Ocena brak

Dżuma - bohaterowie

Autor /Amelia Dodano /11.03.2011

Pierwszoplanową postacią utworu jest lekarz, doktor Bernard Rieux. Na czas dżumy pozostaje w Oranie z matką, która przybywa, by prowadzić mu dom (żona wyjechała do sanatorium). Nie ma obowiązków rodzinnych, więc całkowicie poświęca czas swoim pacjentom. Przyjmuje on zarazem funkcję kronikarza, jest narratorem opowieści o losach ludzi uwięzionych przez dżumę w Oranie.

Rieux pochodzi z ubogiej rodziny robotniczej. Swój zawód traktu­je jak powołanie, zawsze gotów jest służyć potrzebującym, bez względu na skalę potrzeb. Z ogromnym oddaniem przez większą część doby stara się ratować zarażonych dżumą. Jeszcze przed epide­mią biednych leczył bezpłatnie, teraz lekarz w ogóle nie patrzy na korzyści materialne, przemierza kilkakrotnie miasto, by dotrzeć do chorych. Nie dba o siebie, ale o zarażonych. Stale naraża dla nich własne życie.

Wygląd zewnętrzny doktora przedstawia w swoim notatniku Tarrou, jego późniejszy przyjaciel. Narrator wprowadza te słowa w formie cytatu.

Wygląda na trzydzieści pięć lat, średniego wzrostu. Mocne ramiona. Twarz niemal kwadratowa. Oczy ciemne i lojalne, ale szczę­ki wystające. Duży i regularny nos. Czarne włosy obcięte bardzo krótko. Usta łukowate, wargi pełne i niemal zawsze zaciśnięte. Wygląda trochę na sycylijskiego chłopa ze swoją opaloną skórą, czarnym włosem i ubraniami zawsze w ciemnych kolorach, w których jest mu jednak dobrze.

Chodzi szybko. Zstępuje z chodnika nie zmieniając kroku, ale najczęściej na przeciwległy chodnik lekko wskakuje. Jest roztargniony przy kierownicy swojego auta i często zostawia strzałki kierunkowe uniesione, nawet już po zakręcie. Zawsze z gołą głową. Wygląda na człowieka zorientowanego w sytuacji.” (24).

W innym miejscu narrator komentuje jego zmęczenie i stałą gotowość do pracy: Był mocny i odporny (61). Zmagań z chorobą nie nazywa bohaterstwem – Ta myśl może się wydać śmieszna, ale jedyny sposób walki z dżumą to uczciwość. Następnie dodaje: Nie wiem, czym uczciwość jest w ogóle. Ale w moim przypadku polega na wykonywaniu zawodu (109). Te słowa i świadomość, że Rieux jest również rozdzielony z żoną, stają się przełomem w życiu Ramberta. Dlatego dziennikarz postanawia przyłączyć się do walczących z epi­demią.

Rieux kilkakrotnie wypowiada się w taki sposób, że czytelnik dostrzega jego zdolność do analizy sytuacji, skłonność do uogól­nienia. Dżuma staje się okazją do przemyśleń o człowieku wobec zła.

Doktor mówi o sobie w sposób naturalny, nie uznaje swojej pracy za niezwykłą, nie ocenia i nie osądza innych. Rozumie, że każdy ma prawo wyboru, jak powinien postępować. O sobie mówi ze skrom­nością: Sądzę, że nie mam upodobania do bohaterstwa i świętości. Obchodzi mnie tylko, żeby być człowiekiem. [...] człowiek powinien bić się w obronie ofiar (167). Rieux podejmuje nawet ryzykowne środki, jak np. podanie serum dziecku sędziego, kiedy ono znajduje się o krok od śmierci. Stara się ratować ludzkie życie, jeśli jest choć­by cień nadziei. Przeżywa przedłużającą się agonię chłopca, jednak wie, że należało podać mu szczepionkę, ponieważ nie wolno się pod­dawać w walce z zarazą.

Tragiczne wypadki w Oranie prowadzą doktora Rieux do przeko­nania, że zło czai się zawsze i wszędzie pod różnymi postaciami i nie można uśpić czujności, bo wtedy zacznie ono dominować. Kiedy ludzie oddają się radości, zabawom, cieszą się, że skończyła się gehenna wielu miesięcy, Rieux zachowuje spokój. Wiedział bowiem to, czego nie wiedział ten radosny tłum i co można przeczytać w książkach, że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i bieliźnie, że czeka cierpli­wie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustkach i w papierach, i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście (200).

