Ocena brak

Adam Naruszewicz - Dzieła historyczne: Historyja narodu polskiego od przyjęcia chrześcijaństwa (1780) - Historyja Jana Karola Chodkiewicza, wojewody wileńskiego, hetmana Wielkiego Księstwa Litewskiego (1781)

Autor /Saleta Dodano /09.10.2012

Jednym z najgłówniejszych warunków postępu i odrodzenia narodu jest znajomość dziejów ojczystych; tymczasem ogół społeczeństwa nie posiadał jej, co nie przeszkadzało, że się lubił na przeszłość powoływać, wtedy zwłaszcza, kiedy była mowa o reformach: «Niech diabli porwą reformy! Póki wszystko było po staremu, Polska była potężna, a zatem i teraz wszystko po staremu niech pozo­stanie !»- oto jak rozumował przeciętny szlachcic. Ale jak było po staremu, o tym pojęcia nie miał i dziwił się albo oburzał, gdy mu kto mówił, że na przykład w staro­żytnej Polsce nie szlachta, tylko król rządził państwem i że wtedy właśnie Polska była potężna. Nie rozróżniał także prawdy od fałszu i ślepo wierzył we wszystko; co nabajali o dawnych dziejach kronikarze średniowieczni, zwłaszcza ukochany Kadłubek. Wszystko to doskonale rozumiał Stanisław August i postanowił sobie włożyć ciężki trud opracowania krytycznego historii ojczystej na barki swojego «Narucha», który-jak wszyscy wiedzieli - był rozmiłowany w nauce histo|jM cznej: opracował był przecie krótki podręcznik historii starożytnej i co ważniejsza, już w roku 1772 ogłosił był tom pierwszy swego przekładu dzieł Tacyta (tom czwarty i ostatni wyszedł w roku 1783). W roku 1774 oznajmił tedy król wolę swoją Naruszewiczowi. Ten odpowiedział krótko: «Jam gotów», i tuż potem wziął się do pracy, jak sam sobie świadczy, «w krwawym pocie czoła, z ofiarą zdro­wia i wolności», «dla nauki i pożytku spółziomkóW». Zaczął od najdawniejszych, przedhistorycznych dziejów Słowiańszczyzny, czyli jak się wyraził Stanisław August, od «przedsionka, który by zawierał obraz sarmackich dawności». Z tego przed­sionka słowiańskiego ani rusz nie mógł wyjść Naruszewicz, co bardzo drażniło króla: «Gdy zbyt długo będziemy się nad przedsionkiem bawić, to samego pałacu i nie dożyjemy.» Wówczas to, pragnąc króla uspokoić, posłał mu Naruszewicz w rękopisie swój Głos umarłych jako dowód, że już jest w pałacu. Wymowniej­szego dowodu złożyć nie mógł, bo przecie ten wiersz to owoc sumiennych badań i głębokich rozmyślań nad przeszłością Polski, wysnutych nie tylko z rozumu, ale i z serca gorącego patrioty, który rozumiejąc, że przyczyn nieszczęścia ojczyzny trzeba szukać nie w «obcych uciskach», tylko we własnych winach, nie wahał się tej bolesnej prawdy wypowiedzieć, słusznie upatrując źródło nieszczęścia Polski w osłabieniu silnej niegdyś władzy monarchicznej oraz w płynącej stąd anarchii i złotej wolności.  

Nareszcie w lat sześć po rozpoczęciu pracy wydał Naruszewicz tom pierwszy swego znakomitego dzieła: Historyja narodu polskiego od przyjęcia chrześcijaństwa (1780); a w sześć lat później (1786) ukazał się tom szósty i niestety ostatni, dopro­wadzony tylko do ślubu Jagiełły z Jadwigą. (Tom wstępny, obejmujący dzieje pierwotnej Słowiańszczyzny i Polski przedchrześcijańskiej, wydano dopiero po śmierci autora, w roku 1824.)
Jeszcze przed rozpoczęciem pracy złożył Naruszewicz królowi Memoryjał względem pisania historyi narodowej, w którym wypowiedział swoje poglądy na zadania historyka i historii; dzieło historyczne posiadać winno cztery główne przy­mioty: «zebranie rzeczy pilne», «rozłożenie łatwe i porządne», «krytykę mądrą» oraz «ozdobienie gładkością pióra powabne», to jest styl «gładki, wspaniały, płynny i poważny».
