Ocena brak

Adam Jerzy Czartoryski (1770-1861)

Autor /Saleta Dodano /17.10.2012

Jak upadek Konstytucji 3 maja i drugi rozbiór Polski, tak upadek powstania Kościuszki i ostateczna utrata niepodległości odbiły się w poezji współczesnej echem smutku i bólu; Żale Sarmaty Karpińskiego nie są bynajmniej jedynym jego wyrazem: rzewnie przemówił ból patriotyczny w elegii, a raczej w obszernym, liczącym pięćset sześćdziesiąt wierszy, poemacie elegijnym pt. Bard polski. Poemat ten, napisany na wiosnę roku 1795 (a więc już po traktacie podziałowym pomiędzy Austrią a Rosją, ale przed traktatem pomiędzy Rosją a Prusami), przez pół wieku niemal spoczywał w rękopisie; w druku ukazał się dopiero w roku 1840 w Paryżu (w czasopiśmie «Skarbiec Historii Polskiej» i w osobnym wydaniu). Piękną przed­mową poprzedził go Niemcewicz, który jednak nie wymienił nazwiska autora, mówiąc tylko: «Jest to dzieło Polaka w pierwszym naówczas kwiecie młodości; Opatrzność obdarzyła go wyniosłą duszą i rzewnym sercem: całe jego późniejsze życie było ciągłą poezją czynów i cierpień.» Tym młodym Polakiem jest syn księcia generała ziem podolskich, Adam Jerzy Czartoryski (1770-1861), uczestnik powstania kościuszkowskiego, późniejszy przyjaciel cesarza Aleksandra I i rosyj­ski minister spraw zagranicznych, reformator szkół polskich na Litwie i na Rusi, prezes Rządu Tymczasowego w czasie powstania roku 1831, a wreszcie emigrant zmarły na ziemi francuskiej. Nie tylko w latach młodości, ale i przez całe życie swoje kochał Czartoryski poezję i uprawiał ją w chwilach wolnych, przy czym jako wierny uczeń Kniaźnina bardzo się pilnie troszczył o piękną formę swoich utworów; do pracy nad ogładą Barda polskiego zasiadał kilkakrotnie: podzielił go na części, wykreślił kilkadziesiąt wierszy, które uznał za najsłabsze, natomiast dodał sto kilkadziesiąt wierszy nowych. Na tych wszystkich późniejszych zmia­nach i dodatkach niemało zyskał poemat pod względem artystycznym; ale i bez nich, tak nawet jak wyszedł w XVIII wieku spod ręki dwudziestoletniego mło­dzieńca, jest Bard polski mimo niezbyt wykwintnej formy utworem niemałej wartości, a to przez bijące z niego gorące i szlachetne uczucie.

Jak Dante w Boskiej Komedii odbywa z Wirgiliuszem wędrówkę po piekle, tak w Bardzie polskim autor w towarzystwie barda, który go nauczył kochać pieśń i ojczyznę, wędruje po ziemi polskiej, wylewając łzy nad jej nieszczęściem:

......... . O ziemio kochana!
Jakiż okropny widok, jakaż sroga zmiana!
0 ziemio! jam cię widział, kiedyś rozkwitnęła,
Gdy twoja ludzi wszystkich powabność ujęła:
Ojczyste siadła rzucał mieszkaniec daleki,
Ród pracowny i mienie oddać ci na wieki.
Kędyż twoje wesołe, te zdobne osady ?
Stadami pyszne łąki, owocami sady ?
Kędyż są kłosem bujnym pozłocone żniwa,
Których to obfitości głos narodów wzywa?
Gdzie spojrzę, spustoszenie okropne i srogie
Zżarło, co tylko ludziom na ziemi jest drogie...
Nigdzie pożycia śladu, wzrok nigdzie nie spocznie;
Z gruzów, na pół skopconych, wymknięty ubocznie
Dym tylko błękit niebios kłębami przerywa;
Tam, ówdzie smutna stoi w nagim polu śliwa.
Pusto; zabite okna, gdzie zostaje chata,
Przez które rolnik witał roboczego brata.
Las zewsząd osępiały wyziera z daleka,
Dokąd drżący mieszkaniec z swym życiem

