Ocena brak

Aleksander Świętochowski — albo zmiana warty

Autor /Albinos Dodano /04.06.2013

Artykuł Aleksandra Świętochowskiego My i wy pojawił się w warszawskim „Przeglądzie Tygodniowym” w roku 1871, w okresie krystalizacji zasad pokoleniowej ideologii młodzieży pozytywistycznej i miał na celu przyśpieszenie tego procesu oraz doprowadzenie podziałit pokoleniowego do sytuacji dychotomicznej. Pisał:

My jesteśmy młodzi... pragniemy pracy i nauki w społeczeństwie, pragniemy wywołać siły nowe... zużytkować istniejące, skierować uwagę przed, a nie poza siebie... Wy jesteście starzy... żądacie w literaturze spokoju, nieruchomości; każecie wszystkim patrzyć w przeszłość, szanować nawet jej błędy; chcecie, ażeby was tak jak senatorów rzymskich była zawsze jedna tylko liczba [...].

Nie ma więc miejsca na zgodę; to przekonanie bije z artykułu z wielką siłą. Po jednej stronie znajdują się Młodzi, po drugiej zwolennicy romantyzmu w literaturze i idealizmu w polityce. To o nich młody publicysta pisze zjadliwie.

Szkody, które robią przy końcu swego zawodu, każą nieraz zapominać o dobrodziejstwach przy jego początku.

Autor tego celnego aforyzmu miał w chwili, kiedy rzucał tę ironiczną myśl na papier, dwadzieścia dwa lata; był człowiekiem rzeczywiście młodym. Niedawno ukończył Szkołę Główną i od kilku miesięcy zasilał„Przegląd Tygodniowy” swymi świetnymi artykułami, wspomagając rówieśników buntujących się przeciw starym koncepcjom politycznym, społecznym i literackim. Pokolenie, czy raczej grupa pokoleniowa, w której imieniu występował Aleksander Świętochowski, pragnąc przyśpieszyć jej samookreślenie i nadać jej wyrazisty kształt ideowy, ukształtowane zostało w promieniu wpływów filozofii pozytywnej, proponującej na gruncie angielskim (Mili, Spencer) minimalizm poznawczy (badanie tego, co jest dostępne badaniu, i to metodami gwarantującymi prawdziwość wyników), bezwzględną naukowość i trzeźwość oraz nakazującą na gruncie francuskim (August Comte — twórca terminu filozofia pozytywna) trzymanie się tylko niewątpliwych faktów, realnych i stwierdzalnych. Pozytywiści zachodni, głównie Comte, wyznaczali filozofii funkcję opanowywania rzeczywistości. Przekonywał francuski filozof: wiedzieć, to przewidywać, a przewidywać, to modelować zmiany i określać ich kierunek co w dalszej konsekwencji doprowadziło do zmiany koncepcji człowieka; em-piryzm pozytywistyczny odrzucał wszelkie romantyczne tajemnice i zagadki natury ludzkiej, uznając wszystko za możliwe do przewidzenia, byle odkryć właściwe związki przyczynowe oraz ustalić warunki, które determinują zachowanie i działalność ludzką (Darwin, Taine).

Na gruncie polskim zatarto różnice między poglądami Milla, Spencera i Comte’a, chodziło bowiem o to, co było wspólne: 

o trzeźwą i empiryczną postawę wobec życia, tak niezbędną dla doprowadzenia edukacji społecznej — jaką założyli pozytywiści jako cel swego działania — do pożądanych i optymalnych wyników. Postulat trzeźwej oceny przeszłości, tak szeroko propagowany przez Świętochowskiego, Chmielowskiego, Wiślickiego i innych, wyrażał się w praktyce publicystycznej przeciwstawieniem się ideałom romantycznym w poezji, idealizmowi w polityce i spekulacjom w filozofii. Klęska powstania 1863 roku wywarła jednak głęboki wpływ i wzbudziła w młodych nieufność do dawnych celów i praktyk politycznych i dlatego też myśli o realistycznym traktowaniu działań politycznych, o trzeźwym planowaniu ruchów społecznych oraz o konieczności podjęcia pracy nad rozbudową ekonomicznej bazy narodu stawały się częścią nowego programu ideowego, ściśle powiązanego z rozwojem układu kapitalistycznego na terenach polskich. Kwestionowanie przeszłości i wyrażanie nieufności do niej miało więc głębsze uzasadnienie. Chodziło już bowiem nie tyle o idealistyczną estetykę Kremera i Libelta (wysuwającą hasło sztuki dla sztuki) i o powiązanie literatury z życiem, ale o stworzenie nowego modelu człowieka (racjonalisty i ekonomisty) i literatury (rezygnującej z funkcji rewolucjonizowania świadomości odbiorców). I dlatego kampania młodych publicystów pozytywistycznych przybrała tak ostry wyraz w pokoleniowej dyskusji i była bardziej ruchem literacko-społecznym aniżeli teoretycznym.