Warunek pierwszy wypełnił Naruszewicz świetnie: «zebranie rzeczy» jest tak pilne, jakiego nie było w Polsce od czasów Długosza. Jak Długosz, tak i on zgromadził wszystkie możliwe źródła dziejowe: nie tylko dawne kroniki i opraco­wania, drukowane i rękopiśmienne, polskie i niepolskie, ale i dokumenty - «zapleśniałe po archiwach i biblijotekach papierów stosy»; nie pominął nawet źródeł na pozór mniej ważnych, na przykład opowieści o cudownych obrazach, słusznie mówiąc, że «i w tych pobożnych ramotach wielkie i ważne do oświaty ciemnych w historyi zakątków znaleźć można dowody». Bo rozumiał Naruszewicz, on pierwszy w Polsce (nauczył się tego od Woltera), że historyk winien badać nie tylko sprawy państwa, ale i cywilizację, obyczaje i charakter narodu, i że na historię składają się nie tylko dzieje zewnętrzne, ale i wewnętrzne. Szkoda jednak, że ten pogląd nowoczesny na zadania historii jest w dziele Naruszewicza tylko... teorią, że dzieło to (jak się słusznie wyraził najznakomitszy historyk polski, Joachim Lelewel), «lubo nosi tytuł historii narodu polskiego, jest wszelako historią państwa pol­skiego i królów jego, jego polityki, zajść i stosunków z mocarstwami okolicznymi oraz spraw monarchów i książąt ich familii, wojen i traktatów». A i dzieje wewnę­trzne traktuje Naruszewicz po macoszemu i bardzo nierównomiernie, a do tego wiadomości o nich umieszcza nie w samym toku opowieści, tylko, jakby coś pod­rzędnego, w przypiskach (na przykład o organizacji Kościoła, o formie rządu, o sejmach i o początkach parlamentaryzmu, o niewoli ludu wiejskiego, o monecie, o wojskowości, o żupach solnych itd.).
Z warunkiem drugim, z «rozłożeniem łatwym i porządnym», nie umiał dać sobie rady Naruszewicz: jak Długosz, tak i on opowiada o wypadkach historycz­nych z roku na rok; a więc układ jest przestarzały, kronikarski i przez to wcale «niełatwy», owszem, utrudniający czytelnikowi wyrozumienie ciągłości przy­czynowej wypadków.

Z trzeciego za to zadania wywiązał się Naruszewicz jak należy: umiał się zdo­być na «krytykę mądrą» i ona to właśnie stanowi najznamienniejszą cechę i zarazem najwyższą zaletę dzieła. Na czymże ma polegać ta «krytyka mądra» ? Na tym przede wszystkim, że historyk winien «wyśledzić przyczyny, oceniać skutki)):«...mało na tym, że kto wygrał bitwę, jeżeli nie wiem, z jakich powodów wojnę zaczął, jakimi drogami prowadził, co za zysk wzięła wygrana.» Otóż tej zasady pilnie przestrzegaj Naruszewicz, zapatrując się na dzieje jako na jeden ciągły łańcuch przyczyn i skut­ków; innymi słowy, jego Historia jest pragmatyczna. Ale to nie wystarcza: głównym zadaniem krytyki jest rozróżnianie «pozoru od prawdy». Wiedział o tym wpraw­dzie już Długosz, ale cóż z tego, kiedy, jako człowiek średniowieczny, był nadto łatwowierny, wierząc na przykład ślepo baśniom o Popielu, Krakusie, Wandzie itp. Naruszewicz, jako syn wieku oświeconego, już nie wierzył; wiedział, że < wszystko to prawda, co starszy napisali», rozumiał, że «jak czysta woda, odchói dząc coraz dalej od swego źrzódła, przylewem obcych ścieków traci swą barwę, smak i istotę, traciła prawda w zamąceniu swoim z baśniami pewność pierwia­stkową; wprowadzone z czasem pisma ugruntowały tym bardziej powagą pisarzów gminne podania; trudno już więc było,co mówić przeciwko Lechowi, Wandzie i Popielom: niejeden się dąsał, zasłaniając się jak tarczą trądycyją antenatów, a powagą Kadłubka; potrzeba było atoli odważyć się na tę pracę». Otóż on się na to odważył: poczytując Kadłubka za bajarza, drwił sobie z niego i z jego «przy-piewków nadprzyrodzonych)), nazywając je «głośnymi trąbami, donoszącymi o fałszu całej powieści»; historia Wandy na przykład byłaby, jego zdaniem, «piękną nader do bajecznego jakiego romansu albo do tragedyi materyją», ale nie do nauki; więc wyrzucił dzieje bajeczne w przekonaniu, że dopiero «Ziemowita panowanie na pewności historycznej gruntować można».
