prostoty: pierwszy to poeta polski, którego pieśni «zbłądziły pod strzechy*.

Życie jego znamy o wiele dokładniej niż innych poetów, pozostawił bowiem po sobie pamiętniki (ogłoszone drukiem dopiero w roku 1844). Zaczął je pisa|l już w późnej starości, skończył - w osiemdziesiątym pierwszym roku życia, a wyli kończyć ich już nie zdążył; pomimo to mają one niepospolitą wartość literacką: bije z nich świeżość i bezpośredniość - nie z opowiadania o wypadkach, w których autor udziału nie brał (na przykład o sejmie grodzieńskim albo o powstaniu Ko­ściuszki), ale z opowieści o własnym życiu, zwłaszcza o dzieciństwie i młodości, o wychowaniu przez groźnego ojca, o pobycie w szkołach stanisławowskich, o róż­nych fantazjach młodzieńczych, o miłości itd. Wyraźnie miał Karpiński dosko­nałą pamięć nie tylko wypadków, ale i doznanych uczuć! Ujmują nas także pa­miętniki prostotą opowiadania i naiwnością epicką, a czasami i mimowolnym humorem, sprzecznym z zamiarami autora: nieraz bowiem czytelnik uśmiecha się, kiedy czyta ustępy, które autor pisał z całą powagą, a nade wszystko kiedy napotyka różne sentencjonalne uwagi, do których autor przywiązywał z pewno  ścią ogromne znaczenie, a które się dzisiejszemu czytelnikowi wydają bardzo naiwnymi.
Na pierwszy plan wysuwa się w pamiętnikach Karpińskiego opowieść o wła­snym życiu, podobnie jak w pamiętnikach Paska. Ale też jedyne to podobieństwo i pomiędzy tymi dwoma najwybitniejszymi pomnikami pamiętnikarstwa staropolskiego. Obydwaj pamiętnikarze opowiadają szczegółowo o tym, co robili; ale każdy z nich robił co innego: Pasek hulał i pił, bił się i walczył, awanturował i łotrował, żenił się i gospodarował; Karpiński z tego wszystkiego - tylko gospoda­rował, swoją kopał albo cudzą grzędę; nie hulał, miecza nigdy w życiu do boku nie przypasał, nie ożenił się także nigdy w życiu, chociaż się coś przez połowę życia kochał; a prócz tego kształcił się przez całe życie, uczył dzieci, rozmyślał, marzył i pisał: pamiętniki Karpińskiego to pierwsze w literaturze naszej wyzna­nia człowieka kształcącego się i literata.
Lecz nie tylko na znacznym rozszerzeniu pierwiastka autobiograficznego|| ale i na jego pogłębieniu polega ważne znaczenie pamiętników Karpińskiego w literaturze staropolskiej. Opowiada on obszernie nie tylko, co robił, ale także, co się w jego duszy działo: jak płakał po śmierci ojca, jak się kochał, jak tęsknił do kraju, jak się gniewał i smucił, gdy go krzywdzono, jak przeklinał swój los, jak bolał po utracie niepodległości itd. Raz nawet szczegółowo opisuje cały jeden proces psychiczny, mianowicie walkę, jaka się w jego duszy toczyła: «Będąc ubogim, a widząc zyskowny stan jurystów, wkrótce po skończeniu teologii do palestry udałem się. Umiejąc nieźle łaciński język, w którym ekspedycyje1 sądowe wychodziły, jeszczem roku na tej drodze nie doszedł, już ja znany byłem z zręczności i dokładności pisywania pozwów albo manifestów, co mi zazdrości w innych młodych kolegach moich narobiło. Jam nie dbał o zazdrość, kiedy mimo niej gęste mi złotówki przycho­dziły. Raz szlachcic potrzebny pozwu, kiedy mi krótko sprawę swoje opowiedział i papiery do niej potrzebne pokazał, postrzegłem, że sprawę miał najgorszą i chyba tylko wykrętami mógłby ją wygrać. Kiedym mu to przekładał, a on mi kilkanaście czerwonych złotych na pozew tylko oddaje, byleby podstępnym i mogącym sąd ułudzić sposobem był napisany, uwiedziony zyskiem, wziąłem pieniądze i zrobiłem, jak szlachcic żądał. Po krótkiej złota pociesze przyszła zgryzota. Ojcze mój! jakże to wiele razy w życiu moim, chociaż już cię nie miałem, ty mnie jeszcze prowadzi­łeś! Gorzko wspomniałem ostatnie przed zgonem słowa jego: „Franciszek niech idzie prawdą na świecie!" Takaż to prawda, pomyślałem sobie, zgubić podstępem niewinnego przeciwnika, któremu pozew napisałem? Cóż mi on będzie winien, że nie tylko jego, ale i dzieci jego w ubóstwie zostawię? Albo jeżeli jeszcze i pod­stępne pisanie moje odkryje się, jakże ja iść zacząłem przy pierwszym moim wstępie na świat? Takie myśli codziennie mnie trapiły do przyjścia kadencyi sądowej, na który czas i szlachcic, któremu pozew pisałem, i pozwany stawili się. Wten­czas mojemu zwodzicielowi nieszczęsne pieniądze powróciłem, upominając, ażeby się z przeciwnikiem swoim bez prawowania zgodził - inaczej sam mu szkodzić mogę, choćbym i sobie razem zaszkodził; szlachta się, jakem żądał, pogodzili, a ja bojąc się tej śliskiej drogi, zwłaszcza kiedy i inszymi sposobami na chleb zarobić moźna, po roku porzuciłem palestrę.*
A ileż to razy mówi Karpiński o swoim charakterze, o jego dobrych zarówno, jak złych skłonnościach! «W starości mojej teraźniejszej przychodzą mi na myśl i też melancholiją powiększają zdróżności moje młodszego wieku: byłem trochę do pychy skłonny, ogadujący drugich, w pierwszym zapędzie gniewu nieumiarkowany do chorowania... byłem skłonny do kobiet... byłem chroniącym się, ile możności, wydatków niepotrzebnych, a szanującym, do zadziwienia inszych, rzeczy nabyte; tak mam dotychczas zwierciadło z szufladkami do golenia się, które całe służy mi od czterdziestu czterech, a zegarek od czterdziestu dziewięciu lat, tylko jak stary sługa pomału idąc, opóźniający się trochę... Gry hazardownej i pijaństwa nie lubiłem. Byłem trochę chełpliwym, ale w posiedzeniach w żartach nie upokarzający drugiego... Na niesprawiedliwości ludzkie oburzałem się, cho­ciażby nie mnie były wyrządzone; na nędzę ludzką, osobliwie biednych, tkliwy i tę tkliwość za zasługę sobie nie poczytuję, bo serce takie wziąłem od natury, że z płaczącym nieszczęśliwym łatwo mi płakać przychodzi.*
Krótko mówiąc, w pamiętnikach swoich połączył Karpiński autobiografię z autocharakterystyką. Ten szczęśliwy pomysł zawdzięcza on Wyznaniom Rousseau
(1782), na których się wzorował pisząc pamiętniki; za jego to przykładem roz­wiódł się tak szeroko nad swoim dzieciństwem, przyznawał się otwarcie do różnych wad i ułomności, na przykład do tego, że kradł, za jego także przykładem opowiadał z naiwną szczerością o różnych wybrykach i rojeniach fantazji dziecięcej, o miłości i przyjaźni itd.
