Ocena brak

Dzieje pewnej kariery - Granica

Autor /Albinos Dodano /04.06.2013

Historia, którą się tutaj zajmiemy, przedstawiała się tak: Pewien młody człowiek, zdolny i pracowity, lecz pełen kompleksów i niezgrabny, zakochał się w pannie z tak zwanej mieszczańskiej rodziny. Zakochał się miłością chłopięcą i idealną, ale bez wzajemności. Po latach studiów zagranicznych wraca w swoje ro-rodzinne strony. Jest już człowiekiem światowym, pewnym siebie, traktującym życie konkretnie. W czasie wakacji w rodzinnym domu na wsi urozmaica sobie czas romansem ze służącą. Ale potem znów spotyka dziewczynę' którą kochał jako chłopiec, i uczucie wraca.

Jest nadal idealne, lecz już dojrzałe, męskie i— odwzajemnione. Lecz oto — jak w osiemnastowiecznej komedii, gdzie zawsze na scenie zjawia się ten, kogo się w danej chwili najmniej spodziewamy — do miasteczka przybywa owa uwiedziona wiejska służąca. A zaręczony właśnie „panicz” nie ma nic przeciwko temu, aby idealną miłość do „panienki” uzupełnić zmysłową miłością ze służącą. Służąca spodziewa się dziecka.

Bohater zaś chce się żenić, ale nie ze służącą, rzecz jasna. Sytuacja staje się bardzo niezręczna, tym bardziej że służąca jest lokatorką domu należącego do rodziny owej dobrze wychowanej panny. Ostatecznie bohater wyznaje sWo-je grzechy narzeczonej, narzeczona szlachetnie mu wybacza, dłużąca godzi się nie urodzić dziecka. Potem odbywa się ślub, a tuż przedtem — by szczęście było zupełne — bohater otrzymuje bardzo wysokie stanowisko w administracji państwowej. Ale tu rzecz zaczyna się komplikować. Kiedy naszemu bohaterowi rodzi się syn, służąca przypomina sobie własne krzywdy i własne nie spełnione pragnienia macierzyńskie. Popada w rozstrój nerwowy i przez dłuższy czas zatruwa życie szczęśliwemu małżeństwu. A w końcu swemu dawnemu kochankowi, dygnitarzowi, wypala oczy kwasem solnym. Jak przedtem szczęście, tak teraz nieszczę*-ście musi się dopełnić. Nieco wcześniej, na swym wysokim stanowisku, nasz bohater zaakceptował pewne niewłaściwe posunięcia.

I tragedii miłosnej towarzyszy klęska polityczna. Historia kończy się samobójstwem. 

Mamy oto najbardziej konwencjonalny, najbardziej ograny i płaski schemat literacki. Nie pochodzi on jednak z żadnego utworu „literatury brukowej”, z żadnej „szmiry” w rodzaju Trędowatej, choć swoją banalnością bije ten ostatni utwór na głowę. Było to krótkie streszczenie jednej z najwybitniejszych, jak się powszechnie uważa, powieści polskich dwudziestolecia międzywojennego. Jest to mianowicie historia Zenona Ziembiewicza, Elżbiety Bieckiej i Justyny Bogutówny.

Nikt nie będzie się upierał, że probematyka Granicy jpokrywa się z treścią niniejszego schematu. Wynika z tego, że nie akcja, nie sam bieg zdarzeń były dla Nałkowskiej rzeczą ważną. Ważne było to, co na tym schemacie — jak na rusztowaniu — zostało zawieszone. Samo rusztowanie ginie wśród problemów, które podtrzymuje — najistotniejszych problemów społecznych i politycznych odrodzonego Państwa Polskiego, najistotniejszych problemów moralnych człowieka XX wieku. Dlaczego jednak osadzono je w tak banalnej akcji? Dlaczego utwór społeczny i psychologiczny posiada podwaliny trzeciorzędnego romansu?

Otóż wiele wskazuje na to, że tak banalnym schematem, bynajmniej tej banalności nie ukrywając, posłużyła się autorka celowo. Posłużyła się zaś dlatego, aby pomóc czytelnikowi w znalezieniu odpowiedzi na nękające bohaterów pytanie (pytanie, będące także sprawą czytelników): jacy jesteśmy, czy tacy, jak sami sądzimy, czy tacy, jak sądzą inni. Przedstawiony na wstępie schemat to był sąd „innych”.

Jeśli w trakcie lektury Granicy nie razi nas banalność fabuły, -to przede wszystkim z tego powodu, że wspomniany schemat zostaje bardzo swoiście przekształcony. Pozostają te same fakty, które uwzględniliśmy -w naszym streszczeniu, zmienia się natomiast ich interpretacja. Na dzieje trojga bohaterów spoglądamy bowiem ach oczyma, bierzemy zatem pod uwagę ich wewnętrzne, jednostkowe i niepowtarzalne racje, całą tę subiektywną sferę ich życia, która zwykle umyka z pola widzenia postronnych obserwatorów i sędziów.