W tym swoim krytycyzmie posunął się Naruszewicz jeszcze dalej. Wierzył w Opatrzność i sprawiedliwość boską, która występki ściga i karze», aje i w to wierzył, że Bóg stwarzając świat stworzył i niewzruszone prawa, które rządzą zarówno naturą, jak ludźmi, a jeżeli tak, to różne wypadki, które się wydają ludziom cudami, nie są nadprzyrodzone, bo się dadzą wyjaśnić właśnie owymi prawami, których znajomość zwiększa się z postępem wiedzy ludzkiej. Opowiada Długosz, że w roku 1241, gdy Tatarzy oblegali Wrocław, pewien zakonnik «modlitwą swoją uwolnił miasto od oblężenia: kiedy bowiem oddawał się modlitwom, słup ognisty z nieba spuścił się na jego głowę i miasto z całą jego okolicą cudownym blaskiem oświecił; to zjawisko takim strachem zdjęło Tatarów, że uciekli». I Naruszewicz mówi o tym słupie, ale dodaje: «Badacze natury i jej tajemnic, twórczą ręką na użytki ludzkie sporządzanych, przypisują to zorzy północnej, której się dzicz lekkowierna ulękła, jako wpływów na ziemny okręg nadpowietrznych nieświadoma, a Opatrzność też na prośby sługi swojego zrządzić mogła, że ten przyrodzenia skutek stał się okrutnych umysłów kaźnią i rozgromem.» W ogóle o wszelkich cudach mówi Naruszewicz nie tylko ostrożnie, ale czasem z wyraźnym odcieniem niewiary albo niechęci, pisząc na przykład: «Wspomina Długosz o cudownym przez św. Stanisława wskrzeszeniu Piotrowina; dawniejsi od Długosza kronikarze o tym zamilczeli», «cuda zdarzone po śmierci męczennika uwieńczyły cnoty jego i pamięć w potomności)); ale ponieważ cuda te są «od pisarzów narodowych i obcych po stokroć w druk podane», więc po co i na co o nich mówić? Po zabójstwie bis­kupa, opowiada Naruszewicz, papież odsądził Bolesława od korony; czyn ten na­zywa bez ogródki bezprawnym, dodając, że w ogóle mieszanie się papieżów do spraw politycznych było «nieszczęśliwością równie dla narodów, jak dla samej Stolicy Apostolskiej szkodliwą)). Nie szczędzi także Naruszewicz ostrych słów duchowieństwu polskiemu wieków średnich: przyznaje mu, oczywiście, wielkie zasługi około oświaty, ale nie tai jego późniejszego zepsucia; benedyktynów na przykład nazywa pierwszymi «zaszczepcami nauk)), ale wyrzuca im, że z czasem (już w połowie XI wieku) zgnuśnieli w swoich dostatkach, co «podało osoby w po­gardę, a dobra w rozszarpanie)). A pod rokiem 1197 tak mówi o księżach: ((Hań­biło się królestwo ostygłością religii a zepsutymi obyczajami duchowieństwa; przeszła do Polski ta zaraza z innych krajów, a mianowicie z Niemiec; ludzie, Bogu i bliźnim z powołania na usługi poświęceni, zostali gorszącym przykładem dla narodów; pierwiastkowa świątobliwość, zagłuszona bogatymi od książąt i prywatnych nadaniami, odmieniła się w dumę, chciwość, próżniactwo, zbytki i nierząd.)) Za ten właściwy wiekowi oświeconemu krytycyzm względem tradycji i Kościoła uchodził Naruszewicz w oczach współczesnych głupców i wsteczników za bezbożnika i bluźniercę. Ani jednym, ani drugim nie był; co więcej, nie zawsze miał cywilną odwagę, żeby powiedzieć wszystko, co myślał. Słusznie zarzuca mu Lelewel, że czasem «zdaje się lękać prawdy od siebie odkrytej; nieraz chwieje się w obliczu czytelnika i rzecz na jego zdaje przyzwolenie)). Pewna połowiczność natury polskiej odbiła się wyraźnie na Historii narodu polskiego.
