Ocena brak

Co wiemy o UFO?

Autor /Zenon Dodano /31.01.2012

Od zarania dziejów ludzie fascy­nowali się niezwykłymi obiektami pojawiającymi się na niebie. Wielu wierzy, że są to pojazdy wysłanników cywilizacji z innych planet. Inni z kolei są przekonani, ze niezwykłe zjawiska da się wytłumaczyć racjonalnie.
Od stuleci już niezwykłe światła i tajemni­cze statki powietrzne pojawiające się na niebie fascynuj;}, a zarazem napawają trwogą mieszkańców naszej planety. Od przełomu XVIII i XIX wieku, kiedy to triumfy zaczęło świę­cie przyrodoznawstwo, wszelkie doniesienia o nie­zwykłych obiektach na niebie byty przez uczonych albo odrzucane jako niewiarygodne, albo też wyja­śniane jako zjawiska naturalne: meteoryty, rzad­kie formy wyładowań elektrycznych czy też balo­ny albo przelatujące wyjątkowo wysoko sterówce. Wraz z pojawieniem się pierwszych samolotów, które zaczęły latać wyżej niż dotychczasowe konstrukcje, ich piloci coraz częściej spotykali w prze­stworzach dziwne świecące dyski, formacje czer­wonych świateł poruszających się z nieprawdopo­dobną prędkością i kul świetlnych, które „ścigały" ich maszyny. W czasie II wojny światowej piloci wojsk obu stron konfliktu opowiadali o niezwy­kłych światełkach, które zdawały się przyglądać podniebnym walkom. Światełka te zyskały sobie przydomek myśliwców "foo".

Teoria UFO.
Po wojnie rozpowszechniła się wspólna nazwa tych wszystkich obiektów, nazwano je niezidentyfiko­wanymi obiektami latającymi (ang. Unidentified Flying Object), czyli UFO. Czy jednak owe obiekty rzeczywiście były pojazdami kosmicznymi cywi­lizacji z odległych galaktyk?
Przeciwnicy teorii UFO zwracają uwagę na fakt, że załogi rzekomych statków wykazują zdumie­wająco niewielkie zainteresowanie nawiązaniem kontaktu z dominującym gatunkiem na Ziemi -człowiekiem. Najbliższa teoretycznie zamieszka­na planeta znajduje się w tak wielkiej odległości od Ziemi, że podróż stamtąd, nawet jeśli UFO potrafiłyby przemieszczać się z prędkością światła, zajęłaby wiele, wiele lat. Wydaje się więc co naj­mniej dziwne, że rozumne istoty, które są na tyle inteligentne, że potrafią budować statki kosmiczne, tak często odwiedzałyby naszą niewielką planetę i nawet nie spróbowałyby się przedstawić. W śro­dowisku akademickim największą popularnością cieszy się więc teoria wyjaśniająca te zjawiska na gruncie fizyki atmosfery. Według tej hipotezy, tajemnicze świetliste obiekty to po prostu rzadko spotykane formy wyładowań elektrycznych, po­dobne do słabo zbadanych przez naukę piorunów kulistych. Teoria ta mogłaby w pewien sposób wyjaśniać, dlaczego UFO szczególnie często po­jawiają się w strumieniach gazów wyrzucanych przez silniki samolotów czy wzdłuż linii uskoków tektonicznych, czyli w miejscach, w których ziemskie pole elektromagnetyczne ulega nie­znacznym zakłóceniom.
Mało prawdopodobne są też teorie spiskowe, według których armie, a w szczególności lotnic­two, wielu krajów świata zataja informacje na temat UFO. Wiadomo bowiem, że w ciągu ostatnich 50 lat w wielu krajach prowadzono ściśle tajne prace nad stworzeniem nowych typów samolotów i ma­szyn bezzałogowych. Nie jest obecnie tajemnicą, że w latach sześćdziesiątych w Irlandii Północnej i Kanadzie prowadzono badania nad zdalnie ste­rowanymi samolotami zwiadowczymi, z wyglądu przypominającymi tradycyjne przedstawienia UFO. Kiedy jednak mowa o pomyłkowym uznaniu samolotów wojskowych za obce statki kosmiczne, najczęściej podaje się przykład amerykańskich „niewidzialnych" maszyn: myśliwca F-117A i bombowca B-2. Samoloty te nie przypominają z wyglądu tradycyjnych maszyn, a ich sylwetki obserwowane pod określonym kątem mogą przy­pominać latające talerze.
Sam termin „latające talerze" po raz pierwszy pojawił się w czerwcu 1947 roku, szybko też upo­wszechnił się w różnych publikacjach. Jego auto­rem był Kenneth Arnold, przedsiębiorca z Idaho, który lecąc swoim samolotem nad Górami Kaska­dowymi w stanie Waszyngton zauważył „formację bardzo jasnych obiektów lecących z nieprawdo­podobną prędkością tuż nad szczytami gór". Według Arnolda, obiekty przypominające wirujące bumerangi przemieszczały się z prędkością się­gającą 2750 km/h. Obiekty sprawiały wrażenie ślizgających się w powietrzu - w podobny sposób jak puszczane na wodę kaczki.