Autorka zastosowała tu tzw. narrację z punktu widzenia postaci i łatwo stwierdzić, że istotnie dzieje Elżbiety zostały przedstawione tak, jak o n a je widzi, dzieje Zenona znów — z jego stanowiska. Jednakże wcielając się w mentalność bohaterów, korzystając z ich sposobów widzenia świata, nie staje autorka po niczyjej stronie. Nikogo nie darzy swoją osobistą sympatią. Zmienia swe punkty widzenia. Pozostawiając bohaterom prawo do subiektywnego sądu, wprowadza zarazem szereg innych — również subiektywnych — sądów o nich. W ten sposób w utworze krzyżują się różne, często nawzajem sprzeczne punkty widzenia i kryteria ocen. Nikt nie ma racji zupełnej, ale też nikt nie jest całkowicie pozbawiony racji.

Dramat Elżbiety i Zenona według ich własnej oceny ma wymiary tragedii. To, co ich spotyka, jest bowiem sprawą ich jedynego przecież i niepowtarzalnego życia. I oto nasz schemat znika. Ale wystarczy na to samo popatrzyć z zewnątrz, z perspektywy „tłumu”, abyśmy otrzymali najpospolitszą w świecie historię. I takim stanowiskiem małomiasteczkowego „gapia” i plotkarza narrator również nie gardzi.

Nałkowska rezygnuje z ustalonego w dziewiętnastowiecznej powieści realistycznej prawa narratora do wydawania autorytatywnych sądów o bohaterach. Świat przedstawiony w Granicy sądzi się sam. Autorka natomiast aranżuje takie sytuacje, w których liczne obce osoby spotykają się jako mniej lub bardziej zaangażowani uczestnicy i mniej lub bardziej obojętni świadkowie tego samego wydarzenia; osoby pochodzące z różnych, zupełnie odmiennych sfer rzeczywistości, obdarzone odmienną kulturą, wrażliwością, pozycją życiową. Ich punkty widzenia, ich opinie zderzają się nawzajem w ostrych przeciwstawieniach. W kłębowisku tych sprzecznych racji rozgrywa się prowincjonalny dramat, dła jednych banalny i nieważny, dla innych oburzający, dla jeszcze innych tragiczny- Tak więc ów dramat, owa akcja główna utworu* staje się katalizatorem wyzwalającym rozmaite sądy, rozmaitejpo-glądy i reakcje bohaterów. Autorka zaś stara się wszechstronnie zanalizować psychologiczne, sytuacyjne i socjalne uwarunkowania takich lub innych stanowisk i zachowań. Dzięki temu utwór przekształca się w obszerną panoramę społeczną i obyczajową i w szereg wnikliwych studiów psychologicznych.

Sprawy rozgrywające się w mieszczańskim salonie stanowią zgoła odmienny problem dla bywalca tegoż salonu niż dla mieszkańca sutereny; inaczej wyglądają z okien szlacheckiego dworku, inaczej z tarasu willi prezydenta miasta i jeszcze inaczej z pozycji studenta na wakacjach. Dla kucharki obiad nie jest tym samym, co dla uczestnika biesiady.

Zasadnicze pytanie książki: jacy jesteśmy, czy tacy, za jakich sami się uważamy, czy tacy, za jakich uchodzimy w oczach innych — nie uzyskuje tu wbrew pozorom jednoznacznej odpowiedzi. Pojawia się tylko indywidualna odpowiedź bohaterki, usiłującej w kategoriach moralnych zanalizować przyczyny własnej klęski. Ale też główny problem książki nie do odpowiedzi się sprowadza, lecz właśnie do pytania.

Po raz pierwszy chyba w prozie polskiej w tak wyraźnej formie pojawia się zagadnienie względności ocen postępowania ludzkiego i niewystarczalności ocen jednostkowych. Nie jest to jednak objaw relatywizmu etycznego autorki. Stan ten został w powieści przedstawiony wyraźnie jako zasadniczy brak rzeczywistości, jako jej skaza. Bohaterowie Granicy żyją w świecie rozpadających się wartości, gdzie dotychczasowe systemy norm i ocen postępowania są już niewystarczające. Inna jest moralność zanikającej już arystokracji, inna drobnej szlachty, inna urzędników państwowych i mieszczaństwa. W każdym wypadku ta „kastowa moralność” jest pozorna, fałszywa, usiłująca wyminąć i zignorować autentyczne problemy współczesności.

