Ocena brak

Ekspansja Stanów Zjednoczonych

Autor /vvv Dodano /14.03.2011

Nowe wynalazki komunikacyjne wydały natychmiastowe i najbardziej zdumiewające rezultaty w Ameryce Północnej. Pod względem politycznym Stany Zjednoczone wcielały, a ich konstytucja krystalizowała idee liberalne z połowy XVIII wieku. Nie było ani Kościoła państwowego, ani korony, ani jakichkolwiek tytułów, broniono zazdrośnie prawa własności, jako jednego z czynników wolności, oraz — z początku przedstawiało się to w praktyce rozmaicie w różnych stanach — prawie każdy dorosły obywatel płci męskiej miał prawo głosu. Sposób głosowania był barbarzyńsko pierwotny, wskutek tego  życie polityczne bardzo rychło dostało się pod władzę dobrze zorganizowanych machin partyjnych, co jednak nie przeszkadzało temu  świeżemu narodowi rozwijać energii i inicjatywy w znacznie większym stopniu, niż to było udziałem jakiejkolwiek nacji współczesnej.

Potem zaś zjawiło się to przyspieszenie lokomocji, o którym już wspominaliśmy. Jest rzeczą ciekawą, iż Ameryka, która najwięcej zawdzięcza tym przełomowym wynalazkom, bynajmniej nie odczuła ich nadzwyczajności, lecz kolej  żelazną, parowiec, telegraf przyjęła tak, jakby one stanowiły przyrodzoną część jej własnego rozwoju. Tak jednak nie było. Przyszły one właśnie w porę, aby ocalić jedność amerykańską. Dzisiejsze Stany Zjednoczone zawdzięczają swe istnienie parowcom rzecznym i kolejom żelaznym. Bez nich obecne Stany Zjednoczone, olbrzymia nacja kontynentalna, byłyby zgoła niemożliwe. Posuwanie się ku zachodowi szłoby o wiele bardziej ślamazarnie. Być może nie wyszłoby poza wielkie równiny centralne.

Trzeba było prawie dwustu lat planowego osadnictwa, aby ludność Ameryki od wybrzeży posunęła się aż do rzeki Missouri, która płynie mniej więcej w połowie kontynentu. Pierwszy stan, który założono poza tą rzeką, był stan Missouri, zawdzięczający swe istnienie parowcom (1821). Resztę zaś przestrzeni do Oceanu Spokojnego opanowano w paru dziesiątkach lat. Gdybyśmy rozporządzali ekranem i aparatem kinematograficznym, moglibyśmy pokazać interesującą mapę Ameryki Północnej, ze wszystkimi zmianami z roku na rok od 1600: małe kropki oznaczałyby setki ludzi, każda kropka jedną setkę, a gwiazdki miasta stutysięczne. Czytelnik mógłby  śledzić, jak te kropki w ciągu dwustu lat posuwały się z wolna wzdłuż wybrzeży i spławnych rzek, rozszerzając się jeszcze bardziej stopniowo na Indianę, Kentucky itd.

Nagle gdzieś około 1810 dokonywa się zmiana. Kropki ruszają się z większą szybkością z biegiem rzek. Kropki mnożą się i obejmują coraz większą przestrzeń. To parowce. Pierwsze kropki przeskakują szybko do Kansas i Nebraski, wychodząc od strony wielkich rzek. Po czym od 1830 zjawiają się czarne linie kolei żelaznych i małe, czarne kropki nie posuwają się już teraz, ale biegną. Wszędzie pojawiają się tak szybko, jakby je wydmuchiwano z rozpylacza. I nagle, tu i ówdzie wschodzą pierwsze gwiazdki wskazujące wielkie, stutysięczne miasta. Najpierw jedno lub dwa, potem całe mnóstwo miast, a każde z nich niby węzeł w wielkiej sieci kolei żelaznych.

Wzrost Stanów Zjednoczonych jest zjawiskiem bez precedensu w historii. Podobne społeczeństwo nie mogło istnieć przedtem, a jeśliby nawet powstało, bez kolei  żelaznych rozpadłoby się rychło na drobne państewka. Gdyby nie było kolei żelaznych lub telegrafu, łatwiej byłoby rządzić Kalifornią z Pekinu, niż z Waszyngtonu. Ale nie tylko to: Stany Zjednoczone zdobyły jeszcze większą jednolitość wewnętrzną.