Incydent w Roswell.
W ciągu następnych dwóch tygodni zanotowano wiele innych przypadków obecności UFO, nie tylko w USA, ale i w innych krajach, między innymi w Wielkiej Brytanii, Chile, Brazylii i Włoszech.
2 lipca natomiast miał miejsce bodaj najsłynniejszy incydent w historii ufologii. Tego dnia, około godziny 22 państwo Wilmot siedzieli na werandzie swojego domu w Roswell, w Nowym Meksyku. Nagle zauważyli nad głowami duży, świecący obiekt, „jak dwa odwrócone i połączone ze sobą talerze", przemieszczający się szybko po nocnym niebie. Następnego dnia „Mac" Brazel odkrył na terenie swojego rancho długi, 365-metrowy pas zrytej ziemi i szczątki jakiegoś pojazdu. Powiado­mił o swoim znalezisku wojsko. 8 lipca w Roswell pojawiła się wojskowa ekipa, która dokładnie przeszukała wskazany przez „Maca" teren i zebrała wszelkie szczątki. Trzydzieści lat później, major Jesse Marcel, oficer dowodzący tą akcją przyznał, że znalezione tam szczątki „nie przypominały niczego, co powstało na Ziemi .
Tego samego dnia, kiedy do Roswell przybyli wojskowi, w odległości około 5 km od farmy Brazela inżynier Grady Barnett odkrył kolejne szczą­tki. Było to „coś w rodzaju metalicznego dysku o średnicy około 9 m". Barnett twierdzi, że za dys­kiem natknął się na jakieś ciała, prawdopodobnie członków załogi statków. „Ciała przypominały ciała ludzkie, nie byli to jednak ludzie. Istoty te były znacznie mniejsze od dorosłego człowieka, miały okrągłe, nieproporcjonalnie duże głowy, małe, szeroko rozstawione oczy i były zupełnie pozbawione włosów," Barnett twierdził, że chciał pokazać swoje znalezisko grupie spotkanych w pobliżu studentów archeologii, kiedy jednak wrócili na miejsce, teren otoczony już był kor­donem wojska, a jeden z oficerów, powołując się na względy bezpieczeństwa narodowego, zobowią­zał cywilów do zachowania informacji o znalezisku w tajemnicy. Jeszcze tego samego dnia dowódca bazy wojskowej w Roswell przyznał, że na farmie Brazela znaleziono niezidentyfikowany obiekt, jednak już w kilka godzin później, na zwołanej naprędce konferencji prasowej przedstawiciel wojska złożył oświadczenie, że były to szczątki balonu meteorologicznego.
Sprawa incydentu w Roswell ponownie trafiła na pierwsze strony gazet w 1995 roku w związku z ujawnieniem filmu, na którym zarejestrowano rzekomo sekcję zwłok kosmitów znalezionych w miejscu katastrofy. Jednak człowiek, który utrzy­mywał, że widział kosmitów powiedział, że ciała na filmie były zupełnie inne.