Lecz historyk powinien, zdaniem Naruszewicza, rozróżniać nie tylko prawdę od pozoru, ale i dobre od złego, «aby powiadając, co się działo, oświecał rozum czytającego, jeśli się to dobrze lub przeciwnie dobru pospolitemu działo». Z tego prawa historyka do wydawania własnego sądu o wypadkach korzystał Narusze­wicz skwapliwie, pragnął bowiem oświecać swych czytelników, nauczyć ich mia­nowicie mądrości politycznej. Poucza więc ich przy sposobności, że «duma możniej-szych i uciemiężenie gminu przez nieb), które były «od wieków fatalną narodu naszego przywarą)), są dla państwa źródłem okropnych nieszczęść; że nie mniej­szym nieszczęściem jest «swoboda albo raczej swywola anarchiczna)), wierzganie na rząd i wszelką zwierzchność)), że «źrzódłem istoty i szczęśliwości narodów)) jest posłuszeństwo prawom. Ale za główny warunek potęgi państwa poczytuje silną władzę królewską i tron dziedziczny, tron obieralny bowiem pociąga za sobą bezkrólewia, te zaś są zawsze «hasłem do jozruchów i szkód krajowych». Z takiego to stanowiska wydaje sąd o dziejach Polski: wielbi więc Bolesława Chro­brego, którego dzielność, jak mówi, zamieniła nierząd w monarchię; przypomina, że po śmierci Bolesława Krzywoustego «z osłabieniem rządu monarchicznego dały się czuć natychmiast nieszczęśliwe podziału skutki)); chwali Przemysława, który «ojczyznę podźwignął, wlewając w jej rozszarpane ciało ducha rządu, jedności i subordynacyi pod jednym berłem»; za to samo nazywa Łokietka «jednym z naj­większych królów na świecie»; przywileje koszyckie poczytuje za nieszczęście, od nich bowiem poczęły się rządy możnowładcze z uszczerbkiem władzy królewskiej. Otóż ten monarchizm Naruszewicza i krytyka anarchii stanowią główną tendencję i jakby myśl przewodnią całej jego Historii: pragnął on wpoić w spo­łeczeństwo przekonanie, że nieodzownym środkiem do ratowania tonącej ojczyzny jest wzmocnienie władzy królewskiej i zaprowadzenie dziedziczności tronu.
Na koniec, co do warunku czwartego, wypełnił go Naruszewicz dobrze: jego dzieło posiada naprawdę «ozdobienie gładkością pióra powabne», styl bowiem, choć nie jest «wspaniały», ale jest gładki, jasny, płynny, na ogół prosty, a nadto odznacza się powagą godną dzieła naukowego.
W ogóle Historia narodu polskiego jest dziełem ogromnej na swój czas war­tości, jest najznakomitszym pomnikiem polskiej literatury naukowej wieku oświe­conego, jest u nas pierwszą od czasu Długosza historią Polski stojącą niemal na wysokości współczesnej nauki europejskiej; a przez myśl przewodnią, przez dąż­ność do podźwignięcia ojczyzny z nierządu - jest nadto mądrym czynem patrio­tycznym.

O LESZKU III. Leszka III dziejopisowie nasi umieszczają na tronie polskim, synem Leszka II czynią. Najpierwszy z nich o nim Kadłubek, zwyczajem swoim niedokładne plotący baśnie, pisał. Mówi on... iż Julijusza Cezara we trzech stoczonych bitwach zwalczył, Krassa u Partów o klęskę i całego wojska zniszczenie przyprawił, samemu zaś złoto roztopione w gardło lał, mówiąc: «Żądałeś złota, pijże je!» Takie na koniec sny i baśnie, czy­niąc go królem Getów, Partów i za Partami leżących krajów, plecie, iż choć w części nieznajomość krajów i narodów, przezeń okazaną, dowieść należy: za Getów albowiem poczytuje Prusaków, za Partów - Ruś!... Pisze o wojnach Leszka III z Julijuszem, o małżeństwie jego z Juliją, rzymskiego dyktatora córką, założeniu od niej Julina, czyli Lublina: co tak oczywistym jest fał­szem, że go i zbijać nie należy. Julijusz Cezar nigdy Elby rzeki, owszem i następni po nim cesarze rzymscy, lubo z Germanami wojowali, nie prze­szli; dalekoż bardziej, aby ze Słowianami kiedy wojowali! Nie było też za Julijusza ani Polaków, ani Słowianów, a córka jego Julija komu była po­ślubioną, rzymskie dzieje świadczą.