Wydarzenia i przeżycia podczas epidemii dżumy utwierdziły Rieux w przekonaniu, że najważniejszym zadaniem jest ratowanie życia ludzkiego i przeciwstawianie się złu w każdej sytuacji. Nikomu jed­nak nie narzucał swojego poglądu. Uznawał prawo Ramberta do szczęścia osobistego. Starał się zrozumieć zadowolenie Cottarda z wywołanego przez chorobę zamieszania. Chociaż został dotkliwie doświadczony przez los (ciężko chora żona, rozłąka z nią, później śmierć przyjaciela i żony), był opanowany, nie pogrążał się w roz­paczy. Oceniał ludzi jako zasługujących bardziej na podziw niż po­gardę, zdolnych do wielkich czynów i wyrzeczeń.

Postawa Rieux (poświęcenie, ofiarność, narażanie własnego życia dla innych, pogodzenie z utratą bliskich) nie była wynikiem wiary w Boga. Doktor uważał ją za przejaw wygodnictwa. Wiara pozwalałaby zostawić wszystkie sprawy Bogu. Postępowanie Rieux nie wynikało też z marzenia o uznaniu. Wyrastało ono z poczucia obowiązku zawodowego, uczciwości, buntu wobec zła. Sam starał się osiągnąć tę miarę człowieczeństwa, która wyraża się w obronie słabszych, poko­nanych, w obronie ofiar. Nie pouczał, nie wymagał niczego od innych, ale od siebie samego. Był człowiekiem prostym i uczciwym. Uważał, że zło płynie z niewiedzy i bez niej nie mogą powstać właści­we relacje międzyludzkie oparte na miłości i życzliwości.

Pomocnikiem a potem przyjacielem doktora Rieux został Jean Tarrou, który przyjechał do Oranu przed epidemią dżumy. Od początku swojego pobytu zajmował się obserwacją otoczenia i notowaniem swoich spostrzeżeń. Utrwalił różne momenty z życia miasta, opisy osób, miejsc, zachowań ludzkich w różnych sytuacjach, reakcji na dżumę i walki z chorobą. Jak wyjaśnia narrator, było to dlań ważne źródło informacji.

Narrator zauważa, że nic nie wiadomo o Tarrou, jednak zauważono, jak spędza czas. Spotykano go we wszystkich miejscach publicznych. Od początku wiosny zjawiał się często na plażach, pływając dużo i z widoczną przyjemnością. Dobroduszny, zawsze uśmiechnięty, wyglądał na przyjaciela wszystkich normalnych rozrywek, nie będąc ich niewolnikiem. W istocie znano tylko jedno jego przyzwyczajenie, a mianowicie stałe wizyty u tancerzy i muzyków hiszpańskich (20). Był to młody mężczyzna, palący papierosy, o ciężkiej sylwetce, o twarzy masywnej i porytej, zamkniętej szerokimi brwiami (13). Sprawiał wrażenie osoby tajemniczej.

Tarrou sam opowiada o swoim losie doktorowi Rieux, kiedy już ma pewność, że obaj są przyjaciółmi i mają podobne poglądy na życie i śmierć. Bohater ten pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny. Jego ojciec, prokurator, był dla niego autorytetem. Mając siedemnaście lat, Tarrou przeżył wstrząs – przekonał się, że ojciec jest zupełnie innym człowiekiem – w domu łagodny i opiekuńczy, na sali sądowej doma­ga się wyroków śmierci a później uczestniczy w egzekucjach, uznając je za prostą konsekwencję przestępstwa, za coś normalnego i właści­wego. Ucieczka młodego Tarrou z domu była krokiem ku wolności, realizacji ideałów, ale też początkiem biedy, wyrzeczeń, zmuszała do zdobywania środków do życia. Mówi o sobie: cierpiałem na dżumę długo przedtem, zanim poznałem to miasto i tę epidemię (160). Odtąd celem jego życia była walka przeciwko wszelkiej postaci „dżumy”, tzn. zła (nie ma w Europie kraju, w którego walkach nie uczest­niczyłem – 164).