To wszystko stanowi zaplecze intelektualne patetycznego i pełnego emocji artykułu Świętochowskiego. Nieujawnione w bezpośrednim wywodzie ani w toku dowodowym, bowiem wtedy, kiedy ten manifest pokolenia pojawił się w warszawskim tygodniku, brzmiał jak wypowiedzenie wojny i jak głos z pola zaczętej już bitwy. Będąc zaś narzędziem toczącym się już sporze, ostrym i niebezpiecznym narzędziem, nie posługiwał się zwyczajną bronią polemistów: ujawnianiem niedostatków myślenia czy niedoskonałości w argumentach przeciwników, ale był wołaniem wprost do ustąpienia placu, do poniechania dalszego oporu. Musi nastąpić zmiana pokoleniowej warty — woła Świętochowski, bowiem taka jest zwyczajna kolej rzeczy, taki jest porządek świata. Pisze:

Szczęśliwy ten ogół, którego straż zmienia się regularnie, nieszczęśliwy i źle strzeżony, gdy starych i znużonych długim czuwaniem gwardzistów nie zastępują nowi.

I dodaje:

W obowiązkach ludzi, którzy stanęli do przewodniczenia drugim, leży nie tylko powinność spełniania swej władzy sumiennie, ale także złożęnia jej w porę.

Młody pozytywista uzasadnia tę myśl w sposób charakterystyczny: „Każdy organizm ma swoją chwilę, od której przestaje być czynny”.

Tej potrzeby ustąpienia miejsca młodym dowodzi Świętochowski nie tylko z patosem i emfazą, przeciwników dobija rów«nież celnym aforyzmem, określeniem tak znakomicie oddającym napięcie sporu, że prawie nieodpartym i niezwykle sugestywnym. Więc:

Całe nieszczęście w tym, że przeciągnąwszy swój zawód zbyt długo, obok strat zyskaliście jeszcze wadę nałogu przewodniczenia innym.

Lub:

Wdzięczność i szacunek dla poprzedników w sferze pracy umysłowej nie jest wdzięcznością syna dla dobrego ojca.

Artykuł My i wy pisał publicysta czujący wielkość, potrzebę i słuszność prawdy wysuwanej przez jego generację. Stąd bierae się owa wielka wewnętrzna siła przekonania o swej nieomylności i prawie do wygłaszania zdań autorytatywnych o własnej i generacyjnej odmienności i wyższości, o konieczności rychłego dokonania zmiany pokoleniowej warty.

Ale jest w tym artykule także zapowiedź tego wszystkiego, co zraziło do utalentowanego publicysty jego współczesnych: tonu wyższości i pogardy wybitnej jednostki dla mniej utalentowanego otoczenia. Z biegiem lat warszawski „papież postępu”, zwolennik cywilizacyjnej przebudowy Polski, gorliwy propagator koncepcji rehabilitacji pracy, przestaje dostrzegać świat wartości ogólnoludzkich, przestaje wierzyć w nieustanne doskonalenie świata za sprawą wspólnego wysiłku śmiertelnych jednostek. Oszczędza tylko z powszechnej, totalnej pogardy jednostki wybitne, przewodniczę duchy ludzkości. Takie efekty filozoficzne wywołał w świadomości Świętochowskiego kryzys wiary w tworzone przez społeczeństwo wartości, jego rozczarowanie do społeczeństwa, które nie poszło drogą proponowanego przez młodych pozytywistów rozwoju. Stąd niechęć do agresywnego kapitalizmu, który zrzucił maskę rycerza cywilizacyjnych przemian, i stąd obawa, a potem nienawiść do socjalizmu, dochowana do końca życia.

Ten konflikt z życiem i postępujące niezrozumienie biegu nowych zdarzeń postawiły z czasem pisarza w sytuacji działacza i polityka, który nie potrafi zejść ze sceny, z czego się kiedyś naśmiewał. Szkody, które „zrobił przy końcu swego zawodu”, nie każą nam — co prawda — zapomnieć „o dobrodziejstwach przy jego początku”, ale przecież poważnie osłabiają znaczenie i wagę młodzieńczych dokonań.

Do góry