Ocena brak

Andrzej Frycz Modrzewski - O naprawie Rzeczypospolitej

Autor /Saleta Dodano /20.09.2012

Żywy ruch religijny, jaki ogarnął Polskę XVI wieku, przyczynił się nie tylko do rozwoju umysłowego wielu jednostek, ale i do uszlachetnienia ich uczuć, do przejęcia się zasadami moralności chrześcijańskiej. Jednym z najlepszych i najpiękniejszych tego objawów jest znakomite dzieło łacińskie O naprawie Rzeczypospolitej, którego autorem Andrzej Frycz Modrzewski z Wolborza (1503—1572), głęboki umysł i serce gorące, najgorliwszy u nas w XVI wieku rzecznik sprawiedliwości chrześcijańskiej, najżarliwszy obrońca chłopów i mieszczan, zaszczyt i chluba myśli polskiej XVI wieku i jeden z najszlachetniejszych pisarzów w całej ówczesnej Europie. Swoją szeroką wiedzę zawdzięcza długoletnim studiom, najpierw w Akademii Krakowskiej, a później w Niemczech (w Wittenberdze i Norymberdze), gdzie oprócz literatury starożytnej studiował filozofię i teologię. Pomimo uwielbienia dla mądrości starożytnej nie przejął się duchem pogaństwa: przez całe swoje życie był gorliwym wyznawcą Jezusa Chrystusa, którego naukę poczytywał za najwyższą mądrość i za największe szczęście dla ludzkości. A pomimo to posądzali go niektórzy, na przykład Hozjusz, że «się zaparł Chrystusa». Tłumaczy to się tym, że Modrzewski, zatopiony w badaniach teologicznych, pragnął przekształcić nie tylko ustrój Kościoła katolickiego, ale i jego naukę, że dążąc zawsze do pokoju i zgody, usiłował w pismach swoich pogodzić katolicyzm z protestantyzmem i że się z biegiem czasu coraz to więcej oddalał od katolicyzmu. Otóż to zbudziło w duchowieństwie niechęć i nienawiść ku niemu, ściągnęło nań nawet prześladowania, tak dalece że się pod koniec życia musiał tułać po ludziach i szukać u nich bezpiecznego schronienia. A prócz krzywdy, jaka mu się działa od duchowieństwa, była jeszcze inna, o wiele ważniejsza przyczyna jego cierpień: oto sam z sobą nie mógł dojść do ładu, bo taką miał już naturę. Będąc człowiekiem głęboko religijnym, chciał sobie nie tylko wyjaśnić, ale i wyrozumować przekazane przez tradycję dogmaty wiary chrześcijańskiej, chciał nie tylko wierzyć, ale wiedzieć na pewno; a tymczasem rozum raz po raz wymawiał mu posłuszeństwo; i to go właśnie tak męczyło. Ale i to jeszcze nie wszystko. Mogły Modrzewskiego nawiedzać różne wątpliwości o prawdzie tego lub innego dogmatu, ale o tym, że moralność chrześcijańska jest jedyną prawdziwą moralnością, że nauka Jezusa Chrystusa o miłości bliźniego jest najświętszą ze wszystkich świętych nauk, nie wątpił nigdy: cóż z tego, kiedy widział, jak w jego własnej ojczyźnie ludzie gwałcą i depcą tę miłość, jak mianowicie szlachta uciska chłopów i mieszczan. I to mu raniło serce. A że miał ogromną odwagę cywilną, że ojczyznę swoją kochał tak gorąco i tak rozumnie, jak mało kto w XVI wieku, więc głośno występował w obronie uciskanych braci w Chrystusie i groził tym, którzy ich uciskają, pomstą bożą. I za to właśnie posądzono go... o brak miłości ku ojczyźnie! Na jego mądrości i szlachetności poznały się tylko wybitne jednostki, na przykład Zygmunt Stary, Zygmunt August, hetman Tarnowski, ale ogół nie mógł mu darować, że śmiał uczyć, iż mieszczanin i chłop jest ulepiony z tej samej gliny, co szlachcic.

W ogóle Modrzewski to jedna z największych piękności moralnych, jakimi się szczyci dawna Polska. Wyjątkowo bezinteresowny, nic a nic niezazdrosny, nie myślał nigdy ani o karierze, ani o zasźczytach, ani o majątku, wolał przez całe życie biedę klepać aniżeli czapkować możnym tego świata; miał świadomość i swojej rozległej wiedzy, i swojej nadzwyczajnej pracowitości (mimo słabego zdrowia), i w ogóle swojej wartości moralnej, ale nie unosił się pychą ani nawet zarozumiałością; przeciwnie, zdobiła go wręcz wyjątkowa u humanistów skromność; krzywdy, jakich doznawał od ludzi, nie napełniały mu serca pragnieniem zemsty ani nienawiścią: wybaczał im, jak przystało na prawego chrześcijanina.

Pierwszym głosem jego rozumu i serca jest broszura łacińska, wydana w roku 1543: Ad Serenissimum et Indy tum Regem Poloniae Sigismundum Augustum Lascius, swe de poena homicidii (Do Najjaśniejszego i Przesławnego Króla Polskiego Zygmunta Augusta Łaski, czyli o karze mężobójstwa). Broszura ta ma postać mowy, włożonej w usta zmarłego w roku poprzednim Hieronima Jarosława Łaskiego, męża wysokiej nauki; jest to więc głos zza grobu, co nadaje broszurze niezwykłą powagę, głos domagający się sprawiedliwości chrześcijańskiej dla żyjących. Za panowania Olbrachta stanęło prawo: kto zabije szlachcica, płaci 120 grzywien kary i siedzi w więzieniu rok i sześć tygodni; kto zabije chłopa, płaci kary 10 grzywien, a od więzienia jest wolny; ponieważ zaś chłop najczęściej nie był w stanie zapłacić 120 grzywien, więc za zabójstwo szlachcica płacił dożywotnim więzieniem albo gardłem. Przeciwko temu to nieludzkiemu prawu wystąpił Modrzewski, błagając królewicza Zygmunta Augusta (a w późniejszych broszurach-senatorów, szlachtę, duchowieństwo, wreszcie cały naród polski), by zniesiono to prawo okrutne, by za mężobój-stwo karano śmiercią bez względu na osobę zabójcy i zabitego. Ale był to głos wołającego na puszczy, bo tylko nieliczne jednostki przyznawały Modrzewskiemu słuszność.

Głosem na puszczy była również inna broszura łacińska, z roku 1545: Ad senatum, equites populumąue polonum oratio Philaletis Peripatetici (Do senatu, rycerstwa i narodu polskiego mowa Prawdomówcy Perypatetyka). «Ja - tak zaczyna tę broszurę Modrzewski - chociaż urodzony z rodziców szlacheckich, przecież, wiedziony niezmiernym zapałem poszukiwania prawdy, powiem to, co myślę, tak jakbym miał mówić... w obecności Boga Najwyższego, który widzi myśli ludzkie i przenika tajemności ludzkich serc.» Mowa tutaj o prawie, które zakazywało mieszczanom nabywania majątków ziemskich. Prawo to poczytuje Modrzewski za nieludzkie i okrutne: przecie i szlachta, i chłopi, i mieszczanie są krajowi zarówno pożyteczni, więc podobne prawo jest pozbawione wszelkiej podstawy i sprzeciwia się wszystkim prawom boskim i ludzkim; lepiej już obdarzyć wszystkich mieszczan szlachectwem niż przyzwalać na taką tyranię!