Przeciwstawienie się zalegalizowanemu morderstwu, jakim jest kara śmierci, jest dla Tarrou tak samo istotne, jak zaangażowanie się w oddziałach sanitarnych w Oranie. Chociaż jest przybyszem, nie ma tu rodziny, mieszka w hotelu, jednak solidaryzuje się z dotkniętymi przez los ludźmi. Właśnie on poddaje doktorowi Rieux pomysł tworzenia grup pomocy dla personelu medycznego a następnie przy­stępuje do realizacji planu, dbając, by oddziały sanitarne rekrutowały się z ochotników. Sam również ofiarnie angażuje się w codzienne zadania. Stale naraża się na zakażenie, jednak nie myśli o tym. Uważa, że bierność byłaby równoznaczna z akceptacją zła. Jego poglądy wyrażają słowa: każdy nosi w sobie dżumę, nikt bowiem, nie, nikt na świecie nie jest od niej wolny. I trzeba czuwać nad sobą nieustannie, żeby w chwili roztargnienia nie tchnąć dżumy w twarz drugiego człowieka i żeby go nie zakazić. [...] Uczciwy człowiek nie zaraża niemal nikogo, to człowiek możliwie najmniej roztargniony (165-166). Ma mocno rozwinięte poczucie odpowiedzialności wobec innych. Jego wypowiedzi świadczą o głębokim przeżyciu i prze­myśleniu wydarzeń, które nim wstrząsnęły. Ocenia je w kategoriach dobra i zła, analizuje ich społeczne konsekwencje oraz wpływ na psy­chikę w wymiarze indywidualnym.

W swoim notatniku Tarrou zastanawia się nad pojęciem świętości. Inspiracją do tej refleksji jest zachowanie starego astmatyka mozolnie odmierzającego czas przez przekładanie z garnka do garnka ziaren grochu. Świętość może być pojmowana jako zespół przyzwyczajeń – jest wtedy możliwa bez wiary w Boga. Tarrou dostrzega różne zabawne przejawy zachowań – np. małego staruszka „polującego” przy pomocy śliny na koty. W takich sytuacjach ujawnia się jego poczucie humoru a nawet sarkazm. W istocie jest jednak człowiekiem bardzo wrażliwym, dostrzegającym cierpiących z powodu fizycznego bólu i samotności (opis przebywających w obozie kwarantanny, o których wszyscy zapomnieli). Jest to intelektualista o bogatym doświadczeniu życiowym, dla którego najważniejszą wartością jest człowieczeństwo. Jego śmierć pod koniec dżumy w Oranie wydaje się ironią losu – tak wiele poświęcił walce z chorobą, by ostatecznie nie obronić się przed nią, gdy już wyraźnie przyjęła odwrót.

Od dawna pacjentem doktora Rieux jest Joseph Grand – dziwak, sumienny urzędnik, który nie umie zadbać o swoje interesy, wytrwały pomocnik w rejestrowaniu przebiegu epidemii. W życiu osobistym (w małżeństwie z Jeanne) i zawodowym (w urzędzie merostwa) był osobą skromną, cichą, nieatrakcyjną i nieefektowną. Nie potrafił upomnieć się o odpowiednie wynagrodzenie (poczucie godności i taktu), ani zatrzymać przy sobie żony. Ciągle zapracowany i niedowartościowany, nie zauważył, jak Jeanne oddala się od niego. Po jej odejściu z domu nigdy nie przestał jej kochać, ale pragnął, by była szczęśliwa z innym mężczyzną, nie chciał, by obwiniała się o upadek ich małżeństwa.

Grand jest uosobieniem dobroci, troski o drugiego człowieka. Z zaangażowaniem ratuje niedoszłego samobójcę Cottarda, potem roz­tacza nad nim opiekę. Realizuje się też w pracy oddziałów sani­tarnych podczas epidemii dżumy. Marzył o uznaniu i przez długi czas przerabia i doskonali pierwsze zdanie swojego dzieła, które miało mu zapewnić sukces i wzbudzić zachwyt. W tym działaniu może wydawać się śmieszny, ale nie przestaje być człowiekiem przejętym swoim zadaniem, zawsze rzetelnie je realizuje. Józef Grand ma w sobie coś z postaci chaplinowskich. Jest śmieszny i zarazem poety­czny, prawdziwie człowieczy – Ten mężczyzna pięćdziesięcioletni, o żółtym i długim, zagiętym wąsie, wąskich ramionach i chudych członkach „pływał w ubraniach, które kupował zawsze zbyt wielkie, w złudzeniu, że będą się nosić dłużej”. I czyż nie stawał się mimowiednie, po chaplinowsku śmieszny, gdy wsadzał okrągły kapelusz na wielkie uszy lub, gdy wzruszony wycierał nos czymś podobnym do serwetki w kratę?5

