Ocena brak

Bogowie z kosmosu

Autor /Machabeusz123 Dodano /05.06.2013

Przed tysiącami łat na Ziemi wylądowali kosmonauci z nieznanej planety. Nasi półdzicy jeszcze przodkowie, którzy do tego czasu czcili Słońce i Księżyc, uznali ich oczywiście za bogów. Początkowo z ukrycia śledzili przybyszów, lecz po jakimś czasie zbliżyli się do nich, przynosząc ze sobą przeróżne dary. Przybysze z nieznanej planety zapłodnili kilka wybranych kobiet tubylców, chcąc dać początek doskonalszej rasie ludzi. W ten sposób na Ziemi powstała zdolna już do zorganizowanego życia społecznego istota „homo sapiens”.

Tak w wielkim skrócie i w dużym naturalnie uproszczeniu można przedstawić hipotezę pisarza szwajcarskiego Ericha von Danikena o narodzinach naszej cywilizacji. Swoje niezwykłe poglądy zawarł w książce o osobliwym tytule „Wspomnienia z przyszłości”, którą przetłumaczono na wiele języków, także i na język polski. Napisana jest błyskotliwie, niemal w reporterskim stylu, co zapewniło jej dużą poczytność. Ale swoją popularność w głównej mierze zawdzięcza tematowi, gdyż pochodzenie człowieka i początki ziemskiej cywilizacji interesują chyba każdego, bez względu na wiek, wykształcenie i szerokość geograficzną miejsca zamieszkania. W niektórych krajach książka Danikena konkuruje nawet z Biblią. Autor bowiem bardzo sugestywnie i prostymi środkami wyjaśnia problemy, nad którymi od lat daremnie trudzą się komentatorzy Pisma Świętego, badacze dawnych kultur i filozofowie różnych kierunków.

To prawda, nauka w przeszłości niejednokrotnie się myliła, ale w tym przypadku chodzi o coś zupełnie innego. Współcześni uczeni nie negują przecież możliwości istnienia takich planet, które mogą być nosicielkami życia, także życia rozumnego. Byłoby nawet przerażające, gdyby w otchłani Wszechświata jedna, jedyna Ziemia została obarczona tym największym darem przyrody. Mogą być społeczeństwa kosmiczne dużo starsze i bardziej rozwinięte od naszego. Toteż uczeni biorą pod uwagę i to prawdopodobieństwo, że w zamierzchłych czasach mogli naszą planetę odwiedzić przedstawiciele obcej cywilizacji. Jest jednak ogromna różnica między przypuszczeniem a stawianiem konkretnej hipotezy. Tu już nie wystarczy największa nawet doza wyobraźni, lecz konieczne są rzeczowe, poparte odpowiednimi badaniami dowody. Cóż bowiem warta jest hipoteza, która nie liczy się z oczywistymi faktami?

A niestety tak właśnie postępuje Daniken, i to zarówno we „Wspomnieniach z przyszłości”, jak i w swych następnych książkach. Przede wszystkim popełnia wiele nieścisłości, opiera się na przestarzałych poglądach, a co najgorsze - bardzo często posługuje się nieodpowiedzialnymi chwytami. Wychodzi po prostu z założenia, że większość czytelników jego książek nie ma odpowiednich wiadomości z archeologii i astronomii, toteż nie trzeba liczyć się z faktami. Niekiedy zaś pisze o sprawach, o których sam nie ma wielkiego pojęcia, z czego nawet nie zdaje sobie sprawy.

Trudno w inny sposób wytłumaczyć wniosek, jaki Daniken wyciąga z faktu, że Sumerowie, Babilończycy i Majowie potrafili wyznaczyć długość miesiąca synodycznego z dokładnością do ułamka sekundy. Czy potrzebowali do tego precyzyjnych przyrządów obserwacyjnych? Nie, wystarczyło w zupełności, gdy przez parę lat liczyli lunacje, czyli liczbę dni upływających między jednym a drugim nowiem Księżyca. Na przykład Majowie z Palenąue (Stare Państwo) na podstawie obserwacji stwierdzili, iż w okresie 2392 dni występuje 81 lunacji. Dzieląc liczbę dni przez liczbę lunacji dowiedzieli się zatem, że okres ten równy jest 29,53066 dniom (2392:81=29,53066). Według współczesnych pomiarów długość miesiąca synodycznego wynosi 29,53059 dni. A zatem astronomowie z Palenąue, na podstawie stosunkowo łatwych do wykonania obserwacji i prostego działania arytmetycznego, poznali synodyczny obieg Księżyca z dokładnoś-; cią do 0,00007 dnia.