 Chociaż podobnie jak Rousseau Karpiński opowiada w pamiętnikach nie tyl­ko o swoich przymiotach, ale i o wadach, jego autocharakterystyka jest nadto pochleb­na: autor bowiem mocno przeceniał siebie, co więcej, zdawało mu się, że jest wielkim człowiekiem. O tak zasłużonym i mądrym człowieku jak Grzegorz Piramowicz odzy­wa się nie tylko protekcjonalnie, ale niemal lekceważąco; Kanta (którego, można być pewnym, nigdy nie czytał) gani, że się odwrócił od filozofii doświadczalnej; Kocha­nowskiego klepie po ramieniu, mówiąc, że jest to wprawdzie «skądinąd» nieśmiertel­ny człowiek» (to «skądinąd» jest po prostu bajeczne!), ale że w Psałterzu Dawido­wym «albo pracy sobie zadawać nie chciał, albo przydłuższymi, w poezji lirycznej... nie tak dobrze brzmiącymi wierszami rzecz swoją rozwlekał»! Takie mając mniema­nie o Psałterzu Kochanowskiego, sam się potrudził nad Psalmami Dawida (1786), naginając wiersz do nowoczesnej muzyki, ale zniekształcając cudowny język Ko­chanowskiego i obniżając o całe niebo wzniosłość jego psalmów. Jeszcze zabawniej­sza jest zarozumiałość Karpińskiego, kiedy przypisując sobie wielki rozum politycz­ny, bez zająknienia obwieszcza światu, że przymierze polsko-pruskie stanęło dzięki... jakimś jego listom, które napisał był w przeddzień Wielkiego Sejmu i rozesłał zna­jomym mężom stanu!! W rzeczywistości znał się na polityce jak wilk na gwiazdach albo krowa na kompasie, skoro na przykład był przekonany, że Maria Teresa «do rozbioru z drugimi dwoma mocarstwami przystąpiła* dlatego jedynie, że chciała uskromić swawolę magnatów polskich!  
Ta śmieszna (ale nieszkodliwa) zarozumiałość Karpińskiego tłumaczy się w znacznej mierze tym, że jak to często bywa w światku literackim, ogromna popu­larność przewróciła mu w głowie: wierzył coraz mocniej, że jest wielkim człowiekiem. Miał on zresztą pewne słuszne powody do dumy: oto wzniósł się znacznie ponad otoczenie, z którego wyszedł. Rodzice jego byli to ludzie ciemni, jak ogół ubogiej szaraczkowej szlachty; matka nie umiała czytać, ojciec umiał, ale tylko na książce do nabożeństwa i kalendarzu; syn tymczasem miał już mądrość książkową, bo ukończył nie tylko szkoły, ale i akademię jezuicką we Lwowie, jeździł nawet do Wiednia, umiał po łacinie, po francusku, a może i po niemiecku; że zaś później, po ukończeniu nauk, nie z jednego pieca chleb jadał, że był i palestrantem, i dzierżawcą, i gospodarzem, i sekretarzem księcia generała Czartoryskiego jako marszałka trybunału litewskiego, i nauczycielem na dworach możnych panów, więc mu i na mądrości życiowej nie zby­wało, tym bardziej że z natury był sprytny (co nie przeszkadzało, że kiedy mu się raz koń wyprzągł, nie umiał go, jak przystało na literata, zaprząc).