Na widok spustoszonej ziemi przypomina sobie autor wszystko, co się na niej świeżo działo, a więc powstanie Kościuszki, < wzywa autor barda, aby «zabrz-miał o pięknym zawodzie», aby wyśpiewał i Racławice «kosami sławne», gdzie «prawych kmieci szczątek - leci na działa, na ostrza sterczące - i pierwsze wolnych wykrzykną zwycięstwo*, i «krwawe» Szczekociny, i «Krupczyc trupem zasłane zagony*; «ach! odwróć od tej strony twoje smutne oczy: - Maciejowic nieszczęsny tam widok zaskoczy; - doły, pagórki, zgrzęzłej każda zmiana roli-innąć ofiarę wspomni śmierci lub niewoli*. Wszystkie te wspomnienia potęgują jeszcze smu­tek autora. Nagle spotykają wędrownicy dziewczyną biedną, nieszczęśliwą, która się skarży na swoją niedolę:

«O żale, których powódź świat cały zalewa,
Przybądźcie wszystkie! mocy macie mało:
Serce bez życia teraz was wyzywa -
Już waszej całej srogości doznało!...
Czemu się owa za nieszczęsną mniema,
Że ni schronienia, ni ojczyzny nie ma?
A tamta czemu, osuta w żałobie,
Usiadła we łzach na rodziców grobie?
Ty jęczysz, która z dni twoich poranka
Straciłaś serce, straciłaś kochanka!...
A jaż się teraz czym nazwę, co jedna
Wszystko to razem utraciłam, biedna ?
Żale, zgryzoty! już się was nie boję:
Niczym się już nie zmartwię, niczym nie ukoję.
O, na Twoje stworzenia, miłosierny Boże,
Cóż tu Gębie uczynić tak okrutnym może ?
Jam Ciebie tak gorąco, tak szczerze prosiła:
Czyż Tobie co ta ziemia w świecie przewiniła ?
Jedno dla niej skinienie czyż Tobie wadziło ?
Jednym jedynie wdzięk jej, szczęście by odżyło!
Ty wolałeś wysłuchać krwawożerców prośby,
Ziścić srogie układy i nieludzkie groźby.
Patrzałam, jak dom płonął i miłe zagrody,
Kędy się mój szczęśliwie przesunął wiek młody.
Nie was ja płaczę, złotej mierności dostatki,
Lecz wasza strata sroższej jest przyczyną:
Straty i ojca, i kochanej matki.
Żal ich i nędza w swe płachty zawiną.
I próżno się siliły te nieszczęsne dłonie
Wstrzymać głód nieużyty, ulżyć w ciężkim zgonie.
Nieraz pierwsze po zmierzchu chłodne wiatru wienie
Przynosi ich żałosne nade mną jęczenie!
I mój młodzieniec, zawsze mną zajęty,
Chociaż srogą ode mnie wiecznością przecięty,
Lekkim mżeniem powieki byle się zlepiły,
Wnet mię odwiedza i wszędy znachodzi.
Całą mą istność ogarnie cień miły,
Tęskność moję niby słodzi. ,
Lecz czasem ran tysiącem rażą go mordercę:
Każdą ja czuję, każda moje krwawi serce.
O pomoc dla mnie, zdaje mi się, woła;
Lecę... wstrzymują... dobiegam.., upada...
Swego się kwiatu trzyma listek mały,
Mech się czepia wkoło skały:
Lube me związki wszystkie rozerwane
I samotna na wielkiej ziemi pozostanę.*
Tak mówiąc, listki i mech, co skubała,
Składa znowu, żałując, że ich rozłączała...

W dalszej wędrówce autor i bard spotykają młodzieńca, który rozpacza na myśl, że wzrósłszy w wolności resztę życia przepędzi pod obcym panowaniem: «...za co z braćmi na polu chwały nie zginąłem? - zszedłbym do grobu z cnotą i nadzieją społem, - że się mój naród szczęścia raz jeszcze doczeka!*
Lecz silniejszą jeszcze jest rozpacz starca, którego wędrowcy spotykają pod samą Warszawą, a który opowiada im wszystko, co widział i co przeżył podczas sztur­mu i zdobycia Pragi przez wojska rosyjskie: oto w ten dzień okropny stracił nie tyl­ko syna i córkę, ale i wiarę w Opatrzność boską.