Tak więc już w pierwszych pismach Modrzewskiego uwydatnia się jego zacność i szlachetność, jego poczucie sprawiedliwości i miłość chrześcijańska. Ale jeszcze wyraźniej i piękniej zajaśniała jego wspaniała dusza w znakomitym piśmie De Republica emendanda, 1551 (O naprawie Rzeczypospolitej), składającym się z trzech ksiąg: O obyczajach, O prawach, O wojnie; do wydań późniejszych (1554, 1559) dodał Modrzewski jeszcze dwie księgi: O Kościele i O szkołach. Napisał to dzieło po łacinie, aby i cudzoziemcy mogli je czytać; i nie zawiódł się. Czytali je uczeni europejscy i podziwiali mądrość i szlachetność Polaka. Nie przesadził pewien uczony humanista włoski mówiąc, że Modrzewski «z natchnienia boskiego napisał swe szczere nauki i upomnienia dla dobra tego złego i przewrotnego świata, z nie mniejszym pożytkiem, jak to przed wiekami czynili starożytoi»: w literaturze całego świata mało jest dzieł tak pięknych, tak szlachetnych, tak na wskróś ducha chrześcijańskiego pełnych. Dużo pomysłów zawdzięcza Modrzewski myślicielom starożytnym (zwłaszcza Platonowi, Arystotelesowi i Cyceronowi) oraz nowożytnym (na przykład Erazmowi z Rotterdamu i humaniście hiszpańskiemu Vi-vesowi); niemało także korzystał z Pisma świętego; ale te trzy główne uczucia, które ożywiają dzieło: gorąca miłość Jezusa Chrystusa, ojczyzny i człowieka - stanowią jego osobistą własność.

Uczy Modrzewski, że nauka Chrystusa, rozkazująca kochać nade wszystko Boga, a bliźniego swego jak siebie samego, obowiązuje nie tylko jednostki, ale i całe społeczeństwa, całe państwa, całe narody; że jedynym celem państwa jest zapewnić wszystkim bez wyjątku mieszkańcom warunki potrzebne do osiągnięcia szczęścia, a ponieważ nie ma i nie może być szczęścia bez moralności chrześcijańskiej, więc głównym zadaniem państwa jest krzewienie i utrwalanie w społeczeństwie moralności, dobrych obyczajów. Gdyby się ludzie rządzili cnotą, rozumuje Modrzewski, gdyby wśród nich zakwitły dobre obyczaje, ziściłyby się słowa modlitwy, której nauczył nas Chrystus: «Przyjdź Królestwo Twoje!» Dobre zaś obyczaje zakwitną wtedy dopiero, kiedy ludzie uwierzą mocno i głęboko, że jedna jest tylko prawda moralna na świecie: Jezus Chrystus — miłość Boga i człowieka. Otóż gorące pragnienie, aby Polska była państwem chrześcijańskim nie tylko z wiary, ale i z czynów, aby przyszło do niej Królestwo Boże — oto co jest myślą przewodnią i zarazem najwyższą pięknością dzieła Modrzewskiego. Przez taki swój charakter jest ono wspaniałym przeciwieństwem dzieł politycznych znakomitego pisarza włoskiego, Machiavellego (1469-1527), który uczył, że jedynym celem państwa jest potęga i że wszystkie dążące do niej środki są godziwe.

Rozumiejąc, że podstawą moralności jest dobre wychowanie młodzieży, szeroko się nad nim Modrzewski rozwodzi, nacisk szczególny kładąc na kształcenie charakteru dziecka w duchu chrześcijańskim. Ale rozumiał, że kształcenie charakteru nie wystarcza: prawdziwie moralnym może być tylko człowiek rozumny, a rozum daje nauka; stąd dobre wychowanie umysłowe jest równie ważne jak moralne. Rej nie rozumiał tego, Modrzewski rozumie doskonale. Rej nie uznawał innych nauk prócz nauki moralności i, co najwyżej, historii; Modrzewski oburza się na to, że «naszym dworzanom nie tylko ręczne rzemiosła, ale i wolne nauki umieć zda się być rzecz barzo chłopska, a stądże też żywą w lenistwie i niczemności, za którą idą szachy, kostki, truneczki, biesiady, gamracyje i insze dworne zarazy». Rej ani nawet słowem nie wspomina o szkołach; Modrzewski poświęca im całą księgę, rozumiejąc, że «szkolny stan jest nacudniejszy i rzeczam ludzkim napożyteczniejszy»; zachęca więc społeczeństwo do ofiarności na zakładanie dobrych szkół, a o nauczycielach tak mówi: «Nigdy okrom2 osobliwego gryzienia na ten nieporządek patrzyć nie mogę, gdy widzę, ano mistrze szkolne prawie za nic mają, które by jednak w tej uczciwości winni mieć jako lekarze, prawniki i insze Rzeczypospolitej dobrze zasłużone: nie mniejsząć pracę ma nauczyciel szkolny niżli który z tych, pożytek z nich równy -albo więtszy; a jeśli bez tych Rzeczpospolita nie może być, a jakoż bez onych będzie, którzy staranie mają o pomnażanie nauk, z których wiele barzo wielkich pożytków do Rzeczypospolitej i do Zboru3 przychodzi ?»Rej myślał w swej naiwności, że mądrym i krajowi pożytecznym można się stać ot, tak sobie, «igrając», ucząc się piąte przez dziesiąte; Modrzewski rozumiał potrzebę nauki porządnej i systematycznej: «Wszytcy młodzieńcy, a zwłaszcza ci, którzy czasu swego mają być sługami Rzeczypospolitej, mają sie o to pilnie starać, aby jeszcze razem z młodu przejmowali a w pamięć sobie brali sposób postępku w rzeczach, a ćwiczyli sie w naukach potrzebnych do spraw... a niechaj nie mają za to, aby prędkością a niejaką przyrodzoną ostrością mogła sie każda sprawa odprawić, boć do sprawy... trzeba nauki.»

A jak na wychowanie, tak i na obowiązki obywatela poglądy Modrzewskiego są bez porównania szersze od poglądów Reja. Rej niby to zachęca szlachcica do służby publicznej, ale prócz godności posła innych urzędów piastować nie radzi, bo one odbierają człowiekowi «żywot wolny»; Modrzewski uczy, że nie wolno nikomu usuwać się od służby publicznej, bo «ponieważ wszytkie wszytkich ludzi miłości jedna ojczyzna w sobie zamyka, tedyć onę nad wszytko trzeba przekładać i wszytkie prace dla niej mężnie i śmiele podejmować»: człowiek «sie nie sobie urodził, ale przyjaciołom, ojczyźnie i nabożeństwu albo wierze ku Bogu». Więc kiedy Rej mówi tylko o powinnościach posła i senatora, Modrzewski wykłada obowiązki wszystkich dostojności i urzędów: zaczyna od króla, który dla wszystkich powinien być wzorem prawego chrześcijanina, potem zaś mówi szczegółowo o obowiązkach i przymiotach senatora, posła, sędziego, starosty, hetmana itd., a oprócz urzędów już istniejących w Polsce pragnąłby ustanowić jeszcze kilka nowych, na przykład dozorców ubogich ludzi, stróżów moralności itp., których głównym zadaniem byłoby czuwanie nad dobrymi obyczajami społeczeństwa i karanie ludzi niemoralnych, zwłaszcza próżniaków: bo póki ludzie nie są jeszcze zdolni sami czuwać na sobą, dopóty ktoś czuwać nad nimi musi, strzegąc ich obyczajów i zmuszając ich do dobrego za pomocą kar ustanowionych przez prawa. «Gdyby stateczne wychowanie, wstyd, dobroć, cnotliwe a święte obyczaje w której Rzeczypospolitej moc miały, tedyby tam... praw nie trzeba: bo ustaw nie piszą ludziom dobrym, którzy z skromności a z obyczaju, nie z bojaźni, posłuszni są poczciwości; ponieważ jednak ludzie są jeszcze źli, więc prawa są konieczne. A to wszystko, co Modrzewski mówi o prawach, stanowi najważniejszy pomysł i zarazem najwspanialszą ozdobę jego dzieła.