W jakim otoczeniu wzrastał, o tym szczegółowo opowiada w pamiętnikach. «Ojciec nasz słyszał, jak św. Józef z obrazu swego, który był w izbie, wymówił to sło­wo: „Cnota"; widział w Wigiliją Bożego Narodzenia, także po północy, Najświęt­szą Pannę na niebie, w żółtym robronie; widział upiora, pokazywał nam wielu włóczących się opętanych od dyjabła; powiadał wiele historyj o sczarowanych ludziach i urodzajach, o zapisujących się dyjabłom, o czarownicach i babach na Łysą Górę na ożogu kominem wylatujących, również jak o lunatykach, którzy kiedy przypad­kiem na nich promień księżyca uderzył w nocy przez szczelinę, przez sen przez tę szczelinę po promieniu księżyca na dwór wychodzili; wierzył ślepo przepowiedniom kalendarza, a Cyganki, włóczące się i wróżące z rąk, z oczu, z fasolów na stół rzuco­nych albo z wosku roztopionego i wylanego na wodę, najchętniej w domu przyjmował.» Synowi nie pozwalał się ani uczyć po francusku, ani grać na skrzypcach. A cho­wał go w staropolskiej grozie. «Kiedy zmłocek w stodole naszej nożyk swój prosty na progu położył, a jam go ukradkiem schwytał, postrzeżony potem od ojca mojego, żem nim coś strugał, i spytany, skąd bym go wziął, do zwyczajnego wykrętu, żem go znalazł, udałem się; zwołani domowi wszyscy i spytani, czyj by był nożyk;kiedy się zmłocek do niego przyznał, kiedy dodał, że ja byłem przy tym w stodole, gdy on ten swój nożyk na progu położył - kazał naprzód ociec mój, abym padł do nóg wieś­niakowi i przeprosił go, żem go tą moją kradzieżą zmartwił; rozumiałem, że się już na tym moim upokorzeniu skończyło, ale kazano przynieść rózgę i surowy ociec temuż samemu młockowi kazał mi dziesięć rózeg wyliczyć, nad którym stał z laską, ażeby w biciu mnie nie folgował; wziął potem sam rózgę i za wstyd swój (jak powiadał) jeszcze mi dziesięć rózeg swoją ręką przyczynił, a po skończeniu rękę sobie, która ka­rała, całować kazał...» «Po skończonym dwuletnim kursie filozofii przyjechałem na wakacyje do brata i rodziców. Mieliśmy zawsze największe dla matki naszej, a naj­bardziej dla ojca groźnego uszanowanie: nie można było w przytomności jego sie­dzieć, stanąć do niego tyłem, a nawet o ścianę, stojąc przed nim, oprzeć się. Pamięta­łem zawsze to wszystko i chętnie sobie przykrość zadawałem, bylebym ojca nie obraził. Chodził raz starzec po izbie, a ja z kimści rozmawiając wszystkie te wyżej wspomniane ostrożności zachowałem względem ojca, kiedy razem1, przystąpiwszy do mnie, ciężki mi on wyciął policzek i znowu po izbie jak przedtem przechodził. Kryminałem byłoby spytać się, za co to; w milczeniu skromnym, z oczyma w zie­mię spuszczonymi czekałem końca; wtem ociec mój rzucił mi się na ramiona i mó­wić ze łzami począł: „Synu mój! ja symplak, bo czytać tylko i ledwo co napisać umiem, a ty już filozof; doświadczałem cię tylko, jak też przyjmiesz policzek od ojca swego; ale kiedyś ty skromny i pokorny, kiedy mnie w starości mojej szanujesz -wtem ukląkł w pośrodku izby i podniósszy ręce do góry - Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba! pobłogosław to dziecię moje, niech żyje długo, zdrowo i szczęśliwie!" Padłem mu do nóg, rozrzewniony i wzruszony mową jego, zapomniawszy nawet o policzku, który odebrałem, a on klęczący do klęczącego mówił rozrzewniony: „Sy­nu mój! szanuj ludzi, a będziesz szanowany; ten policzek, który odebrałeś od ojca, niech będzie ostatni, który ci w życiu dany, a gdyby kiedy do tego komu obcemu przyszło, żeby cię tak skrzywdzić miał, krew tylko nieprzyjaciela twego wzgardę takową zmazać może!"»
Wdzięczną, pełną czci i miłości pamięć o tym «groźnym ojcu» przechował Karpiński na zawsze i ten jego tak znamienny dla obyczaju staropolskiego pietyzm synowski to śliczna cecha jego charakteru: zapomniał o surowych karach, pa­miętał tylko, że go ojciec uczył chodzić drogą prawdy i cnoty.
To mu jednak nie przeszkadzało, że od tradycji wyniesionej z domu rodziciel­skiego odstąpił nie pod jednym względem: mniejsza o to, że nie wierzył już w sny i wróżby; ważniejszą jest rzeczą, że, obdarzony umysłem ciekawym i zdolnym do rozwagi, nie tylko rozmyślał o sprawach, które za jego czasów były w Polsce przed­miotem troski najpoważniejszych ludzi, na przykład o naprawie państwa i refor­mie wychowania, ale nawet zaciekał się w zagadnienia filozoficzne, zwłaszcza moral­ne. Był także całą duszą po stronie tych, którzy wbrew tradycji domagali się re­formy społecznej: osiadłszy na Litwie, uwolnił testamentem swoich poddanych na wieczne czasy od podatków, wkładając ten ciężar na dziedzica Chorowszczyzny. A i w pismach jego nieraz dźwięczą humanitarne hasła wieku oświeconego, czy to w rozprawie O szczęściu człowieka w towarzystwie, czyli o Rzeczypospolitej (1787), czy w wierszu Żebrak przy drodze. Słowem, przerósł Karpiński poziom tradycji rodzinnej o całą jedną epokę umysłowości polskiej - epokę oświecenia.
Nie dosyć na tym: pod pewnym względem przerósł i epokę oświecenia. Nie był już bałwochwalcą rozumu jak Trembecki i Węgierski, nie uznawał jego nie­ograniczonej potęgi, nie wierzył, żeby sam jeden rozum mógł pobudzić człowieka do cnotliwego życia, a cóż dopiero, żeby przeniknąć najgłębsze tajemnice świata -bez pomocy serca. Bardzo słusznie i dowcipnie nazywał rozum i serce «kłótliwym ro­dzeństwem* i powoływał na sędziego w tej kłótni rodzinnej częściej serce niż rozum - zwłaszcza w dziedzinie religii. Toteż jego religia była zupełnie inna niż zagorza­łych wielbicieli oświecenia. A była mu ona przez całe życie potrzebą serca.