Świat przedstawiony w Granicy stracił dawną stabilność i określoność. Jest to z jednej strony świat rozsypujący się i martwy, żyjący na konto przeszłości, zapatrzony w to, co było niegdyś, z drugiej — świat trudno uchwytnych, niejasnych jeszcze zarysów narastającego „nowego”. Coś umiera, coś się rodzi. Pewniejsze, bo znane, jest to, co umiera, ale opowiadając się po stronie tego, co umiera, człowiek traci kontakt z tym, co się rodzi i co w konsekwencji może obrócić się przeciwko niemu. Dlatego też bohaterowie utworu są przedstawieni albo jako skazani na śmierć, jako żywe trupy, albo stawiani w sytuacjach skrajnych, granicznych, gdzie każdy wybór, każda decyzja powzięta lekkomyślnie, zbyt jednostronnie kw myśl nawyków — może się obrócić przeciwko nim samym.

Przez świat utworu przebiega szereg linii granicznych. Rzeczywistość rozpada się na liczne osobne strefy o pozornej jednak autonomii. Strefy, między którymi dotąd nie było nic wspólnego, zaczynają się wzajemnie przenikać, nakładać się na siebie. Granice między nimi są niepewne, ruchome, przemieszczające się z dnia na dzień. Wszystkie sytuacje, w które uwikłani są bohaterowie, to miejsca przecięcia się takich ruchomych granic. Każdy wybór dokonany po jednej stronie jakiejś granicy okazuje się natychmiast niesłuszny, gdy bohater znajdzie się pó drugiej stronie albo gdy ocenia go ktoś żyjący po tej drugiej stronie. Ziembiewicz mógł bezkarnie uwodzić służącą jako „panicz z Boleborzy”, ale konsekwencje tego postępowania dosięgną go jako „przyzwoitego mieszczanina” i „nowocześnie myślącego człowieka”. Mógł jako ubogi student wziąć stypendium od przedstawiciela prawicowej partii, ale kilka lat później jako polityk będzie się musiał w konsekwencji wyrzec swoich przekonań. Jego akces polityczny stanie się automatyczny i niemal mimowolny. Ale nie będzie już w stanie wyrzec się odpowiedzialności za masakrę manifestantów, której dopuściły się władze. Granice są nieuchwytne. Ale są bezwzględne.

I tylko jeszcze stara Kolichowska ma przywilej przebywania w przeszłości i prawo widzenia tyjko tego, co dzieje się po jednej stronie mur u oddzielającego ogród od podwórza. Tylko starzy Ziembiewiczowie mogą żyć wyłącznie w świecie ograniczonym miedzami Boleborzy. Elżbiecie mieszczańskie poczucie pewności burzy fakt, że po drugiej stronie granicy wrze niepokój, że po drugiej stronie ogrodowego muru panują inne prawa, że poza parterem i pierwszym piętrem istnieje świat suteren. I czuje, że ten świat „spoza granicy” także jej dotyczy, że w swoich decyzjach pomijać go nie ma prawa.

Zenon postępuje tak, jakby nie było granic, które trzeba ciągle od nowa przekraczać. Postępuje tak, jakby wszystko, co go dotyczy, odbywało się niezmiennie „po tej samej stronie”. Jakby nie trzeba było w każdej chwili dokonywać nowych wyborów, 'opowiadać się po którejś ze stron. Pozwala, by świat dokonał za niego wyboru. I nie umie już potem zdać sobie sprawy, c o świat za niego wybrał i w którym momencie. I co mu przeznaczył. Pęzftra-la, by świat potraktował go jak rzecz, jak przedmiot. Elżbieta^ mimo skrupułów, pozwala, by wyboru dokonał za nią Zenon. Miłość zwalnia ją — jak przez chwilę sądzi — od odpowiedzialności za te obszary, które — pozornie tylko — rozpościerają się p o z a ich miłością. I świat również zamienia ją w rzecz. Dlatego klęska spada na nich oboje niespodzianie, a jej ciężaru nie można już przerzucić na świat otaczający. Elżbieta próbuje ją jedynie zrozumieć, lecz nie zdobywa się na żadną aktywność. Zenon ucieka nawet przed próbą zrozumienia, popełniając samobójstwo.

Tak oto banalna historia romansowa przekształca się w analizę stanu duchowego człowieka XX wieku i w analizę świata, w którym ów człowiek żyje. Pojawia się dramat człowieka, który traci panowanie nad światem i nie umie już rozeznać się w rzeczywistych sensach własnych działań. Przedłużeniem tego dramatu zajmowało się wielu innych pisarzy XX wieku. Jego punkt kulminacyjny, punkt, w którym wszelkie granice. przestały istnieć, opisywali Borowski, Kruczkowski, Różewicz i sama Nałkowska w utworze o całkiem innym charakterze i na pozór zupełnie innej problematyce pt. Medaliony. W istocie jednak był to ciągle ten sam dramat, mówiący o przemianie ludzi w rzeczy.

Podobne prace

Do góry