Ocena brak

Bunt mas - Wstęp do anatomii człowieka masowego

Autor /Fred Dodano /03.08.2011

Jaki jest zatem ów człowiek masowy, który zdominował dziś życie publiczne — za-równo polityczne, jak i pozapolityczne? Dlaczego jest taki, jaki jest, czyli jak do tego doszło, że się takim stał? Odpowiedzieć trzeba od razu na oba pytania, bo odpowiedzi te wzajemnie się uzu-pełniają. Ludzie, którzy dążą obecnie do wysunięcia się na czoło europejskiego życia, bardzo się różnią od tych, którzy w XIX wieku temu życiu nadawali ton, choć jednak przyjście ich przygotowane było i ukształtowane przez wiek XIX. Każdy człowiek o przenikliwym umyśle, żyjący w latach 1820, 1850 czy 1880, mógł dzięki prostemu rozumowaniu przewidzieć a priori powagę obecnej sytuacji historycznej. I rzeczywi-ście, nie dzieje się dzisiaj nic nowego, czego by z góry nie przewidziano już sto lat temu.

„Masy nacierają”, powiadał apokaliptycznie Hegel. „Jeśli nie znajdzie się nowa siła duchowa, to nasza epoka, która jest epoką rewolucyjną, skończy się katastrofą”, zapowiadał August Comte. „Widzę nadciągającą falę nihilizmu!” — wołał ze skał En-gandyny wąsacz Nietzsche. Nieprawdą jest twierdzenie,  że toku dziejów nie można przewidzieć; przepowiadano go już niezliczoną ilość razy. Jeśli przyszłość nie byłaby do przewidzenia, to pozostałaby niezrozumiała nawet wtedy, kiedy się spełnia i staje się sama czasem przeszłym. Myśl,  że historyk jest odwrotnością proroka, zawiera stresz-czenie całej filozofii dziejów. Oczywiście, przewidzieć można jedynie ogólną strukturę przyszłości; ale przecież po prawdzie to samo odnosi się do pojmowania teraźniejszo-ści oraz przeszłości.

Dlatego też, jeśli chce się dobrze widzieć swoją epokę, to trzeba na nią patrzeć z daleka. Z jak daleka? To bardzo proste: dokładnie z takiej odle-głości, z jakiej nos Kleopatry przestaje być widoczny. Jak przedstawia się życie tego człowieka tłumnego, którego taką obfitość zrodził i ciągle jeszcze rodzi wiek XIX? Przede wszystkim cechują je powszechne ułatwienia w sprawach materialnych. Nigdy dotąd przeciętny człowiek nie miał takiej  łatwości w rozwiązywaniu swoich problemów ekonomicznych. Podczas gdy,  proporcjonalnie rzecz biorąc, topniały wielkie fortuny, a życie robotników przemysłowych było coraz cięższe, horyzont ekonomiczny przeciętnego człowieka z jakiejkolwiek klasy społecznej stawał się z dnia na dzień coraz szerszy i jaśniejszy. Każdego dnia jego poziom życia wzbogacał się o jakiś nowy zbytek.

Z każdym dniem jego pozycja zyskiwała na pewności i coraz większej niezależności od cudzej woli i decyzji. To, co kiedyś uwa-żano za dobrodziejstwo losu, budzące w człowieku pokorne poczucie wdzięczności, teraz przekształciło się w prawo, za które nie jest się wdzięcznym, lecz którego się wymaga. Od roku 1900 również robotnik zaczyna nabierać poczucia pewności, a życie jego staje się coraz pełniejsze. Musi jednak o to walczyć. Znajduje się bowiem w innej sytuacji niż członek klasy średniej, któremu społeczeństwo oraz państwo zapewnia do-brobyt; oba stanowią cud sprawnej organizacji. Do  łatwości i pewności ekonomicznej należy jeszcze dodać fizyczną: komfort i porządek publiczny. Życie toczy się po wygodnej drodze, i wydaje się mało prawdo-podobne, by miały je zakłócić jakieś gwałtowne i niebezpieczne wstrząsy. Siłą rzeczy, taka otwarta i swobodna sytuacja sprawia, iż w najgłębszych pokładach dusz zwyczajnych ludzi ugruntowuje się  życiowe przekonanie,  że „wielka i szeroka jest Kastylia”, jak to zgrabnie i celnie ujmuje stare powiedzenie ludowe. To znaczy, że współczesnemu człowiekowi  życie we wszystkich jego podstawowych i najbardziej istotnych dziedzinach jawi się jako pozbawione trudności i problemów.