Piękna jest myśl, że bez praw nie może być prawdziwej wolności. Na czym bowiem polega prawdziwa wolność? Ogół szlachty mniemał, że na tym, aby każdy szlachcic mógł postępować tak, jak mu się podoba, bez względu na to, czy się to zgadza z prawami, czy nie; Modrzewski uczył, że prawdziwa wolność polega na pohamowaniu ślepych a upornych i skwapliwych popędliwości serdecznych,i to jest namiętności popychających do złego, namiętności bowiem trzymają człowieka w najcięższej niewoli; otóż prawa są właśnie na to, aby je poskramiać, to jest - wyzwalają człowieka z niewoli. Ślicznie mówi Modrzewski: «Niech żaden niemnima, aby Bóg nie miał w sobie wolności przeto, iż nie może grzeszyć: tak też żaden sie niechaj nie mnima dlatego być niewolnym, iż prawa i karania srogość odejmuje mu swowoleństwo grzeszenia.» ; «

Lecz najpiękniejszą ze wszystkich myśli Modrzewskiego jest myśl o równouprawnieniu wszystkich warstw społecznych, myśl płynąca zarówno z poczucia miłości i sprawiedliwości chrześcijańskiej, jak z głębokiego przekonania, że takie tylko prawa są pożyteczne dla Rzeczypospolitej, które przynoszą pożytek wszystkim jej mieszkańcom: bo przecie wszyscy mieszkańcy przynoszą pożytek Rzeczypospolitej, która «samą tylko ślachtą kwitnąć nie może, bo a któż będzie dodawał żywności i nam, i bydłu, jeśli żadnego oracza nie będzie ? któż nam dodawać będzie o-dzienia i ubioru, jeśli nie będzie rzemieślników ? któż rzeczy potrzebne będzie przywoził, jeśli żadnego kupca nie będzie? któż na ostatek będzie ślachcicem, jeśli żadnego chłopa nie będzie ?» A jeśli tak, jeżeli mieszczanie i chłopi są Rzeczypospolitej równie pożyteczni jak szlachta, to Rzeczpospolita powinna dać równą opiekę mieszczanom i chłopom, jaką daje szlachcie.

Nie znaczy to jednak, żeby się Modrzewski domagał zupełnego równouprawnienia mieszczan i chłopów ze szlachtą: przeciwnie, był zdania, że rządzić Polską może tylko szlachta, to jest, że chłop nie może na przykład być posłem albo senatorem (chyba że przedtem w uznaniu osobistych zasług i dobrych obyczajów zostanie szlachcicem); pod tym względem Modrzewski, syn szlacheckiej Polski, nie wzniósł się nad przesądy swego wieku. Ale jest wyższy od ogółu swego społeczeństwa, kiedy się domaga równouprawnienia wszystkich warstw społecznych pod innymi względami, a przede wszystkim równouprawnienia wobec sądów, którego brak poczytywał za zbrodnię wołającą o pomstę do Boga. Jego serce chrześcijańskie, które ukochało cały naród, krwawiło się na widok tej krzyczącej niesprawiedliwości, jaka się w jego ukochanej ojczyźnie działa mieszczanom i chłopom, zaklinał więc szlachtę w imię miłości Boga i ojczyzny, by się opamiętała, i usiłował wpoić w nią tę śliczną prawdę, że «prawa są jakoby lekarstwo, w którego dawaniu żaden biegły lekarz na osoby nie ma baczenia: dosyć jemu jest poznać niemoc, która chorego trapi, ale na to baczenia nie ma, jeśliże pan czyli chłop, jeśli ślachcic czyli nieślachcic jest ten, który leczenia potrzebuje; tymże sposobem prawa niech sie w sobie mają, aby występki winnych jednakim obyczajem karały, a iżby jednako o pożytku, o pokoju i o zdrowiu wszytkich radziły». A więc za jedno i to samo przestępstwo powinna być jedna i ta sama kara bez względu na to, kto się go dopuścił, szlachcic czy nieszlachcic, «a jeśliżeby jaką różność karania stanowić miano, tedyby ciężej ci mieli być karani, którzy są na wysokich urzędziech niż podlejszego stanu ludzie, srożej bogaci niżli ubodzy, srożej ślachcicy niżli miejskiego abo wiejskiego stanu, srożej ci, co są na urzędziech, niżli ci, co bez urzędu: bo oni, będąc i rozumem, i bogactwy od Boga lepiej obdarzeni, więcej przyczyn mają, które je od występków odwodzą, a przeto ich występek cięższy jest». Za zbrodnię mężobójstwa powinna być dla wszystkich jedna kara: śmierć, bo tak sam Bóg przez Mojżesza rozkazał!

Z tego, że wszystkie warstwy społeczeństwa powinny być równouprawnione wobec sądu, wynika dalsze żądanie Modrzewskiego, aby zniesiono sądy patrymo-nialne, to jest, aby odebrano panom prawo sądzenia podległych im chłopów. Lecz na tym nie poprzestaje. Domaga się równouprawnienia chłopów ze szlachtą nie tylko wobec sądu, ale i w zakresie prawa prywatnego, to jest, żąda, aby chłop miał swój własny kawałek ziemi, swoje własne gospodarstwo, aby był nie niewolnikiem, ale sąsiadem pana i co za tym idzie, aby pan nie miał prawa ani pozbawiać chłopa roli, ani też przykuwać go do niej na wieczne czasy.

Oto czego uczył Modrzewski, jeden z najmędrszych i najszlachetniejszych nauczycieli, jakich kiedykolwiek miał naród polski. Na nieszczęście uczniowie nie odczuli piękności jego myśli: ogół szlachty nie wzniósł się do uznania tej prawdy, która dzisiaj dla nas jest tak jasna jak słońce, ale która dawniej wcale jasna nie była, że chłop i szlachcic są ulepieni z tej samej gliny: «I kmiecie, i insze nieślacheckiego stanu ludzie pospolicie ślachta ma za psy; stądże one nieczystych ludzi mowy: „Kto by wieśniaka albo chłopa zabił (bo tak każdego nieślachcica zową, choćby daleko ode wsi był), jakoby też psa zabił." To głos wyrzezania języka godny!»Więc modlił się Modrzewski do Boga, aby zmiękczył serca Polaków i oświecił ich umysły: «Panie Boże!... Racz wszytkiemu ślacheckiemu stanowi takie serce dać, aby oni, odrzuciwszy na stronę miłość samych siebie, wszytkę Rzeczpospolitą, to jest wszytkie ludzie w tym społecznego życia towarzystwie z nami mieszkające miłowali, o wszytkie sie starali, wszytkich gardła, pożytków i zacności bronili!»

Ale znając swoje społeczeństwo wątpił Modrzewski, czy Bóg tej modlitwy wysłucha, wiedział, że głos jego będzie głosem wołającego na puszczy. I ta świadomość go przerażała, drżał o przyszłość swojej ukochanej ojczyzny, bo rozumiał, że na nic wszelkie reformy, póki równouprawnienia nie będzie. «Lecz to wszystko sie mówi, jakoby groch na ścianę miotał; nic nie dbamy na tak częste uskarżania, ży-wiemy w wielkim bezpieczeństwie38, nic nas nie rusza utrapienie pospolitego człowieka... nic nas nie rusza krew ludzi niesłusznie pobitych, która zawżdy woła do nieba, a płaczem niewypowiedzianym prosi pomsty i na mężobójce, i na te, którzy tego prawa bronią, które podawa miecz mężobójcam za pieniądze w ręce. Dlaczego więc trzeba sie obawać2 nagłego jakiego gwałtu z nieba, aby jaka gwałtowna burza nie spadła z nieba, a naszych wszytkich i domów, i narodów, a na ostatek i samego imienia polskiego z gruntu nie wywróciła i nie potarła. Jać to mówię, jakoby wątpiąc o polepszeniu, wszakże przedsię nie już dlatego ustanę w powinności mojej... Zaiste, trzeba sie tego obawiać, aby wkrótce nie przyszedł^zas, gdyby nas także wzajem sam Bóg wzgardził, a karanie za dawną krew sprawiedliwe a ciężkie przypuścił... Bo co przedtem Bóg izraelczykom mówił, to rozumiejmy, że do nas teraz mówi: „Nie będę przy was, Polacy, jeśliże z pośrodku was przeklęctwa nie wyrzucicie! Woła krew braciej waszej z ziemie do mnie! Wołają dusze zabitych, abych się mścił krwie ich nad obywatelami ziemie!" A jako i to przeklęctwo odciąć i gniew boży ubłagać mamy, uczy nas tenże sam Bóg mówiąc: „Nie plugawcie ziemie, na której mieszkacie, na której i ja mieszkam! Przelaniem krwie plugawi sie ziemia, a nie może być krew na niej przelana okrom krwie tego, kto ją przelał, oczyściona!"» Z wyjątkiem Skargi nikt w XVI wieku nie zdobył się na słowa silniejsze i groźniejsze.