W młodym wieku, kiedy już był w szkołach, nawiedzała go nawet żądza świę­tości: «Źywość zrobiła mnie do mojej religii, wpojonej przez ojca, gorąco przywiąza­nym; nasłuchawszy się żywotów świętych pustelników, wziąwszy torbę jakąś i dwa chleby ukradkiem od naszej gospodyni, uciekłem w nocy do bliskiej Stanisławowa dą­browy, chcąc odtąd mieszkać na pustyni i żyć żołędzia, pomału do niej przy chlebie przyzwyczajając się. Trzy dni mnie szukano, czwartego... sam przyszedłem, zreflektowany, że nie będę mógł do żołędzi przywyknąć. Rózga nauczyła pustelnika, iż żyjąc między ludźmi więcej bliźniemu przysługi zrobić można, którego kochać na puszczy jest to tylko mówić, a nie czynić! Widząc w ołtarzu obraz świętego Sebastyjana strzałami pokłutego przyszła mi znowu myśl być męczennikiem dla wiary: wiedziałem, że Chocim, miasto tureckie na Wołoszczyźnie, nie tak od Stanisławo­wa odległe; umyśliłem tam się koniecznie dostać i w środku tego miasta Mahome­ta, proroka muzułmanów, ostatnimi lżyć wyrazami; tak obrażeni Turcy pewnie by mnie za wiarę moją zamordowali. Myśląc o sposobach wypełnienia projektu tego, przyszło mi do głowy doświadczyć pierwej, jak też na cierpienia sam jestem wy­trzymały: dużą szpilkę utkwiłem sobie w udo; ż bólu krzyku narobiwszy i widząc się tak niecierpliwym, i szpilkę, i myśl pozostania męczennikiem porzuciłem.* A nie tylko męczennikiem, ale i księdzem nie został, pomimo że go jezuici do tego namawiali; on jednak nie czuł powołania, a dla kariery iść na księdza nie chciał, zbyt bowiem głęboko kochał religię, żeby oszukiwać siebie, ludzi i Pana Boga.
Ta zaś jego religia nie miała nic wspólnego z deizmem: jemu się po prostu w głowie pomieścić nie chciało, żeby Bóg stworzywszy świat nie chciał nim rządzić. W dziele pt. Rozmowy Platona z uczniami swoimi (1802) mówi: «Bog jest, wszędzie się miesza i wszystkim rządzi*; natura «oglada się często na Pana, jeżeli w czym nie zechce biegu jej wyznaczonego odmienić*. A cóż dopiero ludzie! «Nie w kamien­nego ja wierzę Boga, ale Go sobie wystawiam jak ojca, który lubi być kiedyś pro­szonym od dziecięcia swojego, chociaż mu nie wszystko na prośbę jego uczyni.* A stąd bardzo mądra nauka dla ludzi: «We wszystkich zdarzeniach, jeżelim z mym Bogiem w zgodzie, śmielej w Nim ufność, że mnie poratuje, pokładam i śmielej Go o łaskę proszę; ale i sam też nie opuszczam nigdy rąk pracowitych i używam sposobów z taką pilnością, jak gdyby wsparcie Jego nie było mi potrzebnym, a w Nim samym mam zaufanie takie, jak gdybym bez Niego był razem bez sposobów żadnych dokonania dzieła rozpoczętego*; to znaczy: postępuj tak, jakbyś sam mógł zrobić wszystko, co chcesz, a módl się tak, jak gdybyś sam nic nie mógł zro­bić. Wierząc w ciągłe rządy Boga nad naturą i ludźmi ostro wystąpił Przeciwko deistom: «Niech się, jako chce, swym pozorem zdobi - czarne deistwo, wszędzie go poznają! - A Bóg, jak żyje i żyjąc coś robi, - tak końca Jego działania nie mają... -Bez woli Jego na ziemię nie padnie - mizerny wróbel i na głowach włosy - On porachował, On jeden tak snadnie - wyrabia w swoich formach polne kłosy... Nie mógł zostawić naturze tej siły,-żeby już wsparcia żadnego nie chciała... A Bóg by wszystko powierzył losowi, - losowi, który tak łatwo pobłądzi?... Nie płynie morzem okręt bez żeglarza - i bez rolnika rola nie zrodziła, - dom pusto­szeje, gdy bez gospodarza: - a świat by losu fałszywość rządziła*
Szczera religijność Karpińskiego, która pięknie przemówiła w jego poezji, była wolna od dawnej, odziedziczonej po czasach saskich ciasnoty: sam będąc tolerantem nie mógł wybaczyć konfederatom barskim ich nietolerancji wobec dysydentów, wierny swojej zasadzie: «Wierz, jak chcesz, ale prawa narodu zachowaj, kochaj ojczyznę jak matkę, to już tym samym masz cechę obywatela.* Istoty religii nie pokładał w praktykach; twierdził wprawdzie, że «kościół boży* jest «miejsce naznaczone, gdzie człowiek szczególniej do rozmowy z swoim Bogiem przy­chodzie ale rozumiejąc, że Boga można chwalić «w Jego kościołach i wszędzie*, wyznaje otwarcie: «Do kościołów nieczęsto kwapiłem się, ale widuję Cię, Boże, na słońcu wschodzącym siedzącego i oglądającego światy niepoliczone.» Fana­tyzm religijny napiętnował w wierszu Przeciwko fanatyzmowi: «Krzyz w jednej ręce, żelazo ma w drugiej - zasłonił oczy, pozatykał uszy... Gdzie tylko przeszedł, krwią ludzką spluskany, - dojdziesz go czarnym zostawionym śladem; - lubi kaleki, śmierć, nędzę i rany, - pije łzy cudze, tuczy się swym jadem... Oto syn, tłumiąc przyrodzone prawo, - z własnego ojca uczynił ofiarę: - ten padł, ów nad nim trzymając broń krwawą - wraz woła raimy z raniącym: „Za wiarę!" - Wiaro! ty czysta przysłana na ziemię,-ale cię człowiek zabobonem szpeci;-ty chcesz, by ludzkie kochało się plemię - jako jednego Ojca jedne dzieci.*