W pełni docenić wagę tego faktu można dopiero wtedy, kiedy się so-bie uzmysłowi, że w przeszłości taka lekkość i łatwość życia była dla ludzi prostych czymś zupełnie nieosiągalnym. Wręcz przeciwnie. Życie rysowało im się jako ciężkie i pełne znoju przeznaczenie — zarówno w sensie ekonomicznym,  jak i fizycznym. Odbierali je a nativitate  jako nagromadzenie trudności i klęsk, które trzeba cierpliwie znosić, skoro jedynym wyjściem jest pogodzenie się z losem i pokorne zajęcie należnego sobie miejsca. Jeszcze jaskrawiej widać różność tych sytuacji, gdy od sfery materialnej przejdzie się do sfery prawno-obywatelskiej i moralnej. Od drugiej połowy XIX wieku nie stoją już przed zwykłym człowiekiem  żadne bariery społeczne. To znaczy,  że również w formach życia publicznego nie napotyka żadnych ograniczeń czy przeszkód. Nic go nie zmusza do utrzymywania swego  życia w ryzach. W tej dziedzinie także „wielka i szeroka jest Kastylia”. Nie istnieją „stany” czy „kasty”.

Nie ma ludzi prawnie uprzy-wilejowanych. Każdy człowiek uczy się od małego, że wszyscy są równi wobec pra-wa. Nigdy w ciągu dziejów nie znajdował się człowiek w okolicznościach  życiowych podobnych choć z grubsza do tych, jakie powyżej opisano. Mamy więc do czynienia z zapoczątkowaną w XIX wieku radykalną zmianą kondycji ludzkiej. Życiu ludzkiemu nadano nowe ramy, nowe zarówno pod względem fizycznym, jak i społecznym. Trzy czynniki sprawiły, iż stworzenie nowego świata stało się możliwe: liberalna demokra-cja, badania naukowe i industrializacja. Dwa ostatnie można streścić w jednym słowie — technika. Żaden z tych czynników nie był wynalazkiem XIX wieku, wszystkie trzy zrodzone były w dwu poprzednich stuleciach. Zasługą XIX wieku nie było ich wynale-zienie, lecz wdrożenie w życie. Wszyscy to przyznają. Nie wystarczy jednak abstrak-cyjne uznanie, trzeba sobie jeszcze zdać sprawę z nieuniknionych następstw tego fak-tu. Wiek XIX był w istocie wiekiem rewolucyjnym. Tej rewolucji nie należy jednak szukać na barykadach, które zresztą jej nie czynią.

Oto zwyczajni ludzie, olbrzymie masy społeczne — znaleźli się nagle w warunkach życiowych diametralnie różnych od tych, w których dotychczas żyli. Życie publiczne zostało wywrócone do góry nogami. Rewolucja to nie powstanie przeciwko istniejącemu porządkowi, lecz wprowadzenie nowego porządku będącego odwróceniem starego. Dlatego też nie ma żadnej przesady w powiedzeniu,  że z punktu widzenia  życia publicznego człowiek zrodzony przez wiek XIX jest kimś zupełnie nowym w stosunku do ludzi wszystkich poprzednich stu-leci. Człowiek XVIII wieku różnił się, oczywiście, od tego z XVII, a ten ostatni od te-go z wieku XVI, ale wszyscy oni wydają się w istocie rzeczy bardzo do siebie podob-ni, nieledwie identyczni, jeśli ich porównać z nowym człowiekiem XIX wieku. Dla „pospólstwa” wszystkich epok „życie” — to było przede wszystkim ograniczenie, zo-bowiązanie, zależność, słowem — przygniatający ciężar. Jeśli ktoś woli, można to na-zwać uciskiem, jednak pod warunkiem, że słowo to będziemy rozumieć nie tylko w sensie prawnym i społecznym, ale także kosmicznym.

Ten ostatni rodzaj ucisku towa-rzyszył niezmiennie ludzkości od zarania dziejów do pierwszych lat XIX wieku, kiedy to rozpoczął się, praktycznie nieograniczony, rozwój nauki i techniki. Przedtem nawet dla człowieka możnego i bogatego  świat był pełen biedy, trudności i niebezpieczeństw. Świat, który od urodzenia otacza nowego człowieka, nie skłania go do jakichkol-wiek ograniczeń, nie zakłada  żadnego veta, ani nie  stawia przed nim  żadnych barier, a nawet, wręcz przeciwnie, rozbudza w nim nowe potrzeby, które, teoretycznie rzecz biorąc, rosnąć mogą w nieskończoność. Dlatego też mamy tu do czynienia z następu-jącym zjawiskiem — i to jest bardzo ważne — otóż  świat XIX wieku i początków XX nie tylko zapewnia ludziom dobra i możliwości, do jakich już rzeczywiście doszedł, ale, co więcej, utwierdza ich w głębokim przekonaniu,  że jutro będą jeszcze bogatsi, jeszcze doskonalsi i żyć będą jeszcze pełniej, jak gdyby była to sprawa jakiegoś żywiołowego, niczym nie skrępowanego wzrostu.