Liczne znaleziska archeologiczne dostarczają nam niezbitych dowodów, że pradawni mieszkańcy Ziemi pilnie obserwowali zjawiska na niebie. W każdym razie astronomia uważana jest za najstarszą naukę świata, a przynajmniej ten jej dział, który zajmuje się objaśnianiem następstwa dnia po nocy i kolejności pór roku. Nie ma więc nic nadzwyczajnego w tym, że astronomowie Majów umieli wyznaczyć daty zrównania dnia z nocą, obliczyć długość synodycznego obiegu Wenus i przewidzieć w przybliżeniu zaćmienia księżycowe na wiele wieków naprzód. Już bowiem Babilori-czykom znany był okres „Saros”, po którym powtarzają się podobne do siebie zaćmienia Słońca i Księżyca.

Lecz nie byłoby jeszcze źle, gdyby Daniken ograniczył się do takich dowodów na poparcie swej tezy. On jednak często przekręca fakty i niemal siłą dopasowuje je do teorii o pobycie obcych kosmonautów na Ziemi, a za przykład niech służy następujący fragment jego książki: Jeszcze do niedawna uczeni sądzili, że życie na Marsie jest niemożliwe. Od pewnego jednak czasu mówi się, że jest ono całkiem możliwe. W rzeczywistości było zupełnie odwrotnie, o czym świadczą prace Percivala Lowella i jego francuskiego kolegi Kamila Flammariona (1842-1925). Badacze ci istotnie wierzyli, iż na Marsie jest życie, nawet życie rozumne, a dowodem tego miały być słynne kanały. Działo się to jednak kilkadziesiąt lat temu, kiedy wiadomości o tej planecie były nadzwyczaj skąpe. Ale dziś wiemy już na pewno, że na Marsie nie ma i nigdy nie było rozwiniętego życia. Są nawet wątpliwości, czy w tamtejszych warunkach mogą istnieć jakieś prymitywne mikroorganizmy.

Daniken jednak z maniackim uporem nadal wierzy w Marsjan i ich wysoką cywilizację. Powołuje się przy tym na naiwną hipotezę niejakiego Emanuela Welikowskiego, o której podobno „ciągle głośno w kołach naukowych”. Ta pseudonaukowa hipoteza głosi, iż przed tysiącami lat jakaś kometa zderzyła się z Marsem i w wyniku tej kolizji powstała Wenus. Wówczas to-zdaniem Danikena - niewielka grupa Marsjan mogła schronić się na naszą planetę, by z żyjącymi tu mało inteligentnymi istotami dać początek nowej kulturze. A ponieważ siła ciążenia na Marsie jest mniejsza niż na Ziemi, to i ciała Marsjan musiały być potężniejsze od ciał praludzi. I oto rozwiązanie jednej z największych zagadek archeologicznych: tajemnicze posągi na Wyspie Wielkanocnej to dzieło marsjańskich olbrzymów!

Przedstawiciele innej cywilizacji pozostawili rzekomo na Ziemi więcej podobnych pamiątek, chociaż większość z nich-jak twierdzi Daniken—uległa zniszczeniu na skutek przeróżnych kataklizmów. Słusznie zauważa, żę podobny los spotkałby pomniki naszej kultury, gdyby doszło do konfliktu termojądrowego. Mogliby się uchronić jedynie półdzicy mieszkańcy afrykańskiego buszu i brazylijskiej dżungli. Nie biorą oni jednak bezpośredniego udziału w rozwoju naszej kultury, toteż nie potrafiliby chyba przekazać swym potomnym konkretnych o niej wiadomości. Gdyby więc za ileś tam tysięcy lat na Ziemi odrodziła się cywilizacja, prawdopodobnie nasi następcy mieliby o nas bardzo nikłe wiadomości, uzyskane głównie w oparciu o badania archeologiczne. Może nawet sądziliby - jak przypuszcza Daniken - że ludzie XX wieku nie znali żelaza?

Ale czy rzeczywiście byłoby aż tak źle. Przecież zgodnie z historycznym rozwojem technika naszych następców osiągnęłaby kiedyś odpowiednio wysoki poziom i pewnego dnia wybraliby się na Księżyc. Tam zaś znaleźliby ślady naszej działalności, które doskonale świadczyłyby o kulturalnym dorobku ludzi XX wieku. Wiadomo bowiem, że na Księżycu nie występuje niszczące działanie atmosfery i wody, toteż wraki sond i statków kosmicznych pozostaną tam nie tknięte zębem czasu przez tysiące lat. Powinni o tym wiedzieć również bogowie-kosmonauci i dlatego trudno uwierzyć, iż nie wykorzystali tej szansy. Czyż nie lepiej byłoby, gdyby na Księżycu pozostawili swą „wizytówkę”, zamiast Egipcjanom wznosić piramidy, Inkom budować kosmodromy, a Hindusom stawiać nierdzewne słupy?

Podobne prace

Do góry