Nie mniejszy zaszczyt jak tolerancja religijna i nienawiść fanatyzmu sprawia Karpińskiemu jego stanowisko względem płytkich i głupich haseł kosmopolityzmu,
które nieraz głosiło oświecenie. Mając w pamięci pogląd Rousseau, który mądrze powiedział, że kosmopolita kocha mieszkańców drugiej półkuli, żeby być wolnym od obowiązku kochania swoich własnych współobywateli, Karpiński występuje stanowczo przeciwko kosmopolityzmowi. Oto co mówi w rozprawie O szczęściu i człowieka w towarzystwie, czyli o Rzeczypospolitą: «Niech [dzieci] nie wierzą tym wszystkim, którzy pod pozorem niby miłości powszechnej ludzi świata oby­watelami nazywają się... Kochać należy ludzi w powszechności, a tak naród każdy jednakie do serca naszego mieć będzie prawo, ale tylko póty, póki nas albo jawną pogardą, albo szkodą rozmyślną nie pokrzywdzi... Ale tym bardziej niech uszy swoje zatykają na głos zwodniczy tych wszystkich, których hasłem: „Gdzie dobrze, tam jest ojczyzna", bo... takim sposobem myślenia osłabiony obywatel w przy­wiązaniu do kraju swego, przekładając krainę taką, w której żyć by tylko, a umierać za nią nie trzeba było, nigdy w przygodzie do ratowania swojej ochoczym nie będzie. A tymczasem naród obcy, słabością tak myślących duchów ośmielony, na nie-gotowych napadłszy: „Ustąpcie - powie gnuśnym-ta zieiria mi się podoba, a wy o nię nie dbacie." Wtenczas te bujne pola, staraniem ojców naszych okryte i potem ich krwawym skropione, człowiek nieznajomy między drużynę swoją podzieli i w tych przez nas albo poprzedników naszych powystawianych gmachach, pozrzucawszy z nich znaki imion starożytnych, z cudzym pokoleniem zamieszka. Wtenczas z siedliska swojego wygnany obywatel; ze łzami na zostawione zagrody swoje oglądając się, próżno po świecie, po cudzych kątach poniewierany, schro­nienia szukać będzie! Które chociażby i znalazł, nigdy mu to, nigdy, sierocie, za jego straconą matkę nie stanie.»
W ścisłym związku z tym swoim poglądem na kosmopolityzm i patriotyzm uczył Karpiński, że «sposób ćwiczenia dzieci szlacheckich być u nas nie może jednaki, jak w inszych krajach Europy*, domagał się więc, żeby wychowanie mło­dzieży polskiej odbywało się w duchu narodowym i patriotycznym, zgodnie z cha­rakterem narodu polskiego i potrzebami państwa polskiego. Szczególny nacisk kładł na naukę historii ojczystej, której nauczyciel powinien wszczepić w młode serca tę prawdę, «że ojczyzna jest to mieszkanie i groby ojców naszych wspołeczne, że jest składem chwały i pobudką do dzieł szlachetnych każdego obywatela... niech uczniom widoczniej wyszczególni, że ten chleb, który jedzą, ta suknia, którą się przyodziewają, to imię uczciwe, które noszą, i wolność, której używają, wszy­stko spadkiem po dziadach swoich od ojczyzny odebrali, wszystko to teraz nie tylko ich własne jest, ale jeszcze i drugim nieporównanych tych imienia i wol­ności zaszczytów udzielać mogą». Mało kto wówczas miał tak silne jak Karpiński poczucie łączności pomiędzy pokoleniem żyjącym a pokoleniami zmarłymi, po­czucie, na którym się opiera kult tradycji narodowej i bez którego nie ma nowo­czesnego patriotyzmu.
Ale bo też był Karpiński patriotą, chociaż nie tak wielkim, jak mu się zdawało. Opowiada na przykład w pamiętnikach, że «ruszony patriotyzmem*, miał się przy­łączyć do konfederatów barskich; skończyło się na tym, że... wyjechał za granicę! Nad nieszczęściami kraju płakał rzewnie, ale żeby walczyć za jego niepodległość, brakło mu odwagi, a kiedy mu ona czasem przypływała do serca, powściągał ją takim rozumowaniem: «Odwago! marny zapęd cię uwodzi: - nie wszystko ci się, co pomyślisz, godzi.» A zresztą, pozbawiony silnej woli i w ogóle hartu duszy, nie wierzył, żeby się Polska mogła ostać o własnych siłach i - już w roku 1783(!) -w wierszu Przeciwko pojedynkom włożył w usta «matki-ojczyzny» te okropne w swojej bezsile słowa: «Może cierpieniem winy pomażemy - i los mię przykry goniąc zmorduje się [!!]:- na cóż rozpaczać, kiedy nie zgadniemy, - co przychylniejsze jutro nam przyniesie? - Wielkość nieszczęścia wielkie względy wzbudza: - może nas słabych wesprze litość cudza. - Jedną potęgą Europa się chwali1: - ta, mogąc wszystko, nie zechce źle zrobić! - Ona, jak matka w żalu, rózgę spali, - jeśli jej przyszło dziecię swoje pobić. - Najsłodszymi ją przemianami wzrusza - to litość serca, to wspaniała dusza. - Tam się udajcie!... tam was widzieć wolę: - ona wam góry pozniża wyniosłe, - ona honoru pokaże wam pole - i sławy szlaki odkryje zarosłe. - Tak ratując was wspaniałością rzadką, - stanie się nową matki waszej matką.» W powstaniu Kościuszki Karpiński nie brał oczywiście udziału. Po upadku Polski i abdykacji Stanisława Augusta oburzał się, że «nasi narodowce najweselej w tańcach, jak gdyby za czasów najlepszych, ten dzień przepędzili*... na balu wyprawionym przez Repnina, ale sam na jego prośbę napisał wiersz Do książęcia Mikołaja Repnina, jenerała, gubernatora Litwy 1796, pełny wprawdzie smutku po upadku ojczyzny, ale jednocześnie wynoszący pod niebiosa «wysoką cnotę*, «litość» i «ludzkość Repnina*; smutek zaś jest przepojony beznadziejnością, której szczytem są słowa: «Ten język i te wiersze słowami polskiemi-może za sto lat znane nie będą w tej ziemi...*
