Ocena brak

Formy zbiorowości

Autor /John Dodano /29.07.2011

Z jednej strony, po prostu jako narzędzie typologii różnych, prostszych i bardziej złożonych zjawisk społecznych. Ale z drugiej strony, jako schemat pewnego procesu krystalizowania się, komplikowania zbiorowości ludzkich, przechodzącego kolejne stadia od populacji, przez zbiór statystyczny, kategorię socjologiczną, kategorię społeczną, do grupy społecznej i organizacji społecznej. I odwrotnie, jako procesu dekon-strukcji, rozpadu grup czy organizacji, rozpływających się niejako w kategorie społeczne, socjologiczne, statystyczne i znikających w populacji.

Opisywaliśmy wcześniej, za Marksem, przejście od „klasy w sobie", a więc tylko obiektywnej kategorii socjologicznej o wspólnych interesach, do klasy wyposażonej w „świadomość klasową", a więc kategorii społecznej. Teraz możemy pójść dalej i zobaczyć, jak nawiązywanie realnej łączności między robotnikami tworzy z nich grupę społeczną zdolną do kolektywnego działania, a jak, z kolei, w jej ramach wyłania się organizacja, różnicują funkcje, pojawia przywództwo, rodzi reprezentacja polityczna. W tym momencie klasa staje się w terminologii Marksa „klasą dla siebie". Tak przebiega pełny cykl krystalizacji klas społecznych.

Zobaczmy inny przykład krystalizacji grupy o zupełnie odmiennym charakterze i innej skali. Przed laty opisywano katastrofę lotniczą, która zdarzyła się w Andach. Prześledźmy etapy tej historii. Najpierw jacyś ludzie, zupełnie niezależnie od siebie, kierując się różnymi motywacjami i mając różne cele, kupili bilety na pewien rejs. Z populacji wyłonił się zbiór statystyczny pasażerów, zwany „listą pasażerów" tego właśnie lotu: łącznie tylu a tylu, tylu mężczyzn, tyle kobiet, tylu dorosłych, tyle dzieci, tylu cudzoziemców, tylu krajowców itp. Kiedy znaleźli się razem na pokładzie, pojawiło się podobieństwo sytuacji: wszystkim razem zaczęło zagrażać pewne potencjalne niebezpieczeństwo, uświadomione im przez stewardesę prezentującą procedury awaryjne, we wspólnym interesie wszystkich był odtąd spokojny i terminowy przebieg lotu, wszyscy mieli takie same szansę, że tak będzie. Stali się więc kategorią socjologiczną. Świadomość tej wspólnoty była jeszcze zupełnie rudymentarna, niewyartykułowana; każdy zagłębił się na własną rękę w lekturze czasopism czy wyjął przenośny komputer.

Ale w pewnej chwili samolotem zaczęło gwałtownie rzucać, pilot zapowiedział ostrą „turbulencję". Pojawia się poczucie zagrożenia, świadomość, że wszyscy razem zamknięci jesteśmy w tym metalowym pudle, że dzielimy ten sam los. Krystalizuje się, choć jeszcze w stopniu minimalnym, więź subiektywna: zbiorowa solidarność i wspólna tożsamość. Pasażerowie stają się kategorią społeczną. Co więcej, zawiązują się kontakty i interakcje: zaczynają wymieniać opinie, dzielą się z sąsiadami niepokojem, opowiadają o jakichś zasłyszanych przypadkach katastrof, wspominają rodziny. Tymczasem samolot spada i rozbija się w górach. Cudem większość pasażerów przeżywa katastrofę. Interakcje nasilają się: pomagają sobie wyjść z samolotu, wynoszą rannych, pytają załogę, co się stało, co robić dalej. Pojawiła się więź behawioralna, stali się więc już grupą społeczną.

Znajdują się gdzieś wysoko w ośnieżonych górach, w zupełnym pustkowiu. Trzeba opatrzyć rannych, sklecić jakieś schronienie przed zimnem, znaleźć coś do jedzenia, próbować uruchomić radiostację i wezwać pomoc, ewentualnie wysłać kogoś w poszukiwaniu najbliższych osad ludzkich. Ujawnia się i aktywizuje nieistotne do tej pory zróżnicowanie zawodowe anonimowych dotychczas pasażerów. Znajduje się jakiś lekarz, jakiś cieśla, jakiś kucharz, jakiś meteorolog, jakiś amator alpinista. Dzielą między sobą zadania. Pojawia się też ktoś szczególnie opanowany, zdecydowany, aktywny, kto zaczyna kierować działaniami, mobilizować biernych, piętnować tych, którzy uchylają się od obowiązków czy wpadają w panikę. Wyłania się prosta organizacja, a grupa przeistacza się w grupę zorganizowaną. I zapewne dzięki temu historia kończy się happy endem. Grupa zdołała przetrwać dwa tygodnie, sprowadzić pomoc i uratować się.