Człowiek z San Francisco jest dziś bardziej podobny do człowieka z Nowego Jorku, niż sto lat temu człowiek z Wirginii do człowieka z Nowej Anglii. I ten proces asymilacji odbywa się nadal bez przeszkód. Kolej  żelazna i telegraf związały Amerykę w olbrzymie, jednolite społeczeństwo, mówiące, myślące i działające zgodnie. Niezadługo lotnictwo pospieszy z nową pomocą. To wielkie społeczeństwo Stanów Zjednoczonych jest czymś zupełnie nowym w historii. Istniały i przedtem wielkie państwa, liczące ponad 100 milionów ludności, ale były to zrzeszenia różnych narodów; nie powstał zaś nigdy przedtem jeden jedyny naród takich rozmiarów.

Ta nowa rzecz wymaga nowej nazwy. Mówiąc: Stany Zjednoczone, mamy na myśli kraj taki, jak Francja lub Holandia. Ale te dwie rzeczy są tak odmienne, jak automobil i jednokonna dorożka. Są one tworem różnych epok i różnych warunków; pracują w zupełnie odmienny sposób i z nierówną szybkością. Stany Zjednoczone pod Względem rozmiarów d możliwości są na połowie drogi między państwem europejskim a stanami zjednoczonymi całego świata. Zanim doszedł do dzisiejszej wielkości i bezpieczeństwa, naród amerykański miał okres groźnych konfliktów. Parowce rzeczne, koleje  żelazne, telegraf i podobne udogodnienia nie zjawiły się dość wcześnie, aby zapobiec coraz rosnącej rozbieżności interesów i poglądów między południowymi a północnymi stanami Unii. Pierwsze opierały się na niewolnictwie, drugie zaś składały się wyłącznie z ludzi wolnych. Koleje  żelazne i parowce zaostrzyły z początku ten konflikt.

Z postępem unifikacji, idącej za nowymi  środkami komunikacyjnymi, wysunęła się kwestia, kto ma osiągnąć przewagę: duch południowy, czy duch północny. Kompromis nie zdawał się być możliwym, Duch północny był wolny i indywidualistyczny; na południu zaś istniały wielkie majątki w rękach  świadomych swego prawa feudałów, panujących nad niewolniczym tłumem czarnoskórych. Każde nowe terytorium, które zmieniało się w nowy stan, w miarę posuwania się ludności na zachód, każda nowowcielona cząstka systemu amerykańskiego była polem walki między dwiema ideami: czy ma ona być stanem wolnych obywateli, czy też ma w nim przeważać system obszarniczy i niewolnictwo. Od r. 1833 amerykańskie towarzystwo do zwalczania niewolnictwa nie tylko opiera się rozszerzeniu tej instytucji, ale domaga się całkowitego jej zniesienia. Gdy Teksas przyłączył się do Unii, walka rozgorzała z całą siłą.

Teksas był pierwotnie częścią rzeczypospolitej meksykańskiej, lecz, silnie skolonizowany przez Amerykanów ze stanów „niewolnych”, odłączył się od Meksyku, ogłosił swą niepodległość w 1835, a w 1844 wszedł w skład Stanów Zjednoczonych. Prawo meksykańskie zabraniało w Teksas utrzymywania niewolników, teraz jednak południowcy starali się to znieść. I udało im się. Tymczasem rozwój żeglugi oceanicznej sprowadził z Europy do stanów północnych ogromne rzesze emigrantów; Iowa, Wisconsin, Minnesota i Oregon, wszystko północne kraje farmerskie, podniesiono do poziomu stanów, przez co północ zyskała przewagę w senacie i w Izbie Przedstawicieli.