Jest to postać niezwykle subtelna i uczuciowa. Świadczy o tym sto­sunek Granda do żony, która odeszła, pielęgnowanie pamięci ro­dziców, miłość do siostry i jej dzieci, zainteresowanie losem sąsiada, który przeżywa stan depresji. Jest też przejęty rozwijającą się w mieś­cie dżumą i przystępuje do pracy w oddziałach sanitarnych na miarę swoich możliwości i czasu – nie miał w sobie nic z bohatera, był teraz czymś w rodzaju sekretarza formacji sanitarnych (89). To mężczyzna, który w największej zawierusze i zagrożeniu jest w stanie się obronić, ponieważ zło tak naprawdę nie ma do niego dostępu. Przetrzymuje stan wysokiej gorączki, pokonuje dżumę we własnym organizmie i wraca do codziennych spraw o wiele mocniejszy – pisze list do Jeanne, na nowo rozpoczyna pracę nad swoim dziełem. Przed złem broni go zdolność do prawdziwej, głębokiej miłości.

Przedstawione wyżej osoby są do siebie podobne, zwłaszcza w jed­nym aspekcie, wszystkie angażują się w walkę z dżumą i czują się solidarne z zagrożonymi epidemią mieszkańcami Oranu. Inną postawę reprezentuje Raymond Rambert, bohater ukazany w proce­sie przemiany wewnętrznej, który po długim czasie obojętności wobec spraw tego miasta ostatecznie „przechodzi na stronę” pokrzy­wdzonych i z wielkim zaangażowaniem przystępuje do walki z zarazą.

Rambert przybył do Oranu na krótko przed dżumą, by wypełniać tu swoje dziennikarskie obowiązki. Na zlecenie paryskiego dziennika miał przeprowadzić ankietę dotyczącą życia Arabów w tym mieście. Rozwój epidemii zatrzymuje go tu na dłużej. Rambert nie umie pogodzić się z tą sytuacją, jest rozdrażniony i niecierpliwy, pragnie za wszelką cenę wyrwać się poza bramy, by wrócić do Paryża, do ukochanej kobiety. Uważa, że nic go nie łączy z orańczykami (Aleja nie jestem tutejszy – 58), że ma prawo do osobistego szczęścia. Uczu­cie jest dla niego miernikiem wartości człowieka. Sam z wielką siłą przeżywa namiętną miłość, o czym mówi wprost, domagając się zrozumienia i pomocy. Krytykuje dążenie do bohaterstwa i śmierć dla idei (doświadczenie walk w Hiszpanii). Mówi: wiem, że człowiek jest zdolny do wielkich czynów. Ale jeśli nie jest zdolny do wielkiego uczu­cia, nie interesuje mnie (108).

Dziennikarz podejmuje wiele starań, by wydostać się z Oranu. Najpierw są to próby legalnego opuszczenia miasta, później ucieczka do metod sprzecznych z prawem. Kiedy po wielu trudach i komp­likacjach Rambert ma już pewność, że będzie mógł wyjść poza bramy, nieoczekiwanie rezygnuje z tego zamiaru. Uświadamia sobie swoje związki z ludźmi stąd (wcześniej mówił, że nic ich z nimi nie wiąże) i pragnie zostać, by dalej pracować w grupach sanitarnych (przystąpił do pomocy, gdy zrozumiał, że nie tylko on jest rozdzielony z najbliższą osobą, ale zamierzał opuścić Oran, gdy tylko nadarzy się sposobność). Rambert powiedział, że nadal wierzy w to, w co wierzył, ale byłoby mu wstyd, gdyby wyjechał. Przeszkodziłoby mu to kochać kobietę, którą zostawił (137). Nie chciał być szczęśliwy tylko sam, podczas gdy tak wielu ludzi, z którymi zetknął go los, nadal cierpi. Zrozumiał, że sprawa walki z dżumą dotyczy wszystkich, także jego. Miłość do kobiety, pragnienie jej bliskości ustępują miejsca soli­darności z ofiarami dżumy. Za każdym razem jednak chodzi o uczu­cie. Rambert przypomina trochę bohatera romantycznego, który na skutek przeszkód nie mógł realizować się w związku z ukochaną, więc poświęcał się dla narodu. Bohater Dżumy jest jednak szczęśliwie zakochany, a jego decyzja pozostania w Oranie to wynik dojrzałego, świadomego wyboru związanego z wyrzeczeniem się na jakiś czas szczęścia osobistego.