«Próżno - mówi - sędziwość mrozi moje ciało,
Próżno tyle kolei me oko widziało.
Tyle odmian postaci w nieszczęsnej krainie:
Szczęście z nieszczęściem równo do wieczności płynie!
Dla niej jednej czułości narody nie znały
I zimno na okropne jej klęski patrzały.
Zdradzona zawsze była w stanie opuszczenia:
Ja wszystkie jej przeżyłem szlachetne silenia.
Próżno mi śmierci bliskie wskazujecie lata,
Niezmienną zawsze płonność nikczemnego świata,
Czucie nawet niszczącą, kiedy wasza zima
Od najsroższej rozpaczy mej duszy nie wstrzyma;
Nią się rozpada serce i jak w żywym kraje.
To tylko w błędnej myśli przytomnym zostaje: Zginęła już ojczyzna, straciłem me dziecil Jeszcze każdy huk z dala równą trwogę wznieci. Jak gdy ze snu dział bicia pierwsze usłyszałem,
Każde się drgnieniem o duszę obiło.
Z nieospanego łoża się porwałem:
Głębokiej nocy gwiazd kilka świeciło. Ale skoro dzień smutnym pojrzy na nas brzaskiem, Słychać już jędze z srogim wpadające wrzaskiem, Lecą rozbite naszych i giną tysiące... Błysk oręża ich ściga i konie depczące. Uchwyci mię o syna troskliwość śmiertelna; Znałem, na co wystawi cnota jego dzielna. Już on dla mnie stracony! drogie nawet zwłoki
Zślochanych oczu nasycić nie miały.
Próżno szukając, słabe wiodłem kroki,
By miejsce zgonu łzy moje poznały! Lecz coraz okropniejsze widoki nastają I żal straszliwszym coraz żalem wypierają. Rozhukana zajadłość srogością szaleje;
W zwierza się mieni ludzkość w nich zgłuszona,
Piękność, że ku nim ręce wznosząc mdleje,
Starość, że zniża pokorne ramiona, Na sroższy urąg jeszcze i zgubę się wyda; Niewinność ani słabość świętości nie przyda. Matka próżno do łona swe dziecię przyciska; Jeden miecz ich przeszyje, wspólna ich krew tryska. Starców, którym zejść tylko do grobu zostało, Niemowlę, co dopiero dnia światłość ujrzało, Mord srogi ku swej pastwie zarówno połączy; Krew zmieszana z natłoku zaledwie się sączy Między różnych płci, wieków na pół martwe kupy. Spodnich konaniem wierzchne ruszają się trupy. Lub kto jeszcze w nadziei na wierzch się przedziera, Jeszcze braknący sobie cios śmierci odbiera. Bezbronny nawet jeniec, co już w więzach jęczy, I tego wściekłość hordy szalona zamęczy. Słowem: co tylko może w ludzkości zniewadze, Dopuściła się dzikość na nieszczęsnej Pradze! Pożar okropny chmurą wybuchnie płomieni I dzień biały w noc razem jaskrawą zamieni. Noc ta ludzi tysiące swym cieniem okryła I w serce to strapione na zawsze zstąpiła!... Jeszcze córki kochanej widzę obraz drogi.
Zrazu serce jej mężne nie uczuło trwogi: Tylko się biedna tuli do mojego łona. Myśląc, że pewna dla niej tu zawsze uchrona. Lecz gdy mężnych ostatek braci się rozprószy, Cała jej czułość o mnie i troska się wzruszy. Ale jędz rozbestwionych jej nawet widokiem Nie zmiękczyła się srogość nieużyta: Patrzała twardym i zażartym okiem, Jak dłoń jej miękka miecz krwawy odchwyta. Głos samą treść tkliwości wydaje przez łkania: Za mną się tylko wstawia, sobą mnie osłania... Dotąd prośba mi do nich obrzydła, nieznana; Lecz za nią drżące także uginam kolana... Ręce ich krwawe ociec i córka całuje!... Próżno: na mnie ich naprzód zajadłość poszczuje I twarz córy nadobną krew ojca opryśnie. Czemuż ten raz mi reszty życia nie wyciśnie? Za cóż, w gorzkiej niemocy powalony stanie, Musiałem na jej patrzeć okropne skonanie? Już dusza zwłok zszarpanych ze krwią się wyrzeka, Sroga jeszcze rozpusta nad nią się zacieka. O męko! o rozpaczy!... cóż mi się zostaje?... Potworo sroga! klęsk wszystkich przyczyna, Tyś je zesłała na niewinne kraje: Że chciały szczęścia, to u ciebie wina. Na toż lat tyle pobożnie przeżyłem, Byś w końcu życia, o potworo sroga! Przyczyną była, że nawet zwątpiłem O rządzie prawej Opatrzności Boga!... Przeklinam ciebie! jeśli gdzie cokolwiek zdoła, Zgnębiona tu niewinność przeklęctwem zawoła. Niech się unudzi zbytek, coć z bliska otacza, A opodal ze znojów nędzy się wytłacza! W rozpuście, co z wszelkiego wstydu się wyzuła, Bodajbyś ckliwość tylko zmierzioną uczuła! Niechaj ta tobie próżność, co pożarła cnoty, Zniżona, męką srogiej stanie się zgryzoty! Bodajeś straszne widma wszędy spotykała, Których dusze przez ciebie porzuciły ciała, Owe niewinnych stworzeń tysiąców tysiące!... Kiedy snu żądać będą oczy, trwogą drżące, Mara spod krwawej szaty niech wskaże ci rany* Przypomni szczęście dzieci i stan odebrany! Jeśli zechcesz sumnienie zagłuszyć zabawą,
Niech wszelki widok staje zapryskany krwawo; (Sos w twym uchu najmilszy zmieni się w Jęczenie. Okropniejsze nad hałas niech wzdryga milczenie! W sercu spokojność, a sen na skroniach nie siędzie. Niech śmierć najsroższą chwilą z twego życia będzie! Ty zaś, trupami syta, krwią synów nasiękła, Rozstąp się, ziemio, krwawym próchnem zmiękła! Nie bujne plony, lecz mgły wywrzyj zaraźliwe, Niechaj swoje rozleją soki śmierci chciwe. Drzyjcie, podłe narzędzia rozsrożonej zbrodni, Niechaj głód i mór srogi pozrze was, wyrodni ! A na gruzach, gdzie wściekłość morderstwo wywiera, Niech się własne nawzajem szaleństwo pożera!... Ale czuję kres bliski: gasnąca zgrzybiałość Nie doczeka już moję tym nasycić żałość. Jeśli nawet dla kraju lepsze błysną wieki, Moje w grobie już tego nie ujrzą powieki.
A choćbym i najdłuższe miał przed sobą życie,
Kochane dzieci! ojcu wy się nie wrócicie.»
Rzekł i siwe rwie włosy: część wiatry rozwiały,
Część wiślane uniosły brudne pianą wały.

