Ocena brak

Constance KENT

Autor /Benigna Dodano /07.01.2013

O panu Samuelu Savile Kent, człowieku zamożnym i powszechnie szanowanym,szeptano, że jest nieślubnym synem księcia Kentu, ojca królowej Wiktorii. Jeśli nawet takbyło, pan Kent nie usiłował wykorzystywać swych arystokratycznych koligacji, by ułatwićsobie życie. Pracował jako zastępca nadzorcy przemysłowego i do wszystkiego doszedłwłasnymi siłami.

W 1853 roku pan Kent owdowiał. Jego żona osierociła dwoje dzieci: 10-letnią Constancei 9-letniego Williama. Dziećmi opiekowała się guwernantka, niejaka panna Pratt, która poupływie 15 miesięcy od śmierci pani Kent zajęła wreszcie jej miejsce u boku swegochlebodawcy. Wydaje się, że dokonał on słusznego wyboru, bo nowa pani Kent byłatroskliwa i serdeczna dla dzieci oraz bardzo kochała swego męża.

W 1860 roku pani Kent miała już troje własnych dzieci, z których najstarsze, synekimieniem Francis, miał 4 lata. Wydawało się, że państwo Kent wraz z dziećmi żyją bardzo szczęśliwie, a w domu panuje atmosfera miłości i ciepła, której stworzenie przypisywanodrugiej pani Kent.

Młodszymi dziećmi opiekowała się teraz Elizabeth Gough. Sypiała ona w pokojudziecinnym, by w razie potrzeby zająć się maluchami również w nocy. Rankiem 30 czerwca,obudziwszy się przypadkowo (było jeszcze bardzo wcześnie), panna Gough stwierdziła, żemały Francis zniknął ze swego łóżeczka. Nie byłe jednakże powodu do niepokoju, bowiempani Kent często zabierała któreś z dzieci do własnej sypialni, by pobawić się z nim. Elizabethzasnęła więc spokojnie, nie usiłując odszukać małego.

Gdy obudziła się ponownie, chłopca nadal nie było w łóżeczku. Elizabeth Gough wstała,ubrała się i już miała się zająć młodszymi dziećmi, gdy do pokoju zajrzała ich matka. Już pokilku słowach stało się jasne, że nie wie, gdzie znajduje się mały Francis.Gorączkowo przeszukano cały dom od piwnic aż po strych – bez rezultatu. Nietrudnowyobrazić sobie rozpacz pani Kent, która już widziała swego synka w rękach jakichś zbirów.Rzeczywistość okazała się jednak znacznie bardziej tragiczna.Zwłoki małego Francisa znaleziono w nie używanej od lat szopie, do której wejścieniemal całkowicie zarośnięte było krzakami i fakt, że ktoś ze służby tam zajrzał, dowodzi, iżuprzednio wyczerpano wszystkie inne możliwości. Sprawdzono jednak i to ostatnie miejsce,skąd wkrótce dał się słyszeć śmiertelny krzyk przerażenia.

Był to rzeczywiście koszmarny widok. Głowa chłopca została niemal oddzielona odtułowia, a w lewym boku widniała ogromna, głęboka rana. Wokół nie znaleziono żadnychśladów, które mogłyby wskazywać na sprawcę. Stwierdzono jedynie, że chłopiec zostałzabity w nocy, co praktycznie zawężało krąg podejrzanych do mieszkańców domu.Podczas rozprawy u koronera wydano werdykt: „morderstwo dokonane przez osobę lubosoby nieznane”. Śledztwo trwało zatem dalej.Nietrudno się domyśleć, że główną podejrzaną była od samego początku nieszczęsnaopiekunka dziecka, Elizabeth Gough. Była osobą obcą, a więc ją właśnie najłatwiej byłooskarżyć o zbrodnię. Nikomu bowiem nie mieściło się w głowie, by tego potwornego czynumógł się dopuścić członek tak szanowanej rodziny. Któżby zresztą miał to zrobić: rodzonamatka?, ojciec? O pozostałych dzieciach państwa Kent nawet nie wspominano.