Od roku 1947 liczba zgłaszanych spotkań z UFO rosła z roku na rok. Większość relacji budziła jed­nak uzasadnione wątpliwości: rzekomi świadko­wie chcieli po prostu choć na chwilę zaistnieć w środkach masowego przekazu. Fotografie UFO przedstawiane jako dowody w większości przy­padków okazały się prymitywnymi fotomontażami.
Jednak pogłoski o „zielonych światełkach*' nad Nowym Meksykiem zaniepokoiły wojskowe służ­by specjalne. Wojsko zwróciło się więc o pomoc w wyjaśnieniu tego fenomenu do wybitnego meteo­rologa, doktora Lincolna La Paz. Na zorganizo­wanej w Los Alamos konferencji naukowej usta­lono, że musiało to być jakieś nieznane dotychczas zjawisko naturalne. Doktor La Paz stanął na czele finansowanego przez Siły Powietrzne USA progra­mu badawczego, oznaczonego kryptonimem „Pro­jekt Twinkle".
Niestety, ze względu na niewielkie fundusze, zespół La Paza nie mógł zainstalować odpowiedniej aparatury obserwacyjnej. Kiedy więc 2 grudnia 1951 roku 165 ludzi obserwowało wybuch gigan­tycznego zielonego światła nad Arizoną, naukow­com z „Projekt Twinkle" nie udało się zarejestro­wać tego na taśmie filmowej. W miesiąc później realizacji „Projekt Twinkle" zaniechano. Wkrótce potem zielone kule światła przestały się pojawiać. W 1952 roku wywiad amerykańskiego lotnictwa zalecił, by - skoro tajemnica zielonych świateł nie została rozwiązana, a niektórzy uznani naukowcy są przekonani, że są to twory sztuczne - wciąż ut­rzymać istnienie projektu w tajemnicy. Równo­cześnie wywiad zbierał wszelkie informacje o UFO w ramach tzw. Projekt Blue Book.

Na ekranach radarów.
W roku 1952 fala zainteresowania UFO rozlała się po całym świecie. Niezidentyfikowane Obiekty Latające widywano we wszystkich niemal krajach świata - we Francji, Korei, Brazylii, Niemczech, Maroku, Wielkiej Brytanii, Danii,Norwegii, Aus­tralii, Włoszech, Meksyku, a nawet nad samym Białym Domem w Waszyngtonie. W wielu przy­padkach niezwykłe obiekty zostały zarejestrowane przez radary.
Na przykład 6 grudnia 1952 roku radar pokła­dowy amerykańskiego bombowca B-29 przelatują­cego nad Zatoką Meksykańską wychwycił trzy obiekty lecące z prędkością 8440 km/h. Wkrótce do samolotu zbliżyły się kolejne cztery „światełka". Po siedmiu minutach dwa odłączyły się od grupy i odleciały, a pięć pozostałych jeszcze przez chwilę dotrzymywało towarzystwa bombowcowi. Wkrót­ce jednak oddaliły się w tym samym kierunku co pierwsze dwa. Na koniec na ekranach radarów po­jawił się duży obiekt, który „przejął" siedem mniej­szych, po czym oddalił się z prędkością 14,5 tysiąca kilometrów na godzinę i zniknął.
W następnych latach zaczęły się pojawiać do­niesienia o ludziach, którzy twierdzili, że spotkali się z kosmitami, a nawet, że zostali przez nich zabrani na pokład latających talerzy. Kolejnym ważnym wydarzeniem w historii ufologu była przygoda załogi statku szkolnego brazylijskiej marynarki wojennej, Almirante Saldhana. 16 sty­cznia 1958 roku statek ten przepływał w pobliżu wyspy Trindade, na północny wschód od Rio de Janeiro. Około południa dwóch cywilnych członków załogi zauważyło na niebie jasne świat­ło zmierzające w kierunku wyspy. Okrętowemu fotografowi udało się zrobić cztery zdjęcia, na których widać, jak obiekt zbliża się, zawraca za wyspą, na chwilę ponownie pojawia się i w końcu odlatuje z wielką szybkością. Obiekt utrwalony na tych zdjęciach ma kształt „klasycznego" UFO.
W 1959 roku aż 79 przypadków pojawienia się UFO zanotowano w Papui-Nowej Gwinei. Najbar­dziej wiarygodne świadectwo pochodzi od chrze­ścijańskiego misjonarza, wielebnego Williama Gili 'a, który wraz z 37 wiernymi obserwował dziw­ne wydarzenia nad wyspą.
Wieczorem 26 czerwca Gili zauważył, że obok planety Wenus pojawił się „jakiś zdumiewający obiekt". Po chwili obiekt zbliżył się do misji, wów­czas zgromadzeni tam ludzie zobaczyli, że jest okrągły i zwęża się na obu końcach. „W pewnym momencie na dachu obiektu pojawiły się jakieś postacie., było ich cztery... Innym charakte­rystycznym elementem był snop jasnego światła wydobywający się ze środka pokładu. Ludzie na dachu byli oświetleni nie tylko przez to światło, ale i przez otaczającą cały obiekt świetlistą aurę."