Tak więc patriotyzm Karpińskiego był pozbawiony siły, woli i wiary w przy­szłość; płynął ze szczerego serca, ale przejawiał się tylko we łzach. W ich zaś ronieniu był «poeta serca* niezrównanym mistrzem: przychodziły mu one na zawołanie, co się jednak tłumaczy nie tyle dobrocią i szlachetnością, jak mniemał, ile wielką wraż­liwością jego natury; a nadto łzy sprawiały mu przyjemność, bo go utwierdzały w mniemaniu, że ma serce bardzo czułe; więc nawet szukał sposobności, aby je wy­lewać, jak się do tego sam przyznał w pieśni Tęskność do kraju: «Kiedy mną tęskność rządziła, - szedłem nad brzegi Dunaju: -odludność mię tam pędziła-i chęć wzdychania do kraju. - Cichości, siostro tęsknoty! - Ja nie wiem, czym ty mię ba­wisz,-to wiem, że serce mi krwawisz:-ja przecie lubię twe groty!...» Krótko mówiąc, miał Karpiński serce nie tyle czułe, ile czułostkowe; mając dla swoich myśli zarówno, jak uczuć niekłamany podziw, lubił się z nimi pieścić. Ten sentymenta­lizm to znamienna cecha jego charakteru, upodobniający go do Rousseau, który w swoich Marzeniach wystawił sobie takie świadectwo: «We wszystkich nieszczęściach mego życia czułem zawsze, żem jest pełny uczuć czułych, wzruszających, rozkosz­nych, które lejąc balsam zbawienny na rany mego rozdartego serca zdawały się za­mieniać ból w rozkosz.* Kubek w kubek można by to samo powiedzieć o Karpiń­skim.
Czułostkowość ma to do siebie, że osłabia siłę uczuć; toteż czułostkowy Kar­piński nie był zdolny do uczuć silnych, nawet względem kobiety. W rozprawce O szczęściu człowieka twierdzi (on chyba pierwszy w Polsce), że miłość to najbar­dziej «ulubione dobro» człowieka, że jest większym szczęściem niż zdrowie, niż dos­tatek, niż spokój, niż wiedza, a nawet niż cnota. A w wierszu Trzeba się kochać mówi o miłości: «Ale i wtenczas, kiedy ją kląłem, - czułem, że była moim żywiołem.» Może, ale ten tóywioł» w życiu Karpińskiego nigdy nie był żywiołowy, jak to widać z jego własnych wyznań w pamiętnikach.
W młodości pokochał pierwszą swoją miłością ubogą panienkę, Mariannę Brosselównę; uczucie było szczere, ale wcale niegłębokie: «I ona we mnie kochała się, ale na koniec, kiedy jej zyskowne trafiło się zamęście... a ja, ubogi, wziąwszy tę sza­nowną pannę, chybabym z nią na służbę poszedł, ze łzami oświadczyłem jej, ażeby za mego rywala poszła; w początkach łzami mi tylko odpowiadała, a potem rzecze: „Ja się dla ciebie prząść nauczę i grzędę kopać będę"; juzem się do niej wracał i byłbym tego nie żałował, ale jej i moi przyjaciele przemogli, którzy mi zyskowniej-sze chcieli obmyślić małżeństwo.* I tak się skończyła pierwsza miłość «poety serca». Później przez lat dziesięć kochał się w starszej od siebie o lat czternaście pani staro­ścinie Mariannie Ponińskiej, która jednak nie miała ochoty opuszczać męża; a kiedy szczęśliwie owdowiała, wówczas «poeta serca»... nagle przestał ją kochać, co mu zresztą nie przeszkodziło do przyjęcia od niej 5000 złotych... na pamiątkę! Po raz trzeci zakochał się w pannie Franciszce Koziebrodzkiej, starościance olchowieckiej; panna miała wprawdzie narzeczonego, ale go nie kochała, więc nie miała nic przeciwko temu, żeby ją «poeta serca» wykradł; cóż z tego, kiedy «poeta serca» nie chciał. Na schyłku lat trafiła mu się wdowa: wszystko było gotowe do ślubu, ale dobrzy znajomi wyperswadowali «poecie serca» małżeństwo tym łatwiej, że za najbardziej «ulubione dobro» poczytywał w starości już nie miłość, tylko przy­jaźń...
Na co «czułe» serce Karpińskiego było naprawdę bardzo czułe, to na wszel­kiego rodzaju zyski; był to bowiem, mówiąc prawdę, samolub, wyrachowany, ła­komy na rozgłos, a więcej jeszcze na grosz, a stąd chociaż niby to o godność osobistą wielce dbały, jednak polecający się przy każdej sposobności pamięci króla i magna­tów w przeświadczeniu, że nikt więcej od niego na nagrodę nie zasłużył; a że ta go jakoś mijała, więc wpadał w zły humor, roztkliwiał się nad swoim ubóstwem (któ­rego nigdy nie zaznał), dąsał się i złościł, miał żal do świata i ludzi.
W ogóle przy całej swojej mądrości, cnotliwości, czułości serca i innych przy­miotach, o których z taką lubością w swoich pamiętnikach opowiada, był to czło­wiek przeciętny, często śmieszny, ale przez swoją wręcz dziecięcą szczerość bardzo sympatyczny.

