Ocena brak

Bertie MANTON

Autor /Malina1243 Dodano /05.01.2013

Dnia 19 listopada 1943 roku wczesnym rankiem kilku przechodniów zauważyło sporychrozmiarów wypchany worek leżący w strumieniu, który przepływa przez przedmieścia Luton.Wzdłuż tego strumienia wiedzie jedna z najbardziej uczęszczanych ścieżek tego miasta, tędybowiem co rano setki pracowników zdążają do fabryki samochodów Vauxhall. Jednak nikt zowych rannych przechodniów nie zszedł do strumienia, by sprawdzić zawartość worka – czasnaglił, za chwilę rozpoczynała pracę pierwsza zmiana.

Znacznie więcej uwagi poświęcili tajemniczemu workowi dwaj ludzie, pracownicy radymiejskiej, którzy i tak musieli zejść nad sam brzeg strumienia. Jak co dzień, o godzinie 14.15 mierzyli bowiem poziom wody. Strumień przepływający przez Luton jest dość płytki i worekwystawał z wody tuż obok miejsca, w którym mieli dokonać pomiarów. Trudno zatem dziwićsię, że szturchnąwszy najpierw kilkakrotnie końcem buta tajemniczy pakunek, postanowilizajrzeć do środka.

Nie wiemy, co spodziewali się znaleźć. Być może, pasjonowali siępowieściami przygodowymi i liczyli na jakiś skarb. Z drugiej strony jest również możliwe, że byli wielbicielami powieści kryminalnych i tajemniczy worek nasunął im natychmiast myśl ozmasakrowanych zwłokach. Cóż, jeśli tak było, to można powiedzieć, że nie zawiedli się.Worek związany był kawałkiem drutu i z otwarciem go nie było specjalnych kłopotów.Zawartość stanowiły nagie zwłoki.Przybyły na miejsce wraz z policją lekarz sądowy, dr Keith Simpson, stwierdził, conastępuje: w worku znajdują się zwłoki dość młodej kobiety, całkowicie obnażone i związanesznurem przeprowadzonym wokół talii w pozycji embrionu, to jest z kolanami przyciśniętymido brzucha. Ponadto nogi zmarłej związane były w kostkach.

Twarz nosiła ślady brutalnegopobicia, rysów nie sposób było odróżnić.Gdy zwłoki przewieziono do kostnicy szpitala miejskiego, dr Simpson przeprowadziłdalsze badania. Policja sądziła, że na podstawie jego informacji bez trudu zidentyfikujekobietę: wiek około 35 lat, ogólny stan zdrowia dobry, szósty miesiąc ciąży (przy czym, jakokreślił anatomopatolog, nie miało to być jej pierwsze dziecko), w jamie ustnej znaczne brakiw uzębieniu i ślady po stałym noszeniu sztucznej szczęki, której przy zwłokach nieznaleziono. Sądząc po rękach, zmarła była gospodynią domową (na podstawiecharakterystycznych, blizn i zabrudzeń można czasem ustalić zawód). Przyczyną zgonu byłyurazy czaszki w wyniku pobicia ciężkim, kanciastym przedmiotem. Na szyi widniały teżślady duszenia.Zadanie wydawało się proste.

Należy przejrzeć meldunki o zaginionych kobietach potrzydziestce, gospodyniach domowych wychowujących potomstwo i używających sztucznejszczęki. Policja przystąpiła do pracy. Mimo pomocy Scotland Yardu policja w Luton przeztrzy miesiące biedziła się nad problemem identyfikacji zwłok. Spośród meldunków o osobachzaginionych wybrano 404, które informowały o poszukiwaniu kobiet choć w przybliżeniuodpowiadających danym o tajemniczej zmarłej. Jak gigantyczną pracę wykonała policja,świadczyć może fakt, że wszystkie te 404 kobiety odnaleziono! Poprawiwszy w ten sposóbwydatnie statystykę osób zaginionych, funkcjonariusze prowadzący sprawę o kryptonimie„Worek” nadal nie wiedzieli nic o znalezionych w strumieniu zwłokach.Jak wspomniano, w pobliżu znajdowała się fabryka Vauxhall.