Dzieło O naprawie Rzeczypospolitej, z wyjątkiem księgi o Kościele, przełożył dokładnie i ślicznym językiem polskim mieszczanin sieradzki Cyprian Bazylik: O poprawie Rzeczypospolitej księgi czwore: pierwsze o obyczajach, drugie e statucie, trzecie o wojnie, czwarte o szkole (1577). Do najpiękniejszych rozdziałów należą końcowe rozdziały księgi pierwszej, o obyczajach.

WYCHOWANIE CHRZEŚCIJAŃSKIE. Trzeba pacholęta uczyć, jako sie przeciw drugim zachować mają, co winne rodzicom, co sąsiadom, co Rzeczypospolitej; którym sposobem towarzystwo z ludźmi i zgodę w całości zatrzymać, jako sie mają przeciw zacniejszym stawić, jako przeciw podlejszym, przeciw sobie równym, przeciw towarzyszom, przyjacielom, krewnym i powinowatym, przeciwko zwierzchności urzędowej, przeciwko panom, sługam i przeciwko nieprzyjacielom, tak w swoich własnych, jako też i w pospolitych albo wszytkim spólnych potrzebach. A nawięcej wszytkim to należy, aby dziatki małe ćwiczyli w nabożeństwie a w prawdziwej ku Panu Bogu wierze, co Chrystus ukazuje słowy... gdy każe dzieciam do siebie przyjść a im błogosławi. Trzeba tedy Chrystusa ukazować dzieciam a znajomość bożą w nie znienagła cedzić, aby wiedziały, od kogo sie wszelakiego dobra spodziewać mają, za czyją sie wolą wszytko dzieje, kto karze złości, a kto za dobre sprawy odpłatę dawa; a przetoż trzeba je wodzić do zborów39 świętych na kazania, aby poznawały sposób chwały bożej i ceremonije święte, by sa-kramenta miały w uczciwości, modlitwami sie bawiły i do tych sie rzeczy chętnie miały, którymi by i Nawyższego Boga łaski dostąpiły, i ludziom sie upodobały.

NIESPRAWIEDLIWOŚĆ W POLSCE. Trafiło sie w niektórym powiecie, iż dwa człowieki, jeden prostego stanu, a drugi ślacheckiego, oba bogaci i rolej mieli dosyć, ci srodze zranili jednego człowieka, acz nie tak bogatego jako sami, ale przedsię ślachcica. Onego ranionego wzięto do balwierza2, ale iż niektóre rany były w nim śmiertelne, przeto w miesiąc abo we dwa umarł. Ci, którzy go z strony powinności przyjacielskiej nawiedzali, abo też i ci, którzy na oglądania ran od urzędu przysłani byli, pytali, któremu by z onych dwu, co go bili, więtszą w tym winę dawał. Odpowiedział, że ślachcic swaru i bitwy początkiem był, ale bijąc, oba mu zarówno byli ciężcy, iż zgoła nie wiedział, od którego z nich szkodliwsze rany podjął. Tedy oni, pytając, dokuczali, mówiąc, iż o rany oba oni, co bili, mają być karani, ale jeśliby z tych ran śmierć przyszła, tedy jeden z nich tylko o głowę ma być obwinion; bo dwa o jedno zamordowanie wedle naszych praw nie mogą być na gardle karani. Na to on raniony odpowiedział, że o swym zdrowiu zwątpił, ale na su-mnieniu swym, które wrychle ma sądu bożego doznać, nie może tego u siebie pewnie postanowić, na którego by wina o morderstwo kładziona być miała, gdyż od tych ran, które oba jednako zadali, schodzi z tego świata. Skoro tedy on ranny umarł, wnet poczęto szukać onego prostego stanu człowieka, a gdy postawion przed sędzią, winę mu dano, a potem ji ścięto; bo statut jest, iż człowiek prostego stanu, jeśliby ślachcica (który by przyczyny z siebie naścia nie dał) zabił albo ochromił, albo srodze zranił, da gardło. To tedy jest karanie, którego prostego stanu mężobójca za występek już podjął; lecz on ślachcic jeszcze żyw i mieszka miedzy ludźmi!... Izali, dla Boga, ta sprawa nie jest takowa, która dwu rzeczypospolitych potrzebuje dla tych dwojga rodzajów ludzi, a tak daleko od siebie oddalonych, iż z jednej do drugiej przystęp żądny nie może być, że też jedna od drugiej pomocy nie potrzebuje, że sie ich obywatele miedzy sobą ani pojmują, ani sie znają; na ostatek, że też ani wody, ani powietrza, ani słońca nie ma wspólnego?...

Toteż trzeba postanowić, aby żaden rzeczy swej sędzią być nie śmiał; bo na każdym sądzie trzy osoby mają być: powodowa strona, obżałowany a sędzia. Barzo tedy niesprawiedliwie czynią, którzy o swą rzecz ludzi, swemu panowaniu poddane, sądzą. Nie jest ona wolność, która jest w uściech u każdego, ani umiarkowanie prawa, przez które stoją dobrze postanowione rzeczypospolite, ale jest okrutne niewolstwo, że pan przywłaszcza sobie moc nad żywotem i śmiercią sługi swego... Wszytcy na wyobrażenie boże stworzeni są... Jeśliże tedy odejmujemy kmieciom wolność pozywania panów do sędziego, odejmujemy im wszytkę wolność; jeśli panom dawamy moc sądzić je o rzecz swą, niszczymy wszytek sposób sprawiedliwego sądu, który iż trzech osób potrzebuje, nie będzie sprawiedliwy, gdzie tenże będzie sędzią, który powodową stroną, a przeto i kmiecie, i wszytcy poddani od takiego tyraństwa mieliby być wyswobodzeni...

Powiedał jednego czasu u stołu on wielce możny a sławny mąż, Jan Tarnowski, hetman polski: gdy jednego czasu jechał do Włoch przez baworską  ziemię, chciał zstąpić do domu niektórego ślachcica, aby tam, w drodze sie spracowawszy (bo już noc nadchodziła), sobie odpoczynął; który szlachcic, iż natenczas żonę płodem się pracującą miał, a dom (jako to pospolicie bywa) był pełen białych głów, które jej posługowały, prosił hetmana, aby do domu niektórego jego poddanego zstąpił, chcąc mu tam wszytkiego, co by w domu miał, dostatek dać; a gdy na to Tarnowski przyzwolił, szedł on ślachcic do kmiecia swego, a dla uczciwości zdjąwszy czapkę, prosił o nocleg hetmanowi. Było natenczas około hetmana ślachciców polskich niemało, którzy chcąc oglądać, jeśliby w tej gospodzie wczasność mogli mieć, szli byli za onym baworskim ślachcicem, a tak gniewali sie i szemrali, powiedając to być rzecz niesłuszną, aby kmieć miał tak być od pana w uczciwości mian albo proszon, który by raczej miał być z domu wyrzucon, jeśliby czego panu, gdyby mu rozkazowa!, odmówił. To pan Tarnowski z rzeczy powiedział, gdy była zmianka o podatku, który naonczas nie na każdy rok na kmiecie wkładano; a potem pochwaliwszy onę baworskiego ślachcica ku swemu kmieciowi łaskawą skłonność, rzekł, że nie inaczej mają być rozumiani kmiecie, gdy powinności swej dosyć uczynią i czynsz zapłacą, jedno jako sąsiedzi. O słowa mądrego hetmana godne!... Pan na swej części ma przestawać, swoje role ma orać, a cudzych nie nachodzić ani posiadać; bo a czemu by oni, którzy rolą, na swą część oddzieloną, robią, nie mieli bezpiecznie rzec. że ich własna jest?... I to niedobrze, iż panowie chcą, aby im to wolno było, kiedy sie im spodoba, odjąć kmieciowi rolą, a tego nie chcą, żeby też kmieciowi wolno, gdy mu sie spodoba, puścić rolą a iść z niej precz...

