Ocena brak

El Nino - POŻAR W PARKU YELLOWSTONE

Autor /Cyprian Dodano /23.09.2011

Po raz kolejny człowiek przekonał się, jak mierna jest jego kontrola nad światem przyrody. To, co natura "zepsuła", tylko ona sama mogła "naprawić". Na szczęście dla Florydy zbawienne deszcze nastąpiły już po kilku tygodniach. Wystarczyły odpowiednie wiatry, by wilgotność znad oceanu przesunęła się w głąb ładu i zamieniła w naturalna gasząca pompę.

O wiele mniej szczęścia miął najstarszy park narodowy na świecie, Yellowstone, podczas wizyty ostatniego El Nino dziesięć lat temu. Do dziś odwiedziny w Yellowstone przypominają terapie szokowa. Zamiast soczystej zieleni zaściełającej wzgórza - kilometry krajobrazu księżycowego: łyse stoki pokryte przerzedzona trawa, ponakluwane spalonymi kikutami drzew, każda plama sierści prześwieca przez spalony las jak światło latarki. Pewnie dlatego zwierzęta przestały zwracać uwagę na to, czy chodzą po stokach gór czy stoją na skraju szosy. Nic nie daje im przecież cienia ani ochrony.

Spustoszenie to wynik pożaru, który trawił Yellowstone nieprzerwanie przez ponad piec miesięcy. W jego wyniku prawie całkowicie spłonęła zachodnio-poludniowa cześć parku, łącznie 36 procent jego powierzchni. Jeżeli sytuacja powtórzyłaby się w tym roku, Yellowstone mogłoby praktycznie przestać istnieć. Nic wiec dziwnego, ze nadejścia tegorocznego lata wyczekiwano z niepokojem. Tym razem jednak apokaliptyczny palec El Nino oszczędził zachodnie tereny Ameryki. Od brzegów Kalifornii po Góry Skaliste w Kolorado ludzie narzekali raczej na nadmiar deszczu i chłodu niż zbytnia susze. Ostatnie śniegi ustąpiły z dolin Yellowstone dopiero na początku lipca, co oznaczało, ze nawet przy minimalnych opadach do końca sezonu wysokie nawodnienie ziemi będzie naturalna obrona przed pożarem.

Na początku maja 1988 roku nic nie wskazywało na nadciągająca katastrofę. Park regularnie nawiedzały wiosenne deszcze i burze. Jeżeli pojawił się pożar, las bez problemu sam dawał sobie rade z płomieniami. W ramach "niewtracania się" w życie leśnego ekosystemu opiekunowie Yellowstone nigdy nie gasili pożarów, wychodząc z założenia, ze SA one taka sama częścią życia parku, jak drzewa i zwierzyna. Dopiero w połowie czerwca warunki pogodowe diametralnie się zmieniły. Temperatury zaczęły się utrzymywać na poziomie 30 stopni Celsjusza, a wilgotność poszycia zmalała z normalnych 30 procent do 10 i poniżej. Inne tez były burze nawiedzające teraz park. Przeciągały prawie bez deszczu tylko ze zwiększona liczba błyskawic i nadzwyczaj porywistym wiatrem, czasami dochodzącym do 100 kilometrów na godzinę. Susza, błyskawice i wichury przygotowały idealna scenę pod pożar na nie spotykana do tej pory skale.

Pojawiając się w coraz to nowych miejscach, od maja do listopada w parku wybuchło aż 249 indywidualnych pożarów. Większość wzniecona została przez błyskawice, ale do dziewięciu przyczynili się ludzie. Największy pożar rozpoczął się 22 lipca. North Fok Firet, bo taka nazwę nadali mu strażacy, strawił ponad czterysta tysięcy akrów lasu, ocierając się niebezpiecznie o miasteczko Wet Yellowstone, o rezerwat słynnych gejzerów i gorących strumieni oraz o zabytkowy budynek Od Faithful Nin, największa na świecie konstrukcje wzniesiona z nie obrobionych sosnowych pni. Tylko przez jeden dzień, tzw. czarna sobotę, 20 sierpnia, North Fork Firet "pożarł" tyle lasu, ile normalnie spala się w wyniku naturalnych pożarów w ciągu dziesięciolecia. Nawet rzeki i asfaltowe drogi nie stanowiły zabezpieczenia przed szalejącym żywiołem. Płomień wyrastał na kilkadziesiąt metrów ponad wierzchołki drzew, co umożliwiało mu "przeskakiwanie" przez wszelkiego rodzaju barykady, tak naturalne, jak i te wznoszone przez strażaków. Ratunkiem okazał się dopiero pierwszy wrześniowy śnieg.

Zważywszy na rozmiar pożaru, ofiar w ludziach prawie nie było (zginęło dwóch strażaków), ale niebotycznie ucierpiały habitaty dzikich zwierząt. "Sprzątając" po pożarze na początku zimy leśnicy znaleźli setki martwych jeleni i łosi oraz kilkadziesiąt bizonów i niedźwiedzi.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Naukowcy zajmujący się badaniem Yellowstone twierdza, ze El Nino 1998 przyczyniło się do tego, na co park czekał od przynajmniej pięćdziesięciu lat. Cykl życia sosny, występującej w Yellowstone, wynosi zaledwie trzysta lat. Potem drzewo przestaje produkować nasiona i samoistnie obumiera. Jeżeli, jak oceniają leśnicy, ostatni pożar przeszedł przez park w początkach XVIII wieku, oznacza to, ze w drugiej połowie naszego wieku Yellowstone właśnie wkroczył w okres "najbardziej podatny na zniszczenie". Poza tym wysokie temperatury, wywoływane przez pożar SA wręcz konieczne, żeby z szyszek uwolniły się nasiona i w ten sposób pojawiła się gwarancja, ze miejsce starego lasu z czasem zajmie nowy. Zaś spalone drzewa to najlepszy "nawóz" dla odradzającej się ściółki.

Mimo tych przekonujących wywodów trudno się jednak oprzeć wrażeniu, ze ponure zgliszcza, jakimi do tej pory zasłany jest Yellowstone, SA o wiele rozleglejsze niż być powinny. A wraz z tym przychodzi refleksja jeszcze smutniejsza: jakże jesteśmy mali i nieporadni wobec kaprysów natury. Jak ciężka jest świadomość, ze chociaż sięgamy ku gwiazdom, nadal nie rozumiemy, co i dlaczego spotyka nas tu, na Ziemi.

Podobne prace

Do góry