Ponadto panna Gough – czemu nie mogła zaprzeczyć – istotnie dopuściła siękarygodnego zaniedbania swych obowiązków. Jako opiekunka, której jedynym zadaniembyło pilnowanie młodszych dzieci, powinna była spać tak czujnie, by usłyszeć, że ktośzabiera z łóżeczka małego Francisa. Elizabeth Gough została zatem aresztowana.Zwolniono ją po kilku dniach z braku dowodów. Wtedy to bezradna lokalna policjapostanowiła wezwać Scotland Yard. Gdy ze stolicy przybył niejaki inspektor Whicher,sprawa przybrała nieoczekiwany i sensacyjny obrót.

Nie minął jeszcze tydzień od przybycia londyńskiego inspektora, gdy w miasteczku lotembłyskawicy rozeszła się hiobowa wieść: aresztowano 16-letnią wówczas, najstarszą córkępana Kent, Constance. Zarzucano jej zamordowanie przyrodniego brata.Na oficjalne przesłuchanie, podczas którego miał zostać wydany werdykt, czy Constancestanie przed sądem za zabójstwo, przybyły tłumy ciekawskich. Inspektor Whicher przystąpiłdo przedstawiania świadków, których zeznania skłoniły go do zatrzymania 16-letniejdziewczyny.

Pokojówka Kentów zeznała, że zaginęła jedna z koszul nocnych panny Constance.Szukano jej wszędzie, lecz bezskutecznie. Inspektor Whicher dowodził, że koszula była takzakrwawiona, iż dziewczyna znalazła jakiś sposób, by się jej pozbyć. W poniedziałek rano,gdy odkryto już nieobecność małego Francisa, lecz nie znaleziono jeszcze jego zwłok,praczka przychodząca raz w tygodniu zabrała kosz pełen brudnej bielizny, przeznaczonej douprania. Pokojówka Kentów zeznała, że panna Constance kręciła się przez cały ranek wokółtego kosza i dwukrotnie wysyłała ją do kuchni z jakimś poleceniem. Miała więc, zdanieminspektora, okazję, by wyjąć z brudów inną koszulę, którą nosiła wcześniej i ułożyć ją naswym łóżku w miejsce owej rzekomo zakrwawionej, aby całkowity brak nocnego stroju w jejsypialni nie wzbudził podejrzeń. Wyjęcie koszuli z kosza z brudną bielizną miało też tę dobrąstronę, że stwarzało możliwość oskarżenia praczki o kradzież brakującej koszuli, co też sięstało.

Zeznawały też dwie koleżanki szkolne Constance, opowiadając o zwierzeniach, jakieprzed nimi czyniła. Constance miała wielokrotnie mówić, iż jest nieszczęśliwa w domu, wktórym rządzi macocha, choć nigdy nie mogła zarzucić nic konkretnego ani drugiej żonieswego ojca, ani swemu przyrodniemu rodzeństwu.Dowody przeciwko Constance Kent uznano za niewystarczające i policja musiałakontynuować śledztwo.

Ponownie aresztowano Elizabeth Gough, tym razem opierając sięprawdopodobnie na plotkach, jakie krążyły po okolicy. Otóż nieszczęsna opiekunka miała byćkochanką pana Kenta. Wszechwiedzące plotkarki z okolicy opowiadały o nocnych randkachw pokoju dziecinnym, znaleźli się nawet tacy, którzy „na własne oczy” widzieli pana Kenta wniedwuznacznej sytuacji z przystojną opiekunką. Dwójka młodszych dzieci sypiała mocno,nie stanowiła zatem dla występnych kochanków zagrożenia, lecz mały Francis miał lekki seni często budził się w nocy. Zdaniem plotkarek, owej fatalnej nocy chłopiec miał obudzić sięnagle i ujrzeć Elizabeth Gough w objęciach swego ojca. Wprawdzie i tak nie zrozumiałby, cowidzi, lecz tamci uznali widać, że Francis może przypadkiem zdradzić ich przed panią Kent,uciekli się zatem do zabójstwa. Taka wersja wydarzeń zakładała co najmniej współudział wzbrodni samego pana Kenta, który jednakże nie został aresztowany. Zresztą także i ElizabethGough wkrótce znów znalazła się na wolności, plotki bowiem nie znalazły żadnegopotwierdzenia w faktach. Nieszczęsna dziewczyna, której ta sprawa uniemożliwiła zdobycienastępnej posady, wyjechała wkrótce w nieznane i nikt już nie usiłował jej oskarżać.