Autor przerażony tym wstrząsającym opowiadaniem starca modli się, aby nadzieja nigdy serc polskich nie opuszczała, po czym wraz z bardem składa swoją lutnię na moglie, «jakby na ojczyzny grobie;-tu zostań! chyba odżyć dozwolą jej losy, - wtedy razem świetniejsze odżyją twe głosy». Kończy się poemat sze-ściowierszowym pożegnaniem:

Żegnamy ciebie, ziemio ulubiona!
Mus nas okrutnyspędza z twego łona.
Drżącymi usty dotknijmy powłoki
Poległych bfcici! O święte wy, cienie!
Bądź nas gdziekolwiek powiodą wyroki,
Niech wasze nami kieruje westchnienie!

Pożegnanie to z ziemią rodzinną, jak zresztą cały poemat, jest wyrazem włas­nych uczuć Czartoryskiego, który napisał ten poemat w Grodnie, po drodze do Petersburga, dokąd jechał (wraz z bratem Konstantym) jako zakładnik.
W historii literatury polskiej zajmuje Bard polski stanowisko ważne nie tyl­ko przez to, że jest w poezji XVIII wieku jedyną większą pieśnią bólu patriotycz­nego, ale i przez to, że w zarodku zawiera już w sobie te uczucia i myśli, które roz­winie i spotęguje nasza wielka poezja patriotyczna XIX wieku: miłość ziemi ro­dzinnej i jej wielkiej przeszłości, ból nad jej nieszczęściami, płynący z tego bólu żal do Boga, a nawet zwątpienie o Jego Opatrzności i sprawiedliwości oraz fałszywy pogląd, że Polska jest niewinna* i nieodpowiedzialna za te klęski, jakie na nią spadły.
 Jako poemat elegijny należy Bard polski do poezji osjanicznej. Samo już po­jęcie barda jako pieśniarza, śpiewającego na grobie ojczyzny, i jako wiernego to­warzysza rycerzy walczących za wolność kraju rodzinnego zawdzięcza Czartorys­ki Pieśniom Osjana. A i melancholia, która owiewa cały poemat, tło akcji: góry, dzika okolica, mgły, nurty rzeki, ciemny las, wieże zamczyska, noc księżycowa, wiatr roznoszący jęki ludzkie - to wszystko pierwiastki osjaniczne. Jest ich tak wiele, że wolno postawić Barda polskiego na samym czele naszego preromantyzmu XVIII wieku. Lecz nie brak i pierwiastków starych; są na przykład ulubione przez kla­syków postaci alegoryczne i uosobienia pojęć oderwanych: oto Mus i Nicwofa kują w swej kuźni wyroki losu, Nadzieja wije uploty, Cnota walczy żelazem z Niecnotą; słychać Jędze wpadające ze srogim wrzaskiem; są apostrofy do Roz­koszy i Wolności.
Tak więc Bard polski zarówno przez swoją treść, jak i formę jest łącznikiem pomiędzy poezją dawną a nową, jest jakby słupem granicznym pomiędzy literatu­rą niepodległej Polski a Polski porozbiorowej.

Podobne prace

Do góry