0 DOZORCACH LUDZI UBOGICH. Jako ludzie, którzy sie do roboty godzą, od żebraniny mają być odpądzani, tak zasię, którzy są prawdziwie ubogimi, a schodzi im i na siłach, i na żywności, mają być opatrzeni, aby i domy pospolite były im postanowione, i wszelkie potrzeby, do żywności należące, aby im dawano. Są lepak niektórzy ubodzy, co w szpitalach mieszkają, tam sie żywią, i tam je opatrują; a drudzy, po ulicach sie przechodząc, żebrzą; drudzy są, którzy w chałupkach swoich mieszkając, swoje i domowników swych potrzeby, jako mogą, opatrują. Na ty wszytki urząd ma pilne baczenie i dozór mieć, żeby ludzie nie oszukiwali, zmyśliwszy sobie jaką niemoc albo ubóstwo. Lecz które obaczą być do roboty godne, niech je przymuszą robić; jeśliby nie chcieli, niechby z miasta byli wygnani, co i o cudzych żebrakach ma być rozumiano, żeby i oni do swoich miast byli odsyłani. Abowiem godzi sie, żeby każde zgromadzenie o tych staranie miało, którzy abo sie w nim urodzili, abo długo mieszkali, żeby dla niedostatku żywności abo których inszych rzeczy nie pomarli. Bo trzeba wiedzieć każdego ubóstwa sposób abo przyczynę. Bo ci, którzy za złą sprawą swą majętność stracili, acz mają być cierpiani miedzy ubogimi i trzeba o nich myślić, żeby od głodu nie pomarli, ale i żywność skromniej im ma być dawana, i pracami trzeba im dokuczać, żeby i na przykład byli drugim, i sami sie wystrzegali, aby w więtsze występki zasię nie wpadli. Którzy dla niemocy abo inszej nędze, abo jakiejkolwiek przygody w ubóstwo wpadli, na ty trzeba mieć więtsze baczenie. A tym, którzy w chałupach swych żywią sie, opatrzając, jako mogą, swoje i domowników swych potrzeby, mają być abo pola niedrogo najęte, abo takowe rzeczy poruczone, którym by sprostali, abo jakie insze drogi do zysku mają być podane... Owi żebracy-hultajowie, nie wiem, jeśliby mieli być cierpiani, bo zwykli pod zasłoną żebractwa wiele złego broić, dopuszczając sie złodziejstwa, mężobójstwa i inszych sprosnych występków; lepiej by, żeby je dano do szpitalów, gdyby jedno tacy byli, żeby robić nie mogli.

Są mało nie w każdym mieście dochody roczne naznaczone ubogim, które jeśliby były mniejsze, niżliby wszystko ubóstwo wychować mogły, tedy ich trzeba tym sposobem przyczynić. Naprzód, gdyby każdy ujął nieco swych nakładów, a zwłaszcza tych, które sie do zbytku, do pychy i nadętości skłaniają: zaprawdęć chce tego po nas Chrystus, żebyśmy sobie czynili przyjacioły z bogactw nieprawości, którzy by nas przyjęli do namiotów swych; mamy przeto udzielać rzeczy doczesnych tym, którzy nas do wiecznych domów przyjąć mają. Co, zaprawdę, nawięcej przystoi czynić tym, którzy z tego świata przechodzą do onych domów, aby i oni zostawowali niejaką cząstkę majętności swej tym przyjacielom swoim. Są ci, którzy na okazały pogrzeb wielki koszt i nakład każą czynić: aleć, zaprawdę, ci, którzy na ostatecznym stopniu żywota swego są, ci chwały i sławy od Boga czekać mają, nie od ludzi; potomkom też przystoi, aby onych, którzy z tego świata schodzą, prowadzili nie okazałością bogactw albo pychy, ale uczynkami z miłości pochodzącymi, przez które przychodzą ludzie do Królestwa Niebieskiego. K temu też i biskupów majętności starodawni ludzie tak dzielili, że czwartą część dawali na ubogie: niechby ich przeto w tym urząd napomionął. Zaprawdę, ci, którzy nie dawają i nie czynią, co powinni, Boga będą mieli mścicielem. Jest obyczaj, że abo w kościelech, abo na onych miejscach, gdzie sie często ludzie zbierają, stawiają skrzynki dla ubogich ludzi: a tak niechby do nich każdy kładł, ile by mu jego pobożna chęć poradziła. Rozmnoży Pan Bóg takowe jałmużny: i dawającym, że im zawżdy będzie dostawało, skąd by dawali, i bierącym, jeśli będą skromnie prosić, pobożnie brać a miernie tego używać; bo to są boże dary, który gdy rękę otworzy, bywa napełniona wszelka rzecz błogosławieństwem. Lecz to po nas chce mieć, aby ci, którzy dawają, ochotnie to czynili, którzy biorą, aby uznawali dobrodziejstwa boże, dziękowali a ustawicznie sie modlili tak za się, jako też i za dobrodzieje swe. A takowych ubogich żywność niech nie będzie ani rozkoszna, żeby stąd nie przyzwyczaili sie źle czynić, ani też tak skąpa, która by ledwie połowicę głodu odjąć mogła, bo chorzeje i wątleje tak ciało, jako i myśl od niedostatku pokarmu.

Toteż trzeba pilnie opatrzyć, aby od próżnowania nie znikczemnieli ubodzy, ale każdy by niech robił to, co może i ile może; niech sie zabawią jaką uczciwą robotą, a owocu roboty swej niech drugim udzielą; a który by już ubogi ciało na się wziął i ku siłam zasię przyszedł, ten do roboty niech będzie posłań, żeby jako trąd cudzego potu nie pożywał. Zaś którym by na rozumie abo na siłach cielesnych schodziło, iż nie mogą o sobie radzić, o tych u-rząd niech staranie ma. Wszytcy jesteśmy bracia, jednego Ojca Niebieskiego synowie; a żaden od przygód, na ludzi przychodzących, nie jest wolen. Co jeśli na człowieka należy, aby onemu, komu idzie o gardło, dał ratunek, żeby albo od ognia, albo od wody, albo od nieprzyjaciela, albo od jakiej inszej nędze był wyzwolon: tedyć naprawdę łącznym, pragnącym, nagim, ziębnącym słuszna rzecz jest dać ratunek, żeby z niedostatku rzeczy potrzebnych nie pomarli. A przetoż trzeba abo jakikolwiek podatek składać, albo je jakim inszym obyczajem opatrzyć; co nalepiej sprawić mogą królowie, biskupi, wielcy panowie, zgromadzenia księżej2, miasta i ci, którzy w bogactwach obfitują.

A to jest własna i prawdziwa szczodrobliwość: uczynić dobrze temu, kto tego żadnym sposobem nie może nagrodzić. Wszakże nie omyli nas w zapłacie on najłaskawszy Niebieski Ociec, który i czaszę wody zimnej, w imię swoje daną, obiecał nagrodzić. Napomina Paweł apostoł Rzymiany i Koryntyjany, aby majętności swych udzielali ubogim, którzy byli w Jeruzalemie: o, jako daleko słuszniejsza rzecz, abychmy pobożnym a miłosiernym składaniem dawali ratunek tym, którzy z nami są, którzy miedzy nami starością, niemocą albo jakim inszym upadkiem znędzeni, a od wszelakiej nadzieje opuszczeni są!

Niech tedy będzie na to wysadzony urząd, który by miał staranie o ubogich, a tym dobrze szafował, co będzie na ich potrzeby naznaczono.