BEZKRÓLEWIE PO ŚMIERCI MIESZKA II. ROK 1035 I 1036. Zostawiony bez rządu i głowy naród, nie mając ani zachętu do cnoty, ani powściągu od swywoli, otworzył smutne dla ludzkiej społeczności w okrop­nej anarchii widowisko. Póki była w domu Ryksa, lękali się nieco możniejsi jej surowości. Prywatne zajścia i dumne możniejszych zamiary ukrywały się tylko popularnym naówczas na bezprawia dworskie sarkaniem, a uciąż­liwość poddanych... nagradzając się przynajmniej wnętrznym pokojem, mniej znaczną krajowi szkodę przyniosła. Odjazd królowej z dziedzicem tronu, uchyliwszy zupełnie pastwę zapalonemu na przemoc dworską poża­rowi, obrócił go na własnych ziomków. Były już z dawna wrzucone pod gnuśnym Mieczysława rządem przyszłej domowej wojny nasiona. Przewi­dział one Bolesław Chrobry: następca ich nie zatłumił. Utworzyły się dwie przeciwne strony: jedna, królowej i Niemcom przychylna dla zysku i faworów, mianowicie młodzi; druga, ze starszych, nienawistna im dla za­zdrości. Obfici w dobra i majątki hrabiowie, osobliwie którzy albo wojskami przywodzili, albo straż zamków królewskich trzymali, chcieli być udziel­nymi na wzór Niemców. Pogranicznych wspierała nadzieja pomocy dla sąsiadów: Rusinów, Prusów, Jadźwingów i innego barbarzyństwa. Ucie­miężone chłopstwo czekało tylko pory i wodza na zemszczenie się srogiego od dziedziców jarzma. Zwolniałe w przykładnym życiu duchowieństwo, a bogatymi od królów i prywatnych pomnożone w dobrach i dziesięcinach dochodami, znajdowało wzgardę i niechęć z obelgi. A tak w powszechnym owym stanów i ludzi bez rządu zamieszaniu poczęła się okropna stena od wzajemnych miedzy możniejszymi najazdów i bitew. Im kto w potęgę, przy­jaciół i zuchwałość większy, tym liczniejsze zgromadziwszy ludzi swywolnych kupy napadał na cudze osiadłości, wyganiał z domu dziedziców, a gdy ci, broniąc swego albo wet za wet oddając, w podobne opatrują się łotrów dru­żyny, stawały w polu przeciwko sobie wojska gromadne i na wzajemną za­gładę krwawe wydawały potyczki.
Pomnożyła domową nieszczęśliwość chłopska na panów rebelija. Pamiętni na przeszłe od niektórych uciemiężenia, kmiecie, jedni przez zemstę, drudzy zuchwalszych przykładem i niejakąś powszechną zarazą ozionieni, porzu­ciwszy pługi, udali się na rzeźbę uciążliwych dziedziców. Opanowali pań­skie domy, zabijali dzieci i żony w nich pozostałe, a gdy im to bez kary ucho­dziło, urósłszy przez łączenie się z sobą okolicznej czerni w liczne wojsko i hersztów sobie porobiwszy, zbrojnym panom stawić pole odważyli się. Jeśli się im udało zwyciężyć, natychmiast, wyrżnąwszy pojmanych lub w stan poddański i niewolniczy obróciwszy, dobra ich i majątki miedzy siebie roz­rywali, a których pokonać orężem nie mogli, podpałami dworów lub innym jakim złoczyństwem nad nimi zemsty szukali. Wielu było, którzy pamię­tając na dawne bałwochwalstwo powracali do pogaństwa, że w nim żyjąc, większą sobie wolność do wszelkiego rodzaju zbrodni, mianowicie zaś do łupienia kościołów, bogom swoim przeciwnych, być rozumieli. Zagęściły się wszędy rozboje, kradzieże i mężobójstwa. Nie były bezpieczne same świątynie od łupiestwa, a biskupi i kapłani od mordów, z których wielu żelazem gardła dali; drugich żywcem kamieńmi przywalano, inni w lasach kryć się musieli. Wiele miast, wiosek i dworów rozhukana swywola w perzynę obróciła, że w krótkim czasie ledwo nie cała Polska ogromną stała pusty­nią... Bunt chłopski po śmierci Mieczysława powstał z uciemiężenia i nie­woli; prywatnych przewinienia i złe używanie mocy przyniosły klęskę publiczną.