Przesłuchano zatem kilkatysięcy jej pracowników, podobnie jak niemal wszystkich mieszkańców sporego przecieżLuton, a także 250 kierowców ciężarówek, którzy w ciągu kilku dni poprzedzającychznalezienie worka przyjechali do fabryki, wioząc surowce i części. W tym wypadku chodziłonie tylko o identyfikację zwłok, lecz i o sprawdzenie hipotezy, mówiącej, że zarównosprawca, jak i jego ofiara byli przyjezdni. Jednak ku rozczarowaniu policji żaden zprzesłuchanych kierowców nie okazał się w najmniejszym nawet stopniu podejrzany, choćkilku udowodniono „przy okazji” jakieś drobne wykroczenia.

Na długo przedtem, zanim stało się jasne, że konieczna będzie szeroka akcjaposzukiwawcza z udziałem społeczeństwa Luton, sporządzono rutynowe zdjęcia twarzyzamordowanej. Początkowo miały one zostać rozprowadzone po okolicznych komisariatach i posterunkach policji, jak to się zwykle czyni w przypadku zwłok N.N. Ponieważ zdjęcie takzmasakrowanej twarzy nie mogło pomóc w identyfikacji, postarano się, na ile to byłomożliwe, „odtworzyć” prawdziwą twarz nieznajomej. Zadanie to powierzono doktorowiSimpsonowi, zaś do pomocy sprowadzono wybitnego policyjnego specjalistę w dziedzinieantropometrii z Londynu. Wynik ich starań, choć nie budził już przerażenia i można go byłopokazywać nawet osobom bardzo wrażliwym, nie był jednak, jak się miało okazać, wiernymodbiciem rzeczywistej twarzy zamordowanej.

W miarę upływu czasu, gdy prowadzący śledztwo zaczęli zdawać sobie sprawę, żeidentyfikacja zwłok będzie najtrudniejszym chyba problemem w tej sprawie, zdecydowanosię udostępnić zdjęcia „odtworzonej” twarzy zamordowanej szerszej publiczności. Wraz zodpowiednim wezwaniem do obywateli pojawiły się one na wystawach sklepowych,pokazywano je też przed seansem na ekranach kin. Ludność, proszona przez policję o pomoc,posłusznie przyglądała się zdjęciom, rozważana różne możliwości – bez rezultatu.

Wśród mieszkańców Luton była też pewna 17-letnia dziewczyna i jej bracia w wieku 14 i15 lat Jak wszystkie dzieci, bywali oni często w kinie, a w drodze do szkoły czy na spotkaniez kolegami codziennie przechodzili obok co najmniej kilku sklepów, z wystaw którychspoglądały na nich oczy z twarzy, która nigdy w rzeczywistości nie istniała. Były to dziecizamordowanej. Żadnemu z nich nie zaświtał nawet cień podejrzenia, że zdjęcie możeprzedstawiać ich matkę. Ojciec powiedział im, że matka wyjechała do krewnych. Nie miałypowodu, by mu nie wierzyć.Gdy apele do ludności o pomoc w śledztwie nie dały żadnych rezultatów, policjapostanowiła odszukać odzież zamordowanej. Była to naprawdę ostatnia szansa identyfikacjizwłok, przy tym szansa niewielka. Nikt nie był w stanie zaręczyć, że jej odzież nie leży poprostu w szafie w jej miejscu zamieszkania. Przystępując do poszukiwań, nie liczono więc nasukces. Jak się jednak miało okazać, dopiero ta metoda dała efekty.

Praca, jaką wykonała policja w tej sprawie, była zaiste ogromna. Przesłuchania setekosób, żmudne poszukiwania ogromnej liczby zaginionych i wreszcie przejrzenie śmietnikówmiejskich, miejsc wywózki odpadków i zaniedbanych terenów, które okoliczni mieszkańcypowoli zamieniali w śmietniska. Brzmi to niewiarygodnie, lecz ekipy funkcjonariuszyprzeszukały wszystkie takie miejsca w Luton i okolicy, wydobyły ze stosów odpadków całąodzież, jaka się tam znajdowała (a także szmaty, co do których istniał choćby cieńpodejrzenia, że kiedykolwiek służyły jako ludzkie odzienie) i dostarczyły na komisariat. Tambadano każdy kawałek tkaniny, starając się ustalić, skąd pochodzi i czy mógł być noszonyprzez zamordowaną kobietę. Stopień zniszczenia nie grał żadnej roli. Całkiem słusznieprzyjęto, że jeśli sprawca postanowił pozbyć się odzieży swej ofiary, najpewniej pociął ją nakawałki, by nie mogła zostać później rozpoznana, jeśli znajdzie ją i włoży jakiś włóczęga.Wydawać by się mogło, że po trzech miesiącach od znalezienia zwłok wyszukanie iidentyfikacja odzieży zamordowanej jest zadaniem niewykonalnym i jeśli w ogóle kiedykolwiek policja ustali, kim była tajemnicza kobieta, to na pewno nie tą drogą.Tymczasem ta żmudna i uciążliwa praca przyniosła upragnione rozwiązanie.Na podmiejskim śmietnisku znaleziono pocięte kawałki czarnego, damskiego płaszcza.