O JEDNANIU (w skróceniu). Dałżeby to Pan Bóg, żeby i to w obyczaje weszło, aby ludzie, którzy chcą jednanie miedzy sobą mieć, szczyrze powie-dali, każdy z strony swej, czym obraził bliźniego swego! Starali się Piotr i Paweł z pilnością, aby sie byli pojednali o krzywdy, które byli sobie uczynili; a do tego używali wiela ludzi zacnych. Powieda pirwej Piotr, jako wielką krzywdę wziął od Pawła, i wkłada winę nań; zasię przeciwko temu Paweł powieda, iż nie mniejszą także od Piotra krzywdę wziął, i nań wszytkę winę zgania; jeden na drugiego winę wkładał swoję abo ją jednak obmawiał3, jeden drugiego winnym chciał uczynić. Cóż tedy, Piętrzę, i ty, Pawle, cóż czynicie? chcecie, aby miedzy wami nieprzyjaźni ustały, a źrzódeł i przyczyn prawdziwie ukazać nie chcecie? Któreż tedy lekarstwo, a jako będzie przyłożone na ten wrzód, którego oba taita? Jakub, jerozolimski biskup, rozkazuje, abyśmy jeden przed drugim grzechy nasze wyznawali a spólnie sie Bogu modlili za sobą, abyśmy byli uzdrowieni; a tać jest prawdziwie ona chrześcijańska spowiedź grzechu, gdy sie nie tylko przed Bogiem do grzechów swych, ale i przed bratem szczerze wyznawamy, w czymeśmy go obrazili, a jeden sie za drugiego Bogu modlimy, aby nam odpuścił a słuszne od nas karanie oddalił. Łacniej i Boga, i ludzi ubłagamy tym obyczajem niżli co inszego na to miejsce zmyślając abo rzkomo tego nie bacząc. A przetoż sam Chrystus nam rozkazuje, jeśli chcemy jaki dar ofiarować Bogu, a wspomnielibyśmy brata być od nas obrażonego, abychmy, położywszy na czas on dar Bogu nagotowany, szli pirwej do brata a przejednali go. Co jeśli grzeszą ci, którzy zmyślają, czego nie masz, abo którzy ochylają, co jest, cóż oni, którzy fałszywie winę swoję na drugiego wkładają, grzech do grzechu przymnażając! co sie jednak o jednym ze dwu rozumieć musi, gdy przeciwne powieści przeciwko sobie twierdzą. A ty, Pietrze, i ty, Pawle, chcecie, aby was za dobre ludzie miano, a przedsię przeciwne rzeczy śmiecie twierdzić, a nie boicie sie myśli jednaczów, na któreście sie zdali? Cóż tedy wam dobrego wiek nasz przyniósł abo długie rzeczy doświadczenie, jeśli w tak małej rzeczy sercu waszemu rozkazać nie możecie, abyście wżdy prawdy używali, jeden przeciwko drugiemu szukając jednania? O nędzny wasz wiek! o, zwyczaj w rzeczach daleko nę&zniejszy, który was na złe mądrymi czyni, a na dobre nikczemnymi a gnuśnymi! Próżno wam dobre obyczaje przed oczy kładą, próżno dobrych ludzi rozsądki powiedają, próżno Jakubowe i chrześcijańskie nauki oznąjmują! Gniew, waśń a chęć szkodzenia wtrąciły was w to szaleństwo i serdeczną ślepotę, czego jeśli nie zbędziecie, tedyć więtsze złości za sobą pociągną.

Lecz są niektórzy, co nie tak dalece dla siebie, jako dla Rzeczypospolitej, nie zgadzając sie z kim, zarazem od niego i chęć przyjacielską odwracają. A aczkolwiek nam nic nad Rzeczpospolitą milszego nie ma być, dla której i nie-przyjaźni, i nędze abo trudności, na ostatek i śmierci żaden dobry nie będzie sie zbraniał: wszakże gniewać sie albo waśń brać na tego, który tak rozumie, że jego rozsądkiem ma być rządzona, nie jest rzecz dobra ani samej Rzeczypospolitej pożyteczna. Bo naprzód, kto inaczej rozumie, może to być, że lepiej rozumie niż ty; druga2, chociaby sie i omylił, wszakże jeśli z szczerego serca mówi to, co Rzeczypospolitej rozumie być pożytecznego, ono jego omylenie godniejsze jest odpuszczenia niż gniewu. Tak wielka bywa czasem rozmaitość i różność tak w rzeczach, jako i w czasiech, iż nie dziw, że o nich tak wiele czasem bywa rozumów (jako jest w przypowieści), ile głów. Gdy niektóry filozof mocnie sie spierał, iż mądry nie może sie omylić, tedy mu podrzucono ptaka nie tego, którego on chciał, a gdy go jadł, nie będąc tego mniemania, żeby mu co podrzucono, dano mu winę w onym jego omyleniu. Częstokroć się takie podrzucone ptaszki miasto prawdziwych do serc ludzkich nawijają. Lecz jako to jest rzecz podobna, że i ty sam możesz sie omylić, tak zasię jest rzecz przyjacielska a własnej ludzkości pełna żałować czyjego omylenia; ale nienawidzić a nieprzyjacielskie nacierać na tego, który sie zda, jakoby zbłądził, jest rzecz człowieka srodze jadowitego a krewkości ludzkiej mało znającego. Tak wielu występkopi i wadam poddan jest żywot człowieczy, iż jeślibyśmy wiele rzeczy nie przebaczali a występków sobie zobopól-nie nie odpuszczali, niedługo by to towarzystwo a złączenie ludzkie trwało.

Lecz też i to w niektórych obaczono, iż nie tak cudza omyłka, czym oni rzecz swą farbują, ale zazdrość dawa im do rozterków drogę. Ciężkie to zaprawdę obruszenie, a nie każdemu człowiekowi służące i przystojne. A jako czerw nie w każdym sie drzewie rodzi, ale tylko w słodkim, tak też zazdrość przyzwoitsza bywa tym, którzy są barzo wysokiego serca a sławy pragnącego.

Która zazdrość, jeśli rozumem będzie rządzona, będzie jakoby pobudka do cnoty i do uczciwych spraw wiodąca z przykładów przed oczy położonych: lecz jeśli się z prawdziwym rozumem będzie mijać, będzie barzo zła, a jako Cicero powieda, barzo podobna owej, która miedzy dwiema jednę białą głowę miłującymi bywa. Bo a co jest gorszego, jedno że się trapisz a gryziesz sam w sobie z cudzego dobra, którego tobie abo przyrodzenie, abo lenistwo nie dało? A za tym gryzieniem chodzi zazdrość, z której roście waśń, a potem bywa wedle dawnej Hezyjodowej przypowieści, iż garncarz garncarza nie najrzy, a ponieważ z nim równać abo go przechodzić nie może, przeto w nim wszytko gani, pośmiewa sie z niego, źle go na wszem, gdzie może, wykłada, a źle o nim mówi. Przeto takowe wady i znać, i strzec sie ich trzeba, nikomu nie zajrzeć, dary od Boga drugim dane w przystojnej uczciwości mieć, waśni tak dla naszej, jako dla Rzeczypospolitej na stronę odłożyć, a każdy występek drugim łaskawie odpuścić, a w szukaniu jednania tak sie zachować, aby to było szczerze a niepokrycie.

Bo są niektórzy do obrażenia drugich barzo prędcy, a do jednania abo leniwi, abo zgoła niedbali. Jeśli jaka potrzeba przymusza je do jednania, wszakże mają to sobie za sprosną rzecz jawnie to po sobie dawać znać: wolą cicho wleźć do zgody niż jawnie wniść, a dlategoż i tajemnie, i jakoby nieumyślnie chcą to sprawować; a ponieważ sie do tego, co czynią, przyznać nie chcą, cóż inszego czynią, jedno szydzą i z tego, kogo obrazili, i z ludzkich spraw, które mają być jawne, gdy i obrażenie było jawne. Prawdziwie ono poeta napisał: Qui simulat verbis9 nec corde estfidus amicus, to jest:

Kto słowy przędzionymi przyjaźń pokazuje,

Nie wierz mu nigdy, bo cie sercem nie miłuje.