Z okoliczności tego buntu zdaje mi się namienić krótko, skąd ta miedzy ludźmi nierówność, a zatem i w Polszczę naszej stan poddaństwa niewol­niczy wziął początek. Naturą ludzka uczyniła wszystkich równymi co do istoty; atoli w pierwiastkach samych, podzieliwszy nierównie miedzy tychże ludzi dary przyrodzone, rzuciła w nich zaraz przyszłej podległości bujne nasiona, kiedy, jednych zdobiąc znakomitszymi rozumu lub ciała przymio­tami, drugich upośledzając, tamtym przodkować i rządzić, tym słuchać, i podlegać rozkazała. Stąd pierwszy początek nierówności naturalnej za tych nawet złotymi nazwanych wieków, kiedy ludzki naród, w ściślejszej jeszcze płodności granicach zamknięty, pod ojcowskim najstarszych głów familij zostawał rządem. Za wzmożeniem się społeczności ludzkiej, gdy nastąpiła chciwość własności osobistej, jednych większa silność ciała, prze­mysł, trefunek, szczęśliwość nabyta pracą i dowcipem, drugich niepomyślne powodzenia, własnym niedołęstwem sprawione, naczyniły miedzy ludźmi wiele bogaczów i ubogich, dziedziców i poddanych. A tak ci, co w ojcow­skim rządzie podlegali sobie po bratersku, nierówni tylko w przyrodzonych ciała i duszy przymiotach, tak potem dla przemocy, bogactw lub innych przypadkowych darów w rządzie cywilnym stali się służebnie podległymi. Nastąpiły z pomnożeniem się ludu podziały ziem miedzy uformowanymi narodami; stanęli na czele narodów królowie i książęta; chciwość większego nabytku, dawniej prywatnym tylko znajoma, przeniosła się do narodów i monarchów. Powstały miedzy nimi srogie bitwy, zjawiło się prawo drapieżne wojny, a zabrani w bojach lub najechani w dziedzinach własnych mieszkańcy już nie tylko dla nierówności przymiotów i trefunkowych daróij podległymi, ale dla niezdolnej oprzeć się gwałtowi mocy stali się okrutnych zwycięzców podłymi niewolnikami. I te to są najgłówniejsze źrzódła, z których naprzód nierówność naturalna, potem cywilna, na koniec wojenna (a ta najgorsza) wypłynąwszy, wprawiła ludzi w poddaństwo i niewolę. Słowianie, ojcowie nasi, naród obyczajem drugich błędny, a rozprzestrzenienia się i wojny chciwy, mając na oku dwa tylko założone cele: zdobycz ustawiczną z cudzego, a uprawę roli na własnym, byli sami żołnierzami; a większą nie­równie część obywatelów najechanych od siebie krajów do pługa poświęciwszy, tymże postrachem oręża, którym sąsiadów gromili, utrzymywali w uciążliwej około uprawy gruntów pracy i poddaństwie. Powszechne w na­rodach wojowniczych mniemanie, że zaszczyt szlachectwa i swobody zawisł na szabli, a zapocone znojem rolniczym dłonie podłości i niewolstwa nosiły znamię, sprawiło w Słowianach pogardę wieśniaczego gminu. A tak napa­dając na obce państwa, zabierając pojmańców i włościanów bezbronnych nowym jeszcze zwycięstwa prawem pomnożyli liczbę niewolników, którymi wsie swoje i grunta osadzili. Powoli gmin ten nieorężny, bez mocy, obyczajów i oświecenia, zapomniał na prerogatywy ludzkiej równości, a przechckjząc w dziedzictwie od jednego do drugiego pana, już i przekonanym został, że się do niewoli urodził. Za przykładem przodków Słowian idąc, potomkowie ich, Polacy, zwyczaje ich, długoletnią praktyką w prawo obrócone, ze krwią i dziedzictwem wzięte, dotąd utrzymujemy.

ŚMIERĆ I CHARAKTERYSTYKA WŁADYSŁAWA ŁOKIETKA. Wróciwszy się do Krakowa w jesieni [1332], słabieć na zdrowiu i upadać na siłach począł, nie wstając już z łóżka aż do zgonu, w chorobie dopełniając obowiązków chrześcijanina i króla, gdy się już bliskim śmierci był widział, zawoławszy do siebie Helijasza dominikanina, męża cnotliwego, spowiedź przed nim uczynił i należyte sakramenta z błogosławieństwem papieskim pobożnie przyjął. Potem w obecności Spicimira, kasztelana krakowskiego, i Jarosława archidiakona, dawszy nauki synowi stosowne do jego stanu przy­szłego i potrzeb królestwa oraz poleciwszy go zgromadzonym licznie oby­watelom koronnym, spokojnie życia dokonał w zamku krakowskim w nie­dzielę trzecią w post, a d. 2 marca, wieku swojego 73 roku [1333]. Pogrzebiony w kościele katedralnym, gdzie dotąd nagrobek jego widzieć. Wieść niesie, iż ciało zmarłego, wystawione na widok, przez wiele dni, nim pogrzeb na­stąpił, nieskażone leżało. Panował po swojej koronacyi lat trzynaście. Wiek młodszy i swobodniejsza, mianowicie w wyższych stanach, ułomność nara­ziła go na wiele nagannych postępków. Grunt duszy szlachetnej ugładził z czasem te przywary; liczne przeciwności nauczyły go być dobrym i zahar­towały cnotę cierpliwością. Żaden monarcha tyle nie zniósł, żaden gp stat­kiem nie przewyższył. Wychowany i zrosły na wojnach, w obozach osiwiał, z obozu prawie do grobu poszedł. Hojny, roztropny, przystępny, niemściwy, wyrównał przymiotami ludzkości walecznemu sercu, które acz w drobnym nader ciała obrębie zamknione, jednym go z największych w świecie królów uczyniło.