Południowi hodowcy bawełny, obawiając się wzmożonego ruchu abolicjonistów i ich przewagi na Kongresie, zaczęli mówić o wycofaniu się z Unii. Południowcy marzyli o przyłączeniu Meksyku oraz Indii Zachodnich i o stworzeniu wielkiego państwa niewolniczego, odrębnego od Północy i sięgającego aż do Panamy. Powrót Abrahama Lincolna w 1860 zdecydował ten ruch separatystyczny. Południowa Karolina ogłosiła „orędzie secesji” i przygotowywała wojnę. Missisipi, Floryda, Alabama, Georgia, Luizjana i Teksas przyłączyły się do niej, a na zjeździe w Montgomery w stanie Alabama wybrano Jeffersona Davisa prezydentem „Skonfederowanych Stanów” Ameryki oraz przyjęto konstytucję specjalnie warującą niewolnictwo.

Abraham Lincoln był typowym przedstawicielem tego nowego narodu, który powstał po wojnie o niepodległość. We wczesnej młodości był cząstką tego ruchu ku zachodowi, o którym mówiliśmy. Urodzony w Kentucky (1809), dostał się jako chłopak do Indiany, a później do Illinois. W tych czasach ciężkie było życie w lasach Indiany; dom był zwykłą chatą z bierwion, położoną wśród dzikiej puszczy, gdzie mowy nie było o należytym wychowaniu dziecka. Ale matka wcześnie nauczyła go czytać, i Lincoln pożerał książki. W siedemnastym roku życia był to atletyczny młodzieniec, doskonały zapaśnik i biegacz. Przez jakiś czas był subiektem w sklepie, po czym założył własny interes do spółki z jakimś pijakiem i wlazł w długi, których nie mógł spłacić przez piętnaście lat. W 1834, mając zaledwie 25 lat, został wybrany do Izby Przedstawicieli ze stanu Illinois. W Illinois kwestia niewolnictwa była szczególnie gorąca, ponieważ wielkim zwolennikiem systemu niewolniczego był senator Douglas z Illinois.

Douglas był człowiekiem, wielkich zdolności i znaczenia; i przez kilka lat Lincoln walczył przeciw niemu mową i pamfletem, wyrastając z wolna na jego najgroźniejszego i w końcu zwycięskiego przeciwnika. Punktem kulminacyjnym tej walki były wybory na prezydenta w 1860; a czwartego marca 1861 Lincoln objął urząd prezydenta, w chwili gdy stany południowe oderwały się od rządu federalnego w Waszyngtonie i wystąpiły do otwartej wojny. Tę wojnę domową prowadziły improwizowane armie, które stale wzrastały z dziesiątek tysięcy do setek tysięcy — aż w końcu siły federalne liczyły przeszło milion  żołnierzy; walczono na wielkiej przestrzeni, między Nowym Meksykiem a wschodnim morzem, Waszyngton i Richmond były głównymi ogniskami wojny. Niepodobna tu opowiadać przebiegu tej epickiej walki, która toczyła się wśród lasów i gór Tennessee i Virginii aż do Missisipi. Krew się lała obficie i kraj niszczał strasznie. Atak wywoływał natychmiastowy kontratak; nadzieja ustępowała rozpaczy i znów powracała i znów kończyła się rozczarowaniem.

Zdawało się niekiedy,  że Waszyngton otoczyli konfederaci, to znów armie federalne posuwały się pod Richmond. Konfederaci, mniej liczni i gorzej wyposażeni, mieli znakomitego wodza, generała Lee. Dowództwo Unii przedstawiało się znacznie gorzej. Jednych generałów usuwano, drugich powoływano na ich miejsce; na koniec pod wodzą Shermana i Granta odniesiono zwycięstwo nad wyniszczonym południem. W październiku 1864 Sherman przełamał lewe skrzydło konfederatów i przemaszerował od Tennessee przez Georgię aż do wybrzeża, przez cały kraj konfederatów, po czym wrócił przez Karolinę, zachodząc z tyłu wojskom skonfederowanym.

Jednocześnie Grant trzymał generała Lee pod Richmond, dopóki Sherman się z nim nie połączył. 9-go kwietnia 1865 Lee wraz z całą armią poddał się w Appomattox Court House, a w ciągu miesiąca reszta wojsk secesjonistycznych złożyła broń, kładąc kres konfederacji. W tej czteroletniej wojnie ludność Stanów Zjednoczonych uczyniła olbrzymi wysiłek fizyczny i moralny. Zasada autonomii poszczególnych stanów była dla wielu rzeczą niezmiernie cenną, a przecież było widoczne,  że północ chciała narzucić swą wolę południowi. W stanach pogranicznych bracia i krewni, a nawet ojcowie i synowie walczyli przeciw sobie. Północ czuła, że sprawa jej jest słuszna, ale dla wielu owa słuszność była wątpliwa. Atoli Lincoln nie miał żadnych wątpliwości.