Przykładem procesu przeciwnego mogą być losy klasy szkolnej po maturze czy członków oddziału wojskowego po wojnie. Regulacja normatywna przestaje ich obowiązywać, bo nie są już uczniami ani żołnierzami, słowem wychodzą z organizacji. Kontakty i interakcje stają się sporadyczne lub zanikają w ogóle. Grupa jako taka przestaje istnieć. Jakiś czas trwa jeszcze tożsamość „absol-wencka" czy „kombatancka" w ramach kategorii społecznej: „my z liceum Sobieskiego", „my Kościuszkowcy". Mogą pozostać czas jakiś pewne wspólne interesy typowe dla ludzi średnio wykształconych lub byłych żołnierzy, ale już nie specyficzne dla tych konkretnych licealistów czy wojskowych, lecz wchłonięte przez daleko szersze kategorie socjologiczne.

A w końcu byli przyjaciele pozostaną już tylko w statystykach szkolnictwa czy armii. Podobny proces dotknął zapewne pasażerów rozbitego samolotu. Gdy ich odnaleziono, traci sens i rozpada się stworzona spontanicznie organizacja. Jakiś czas trwają jeszcze wspólne interakcje, spotkania rodziny, nagrody i medale wręczane przez władze i firmę lotniczą za odwagę i determinację. Potem jest jeszcze pewna świadomość wspólnoty, podsycana przez szerokie relacje w mediach, popularność, status bohaterów. W końcu i to zanika, pozostają najwyżej wspólne interesy związane ze złożonymi pozwami o odszkodowania od linii lotniczych. I wreszcie także ta więź zanika, pozostaje już tylko statystyczna lista uratowanych pasażerów, każdy idzie swoją drogą, powraca do normalnego życia, rozpływa się w populacji.

Opisane przykładowe sekwencje mają charakter pełny, obejmują kolejno wszystkie etapy grupowej złożoności: komplikowania się lub rozpadu. Ale w rzeczywistości możemy spotkać rozmaite odchylenia od takiego schematu. Nie zawsze jest tak, że grupa społeczna ma u podstaw i realną, obiektywną wspólnotę jakiejś cechy, i subiektywną, świadomościową identyfikację czy poczucie tożsamości, i gęste, intensywne kontakty czy interakcje. Nie zawsze też ewoluuje w stronę grupy zorganizowanej. Może być i tak, że grupa powstaje w oparciu tylko o silne wyobrażenie wspólnoty i tożsamości, bez rzeczywistego podobieństwa interesów czy identyczności jakichś warunków obiektywnych. W dzisiejszej socjologii narodu i grup etnicznych podkreśla się, że te - bardzo silne przecież - wspólnoty, to w gruncie rzeczy, jak powiada brytyjski historyk B. Anderson, „wspólnoty wyobrażone", skonstruowane ideologicznie, „wmówione ludziom" bez mocnych podstaw realnych3. Nie znaczy to, że są mało istotne.

W świecie ludzkim wiara we wspólnych przodków, wspólnotę krwi, boskie nadanie, heroiczne dokonania, szczególne powołanie itp., nawet gdy całkowicie mityczna, ma bardzo realne konsekwencje, bo motywuje ludzi do realnych działań, na przykład podbojów, czystek etnicznych, morderczych wojen, eksterminacji obcych. Może być i odwrotnie: grupa istnieje mimo braku poczucia wspólnoty, solidarności, lojalności czy innych więzi subiektywnych. Przykład: grupa więźniów świeżo osadzonych w jednej celi. Intensywnym interakcjom nie towarzyszą żadne wzajemne emocje ani poczucie tożsamości zbiorowej. Mogą one oczywiście rozwinąć się, dopełnić w trakcie odbywania kary i niejako „pod prąd" typowej sekwencji.

Podobne prace

Do góry