Jeszcze dzisiaj, choć pojawiają się już pierwsze oznaki niewiary, bardzo nieliczni żywią jakiekolwiek wątpliwości co do tego,  że za pięć lat samochody będą tańsze i wygodniejsze niż teraz. Przekonanie to jest równie mocne jak pewność, że jutro znów wzejdzie słońce. Podobieństwo to ma charakter formalny, bo w istocie człowiek prosty, stykający się z otaczającym go świa-tem, który mu się jawi technicznie i społecznie tak doskonały, uważa go za dzieło Natury i nawet do głowy mu nie przyjdzie pomyśleć o heroicznych wysiłkach genialnych jednostek, które umożliwiły doprowadzenie  świata do jego obecnej postaci. Jeszcze mniej byłby skłonny uznać,  że wszystkie te ułatwienia i wygody wymagają w dalszym ciągu pewnych rzadkich ludzkich zalet, których brak może w ciągu kilku chwil spowodować zawalenie się całej tej wspaniałej budowli. W diagram psychologiczny współczesnego człowieka masowego możemy więc wpisać dwie podstawowe cechy: swobodną ekspansję  życiowych  żądań i potrzeb, szczególnie w odniesieniu do własnej osoby, oraz silnie zakorzeniony brak poczucia wdzięczności dla tych, którzy owo wygodne życie umożliwili.

Obie te cechy są charak-terystyczne dla psychiki rozpuszczonego dziecka. I rzeczywiście nie będzie pomyłką, jeśli na duszę współczesnych mas spojrzymy przez pryzmat tej psychiki. Nowy plebs, dziedzicząc dorobek długiej i znakomitej przeszłości — znakomitej ze względu na na-tchnienie i trud — jest przez współczesny świat po prostu rozpuszczony. Rozpuszczać to znaczy nie ograniczać żądań i potrzeb, to znaczy wpajać danemu osobnikowi prze-konanie, że wszystko mu wolno i że do niczego nie jest zobowiązany. Dziecko tak wy-chowywane nie ma okazji doświadczyć granicy własnych możliwości. Chronione przed jakimikolwiek ograniczeniami zewnętrznymi, przed każdym zderzeniem z innym, do-chodzi do przekonania, że żyje samo na świecie, przyzwyczajając się zarazem do nie-liczenia się z innymi, a zwłaszcza do nieuwzględniania tego, że może być ktoś od niego ważniejszy czy względem niego nadrzędny.

Poczucia cudzej nadrzędności można doświadczyć jedynie na własnej skórze, kiedy ktoś silniejszy od nas zmusza do wyrzeczenia się jakiejś potrzeby, do powstrzymania się od czegoś, do ograniczenia wła-snych żądań. W ten sposób uczymy się podstawowej zasady dyscypliny: „Tu kończę się ja, a zaczyna się ktoś drugi, komu wolno więcej niż mnie. Na tym świecie istnieje naj-widoczniej alternatywa: ja i ktoś względem mnie nadrzędny”. W innych epokach życie codzienne uczyło ludzi tej prostej mądrości, bo ówczesny świat był tak nieporadnie zorganizowany, że częste były wszelkiego rodzaju katastrofy i nie było w nim nic pew-nego, bezpiecznego czy trwałego. Natomiast współczesne masy ludzkie otacza świat pełen możliwości, a na dodatek pewny i bezpieczny, zastają wszystko gotowe, będące do ich dyspozycji, ogólnie dostępne jak słońce i powietrze, nie wymagające jakiego-kolwiek uprzedniego wysiłku.

Żaden człowiek nie jest wdzięczny drugiemu za powie-trze, którym oddycha, ponieważ powietrza nikt nie wyprodukował i należy ono do ca-łości tego, co „jest”, o czym mówimy, że jest „naturalne”, bo nie odczuwamy jego bra-ku. Owe rozpuszczone masy są wystarczająco mało inteligentne, by wierzyć, że cała ta materialna i społeczna organizacja, będąca jak powietrze do ich dyspozycji, jest tego samego pochodzenia, co i ono, i chociaż także czasem zawodzi, to jednak wydaje się prawie tak doskonała, jak gdyby była dziełem natury. Moja teza jest zatem następująca: właśnie doskonałość, z jaką w XIX wieku zorgani-zowano pewne dziedziny  życia, spowodowała to,  że korzystające z owych dobro-dziejstw masy nie uważają ich już za organizacje, lecz za  element przyrody. Tak też można wyjaśnić demonstrowany przez masy, absurdalny stan ducha: nie interesuje ich nic poza własnym dobrobytem, a jednocześnie nie mają poczucia więzi z przyczynami tego dobrobytu.

Zdobyczy cywilizacji nie odbierają jako cudownych, genialnych kon-strukcji, których istnienie należy pieczołowicie podtrzymywać: wierzę więc tylko, że ich rola sprowadza się do wymagania istnienia tych ostatnich, jak gdyby chodziło o przyrodzone prawa. W zamieszkach wywoływanych brakiem żywności masy ludowe domagają się zazwyczaj chleba i często zdobywają go niszcząc piekarnie. Może to posłużyć jako symbol stosunku, oczywiście przy zachowaniu należytych proporcji, współczesnych mas do cywilizacji, która je żywi.

Podobne prace

Do góry