On jeden wśród powszechnego zamieszania widział jasno. Był za unią; był za powszechnym pokojem w Ameryce. Opierał się niewolnictwu, lecz niewolnictwo uważał za rzecz drugorzędną; główną jego troską było, aby Stany Zjednoczone nie rozpadały się na dwa walczące obozy. Kiedy w pierwszym okresie wojny Kongres i federalni generałowie byli za natychmiastowym ogłoszeniem wolności, Lincoln się temu sprzeciwił i miarkował ich entuzjazm. Był za wyzwoleniem stopniowym, opartym na odszkodowaniach. Dopiero w styczniu 1865 uznał sytuację za dojrzałą do zniesienia niewolnictwa na mocy osobnego artykułu konstytucji i wojna już była skończona, zanim stany ratyfikowały tę ustawę.

Kiedy wojna przeciągała się przez rok 1862 i 1863, pierwsze namiętności i porywy przeszły, i Ameryka zaznała wszelkich objawów wojennego znużenia i wstrętu. Prezydent ujrzał się otoczony defetystarni, zdrajcami, dymisjonowanymi generałami, wykrętnymi politykami partyjnymi, a poza nim stał naród zwątpiały i wyczerpany, a przed nim generałowie bez wiary i wojska bez zapału; jedyną jego pociechą było, że Jefferson Davis w Richmondzie znajdował się w nielepszym położeniu. Rząd angielski zachował się niestosownie: pozwolił agentom konfederacji zbudować i wyekwipować w Anglii trzy szybkie statki kaperskie — „Alabama” jest z nich najbardziej znana — które spędziły z morza flotę Stanów Zjednoczonych.

Armia francuska w Meksyku podeptała doktrynę Monroego. Z Richmondu wyszła propozycja zawieszenia broni, odłożenia przyczyn wojny do późniejszej dyskusji i skierowania wspólnych sił przeciw Francuzom w Meksyku. Ale Lincoln nie chciał o niczym słyszeć, dopóki nie zostanie uznana supremacja Unii. Amerykanie mogą podejmować taką akcję jako jeden naród, ale nie jako dwa narody. Lincoln podtrzymywał Stany Zjednoczone przez długie ciężkie miesiące niepowodzeń i jałowych wysiłków, w czarnych chwilach rozłamu i upadku ducha; a nigdzie nie ma wzmianki, aby kiedykolwiek zachwiał się w swych zamierzeniach. Były dni, kiedy nic nie było do zrobienia, kiedy siedział w Białym Domu milczący i bez ruchu, niby posąg stanowczości; i były dni, kiedy próbował rozerwać swój umysł, opowiadając żarty i anegdoty.

Widział triumf Unii. Wkroczył do Richmondu w dzień po jego poddaniu się i słyszał o kapitulacji generała Lee. Wrócił do Waszyngtonu i 11 kwietnia wygłosił swą ostatnią mowę. Mówił o zgodzie i odbudowie lojalnego rządu w zwyciężonych stanach. Wieczorem 14 kwietnia przybył do teatru Forda w Waszyngtonie i podczas przedstawienia padł zabity; strzelił do niego z tyłu pewien aktor, Booth, który wszedł niepostrzeżenie do loży; Booth miał do Lincolna osobistą urazę. Lecz dzieło było dokonane — Unia ocalona.

Z początkiem wojny nie było kolei żelaznej prowadzącej do wybrzeży Oceanu Spokojnego; po wojnie koleje  żelazne rozrosły się niby gałęzie jakiejś rośliny, która teraz znalazła warunki odpowiednie do rozwoju, i objąwszy całe olbrzymie terytorium Stanów Zjednoczonych, stworzyły z nich jedną niepodzielną duchową i materialną wspólnotę, największe prawdziwe społeczeństwo na świecie — największe, dopóki masy ludowe w Chinach nie nauczą się czytać.

Podobne prace

Do góry