A przetoż takie tajemne jednania o rzeczy, jawnie obrażające, nierady długo trwają, a pospolicie się w zamieszania i rozruchy obracają. Niech przeto pirwszy stopień cnoty będzie nikogo nie obrażać; wtóry - tego, kogoś z przygody obraził, przejednać. Kto sie na pirwszym stopniu nie zostoi, niech sie stara, aby sie na drugim został, a to twarzą, postawą i mową dawał znać, że onego uczynku żałuje i do tego sie garnie, że z onym obrażonym zasię w miłości mieszkać pragnie. Bo z tego wtórego stopnia żaden nie może zstąpić, żeby nie musiał ciężko upaść; gdyż i gniew przeciwko onemu, któregoś nie przejednał, uroście i chęć źle czynienia. A tak to złe, czym dalej, tym sie więcej będzie szyrzyło, a iskierka, z przodku nie zagaszona, urodzi wielki pożar, gdy będzie do tego materyjej dostawać. Przeto człowiek chrystyjański ma sie o to pilnie starać, aby z każdym żył w łasce, obrażenie szczerze odpuszczał, za swe występki szczerze a pokornie odpuszczenia prosił. Bo nie może mieć przystępu do Ojca Niebieskiego ten, który sie inszym stawi abo pysznym ku przejednaniu, abo trudnym i nieuproszonym ku odpuszczeniu ich występku.

Ale jest ich wiele takiego przyrodzenia, którzy z maluczkiej rzeczy łacno biorą wielkie obrażenia; z leda słóweczka, którym mnimają sie być dotknionymi (chociaby on, kto je mówił, chciałby daleko inaczej rozumieć), z świstania, chrapania, zębów ściskania, paznogcia gryzienia, z otworzenia ust, zakrzywienia, marszczenia, z pilnego zapatrzańia, oczu zamrużania, z niedbałości abo w zdejmowaniu czapki, abo w rozmowie, abo w dawaniu ręki, na ostatek, każdego kiwania, mrugania abo inszej postawy, o której tak rozumieją, żeby ich wzgardę znaczyła. Ale przez takie domyślania każdy swoje przyrodzenie wydaje, jakie jest, z którego obyczaje drugich sądzi; bo tak pospolicie bywa, iż jaki kto sam jest, za takie ma i drugie; którym a czego więcej trzeba użyć, jedno aby mieli myśl zdrową w ciele zdrowym? Boć, zaprawdę, serdeczne niemocy niebezpieczniejsze są niżli cielesne, a częstokroć one bywają przyczynami tych. Niech przeto każdy zleczy myśl swą, a miasto rzeczy niech sie nie boi cieniów ani snów, a obyczajem sofistów niech tego nie czynią przyczyną, co nie jest przyczyną. Tacy jesteśmy mało nie wszytcy, iż w wielu rzeczach bywamy ślepi, błądzimy, upadamy; a gdyby drudzy ostrymi oczami na nasze upadki chcieli pojrzeć, nie leda jakoby sie jeden nalazł, który by z nami w przyjaźni na wieki zmieszkał. A jeśli to mamy za słuszną rzecz, aby nam występki nasze odpuszczano, czemu my też sami nie przebaczamy cudzych występków? Czemu maluczkiego obrażenia nie mamy skromnie znosić, gdyż sami wielekroć drugie obrażamy? acz ci nie wiem, jako. byśmy to właściwie obrażeniem nazwać mogli, co podczas2 z niejakiego serdecznego obłądzenia my sami zmyślamy. Ale chociaby i tak było, tedy przedsię na chrystyjańskiego człowieka należy drugim odpuszczać, jeśli też i on chce, aby mu Ociec Niebieski odpuścił...

Każdy... ile może, albo namową, albo rzeczą, albo radą, albo zwierzchnością, albo prośbami, albo mocą panowania, niech sie o to stara, żeby niezgodne do zgody przywodził. Co gdyż każdemu czynić przystoi, tedy nie wiem, komu by więcej, jako ludziom w wielkiej uczciwości u inszych będącym: którzy by częstokroć mogli samym tylko skinieniem wiela ludzi niezgody uspokoić a zgodę postanowić. Ale wiele ich jest, którzy albo z lenistwa, abo iż sie stąd żadnego pożytku nie spodziewają, abo też dla jakiej inszej złej przyczyny pogodę dobrze czynienia upuszczają: takowi są siebie tylko miłujący a wszelakiej poczciwości niegodni. Bo prawdziwe wyrządzanie poczciwości nie bywa, chyba dla cnoty a dla zasług przeciwko narodowi ludzkiemu. Niech sie przeto każdy dobrze zasługuje narodowi ludzkiemu, a niech z swej strony, jako może, leczy chorujące: waśni ludzkie niech wyniszcza, w łaskę je przywodzi, a niechaj sie tego nie dopuszcza, aby gdy dom bliźniego jakoby gorzeć poczyna, on w próżnowaniu leniał, by zaś, jeśliby sie wielki ogień zawziął, domu twego (a ty próżnujesz) ogień nie doszedł. Co jeśli sie sam o siebie nie boisz, tedy przedsię będącym w niebezpieczeństwie ratunku, gdy możesz, nie dać, w wodzie tonących w morzu nie ratować, nędzami ludzkimi oczy swe paść - nie jest rzecz człowieka; zasię przeciwko temu, różnice ugadzać, przyjaźni stanowić, serca ludzkie do miłości a sprzyjaznej chęci przywodzić i uczyć, od waśni i złej woli odwodzić - aza to nie nawięcej ludzkości jednego ku drugiemu przystoi? Której ludzkości jakośmy wiele powinni, przyrodzenie wszytkich spólne nas tego uczy, gdybyśmy w to pilnie wglądali; uczy nas i on szczerej prawdy mistrz, Chrystus Jezus, powiedając, że oni są błogosławieni, którzy pokój czynią, to jest, którzy sami miłując pokój, i miedzy drugimi starają sie o pokój.

Wiele rzeczy jest, które ludzi do pokoju, zgody i ku łacnemu ubłaganiu przywodzą: Ociec Niebieski jeden, wszytkich przyrodzenie jedno, społeczność wiary, spólne używanie praw, handlów abo towarów i Rzeczypospolitej, a zwłaszcza omyłki wszytkim pospolite, które zobopólnie sobie odpuszczać jest rzecz barzo ludzka...

Lecz jeśliże te rzeczy mało kogo pobudzają do ubłagalności, miłości i zgody niechże słucha Jezusa Chrystusa, niebieskiej mądrości mistrza, tymi słowy rozkazującego: «Miłujcie nieprzyjacioły wasze, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą, módlcie sie za tymi, którzy was obrażają i prześladują, abyście byli synmi Ojca waszego, który rozkazuje i światłu świecić, i dżdżowi iść na wszytkie, tak na dobre, jako na złe. Bo jeśli tylko miłujące was miłować będziecie, a cóż zacnego uczynicie ? azaż i mytnicy tak nie czynią ?» Bo to jest nasnadniejsza droga, którą łacniutko przyść możemy do odpuszczenia grzechów naszych: odpuszczać winowajcom winy ich, jeśli chcemy, aby nam nasze były odpuszczone. Cóż tedy na to rzeczemy, chrześcijanie, którzy pod chorągwiami Syna Bożego żołnierską służymy. Żadna rzecz nie jest, która by nas nie wiodła do miłości i łacnego ubłagania: i prawo przyrodzone, i nasz pożytek, i Ojca one-go przykład, którego nam pierworodny Syn Jego, Zbawiciel nasz, przed oczy kładzie. Nędzna to jest rzecz, zaprawdę, że my, urodziwszy sie w szkole Chrystusowej, będąc wychowani i wyćwiczeni w niej, nie chcemy uznać nauki naszej. Na każdy dzień sie modlimy, aby Królestwo Boże do nas przyszło, a któreż to insze jest królestwo, jedno sprawiedliwości, pokoju, zgody a spólnej miłości ? Sam Chrystus, mistrz nasz, z tego świata do Ojca odchodząc, hasło lub cechę zgody i miłości spólnej zostawił nam: Wieczerzą swoję, aby jako spólnym używaniem Ciała i Krwie Jego bywamy sobie równi, tak byśmy też spólną a równą i przeciwko nam samym, i tudzież przeciwko Sprawcy tej świętej Uczty chęć i wolą mieli. Nadto jeszcze jasnym głosem pokój i miłość, jakoby na testamencie, nam dał: «Pokój - pry mój dawam wam, pokój mój zostawuję wam; stąd poznają wszytcy, iż uczniowie moi jesteście, jeśli miłość będziecie mieć miedzy sobą spólną.» Zaś do łacnego ubłagania i łaskawej skłonności tymi słowy nas napomina: «Jeśli odpuścicie ludziom występki ich, odpuści i wam Ociec wasz Niebieski; a jeśli nie odpuścicie ludziom upadków ich, tedy i Ociec wasz Niebieski nie odpuści wam występków waszych.» Kogóż tedy inszego początkiem i mistrzem mieć możemy, który by nas więcej pobudzał do odpuszczenia, do zgody, miłości spólnej, jedno Tego, który nam na każdy dzień sam odpuszcza, który nas osobliwie miłuje, który nie po czym inszym ucznie swoje więcej poznawa, jedno po spólnej miłości? A przetoż wszytcy, którzy uczniami Chrystusowymi chcą być, mają sie o to pilnie starać, aby sie zwad, nieprzyjaźni i waśni wystrzegali, a pokój i zgodę ze wszytkimi w całości zachowali, forytowali, a jako mogąc, pomnażali. Czego każdy barzo łacno dokaże, jeśli sie swego żalu mścić nie będzie. A jeśli sobie krzywdę od kogo mieć mnimasz, tedy abo do urzędu się uciecz, który Bóg postanowił i dla karania złości, i dla nagradzania dobrych uczynków wyrządzaniem poczciwości; abo odpuściwszy onę twoję krzywdę, zwycięż złość przeciwnika twego dobrocią twoją!