Policjanci zwrócili na nie uwagę właśnie ze względu na to, że tkanina – zupełnie jeszcze niezniszczona, bo płaszcz był stosunkowo nowy – została pocięta nożyczkami. Któraż kobietazniszczy całkiem dobry płaszcz i to w niepewnych, wojennych czasach?! Pozbieranowszystkie kawałki, rozrzucone po całym śmietniku i na jednym z nich odkryto metkę z pralnichemicznej. Takich zakładów usługowych było w Luton kilka, w całej Anglii – trudnozliczyć. Spróbowano najpierw w miejscowych pralniach i oto już właścicielka drugiej, doktórej udali się funkcjonariusze, stwierdziła, że właśnie w jej zakładzie używa się takiegostempla. Numer na metce dotyczył niejakiej pani Rene Manton zamieszkałej przy Regent Street w Luton. Gdy policjanci udali się pod ten adres i wpuszczono ich do salonu, jeden rzutoka na fotografię pani domu, stojącą na kominku, powiedział im, że oto poszukiwania zostałyzakończone. Ponadto pani Manton opuściła dom 18 listopada, na dzień przed znalezieniemworka z koszmarną zawartością. Dlaczego nikt z najbliższych i sąsiadów nie rozpoznałkobiety na zdjęciach, choć policja nie miała z tym trudności? Cóż, zadziałał tu zapewnepewien mechanizm psychologiczny. Rodzina i znajomi zamordowanej byli przekonani, żeudała się ona w dłuższe odwiedziny do swych krewnych, nie przyszło im zatem do głowy, żezdjęcia (istotnie niezbyt podobne) mogą ją przedstawiać. Nastawienie policjantów byłonatomiast zupełnie inne i podobieństwa dopatrzyli się bez trudu.

Pan domu, Bertrie Manton, poinformował policję, podobnie jak przedtem własne dzieci isąsiadów, że jego żona pojechała do swego brata do Grantham. Dodał jeszcze, że ich pożycienie układało się ostatnio najlepiej z powodu rzekomej skłonności pani Manton do przelotnychromansów z żołnierzami z pobliskich koszar i że opuściła ona dom po kłótni, jaka wybuchła ztego właśnie powodu.

Bez trudu stwierdzono, że pani Manton w ogóle do Grantham nie dotarła. Położna zLuton, która opiekowała się nią podczas ciąży, otrzymała pod koniec listopada list napisanyrzekomo przez zmarłą, informujący ją, że zamierza spędzić w Grantham czas pozostały dorozwiązania. Matka pani Manton otrzymała natomiast trzy listy z adresem zwrotnym wHampstead. Nazwa ta pisana była błędnie: „Hamstead”, gdy zapytano Mantona o pisowniętego wyrazu, popełnił ten sam błąd.Wkrótce potwierdzono identyfikację pani Manton na podstawie dokumentacji znalezioneju jej dentysty oraz odcisku palca, który znajdował się w domu przy Regent Street na słoiku zmarynatą, a który był identyczny z odciskiem jednego z palców zamordowanej.

Bertie Manton, pracownik Straży Pożarnej, został aresztowany pod zarzutem zabójstważony. Wkrótce przyznał się, że zabił ją w afekcie, podczas sceny zazdrości o jej kontakty zżołnierzami. Plątał się jednak w zeznaniach, w wyniku czego afekt wydawał się wątpliwy.Manton najpierw próbował dusić żonę, po czym, gdy straciła przytomność – zmasakrował jej twarz ciężkim taboretem. Zapakował ciało w worek i zawiózł nad strumień pod osłonąciemności.

Uznany winnym, Bertie Manton został skazany na śmierć. Wyrok wykonano.

Podobne prace

Do góry