Rodzina Kentów musiała zatem żyć w cieniu owej nie wyjaśnionej zbrodni. Możemy siędomyślać, że nie było to łatwe. Państwo Kent byli wprawdzie przekonani i nieustannie dawalitemu wyraz, że sprawcą był jakiś włóczęga, który zdołał dostać się do domu. Niepodejrzewali więc siebie nawzajem, co uczyniłoby ich dalsze, wspólne życie niemożliwym,lecz spojrzenia i szepty sąsiadów wkrótce dały im się we znaki. Pan Kent sprzedał więc dom iprzeniósł się wraz z rodziną aż do Walii w nadziei, że tam nikt nie skojarzy go z tą sprawą.Constance nie pojechała z rodzicami. Stanowczo oznajmiła, że postanowiła wstąpić doklasztoru. Wkrótce znalazła się we Francji, gdzie spędziła następne trzy lata w odosobnieniu.

W 1863 roku powróciła do Anglii, gdzie przez dwa lata oddawała się samotnym rekolekcjomw kościele w Brighton.Od zamordowania małego Francisa minęło już pięć lat, gdy oto 27 kwietnia 1865 rokuTimes opublikował sensacyjny artykuł. Sprawa znów znalazła się na ustach wszystkich.Otóż 25 kwietnia do sądu londyńskiego przybyła – jak podkreślał dziennik – z własnej inie przymuszonej woli Constance Kent w towarzystwie swego spowiednika, wikaregokościoła w Brighton, wielebnego Wagnera. Oświadczyła, iż pragnie złożyć zeznania wsprawie śmierci swego przyrodniego brata. W pierwszym zdaniu przyznała się do winy.

Wyznanie Constance Kent trafiło do prasy za pośrednictwem lekarza policyjnego, którynatychmiast po złożeniu przez nią zeznań przystąpił do badania jej stanu psychicznego.Polegało ono między innymi na dokładnym wypytywaniu ją o szczegóły. Lekarz pisał:

„Na kilka dni przed dokonaniem morderstwa Constance Kent wyjęła brzytwę z zielonegopuzderka, które stało na komodzie w sypialni jej ojca. Ukryła ją w szopie ze świecą izapałkami, zabranymi z kuchni... Fatalnej nocy, około trzeciej nad ranem, zabrała dziecko zjego łóżeczka i zaniosła do szopy... Twierdzi, że nie sądziła, iż będzie tyle krwi... Wbiłabrzytwę w lewy bok chłopca... mocno szarpnęła... Nie ruszał się już. Postanowiła odciąćgłowę, lecz świeca wypaliła się, pozostawiła więc zwłoki w takim stanie, w jakim jeznaleziono. Wróciła do domu. Ukryła zakrwawioną koszulę, następnego dnia spaliła ją wswoim pokoju, popiół zaś starannie zebrała z paleniska i przeniosła do kuchni. Nową koszulęwyjęła z koszyka z brudną bielizną. Jeśli chodzi o motyw zbrodni, panna Kent nie jest wstanie jasno go sprecyzować. Bardzo szanowała swą macochę, lecz nie kochała jej. Każdalekceważąca uwaga, poczyniona przez panią Kent o kimkolwiek z „pierwszej” rodziny,głęboko ją raniła i na długo zapadała w pamięć... Już dawno postanowiła zemścić się zauwłaczanie dobremu imieniu swej matki... Małego Francisa lubiła, zaś do zabójstwa skłonił jąwyłącznie fakt, że chłopiec był synem jej macochy... Podczas badania, o czympoinformowałem jej obrońcę, nie zdradzała objawów niepoczytalności. Jednakże z powoduswych właściwości psychicznych może, jak sądzę, popaść w obłęd wskutek długotrwałegouwięzienia w odosobnieniu...”

Constance Kent została skazana na śmierć, lecz z powodu jej młodego wieku idobrowolnego (choć spóźnionego) przyznania się do winy, wyrok zamieniono na dożywotnie więzienie. Została zwolniona w 1885 roku jako kobieta 41-letnia. Obawy lekarza niepotwierdziły się: Constance Kent nie popadła w obłęd. Natychmiast po zwolnieniu udała siędo klasztoru, gdzie pędziła życie mniszki w całkowitym odosobnieniu.

Podobne prace

Do góry