Ale pospolity człowiek wedle złego rozsądku swego tych, którzy sie krzywd swoich mszczą, wielce waży i mężnymi je a wielkiego serca ludźmi nazywa; a zasię cierpliwe lekce waży a bojaźliwymi i nieśmiałymi je być osądza. Lecz my, którzyśmy sie niebieskiego nabożeństwa nauczyli, więcej mamy sobie ważyć on rozsądek nasprawiedliwszego sędziego - Boga, który złorzeczącym każe dobrorzeczyć, a źle czyniącym dobrze czynić, który cierpliwość tak wielce sobie waży, iż powieda, że w niej otrzymamy dusze nasze. Tej cnoty przykład i sam w sobie Chrystus Jezus dziwnie okazał, i w wielu ludziach, którym On kazał na tęż drogę następować, którą On pirwej przed nimi szedł. Nadto jeszcze, jeśli sie w tym filozofów dołożymy, wiele od nich usłyszymy o hamowaniu gniewu a o łaskawym, cierpliwym znoszeniu krzywd. Bo a cóż inszego jest mścić sie krzywdy, jedno naśladować złości tego, który pirwej obraził? A złej rzeczy naśladować cóż inszego jest, jedno od dobrzeczynienia odstąpić? Nie godzi sie tobie chorować przeto, że choruje przeciwnik twój, ani szaleć, iż on szaleje! Bo a jakoż niemoc twoja uzdrowi jego niemoc? jako myśl twoja niezdrowa do zdrowia ji przywiedzie? Zaprawdę, on lekarz jest wielki prostak, który nie chce inaczej chorego uleczyć, jedno ażby też sam chorował.

ZGROMADZENIE WSZYTKICH NAUK A ZAMKNIENIE PIRWSZYCH KSIĄG O OBYCZAJACH. Swarom przeto, waśniam i nienawi-ściam bynamniej nie trzeba przywykać, lecz cichości, pokoju a zgody pilnować. Każdemu jego cześć ma być wyrządzana - nie trzeba tak rozumieć, żeby on miał sławnym zostać dlatego, że drugimi gardzi. Bo wszytcy miłują i wielce ważą ony, które widzą, że też i oni drugie wielce ważą, ale ci, co drugimi gardzą, pospolicie bywają u wszech w nienawiści. Każdy też w sprawach swoich ma pilnie patrzeć na ten sposób żywota, w którym mieszka: ma ji, powinności swej dosyć czyniąc, zalecać i zdobić, a w cudze sie urzędy nie wtrącać; bo stąd roście pomieszanie stanów, gdy sie ludzie wdawają w sprawy sobie nie należące; stądże też i własne powinności swe opuścić muszą albo je wżdy niedbale sprawują, mając dla cudzych spraw myśl roztargnioną. I sama Rzeczpospolita niedobrze sie ma, gdy każdy, nie przestawając na swym dołożyć się - poradzić się kogo urzędzie, miesza cudze chciwością górności, nie inaczej, jedno jako i ciało byłoby roztargnione, gdyby członki, miejsca swe opuściwszy, przeniosły sie na drugich członków miejsce a w ich by sie urząd wdały. A przetoż ludzie dobrzy i pragnienia górności wystrzegać sie mają, i miłość samego siebie zbytnią z serca swego wykorzeniać. Czego każdy tym łacniej dokaże, czym skromniej o sobie będzie rozumiał, a dary, którymi był obdarzon, często by obaczał, nadto by i ono uważał, że mu więcej do doskonałości żywota nie dostawa, niż dostawa. A przetoż też nikogo sobie lekce ważyć nie trzeba, ale siłami i majętnościami naszymi ludziom, ile możemy, usługować.

Nie godzi sie nam, którzy sie za bracią liczymy, sobie tylko gwoli żyć, ale raczej dobrodziejstw Ojca naszego miedzy się udzielać, które On rożne różnym dał, aby tą różnością i spólnym udzielaniem powinowactwo braterstwa miedzy nami zachowano było. Kto tedy jest bogaty, niech sie szczodrobliwością ukazuje być ubogiego bratem; kto jest rozumem i mądrością obdarzon, niech nauki swej i rady użycza potrzebnym; kto ślachectwem abo możnością wiele może, niech zwierzchność i możność swą obraca na bronienie niewinnych a pokornych. Bo sie zda, jakoby wszelką ludzkość zwlekli z siebie i prawo braterstwa porzucili oni, którzy bogatymi będąc, sobie tylko bogaci są; którzy, uczeni i mądrzy, sobie tylko nauką i mądrością swoją obmyślają; bo prawdziwa ludzkość i braterstwo udzielaniem wszech rzeczy ludziom zawiera sie albo na rozpominaniu i użaleniu tych przygód, którym wszytcy poddani jesteśmy. Zaprawdę, nie jest godzien w przygodzie swej miłosierdzia drugich, który nad nędznymi nie ma zmiłowania, niegodzien jest pomocy ludzkiej, kto w niebezpieczeństwie będącym ratunku nie dawa, kto zamyka oczy przed proszącym, a drzwi przed potrzebnymi. A tak ustawicznie trzeba sie o to starać, abychmy ile możemy, drugim dobrze czynili, abychmy sie ludźmi nie brzydzili ani nimi gardzili, abyśmy składali nadętość, a nic pyszno nie czynili, nic hardzie, nic okrutnie. Bo te wady z siebie wygnawszy, choć różne są majętności ludzkie, przedsię równość umysłów będzie zachowana, która jest najpotrzebniejsza do zachowania pokoju i zgody. Którzy tej równości zachować nie chcą, naprzód jawnie dawają znać, że nie chcą mieć wspólnego Ojca z tymi, których za bracią mieć nie chcą; bo to być nie może, aby ten w powinności braterskiej nie miał chcieć zostać z tym, z którym sie do jednego Ojca przyznawa; potem też sami sobie zstawają sie proroki, że k temu przyjdzie, iż którzy nie chcą być z drugimi równo, ci bywają poniżeni. Bo to wyrokiem Syna Bożego jest postanowiono, aby kto się powyższa, był uniżon, a kto się uniża, był powyższon. To mamy dobrze znać i głęboko do serca pokładać, a jako boskie rozkazanie rozpominać i do tego wszytkie nasze sprawy obracać. A przeto nikim gardzić nie mamy, każdego dobrą chęcią i powinnościami zawżdy naszymi uszanować, szczęśliwe i przeciwne rzeczy skromnie znaszać, rady uczciwej a z cnotą złączonej zawżdy się trzymać, a powodzenia od Boga wszechmocnego prosić i czekać, przed którego sto licą stanąć a Jemu liczbę ze wszytkich naszych spraw, mów i myśli dać pewnie musimy.

Podobne prace

Do góry