W historii literatury stanisławowskiej zajmuje on stanowisko bardzo wybitne jako «poeta serca», to znaczy jako liryk, i jako zwiastun nowych poglądów na poezję i nowych prądów w poezji, to znaczy jako preromantyk. Swoje poglądy na poezję wyraził (zasilając się nowymi teoriami napływającymi z Francji do Polski) w roz­prawie O wymowie w prozie albo wierszu (1782). Przez wymowę rozumiał Karpiń­ski całą w ogóle literaturę piękną. Otóż po raz pierwszy w Polsce padło w tej rozpra­wie hasło, które w Anglii wygłosił o lat dwadzieścia trzy wcześniej Young, mianowicie hasło oryginalności w poezji: «siepe naśladowanie autorów znakiem jest nie­dowierzania siłom naszym, a podobno zagrodą wzrostu wymowy, która jak woda, ażeby zdrowa była, z wolnością płynąć lubi; naśladowanie zaś, trzymając ucznia przy wzorze jego, gnuśnieć mu na miejscu każe, wtenczas kiedy honor i pożytek narodowi zapewne nie kopije, ale same zrobić mogą oryginały.» W ścisłym związku z tym hasłem pozostaje hasło swobody twórczości: niechaj się poeta nie krępuje żadnymi regułami «prócz porządku i przystojnbści mówienia» (to jest jasności i zwię­złości stylu) oraz «pieknej i wysokiej razem prostoty» (to jest naturalności połączo­nej z wdziękiem). Szczególniej pomstuje Karpiński na regułę zalecającą poetom posługiwanie się mitologią starożytną i szydzi z tych, którzy ją do swoich utworów wsadzają: «Zaszły śluby małżeństwa jakiego - już zaraz wszystkich bogowi bogiń poeta w nikczemnych wierszach swoich na wesele zaprosił: już mu gra Apollo na lutni, Muzy śpiewają i Merkury coś bredzi nie do rzeczy; umarł kto, idą szeregiem Plutony, Prozerpiny, Parki; wojskowy kto-już on Marsa albo Bellony synem... Po co tych Muz, tych Apollinów w naszych wzywamy poezyjach, o których próżności nadto przeświadczeni jesteśmy? A tym jeszcze sposobem odbiegamy od jednej spomiędzy własności tak poezji, jako i pisma każdego - ażeby powszechnie ro­zumiane były.»
Z hasła jednak swobody twórczości nie wyprowadza Karpiński wniosku, żeby się poeta nie miał kształcić na pięknych wzorach. Przeciwnie, zaleca je przy­szłemu poecie, a zalicza do nich nie tylko wielkich poetów i prozaików starożyt­nych, ale i nowożytnych: «Nabozny Torquato Tasso w swojej Jerozolimie wyzwo­lonej, a przez Piotra Kochanowskiego przetłumaczonej; wyniosły Milton w swoim Raju zgubionym; zabawny Ariost w Rolandzie szalonym... naturalny Gessner... w sielankach swoich; słodki i razem wspaniały w Henriadzie i nieśmiertelnych swo­ich tragedyjach Wolter...-oto są (między znaczniejszymi) z nowych pisarzów wzory», nie «ażebyśmy ślepymi ich niewolnikami będąc naśladowaniem tylko sa­mym bawili się» ale żebyśmy «na wzorach... poznawszy prawdziwą piękność, rów­ tej drugą... utworzyć mogli», to znaczy, żebyśmy pisali nie to samo i nie tak samo jak dawni pisarze, ale równie pięknie jak oni.
Lecz rozumiał Karpiński, że samo tylko kształcenie poczucia piękna nigdy nie zrobi poetą tego, kto nie ma talentu. Na talent zaś składa się oprócz «pojecia rzeczy», to jest «dokladnego poznania tego, o czym mówić chcemy», «imaginacja» i «serce czule». Otóż te pierwiastki talentu można i trzeba kształcić.
Tak na przykład «miedzy rzeczami, które imaginacyją nasze poruszać mogą, rachować można doskonałe, a wyrażające akcyją jakąś malowanie, na przykład sta­rych miast rozwaliny, okropne zacienienie lasów i tym podobne widowiska; ale naj­mocniej myśl ociężałą poruszać zdaje się sforna i piękna muzyka, której cudów w ocuceniu imaginacyi nie tylko dzisiaj doświadczamy, ale która i u dawnych z tejże siły swojej słynęła». Lecz jest skuteczniejszy jeszcze inny środek: «Mozemy ima­ginacyją nasze zagrzać przez poglądanie i rozważanie tej księgi, którą natura we wszystkich rzeczach stworzonych zawsze nam do czytania podaje. Szczęśliwy, który nad każdą rzeczą zastanawiając się, nad wszystkim, co obaczył, rozmyślał... Dla niego widowisko natury otwarte jest, ażeby samemu sobie zostawiony, w milczeniu rozpamiętywając piękności jej, głośnymi je potem przez czułe wyrazy czynił. Dla niego uśmiecha się przyjemna łąka, niedostępne zasępiły się skały, w gruzach włas­nych nie dobyte kiedyś zamki dawnej swojej Siły i piękności płaczą. Dla niego zachód słoneczny tę bogatą chmurom przyległym rozdaje barwę, księżyc okropnej nocy w ci­chości panuje i w niezmierzonej gdzieś tam odległości stateczne gwiazdy migocą. Dla niego szumią nawałne wody, porzuciwszy dawne koryta swoje płyną swobod­nie po fundamentach jeszcze pozostałych miast, kiedyś poniszczonych; potężny sroży się wicher i w puszczę nie tknioną siekierą zakradłszy się,wyniosłe powalił dęby, pod którymi... drzewka młodociane i kwiat leśny ubity poległ. Dla niego wpośród głębokiej na wiosnę nocy, kiedy całe uciszyło się stworzenie, słowik wyśpiewuje, po­ziomy potem skowronek wschodzące wita słońce i pobudziwszy naród powietrzny, sforne ptasząt śpiewania, ich pewnie miłości zaczęły się piosnki.»