W wyglądzie zewnętrznym Ramberta zwracają uwagę inteligentne oczy, sportowy strój i niepokój objawiający się w szybkich ruchach. Na początku sprawia wrażenie człowieka, który jest zadowolony z życia. Później jego napięcie emocjonalne i rozdrażnienie narasta, by osiągnąć punkt kulminacyjny i nagle opaść. Gwałtowność ruchów i walka o szczęście osobiste ustępują spokojnemu i racjonalnemu działaniu na rzecz ogółu.

Rieux, Tarrou, Grand i – pod koniec epidemii – Rambert reprezen­tują stanowisko współczucia i pomocy potrzebującym bez odwoływa­nia się do motywacji religijnej. Po prostu nie mówią o Bogu, zaś inni deklarują poglądy ateistyczne. Wśród nich wyjątkową postacią jest jezuita, ojciec Paneloux. W toku wypadków zmienia on zdanie na temat źródeł zarazy, jednak stale trwa przy Bogu. Jest to postać de­nerwująca i rażąca schematycznością zachowań, jednak wraz z przemianą i przewartościowaniem poglądów czytelnik zdobywa się na akceptację, a nawet uznanie dla zakonnika. Ojciec Paneloux jest doskonałym kaznodzieją i dlatego właśnie jemu powierzono zakończenie tygodnia modlitw w Oranie. Jest człowiekiem gruntow­nie wykształconym, znającym teologię, filozofię (zwłaszcza św. Augustyna), orientuje się w rozwoju Kościoła w Afryce. Ma dar pięknej wymowy. Pierwsze kazanie, zanotowane w obszernych fragmentach przez Tarrou, brzmi groźnie i demagogicznie. Dżuma jest według jezuity karą za grzechy, wśród których wystarczającym uchy­bieniem wobec miłości Bożej jest ludzka obojętność, bierna i pozor­na wiara. Paneloux wzywa wszystkich, by zwrócili się do Boga.

Ów uczony i wojujący jezuita [...] był bardzo poważany w [...] mieś­cie (16). Z natury był porywczy i namiętny (63). Jego kazanie wywołało ogromne wrażenie. Reakcje były jednak różne. Doktor Rieux przyjął stanowisko kaznodziei jako wynik abstrakcyjnego myślenia. Lekarz, który spotyka się ze śmiercią i cierpieniem, podob­nie jak doświadczony proboszcz parafii, widzi sprawy zupełnie inaczej. Z czasem Paneloux przystępuje do pracy w oddziałach sani­tarnych, obserwuje potworne żniwo dżumy. Największym wydarze­niem w jego życiu i bodźcem do weryfikacji dotychczasowych poglądów staje się przedłużona agonia synka sędziego Othona. Rzu­cające się w bolesnych konwulsjach dziecko, wyniszczone przez chorobę, zupełnie bezbronne, nie mogło przecież być grzesznikiem ukaranym przez Stwórcę.

Paneloux zmienia sposób myślenia. Kiedy wygłasza swoje drugie kazanie, nie przyjmuje już grzmiącego tonu, rezygnuje z formy „wy” na rzecz „my”, a więc utożsamia się z mieszkańcami miasta. Z pozy­cji łatwego i prostego chrześcijaństwa (dobro – zło, wina – kara) prze­chodzi na stronę wiary wymagającej – należy przyjąć od Boga cier­pienie, nawet jeśli wydaje się zaskakujące, niezrozumiałe. Wobec ogromu nieszczęść, jakie spadły na Oran wraz z dżumą, można tylko całkowicie i bezwarunkowo wierzyć lub odrzucić Boga. Wszelkie spekulacje i próby rozumowego wyjaśniania epidemii zesłanej przez Boga nie mają sensu.