Stopniowo niebo pokryło się chmurami, przez pewien czas jednak obiekt był jeszcze widoczny. Później uniósł się do góry i na jakiś czas zniknął, by pojawić się ponownie w towarzystwie mniej­szych obiektów. Około godziny 23 wszystkie obiekty zniknęły i na ziemię spadł ulewny deszcz.
Następnego wieczora duży obiekt powrócił i na jego pokładzie pojawiły się tajemnicze istoty. „Odniosłem wrażenie, że jedna z nich przygląda się nam z góry" Wielebny Gili podniósł rękę nad głowę i pomachał. Ku jego zdumieniu, postać ze statku odpowiedziała mu tym samym gestem.
„Zaczęło się robić ciemno, kazałem więc Ericowi przynieść latarkę i posłałem w kierunku UFO kilka długich błysków. Po mniej więcej minucie postać na dachu statku potwierdziła odebranie sygnału i zaczęła się kiwać do tyłu i do przodu, jak wahadło. Po kilku minutach najwyraź­niej jednak przestali się nami interesować i zniknęli we wnętrzu pojazdu."
O 22.40 w pobliżu misji rozległ się potężny wy­buch. Nie zauważono jednak niczego niezwykłego. „Następnej nocy na niebie pojawiło się osiem obiektów, pozostawały jednak tak wysoko, że nie było widać żadnych postaci." Była to ostatnia wizyta w misji.
Kolejny słynny incydent zdarzył się 24 kwietnia 1964 roku w pobliżu Socorro w Nowym Meksyku. Posterunkowy Lonnie Zamora ścigał właśnie sa­mochód, który jechał z niedozwoloną prędkością, kiedy usłyszał potężny ryk i zauważył, że około dwóch kilometrów od niego na niebie pojawiła się łuna. Wiedząc, że w tamtej okolicy, za wzgórzem znajduje się skład dynamitu, zaniechał pościgu, zjechał z szosy i polną drogą pojechał w tamtym kierunku. Kiedy już pokonał piaszczysty pagórek, nagle jego oczom ukazał się „lśniący obiekt stojący w szczerym polu. Obok niego stało dwóch ludzi ubranych w białe kombinezony. Jeden z nich od­wrócił się i spojrzał w kierunku mojego wozu. Wy­glądał na zaskoczonego. Tych dwóch widziałem tylko przez chwilę, kiedy zatrzymałem się, by rzucić okiem na lśniący pojazd. Później musiałem już patrzeć przed siebie, na drogę."
Policjant był przekonany, że pojazd ten to roz­bity samochód, wezwał więc przez radio pomoc i wysiadł z radiowozu. Ledwie jednak postawił nogi na ziemi, usłyszał głośny ryk, zobaczył że „owalny, pozbawiony drzwi i okien obiekt" wy­rzuca z siebie strumień błękitno-pomarańczowych płomieni, unosi się z wielką prędkością i znika za pobliskim wzniesieniem.

Wkrótce na miejscu zdarzenia pojawili się. wez­wani przez radio, sierżant Chavez, szeryf James Lucky i przypadkowo przebywający w Socorro agent FBI, J. Arthur Byrnes. W miejscu, w którym stał UFO, wciąż jeszcze tliła się trawa, na po­wierzchni ziemi pozostały zaś cztery odciski o wy­miarach 30 na 60 cm i głębokości 2-5 cm. Pewien inżynier, który później badał te ślady, ocenił, że pojazd ważył około czterech ton.
Opisaliśmy zaledwie kilka z wielu tysięcy przy­padków spotkań z UFO, jakie dotychczas zanoto­wano. Codziennie archiwa ufologów powiększają się o kolejne przypadki. Większość z nich można z pewnością złożyć na karb wybujałej wyobraźni świadków, niektóre jednak, dobrze udokumento­wane zdarzenia wciąż czekają na wyjaśnienie.

Do góry