 Niepowetowaną stratę, jaką poniosła literatura, nauka i umysłowość polska przez to, że Naruszewicz nie skończył Historii narodu polskiego, wynagradza w dro­bnej cząstce inne jego dzieło, które powstało także z inicjatywy Stanisława Augusta, a które jest pierwszą u nas godną tego imienia monografią historyczną: Historyja Jana Karola Chodkiewicza, wojewody wileńskiego, hetmana Wielkiego Księstwa Litewskiego (1781). Treść tego dzieła, które wartością pod żadnym względem nie ustępuje Historii, daje dużo więcej, niż obiecuje tytuł; życiorys bowiem Chodkie­wicza osnuł Naruszewicz na tak szerokim tle dziejowym, że, właściwie mówiąc, napisał historię panowania Zygmunta III, zewnętrzną zarówno, jak wewnętrzną, dając szczegółową opowieść i o tych wypadkach, w których Chodkiewicz nie brał udziału; nieraz sięgał nawet w dalszą przeszłość. Układ jest także kronikarski. Sąd swój o ludziach i wypadkach wypowiada Naruszewicz o wiele częściej niż w Historii. Wielbi Chodkiewicza za jego pobożność, za skromność, za ludzkość wobec nieprzyjaciół, ale nade wszystko za jego patriotyzm, za składanie prywaty na ołtarzu dobra pospolitego oraz za ducha rycerskiego, to jest za te właśnie cnoty, których ogółowi narodu za Stanisława Augusta brakowało. Mówiąc na przykład, że się Chodkiewicz ćwiczył od młodości w rzemiośle rycerskim, że raz zgroma­dziwszy poddanych szturmować im do siebie i mocą dobywać kazał», dodaje: «Godna, zaiste, szlachetnej duszy zabawka, różna od wieku naszego próżniackich, a umysł miękczących rozrywek.» A nie tylko Chodkiewicza, ale także Żółkiewskiego wynosi Naruszewicz (bardzo słusznie) pod niebiosa. Zamoyskiego natomiast nie lubi, nie może mu darować «ducha republikańskiego, z którego on zawsze, równie jak z dzieł wielkich, chluby szukał, aby się nim narodowi podobał». Lecz nierównie surowiej sądzi autor tych, co się w swych czynach kierowali nie miłością ojczyzny, tylko prywatą, jak na przykład prymasa Karnkowskiego, któremu słusznie zarzuca to «przestępstwo», «że się poważył prywatną władzą zwołać sejmiki wielkopolskie w Kole na skasowanie sejmowej ustawy o poborze». O nieszczęsnej wyprawie na Moskwę, przedsięwziętej przez rozmaitych pękających od pychy magnackiej Mniszchów, słusznie pisze, że była ta wojna «prywatną bronią zaczęta, a publiczną nieszczęśliwie dokonana... ambicyja z chciwością łupu onę zaczęła, intryga dworska i żądza korony carskiej w zazdrosnym synowi ojcu poparła, zawiść wodzów zmie­szała, a niedostatek pieniędzy z opieszałością królewską, skaziwszy żołniersli! duchy niezmiernymi obietnicami, do nieszczęśliwego kresu przywiodły; zadrżało rozległe carstwo i klękało już prawie pod zebranym naprzód ledwo z siedmiu ty­sięcy walecznych awanturzystów orężem: nie dopuścił mu upaść własny Polakólj zawrót1, którzy dla niesforności swojej, dla ustawicznych zwad, dla niekarnych występków tak ozdobne początki nikczemnym zakończyli zgonem; i to Europie pokazali, jak mało waży serce, od wszystkich narodów Polakom przyznawani^ gdzie rządu, posłuszeństwa i sprawiedliwości nie masz».