Jezuita staje się skromnym i pokornym sługą wobec cierpiących i sam przyjmuje ból i chorobę, by zadośćuczynić Bogu. Odrzuca pomoc medyczną, ze swoich cierpień chce uczynić ofiarę. Związek Paneloux z Bogiem był abstrakcyjny, teoretyczny, wyrozumowany. Jego pojmowanie zła było zbyt jednoznaczne i proste. Rzeczywistość epidemii zmusiła go do weryfikacji poglądów i zbliżyła do wiary praktycznej, w której mógł ofiarować siebie dla innych, poprzez miłość bliźniego naprawdę zbliżyć się do Boga. Ten nowy ojciec Paneloux jest bliższy doktorowi Rieu, Tarrou i Grandowi, a także czytelnikom, bez względu na to, czy są wierzący, czy nie. Wynikiem nowego myślenia jezuity jest nawoływanie do czynnej postawy. Nie należy słuchać tych moralistów, którzy powiadają, że trzeba paść na kolana i poniechać wszystkiego. Trzeba tylko iść naprzód w ciemnoś­ciach, trochę na oślep i próbować czynić dobrze. Jeśli zaś idzie o resztę, trwać i zdać się na Boga, nawet wówczas, gdy jest to śmierć dzieci, i nie szukać pomocy dla siebie. [...] miłość do Boga jest trudną miłością. Zakłada całkowite wyrzeczenie się samego siebie, i pogardę dla własnej osoby (149). Taką postawę realizował od początku dżumy doktor Rieux, będąc ateistą, a potem również jezuita, ojciec Paneloux.

Paneloux to postać, która inspiruje do dyskusji na temat źródeł zła i jego rozumienia w ramach doktryny chrześcijańskiej. Camus opowiada się raczej za laickim humanizmem reprezentowanym przez porte-parole autora – postać doktora Rieux.

Wśród wyeksponowanych bohaterów dżumy daje się zauważyć Cottard – postać nietuzinkowa, o szczególnych cechach i niezwykłej biografii. On jeden jest zadowolony z epidemii, ponieważ stwarza mu ona swoistą ochronę – w ogólnym zamieszaniu nikt nie interesuje się dawnymi sprawkami starego rentiera. Przestępstwo, które ukrywa Cottard, było zapewne wielkiej rangi, skoro zdecydował się na samobójstwo, a potem, gdy znowu stracił poczucie bezpieczeństwa (cofanie się dżumy), na ucieczkę i strzały oddawane w obłędzie. Jest to osoba tajemnicza, małomówna. Cottarda nie zna bliżej nawet najbliższy sąsiad, Grand, który uratował mu życie. Był to człowiek zamknięty i cichy, który przypominał trochę dzika. Dom, skromna restauracja i dość tajemnicze wypady to było całe życie Cottarda. Oficjalnie występował jako przedstawiciel firmy win i lakierów. Od czasu do czasu odwiedzało go kilku ludzi, zapewne jego klientów. Niekiedy szedł wieczorem do kina znajdującego się naprzeciw domu. Urzędnik zauważył nawet, że Cottard lubił oglądać filmy gangster­skie. Przedstawiciel był zawsze samotny i nieufny (39). Z czasem – według Granda – Cottard się zmienił, starał się zjednać sobie ludzi.

Dżuma stworzyła Cottardowi okazję do nowych ciemnych interesów. Nie angażował się w walkę z epidemią, ponieważ dzięki niej dorabiał się na różnych spekulacjach. Zajmował się kontrabandą towarów, pośredniczył w załatwieniach związanych z nielegalnym opuszczeniem miasta. Właśnie on starał się ułatwić wyjście za bramę Rambertowi. Jego zachowanie podczas epidemii jest odmienne od postępowania pozostałych bohaterów. Podobnie rzecz ma się, kiedy dżuma zostaje pokonana. Wówczas wszyscy wokół bardzo się cieszą lub przynajmniej oddychają z ulgą, zaś Cottard wpada w panikę. Kiedy orientuje się, że jest osobą poszukiwaną, narasta jego lęk i ostatecznie wpędza go w obłęd. W panice strzela ze swojego okna do rozbawionego tłumu, nie patrząc, kogo dosięgną kule. Ostatecznie zostaje schwytany przez policję. Jest to postać uosabiająca zło, „współpracująca z dżumą”, a więc po prostu kolaborant, by użyć ter­minu na określenie podobnej postawy w okresie II wojny światowej.

 

 

Do góry