Ocena brak

Czy globalizacja zniszczy tożsamość narodów, czy raczej poszerzy granice wolności jednostek?

Autor /Lauren Dodano /20.04.2011

 

NAJBARDZIEJ podstępne ataki na globalizację nie dotyczą gospodarki, problemów społecznych, etnicznych, a przede wszystkim kulturalnych. Argumenty w tej kwestii ujawniły się okazji starć w Seattle w 1999 r. i zostały powtórzone ostatnio w Davos, Bangkoku i Pradze. Oto one:.

Zniknięcie granic narodowych w świecie już zjednoczonym przez rynek będzie śmiertelnym ciosem dla kultur lokalnych i narodowych, dla tradycji, nawyków, obyczajów i mitów, które stanowią o tożsamości każdego państwa narodowego i każdego regionu.

Ponieważ świat nie jest w stanie przeciwstawić się inwazji produktów kultury pochodzących z krajów rozwiniętych - a ściśle mówiąc ze Stanów Zjednoczonych, jedynego supermocarstwa - nieuchronną tego konsekwencją jest to, że kultura Ameryki Północnej zdominuje w końcu wszystko, zuniformizuje świat i zniszczy różnorodną florę jego kultur. W ten sposób wszystkie inne narody, nie tylko najsłabsze utracą swoją duszę, swoją tożsamość i staną się w XXI wieku niczym więcej tylko koloniami, karykaturą stworzoną według norm kulturowych nowego imperializmu, który nie tylko opanuje świat dzięki swej potędze wojskowej finansowej oraz przodującej nauce, także narzuci innym swój język, sposób myślenia, wierzenia, swoje rozrywki, a nawet sny. Ten koszmar czy negatywna utopia - świat, który z powodu globalizacji traci swoją różnorodność językową i kulturalną i zostaje kolonizowany przez Stany Zjednoczone. Podsycana niechęć supermocarstwa ta mania prze­śladowcza ujawnia się również w kra­ch bogatych o starej kulturze. Najbardziej znanym przypadkiem jest Francja, gdzie często zdarzają się sądowe kampanie w obronie narodowej tożsamości kulturowej, której zagraża globalizacja. Bardzo wielu intelektualistów niepokoi możliwość, że ojczyzna Montaigne'a, Kartezjusza, która przez długi czas dyktowała prawa w dziedzinie mody i sztuki, myśli i kuchni, może paść ofiarą inwazji McDonald'sa, pizzy Hut, kentucky fried chicken, roca, rapu, hollywoodzkich filmów, dżinsów, sneakersów i T-shirtów. Te obawy kazały hojnie wspomagać narodową kinematografię, a nawet dyskutować nad tym, czy kina nie powinny obowiązkowo wyświetlać pew­nej liczby filmów krajowej produkcji i czy nie należy ograniczyć importu filmów amerykańskich. I właśnie, dlatego władze niektórych francuskich miast postanowiły karać grzywną za rekla­my, w których język Moliera jest zanieczyszczony anglicyzmami (przecha­dzając się ulicami Paryża, musimy jednak stwierdzić, że ta bitwa została przegrana).

 

W rozpoczynającym się właśnie wieku świat będzie mniej malowniczy, koloryt lokalny będzie uboższy w porównaniu ze światem, który minął. Zanikają świę­ta, ceremonie, zwyczaje, rytuały, wierzenia, które w przeszłości nadawały ludzkości niezwykłą różnorodność folklorystyczną i etnologiczną. A jeśli nie znikają, ograniczają się do nieznacznej mniejszości, podczas gdy większość społeczeństwa przystosowuje się do obyczajów bardziej zgodnych z naszą epoką. Wszystkie regiony naszej pla­nety podlegają temu procesowi, na nie­których toczy się on szybciej, na innych wolniej, ale nie jest to globalizacja. Chodzi raczej o to, co od dawna nazy­wa się modernizacją, co istniało już przed globalizacja i jest jej przyczyną, a nie skutkiem. Można oczywiście narze­kać na transformację i odczuwać tęsk­notę za starym stylem życia, który z na­szego dzisiejszego punktu widzenia wydaje się nam barwny i pełen fantazji. To prawda, że modernizacja niszczy wiele tradycyjnych form życia. Ale jed­nocześnie stwarza nowe szansę i sta­nowi nowy ważny krok społeczeństwa jako całości, i właśnie, dlatego narody, gdy mogą swobodnie się wypowie­dzieć, optują jednoznacznie za moder­nizacją, czasem wbrew pragnieniom swoich rządów lub obrońców tradycji. Oskarżenia przeciwko globalizacji i obrona tożsamości kulturalnej wyraża­ją statyczne pojmowanie kultury, co jest całkowicie pozbawione podstaw historycznych. Czy jakieś kultury pozo­stawały kiedykolwiek niezmienne mi­mo upływu czasu?

Pojęcie tożsamości kulturalnej jest nadzwyczaj niebezpieczne. Z socjolo­gicznego punktu widzenia ma dość wątpliwe podstawy; co gorsza, z poli­tycznego punktu widzenia zagraża ona najcenniejszej zdobyczy rodzaju ludzkiego: wolności. Nikt nie przeczy, że lu­dzie mówiący, tym samym językiem, którzy urodzili się i żyją na tym samym terytorium, stawiają czoło takim samym problemom i być może wyznają tę sa­mą, religię, mają wspólne cechy. Ale ten wspólny zbiorowy mianownik nie może nigdy aż do końca determinować każ­dej jednostki; może on zepchnąć na dalszy plan tę sumę jednostkowych cech, która odróżnia każdego członka grupy od wszystkich innych. Pojęcie tożsamości, jeśli nie stosuje się go w skali wyłącznie indywidualnej, jest z natury redukcyjne i dehumanizujące; jest brutalną abstrakcją ideologiczną, która przekreśla wszystko, co oryginalne i twórcze w człowieku, wszystko, co nie zostało narzucone przez tradycję, geografie, uwarunkowania społeczne. I przeciwnie, prawdziwa tożsamość rodzi się ze zdolności mężczyzn i kobiet to stawienia oporu tym wpływom, wy­kazania własnej swobodnej inwencji.

Ile milionów młodych ludzi - męż­czyzn i kobiet - odpowiedziało w róż­nych, częściach świata na wyzwania globalizacji ucząc się japońskiego, nie­mieckiego, chińskiego (mandaryńskiego i kantońskiego), rosyjskiego i fran­cuskiego? Na szczęście ta tendencja może tylko nasilić się w najbliższych latach. Wyjaśnia to, dlaczego najlepszą obroną naszych kultur i języków będzie promowanie ich z całą energią; w tym nowym świecie, a nie naiwna chęć zaszczepienia się przeciw zagro­żeniu ze strony języka angielskiego.

Ci, którzy proponują taki lek, którym nieschodzi z ust słowo «kultura» są często ignorantami maskującymi swą prawdziwą motywację: nacjonalizm: i jeśli coś kłóci się z tym dążeniem do uniwersalizmu, to jest nim prowincjo­nalna, mętna wizja, ja­ką nacjonalizm chce narzucić.

Podobne prace

Do góry