Jeszcze surowiej, a nie mniej sprawiedliwie jak wojnę moskiewską, w którą możnowładcy uwikłali Polskę, sądzi Naruszewicz rokosz Zebrzydowskiego: nie zataja błędów i win Zygmunta III, a i tego nie przemilcza, że nie wybuchłby, gdyby w Polsce była zamiast nierządu silna władza królewska, a zamiast różnowierstwa - jedna wiara katolicka; ale to mu nie przeszkadza do poczytania rokoszu za zbrod­nię «możniejszych», którym «wolność obywatelska, religija, obrona praw ojczystych, szacowne z istoty swojej rodzaju ludzkiego upominki», służyły tylko «za maszkarę dumie, niewdzięczności i innym zdziczałych niekarnością umysłów na-miętnościom». Nie poprzestając zaś na tym sądzie o rokoszu, poprzedza Narusze­wicz jego historię krótkim rzutem oka na dzieje Polski od Henryka Walezjusza aż do Stanisława Augusta, żeby pokazać, jak haniebną rolę odegrali w nich możno­władcy: «Przemoc możniejszych, szukając pastwy dla ambicyi, a słabszą, choć liczniejszą część narodu pozorem obywatelstwa i utrzymania wolności szlacheckiej łudząc, ustawicznie z berłem za pasy chodzili.» A oto jeszcze ostatnie słowo Naru­szewicza o rokoszu Zebrzydowskiego: «Poszedł kraj w ruinę, rozlało się krwi oby­watelskiej wiele, interesa publiczne... zgoła zaniedbane; panowie, zaburzywszy kraj, dali sobie dobre słowo, nie serce. A mądry pomyślił: na co było tyle zawodów, kiedy każdy przy swoim został ?» Ani jeden historyk polski przed Naruszewiczem nie mówił tak odważnie swemu narodowi gorzkiej prawdy w oczy.

PORÓWNANIE ŻÓŁKIEWSKIEGO Z CHODKIEWICZEM. W obu tych zacnych ludziach, lubo przy różnych natury przymiotach, równą widzieć było sławę i zasługi. Urodzenie, wiek dojrzały, dostatki i pokre­wieństwa w obu równe. Znakomitość dzieł rycerskich, czułość i prace za ojczyznę podjęte-na jednej szali. Chodkiewicz, ciągłym szczęściem i od­wagą, szwedzkie łamiąc siły, nie mógł mieć tyle zaszczytu w Moskwie dla zawrotu duchów konfederackich i nieposłuszeństwa wojskowego. Żółkiew­skiego bitwa kłuszyńska wpisała w księgi pamięci niezatarte. W obu wysoka rzeczy wojennych znajomość, lecz różne jej używanie. Chodkiewicz, choć porywczy w przedsięwzięciach, w skutku fortunny. Żółkiewski ostrożny bardziej niżeli skwapliwy. Tamten, gardząc przeciwnościami i niebezpie­czeństwem, pomnażał chwałę pracą i czynnością bez folgi. Ten, skąpiej szafując szczęściem, po zgromionych Moskalach piastował bacznie nabytą sławę, aby w czym na potem szwanku nie odniosła. Jeden na radzie i powol­ności1 wszystko zasadzał: drugi szablą, zapędem a nieoddzielną w poskoku fortuną bitwy najtrudniejsze kończył. Chodkiewicz nic się nie wzdrygał dla bo jaźni: Żółkiewski nic nie przedsiębrał dla pomyślnego trafunku. Litew­skiego wodza zuchwałą częstokroć żartkość szczęśliwa .odwaga w cnotę za­mieniała: koronnego opatrzne na wszystko względy w podejrzenie lenistwa lub bojaźni podawały. Stanisław powolny, litościwy i często przebłagany: Jan Karol ostry, popędliwy, a żołnierskiej rozpusty mściciel nieprzejednany. Obu zazdrosna nienawiść sięgając, truła serce królewskie. Chodkiewicza barziej się lękali jego nieprzyjaciele, a król uprzejmiej kochał. Wreszcie w obu lekka życia dla sławy cena, równa troskliwość o dobro publiczne, taż sama ku majestatowi wierność i równy prawie zgon za ojczyznę: ten z szablą w ręku a z chwalebnymi na twarzy ranami na placu poległ, tamten -w obozie i ledwo nie we zbroi, śmiercią zwycięstwo zupełne nad zabójcami kolegi poprzedził. A jako z wysokich i bohatyrskich przymiotów równą pa­mięć zachowali, tak w onych użyciu oraz sprawowaniu urzędów barziej sobie równymi niż podobnymi być zdawali się.

Podobne prace

Do góry