Co to jest «imaginacyja», tego nie wyjaśnia Karpiński, wyjaśnia natomiast, co to jest «serce czułe»: polega ono, po pierwsze, na umiejętności wglądania w swoje własne wnętrze, a po drugie - na umiejętności wczuwania się w serca innych ludzi, czyli postawienia «się w osobie tego, o którym pisze» poeta, podzielania jego ra­dości, a nade wszystko smutków; smutek zaś poety, rodzący się «z litości» względem smutków i nieszczęść cudzych, «przeciągnieniem się, czyli wejściem w nałóg, staje się melancholiją», a stąd prawdziwie mocna poezja jest melancholijna; zresztą i poezja radości jest owocem łez poety - łez szczęścia na myśl o radości swojej czy cudzej; ale tę poezję radości ceni Karpiński, jak wolno sądzić, niżej od poezji melancholijnej.
Ze wszystkich pierwiastków talentu «serce czułe» jest najważniejszym: « Wejdź pierwej zawsze, ile możności, w serce twoje, radź go się i słuchaj; a dopiero co w nim zacząłeś, niech głowa i dowcip [to jest rozmysł i talent pisarski] dokończy: oto najmocniejsza sprężyna sztuki», albowiem «to tylko albo przynajmniej łatwiej pamięci naszej trzyma się, co serce dotknąć mogło». «Czułości serca-dodaje Karpiński - jeżeli kto z natury nie wziął, może ją sobie i sam z czasem utworzyć», a to przestając z ludźmi, którzy «ze swojej tkliwości serca dobrze są znani», i z ludźmi nieszczęśliwymi a zacnymi, na przykład z «niewinnymi w prześladowaniu*, po­czciwymi w ubóstwie», «zdatnymi do wielkich rzeczy w pogardzie* oraz często poglądając «na kaleków w niedostatku, na chorych opuszczonych*.
Te są główne myśli rozprawy Karpińskiego, będącej jakby programem preromantyzmu. A jego własna poezja, na ogół biorąc, zgadza się z tym programem. Znał Karpiński piękne wzory zarówno starożytne, jak nowoczesne, nieraz tłuma­czył nawet drobne ich urywki; w samej rozprawie jest ich kilka z Homera i jeden z Pieśni Osjana (pierwszy to przekład Osjana w Polsce) - wszystkie prozą; Ogrody zaś Delille'a przełożył całe, na przemiany wierszem i prozą, i wydał osobno (1783). A wszystkie te i inne jeszcze przekłady są dosłowne, tłumaczeń bowiem uzupeł­nianych i przerabianych, nadających barwę narodową obcym pomysłom, Kar­piński nie cierpiał, poczytując je za ujmę dla tłumaczów i dla literatury narodowej -zgodnie ze swoim wymaganiem oryginalności. Otóż jego własna poezja jest oryginalna: wpływy obce, na przykład Gessnera albo Osjana, są bardzo nieznaczne, i prawdę powiedział Mickiewicz, że Karpiński «nie idąc ślepo w niczyje ślady szukał właściwej talentowi swojemu drogi*, że «nie zapatruje się na żaden wzór, nie przybiera żadnego systemu, śpiewa jak ptaszek, wyznając, co ma w duszy, wylewając swoje uczucia*. Ma tutaj Mickiewicz na myśli nie dwie liche tragedie i nielichą komedię Karpińskiego, i nie przekład psalmów Dawida (który jest bluźnierstwem estetycznym wobec przekładu Kochanowskiego), tylko sielanki, a nade wszystko lirykę. Nie ma w niej (jak najczęściej w liryce) ani bujnej imaginacji, ani głębi myśli, ani zapału, ani namiętności, do czego się Karpiński sam przyznał: «A mnie mój ciężar trzyma na nizinie, - próżno się w górę podnoszę.* Ale jest za to szczerość, serdeczność, żywość i ciepło uczucia, jest cicha, łagodna melancholia, jest, krótko mówiąc, owo «serce czułe*, bez którego «poeta serca* nie rozumiał poezji, serce patrzące nie tylko w samo siebie, ale i w serca cudze. Ani jeden poeta staro­polski nie posiadał tej sztuki w tym stopniu, co Karpiński. Jest także w jego poezji «porządek i przystojność mówienia* oraz «piękna i wysoka razem prostota*. O «kunszt» nieraz troszczył się za mało; naginał na przykład czasem formy grama­tyczne do rymu (różowe zamiast: różową-do rymu z głowę) albo rymując łomie z płonie, albo jeszcze pisząc miejscowi zamiast: miejscu-dla osiąg­nięcia potrzebnej liczby zgłosek. Usterki te jednak wynagradza melodyjność wiersza i bogactwo zwrotek, których różnorodnością bije Karpiński wszystkich poetów stanisławowskich. W elegii Myśli jesienne wiersze są różnozgłoskowe, a w wierszyku Do pasterki jest w drugiej zwrotce rym męski, który prawo oby­watelstwa zdobędzie dopiero w epoce romantyzmu:

Pod moim oknem, gdzie ma chatka mała,
Lilija wonna sadzona.
Gdy na nię spojrzę, jak wdzięczna i biała,
Myślę o tobie: «To ona.»

Jest też tam u was dąb w twoim ogrodzie,
Wierny miejscowi przez swój zgon.
Gdy go nadybiesz, spocznij w jego chłodzie
I pomyśl o mnie: «To on.»

Utwory swoje wypuszczał Karpiński w świat niewielkimi tomikami: na sam przód wyszły Zabawki wierszem i przykłady obyczajne (1780), potem Zabawki wierszem i prozą (siedem tomików: pierwszy - 1782, ostatni -1792), wreszcie Pieśni nabożne (1792). W Zabawkach mieszczą się pomiędzy innymi Sielanki, Pieśni i Wiersze różne. Prawie wszystkie cechuje owa melancholia, którą Karpiński poczytywał za główne źródło poezji. 

Podobne prace

Do góry